Ojciec bogów i ludzi

Hans Hotter przeżył prawie stulecie. Zachwycał na scenie co najmniej dwa pokolenia miłośników opery. Wielbicieli twórczości Wagnera rzucał na kolana zarówno w rolach basowych, jak i barytonowych. Dla wielu był modelowym odtwórcą partii Kurwenala, Gurnemanza i Holendra Tułacza. Przez całe życie zmagał się z atakami astmy, w późnym wieku cierpiał na dojmujące bóle kręgosłupa. Był śpiewakiem niedoskonałym, walczącym z przekleństwem krótkiego oddechu i rozfalowanego, dla wielu nieznośnego wibrato. Był wielkim artystą, wybitnym aktorem, który w każdą ze swych kreacji – jakkolwiek boskich, bohaterskich albo tragicznych – potrafił wsączyć niezbędną dawkę zwykłej ludzkiej słabości i rozpaczy. Był wzorcem postaci Wotana. Czasem przyznawał, że ta emblematyczna rola ciąży mu jak brzemię.

Urodził się 19 stycznia 1909 roku w Offenbach am Main, nieopodal Frankfurtu, w południowej Hesji. Jego ojciec, architekt, osierocił rodzinę, kiedy Hans miał zaledwie siedem lat. Po śmierci męża pani Hotter przeprowadziła się z dwoma synami do Monachium. Starszy z braci poszedł na nauki do seminarium, młodszy zapisał się do Maximiliansgymnasium, gdzie dostał się między innymi pod opiekę doktora Josefa Saama, profesora muzyki, a zarazem chórmistrza i organisty kościoła w pobliskiej parafii. Wkrótce przejął po nim schedę i zamierzał poświęcić się karierze dyrygenckiej: w wieku dziewiętnastu lat rozpoczął studia na wydziale filozoficznym Uniwersytetu Monachijskiego (których program obejmował także teorię muzyki), wkrótce potem podjął drugi fakultet w miejscowym konserwatorium – w klasach organów, fortepianu i śpiewu. Miał szczęście dostać się pod opiekę Matthausa Römera, wybitnego śpiewaka oratoryjnego i jednego z najsłynniejszych tenorów wagnerowskich przełomu XIX i XX wieku, który w 1909 roku śpiewał Parsifala w Bayreuth pod batutą Karla Mucka. To on właśnie poznał młodego Hansa z Siegfriedem Wagnerem i namówił go, by poświęcić się bez reszty karierze wokalnej. Hotter poszedł za radą mistrza – po części z przyczyn czysto finansowych, żeby zapewnić utrzymanie przedwcześnie owdowiałej matce.

Hans Hotter

Hans Hotter w końcu lat trzydziestych, w okresie występów w Operze Hamburskiej.

W 1930 zadebiutował w Teatrze Miejskim w Opawie, w niewielkiej roli Mówcy w Czarodziejskim flecie. Przez następne dwa sezony występował we Wrocławiu, później w Pradze i w Hamburgu, gdzie w 1937 roku wziął udział w prapremierze opery Das Opfer Winfrieda Zilliga, wreszcie – na zaproszenie dyrygenta Clemensa Kraussa – związał się z Bayerische Staatsoper w Monachium, której pozostał wierny przez kolejne trzydzieści pięć lat. Już wtedy dysponował bardzo szerokim repertuarem: śpiewał partię tytułową w Juliuszu Cezarze Händla, Hrabiego w Weselu Figara, Pizarra w Fideliu, Jagona i Falstaffa w operach Verdiego, Escamilla w Carmen, Tonia w Pajacach oraz Wotana/Wędrowca w Pierścieniu Nibelunga. Zachwycony jego głosem i warsztatem aktorskim Ryszard Strauss powierzył mu rolę Komendanta w prawykonaniu Dnia pokoju (1938, z Vioricą Ursuleac jako Marią) oraz poety Oliviera w Cappriccio (1941, znów z Ursuleac, tym razem w roli Hrabiny). W 1944 roku Hotter wykreował postać Jupitera na próbie kostiumowej Die Liebe der Danae na Festiwalu w Salzburgu (do premiery nie doszło, bo w następstwie nieudanego zamachu na Hitlera naziści zamknęli teatry w mieście). Wszystkie trzy premiery Straussowskie odbyły się pod dyrekcją Kraussa. Ten sam dyrygent poprowadził też słynne nagranie Holendra Tułacza z 1944 roku, z Hotterem w roli tytułowej, które do dziś uchodzi za jedno z najwspanialszych dokonań wczesnego okresu kariery śpiewaka, przyćmione tylko przez późniejszą o sześć lat rejestrację z MET pod batutą Fritza Reinera.

Kilka miesięcy przed wybuchem wojny Hotter zdążył jeszcze zaśpiewać na deskach Wiener Staatsoper, w partii Jokanaana w Salome. Skorzystał wprawdzie z przywileju zwolnienia ze służby wojskowej, nie uległ jednak namowom wstąpienia do NSDAP, kategorycznie odmówił też podpisania angażu w Bayreuth. Z Hitlera dworował sobie ponoć bezlitośnie, zrezygnował z pokusy występów za granicą, karierę podzielił między teatry operowe w Hamburgu, Wiedniu i Monachium. Kiedy podczas procesów denazyfikacyjnych zagadnięto go o prywatne archiwum dźwiękowe Hitlera, który przechowywał sporą liczbę jego nagrań, odpalił bez namysłu, że podobną kolekcją może się pochwalić sam papież. Po wojnie oświadczył, że misja odnowy wizerunku państwa niemieckiego spoczywa nie tylko w rękach polityków, lecz także niezaangażowanych ideologicznie sportowców i artystów. Rolę muzycznego ambasadora nowego porządku Europy wziął na siebie już w 1947 roku, występując na scenie Covent Garden z zespołem Opery Wiedeńskiej. Wkrótce potem zadebiutował w Teatro Colón w Buenos Aires i w nowojorskiej Metropolitan Opera.

Ogromny wysiłek psychiczny i fizyczny przyczynił się do pierwszego poważnego kryzysu wokalnego. Krytycy, zdegustowani kłopotami intonacyjnymi Hottera i niepokojącym rozwibrowaniem jego głosu, wieszczyli mu rychły koniec kariery. Śpiewak wziął się ostro do roboty: dzięki żmudnym, popartym niepospolitą muzykalnością ćwiczeniom technicznym i drastycznemu ograniczeniu repertuaru przezwyciężył usterki warsztatu i z nowym zapałem oddał się cyzelowaniu ról wagnerowskich. W latach 1952-66 dołączył do grona niezapomnianych śpiewaków-aktorów, którzy współtworzyli świetność „nowego Bayreuth” pod rządami Wielanda Wagnera. Znamienne, że większość tych tytanów – wśród nich Martha Mödl, Wolfgang Windgassen, Gottlob Frick, Gustav Neidlinger i Anja Silja – nie odniosła znaczących sukcesów w Metropolitan Opera. Podobnie było z Hotterem, któremu Rudolf Bing bezlitośnie wypominał miniony kryzys i twardo utrzymywał, że nawracające ataki astmy przyczyniły się do utraty wyrównania rejestrów i zmatowienia przepięknego niegdyś w barwie bas-barytonu.

das-rheingold4

Jako Wotan w Złocie Renu w Bayreuth (1966).

Hotter przełknął gorycz porażki za Oceanem i skupił się na karierze w Europie i Japonii. Wprawdzie do końca życia żałował, że nigdy nie wystąpił u boku Marii Callas, nie zaśpiewał pod batutą Toscaniniego i nie miał okazji wcielić się w postać Ochsa w Rosenkavalierze, powetował to sobie jednak skrupulatnym doborem partii do aktualnych możliwości głosowych i pieczołowitą, „szalapinowską” z ducha pracą nad rolą. W Tristanie śpiewał z początku Kurwenala, by z czasem przerzucić się na Króla Marka. W Śpiewakach norymberskich zaczynał od Sachsa, skończył na Pognerze. W Parsifalu przeszedł ewolucję od Amfortasa, przez Gurnemanza, aż po Titurela. Największe uznanie zyskał wszakże w partii Wotana: jako współstworzyciel nordyckiego świata i przywódca poległych wojów w Walhalli wystąpił między innymi w dwóch Wielandowskich inscenizacjach Tetralogii w Bayreuth, w 1952 i 1966 roku. Pożegnaniem Wotana z Brunhildą z III aktu Walkirii rozstał się 29 czerwca 1972 z publicznością Opery Paryskiej. Był postawny jak bóg; miał głos władczy i potężny, a przy tym aksamitny w brzmieniu; emanował dostojeństwem, a zarazem fizycznym cierpieniem, moralną udręką i czysto ludzkim smutkiem. Niejeden ówczesny Wotan prześcigał go kunsztem wokalnym i pięknem barwy. Żaden nie dorównał mu siłą wyrazu i skończonością kreacji aktorskiej.

Trudno się dziwić, że jeszcze za życia Hottera znaleźli się melomani, którzy przedkładali jego interpretacje pieśni Brahmsa, Schumanna, Wolfa, zwłaszcza zaś Winterreise Schuberta – z akompaniamentem Geralda Moore’a – nad kreacje wszędobylskiego Dietricha Fischera-Dieskaua. Hotter występował na scenie prawie do końca życia (zmarł w grudniu 2003 roku, na krótko przed dziewięćdziesiątymi piątymi urodzinami). Obdarzony niepospolitym talentem pedagogicznym, wychował dziesiątki uczniów. Wszystkim wpajał nadrzędną zasadę dobrego śpiewu: „przede wszystkim nie nudźcie słuchacza”. Wiedział, co mówi. Nie sposób odnaleźć dwóch jego nagrań, w których opowiadałby tę samą historię.

Tolle languores, sana dolores

Aż się wierzyć nie chce. Przez odrobinę dłużej niż rok na stronie Upiora zebrało się aż sto osiemnaście wpisów. W Atlasie Zapomnianych Głosów jest już bez mała dwadzieścia sylwetek śpiewaków, pod linkiem Miscellanea można przeczytać prawie trzydzieści szkiców na tematy okołooperowe, upiorne wędrówki opisałam w dwudziestu kilku relacjach z kraju i zagranicy, pojawiły się pierwsze materiały w wersji angielskiej, w dziale Prasówka staram się informować Czytelników o moich recenzjach, esejach i felietonach publikowanych na innych łamach. Mam nadzieję, że udało mi się przykuć uwagę tych z Państwa, którzy są ciekawi wieści z innych krańców świata, pragną słuchać innych muzyków niż większość i wydobywać z zapomnienia tych, którzy na niepamięć sobie nie zasłużyli.

W te Święta i w nadchodzącym roku życzę Wam przede wszystkim spokoju, rozwagi i nadziei. Sobie zaś wiary, że miniony sezon – wbrew pozorom – nie był najpiękniejszym, najowocniejszym i najbardziej pouczającym w całym moim życiu. Dziękuję za to, co było, i poproszę o jeszcze. Wiem, że mam dla kogo pisać.

upiorne

 

 

Upadły anioł

Ten szkic – poświęcony jednemu z moich ulubionych bohaterów i protagoniście jednej z moich najukochańszych oper – ukazał się w książce programowej wydanej z okazji niedawnej premiery Don Giovanniego w Teatrze Wielkim w Łodzi. Proszę go potraktować jako swoisty prezent gwiazdkowy: do myślenia, do dyskusji, a przede wszystkim gwoli uciechy, żeby oderwać się choć na chwilę od kapusty, uszek, pierogów i absurdów otaczającej nas rzeczywistości.

***

Chodzimy po ulicach miast, których zabudowa nawarstwiała się nieraz przez tysiące lat i protestujemy gromko przeciwko próbom „innowacyjnej” konserwacji zabytków. Podziwiamy płótna dawnych mistrzów i dajemy upust oburzeniu, czytając w prasie o pewnym łamadze, który potknął się w muzeum i niechcący uszkodził obraz Paola Porpory. Czytamy oryginalne teksty Kochanowskiego, Krasickiego albo Mickiewicza, zmieniając w nich najwyżej ortografię. Nawet muzykę, ponoć najbardziej abstrakcyjną ze sztuk, traktujemy w kategoriach artystycznego świadectwa epoki, przykładając coraz większą wagę do zachowania bądź rekonstrukcji pierwotnego stylu wykonawczego. Wyjątkiem jest teatr, który coraz częściej rozwija się i nabiera ciała niczym antagonistyczny pasożyt, czerpiąc mniemane korzyści z wymuszonego współżycia z innym organizmem – w tym przypadku oryginalnym tekstem sztuki bądź tekstem słowno-muzycznym opery – i wyrządzając mu niepowetowane szkody, aż po semantyczną śmierć pod zwałami nawarstwiających się nowych znaczeń.

Wbrew pozorom nie chodzi o wyszydzany postulat ubierania Szekspirowskiego Hamleta w rajtuzy i koszulę z nakrochmaloną kryzą. Chodzi o poszukiwanie dramatycznego sedna dzieła, o umiejętność odczytania zawartych w nim kodów, które nawet w obrębie jednej kultury podlegają nieustannym metamorfozom, zmieniają pierwotny wydźwięk bądź tracą go całkiem. Dobrym przykładem są dwa toposy literackie Złotego Wieku literatury hiszpańskiej: motyw Don Kichota, świętego prostaczka i bohaterskiego marzyciela, oraz motyw Don Juana – niepoprawnego uwodziciela, przede wszystkim jednak buntownika, szydzącego z wyroków nieba i występującego przeciwko obowiązującym normom społecznym. O ile pierwszy rozwija się w najlepsze, o tyle drugi przebył długą drogę od redefinicji etosu rycerskiego i filozoficznej krytyki moralności aż po egzystencjalną refleksję nad absurdem ludzkiego istnienia, po czym się wyczerpał. Wszelkie próby osadzenia Don Juana we współczesnym kontekście kończą się nieuchronnie spłaszczeniem tej demonicznej postaci: z budzącego podziw i grozę rebelianta zostaje wyniszczony obsesją erotoman lub żałosny skandalista, czasem jedno i drugie, ale nawet wówczas mamy do czynienia z bohaterem godnym politowania, z bierną ofiarą systemu, próbującą w jego ramach zaspokoić własne plugawe potrzeby. Nie ma już Don Juanów działających bezinteresownie w imieniu wyższego Dobra lub Zła. Dlaczego? Cóż się tymczasem wydarzyło? Jak na tej osi wydarzeń plasuje się postać Don Giovanniego z opery Mozarta?

Gulácsy_The_Garden_of_Don_Juan_1910

Lajos Gulácsy, Ogród Don Juana, 1910 (Magyar Nemzeti Galéria, Budapeszt).

Wygląda na to, że Don Juan – w przeciwieństwie do Don Kichota – nie jest bohaterem uniwersalnym. To swoiste zwierciadło czasu minionego, pewnych wartości, które już w XVII-wiecznej Hiszpanii popadły w głęboki i brzemienny w skutkach kryzys, później zaś uległy całkowitemu rozmyciu. Młody szlachcic z El burlador de Sevilla y convidado de piedra Tirsa de Moliny, pierwszej historii Don Juana obleczonej w kształt literacki, postępuje w myśl dewizy „Tan largo me lo fiáis” (w luźnym tłumaczeniu „Śmierć jeszcze daleko przede mną”). Bez wątpienia jest rozpustnikiem, nie ma w nim jednak szatańskiego magnetyzmu, nie ma uroku, któremu się żaden i żadna nie oprze. To w gruncie rzeczy prostak i łajdak, urodzony oportunista, który wykorzysta każdą nadarzającą się sposobność, by sobie dogodzić. I za to poniesie zasłużoną karę w finale. Pod tym względem całkiem mu blisko do figur z nowoczesnych odczytań tego toposu – bo sztuka Moliny jest dość jednowymiarowa, pod względem literackim przeciętna (niektórzy badacze sugerują nawet, że nie wyszła spod jego pióra) i zasługuje na wzmiankę wyłącznie jako pierwowzór dalszych artystycznych metamorfoz Don Juana.
Te zaś – od anonimowego Il convitato di pietra, gdzie po raz pierwszy pojawia się motyw katalogu miłosnych podbojów szlachcica, aż po niezliczone przeróbki w stylu commedia dell’arte, w których element komiczny zdecydowanie przeważał nad tragicznym i które często kończyły się wymuszonym happyendem – prowadzą między innymi do arcydzieła Moliera, komedii Dom Juan ou le Festin de pierre, w której sewilczyk zaczyna wreszcie nabierać rumieńców jako postać dramatyczna. Z odpychającego, prostackiego oportunisty przeistacza się w mężczyznę błyskotliwie inteligentnego, obdarzonego zgryźliwym poczuciem humoru, autentycznego kobieciarza, który dokonuje miłosnych podbojów z niekłamaną rozkoszą, a nie z myślą o spodziewanych korzyściach. Jest zepsuty do szpiku kości, ale nie podły. Mimo że intryga chwilami jest grubymi nićmi szyta, to właśnie w komedii Moliera dajemy się po raz pierwszy „uwieść” tej postaci, brniemy z nią na manowce konwenansu i moralności, z których sprowadzi nas dopiero raptowny finał z posągiem Komandora w roli swoistej Nemezis.

(c) DACS; Supplied by The Public Catalogue Foundation

Walter Sickert, Là ci darem la mano, lata 20. XX wieku (Fenton House, Londyn)

Rys prawdziwie demoniczny Don Juan zyskuje dopiero w The Libertine, sztuce angielskiego dramatopisarza Thomasa Shadwella, zajadłego moralisty i pamiętnego adwersarza Johna Drydena. Jego rozpustnik jest już diabłem wcielonym: gwałcicielem, ojcobójcą i złodziejem, bluźniercą i przewrotnym w swych refleksjach filozofem. W tym przerysowanym pod każdym względem dramacie po raz pierwszy pojawia się motyw rozpustnika jako figury nieuprawnionej wolności: człowieka, który w dążeniu do swobody własnej odrzuca wszelkie normy, a co gorsza potrafi zracjonalizować każdy swój postępek. Oto Don John jako zwierciadło burzliwej epoki rządów Karola II Stuarta, podobnie jak Molierowski Dom Juan okazał się metaforą gwałtownego kryzysu wartości w czasach panowania Ludwika XIV.

Na tle tych dwóch spektakularnych metamorfoz toposu Don Juana libretto Lorenza da Ponte może się wydać sztampowym nawiązaniem do opowieści Tirsa da Moliny. Opera Mozarta jest w gruncie rzeczy modelowym przykładem XVIII-wiecznej opery buffa w stylu włoskim, określanej też synonimicznym terminem „dramma giocoso”, wywodzącej się w prostej linii z tradycji commedia dell’arte. Da Ponte posłużył się materiałem wyjściowym w postaci libretta Giovanniego Bertatiego do opery Giuseppe Gazzanigi Don Giovanni Tenorio, o sia Il convitato di pietra, która miała swoją prapremierę w Wenecji zaledwie osiem miesięcy przed pierwszym wystawieniem Mozartowskiego arcydzieła w Pradze. Przed zbyt pochopną oceną Don Giovanniego Mozarta w kategoriach błahej opowiastki o ukaranym rozpustniku przestrzega jednak ciężar gatunkowy samej muzyki. To, czego „nie ma” w libretcie, obleka się w ciało już w dramatycznej uwerturze, potem w duecie Anny i Don Ottavia „Che giuramento, o Dei!”, w pełnym rozterki wyznaniu Donny Elwiry „In quali eccessi”, wreszcie w mrożącym krew w żyłach „Che gelo è questo mai?”, kiedy tracący grunt pod nogami Don Giovanni przyjmuje zaproszenie Komandora. Jeśli nawet Da Ponte nie zdołał odmalować w słowach portretu Wielkiego Buntownika, uczynił to za niego kompozytor. To Don Giovanni z epoki, w której obraz człowieka stworzonego na Boże podobieństwo zaczął konkurować z oświeceniową wizją niepojętej ludzkiej machiny biologicznej, człowiekiem jako stworzeniem łączącym cechy zwierzęce z doskonałością istot nie z tego świata, zawieszonym w pół drogi między niebem a piekłem, wiecznym potępieniem a najwyższym zbawieniem. Zgodne z konwencją, pogodne zakończenie opery nie wymaże z pamięci słuchacza dramatycznej sceny upadku Don Giovanniego w głąb ogni piekielnych. Zostawi go raczej w poczuciu, że gdy bluźnierca odzyska siły, piekło wypluje go z powrotem – przerażone potęgą jego wewnętrznej wolności, której nie sprostał sam Szatan.

(c) Government Art Collection; Supplied by The Public Catalogue Foundation

Charles Ricketts, Don Giovanni i Kamienny Gość, 1905 (Government Art Collection).

Bez Mozartowskiego Don Giovanniego mit zwodziciela z Sewilli osunąłby się w banał. Nie powstałby Gość kamienny Puszkina, Baudelaire nie napisałby swego Don Juana w piekle, nie dostalibyśmy Don Juana Byrona. Do wątku demonicznego burzyciela nie wróciłby ani E.T.A. Hoffmann, ani Kierkegaard, ani Albert Camus. Całej historii nie opowiedziałby od nowa Herbert Rosendorfer w Budowniczym ruin. Przypowieść o kryzysie wiary, rycerskiego honoru i minionego porządku społecznego jest poniekąd bytem zamkniętym. Nie przyjmie w siebie nowych znaczeń, nie da się nagiąć do obecnej rzeczywistości bez szkody dla tego, co w niej najistotniejsze. Ma jednak w sobie tak nieprawdopodobną siłę, że można do niej wracać w nieskończoność. Podobnie, jak w nieskończoność można się zagłębiać w zaułki średniowiecznego Paryża, kontemplować Zaślubiny Arnolfinich van Eycka w londyńskiej National Gallery i tropić średniówkę w wersach Beniowskiego.

Opera umarła, niech żyje Opera!

W sierpniu na Wyspach gruchnęła wieść, że konflikt wokół Grange Park Opera się zaostrzył i wszystko wskazuje, że jeden z najbardziej prestiżowych, a zarazem snobistycznych letnich festiwali operowych zostanie bez dachu nad głową. I to jakiego dachu! Cztery lata po założeniu, w 2002 roku, zespół przeprowadził się do odrestaurowanych gmachów projektu Williama Wilkinsa, angielskiego architekta, starożytnika i archeologa, wybitnego przedstawiciela stylu Greek Revival, który w 1809 roku gruntownie przebudował XVII-wieczną rezydencję Roberta Henleya i nadał jej postać czegoś w rodzaju greckiej świątyni z monumentalnym doryckim portykiem kolumnowym. Nowy teatr, zaprojektowany przez Studio E Architects, umieszczono we wnętrzu dawnej oranżerii; w budynku głównym znalazły się pomieszczenia administracji opery i elegancka restauracja.

Rezydencja The Grange koło Northington w hrabstwie Hampshire ma piękną historię. Przez wieki miejsce królewskich polowań, później – spotkań socjety i mężów stanu (między innymi wojennych narad Churchilla i Eisenhowera), w 1975 roku, jedenaście lat po przejściu na własność siódmego lorda Ashburton, zostało wciągnięte na listę obiektów zabytkowych I klasy. Nie odzyskałoby jednak dawnej świetności, gdyby nie Wasfi Kani, kobieta energiczna, by nie rzec bezczelna, nieprzeciętnie inteligentna i dysponująca rozlicznymi umiejętnościami.

grange

The Grange w całej okazałości. Fot. Studio E Architects.

Ilekroć o niej myślę, wracam pamięcią do niefortunnych komentarzy z tegorocznego Konkursu Chopinowskiego, kierowanych pod adresem uczestników „niedostatecznie zakorzenionych” w kulturze zachodniej. Wasfi Kani urodziła się w 1956 roku w Londynie, w rodzinie uchodźców, muzułmańskich Hindusów, którzy zbiegli do Wielkiej Brytanii tuż przed wybuchem wojny indyjsko-pakistańskiej. Jej niezwykły talent matematyczny odkryto już w szkole podstawowej. Dziewczynka zdradzała też uzdolnienia muzyczne; po kilku latach nauki gry na skrzypcach zasiadła przy jednym z pulpitów National Youth Orchestra. Studia skończyła w Oksfordzie, także na wydziale muzyki, po czym rozpoczęła karierę informatyczną w londyńskim City. Przez dziesięć lat zajmowała się projektowaniem systemów komputerowych, poświęcając każdą wolną chwilę na zgłębianie tajników sztuki dyrygenckiej. W 1989 roku założyła Pimlico Opera: zespół, który zasłynął organizowaniem przedstawień w brytyjskich więzieniach i zakładach poprawczych. Trzy lata później została dyrektorem naczelnym „wiejskiej” opery Leonarda Ingramsa w jego rezydencji Garsington Manor.

O tym przedsięwzięciu, które wkrótce po śmierci Ingramsa przeniosło się do Wormsley Estate, pisałam w jednym z poprzednich szkiców. Kani kierowała festiwalem w najtrudniejszym okresie, kiedy miejscowa społeczność kontestowała „operowe wrzaski” rykiem klaksonów samochodowych i elektrycznych kosiarek. I mimo tych przeciwności zdołała się walnie przyczynić do stworzenia nowego modelu country opera: rozrywki luksusowej pod każdym względem, nie tylko z uwagi na cenę biletów, ale też jakość obsługi, wyśrubowany poziom artystyczny i koneserską ofertę repertuarową. Angielscy ziemianie i snobi, skuszeni nową modą, zaczęli z zapałem uczęszczać na nieznane opery Haydna i Ryszarda Straussa, w długich przerwach racząc się wykwintnymi daniami popijanymi winem dobranym przez najlepszych sommelierów.

trustees_kani_144x192

Wasfi Kani. Fot. British Museum.

Po pięciu sezonach w Garsington Wasfi Kani przestała się dogadywać z Ingramsem, który jakoś nie palił się do przekazania jej pełnej kontroli nad festiwalem. Menedżerka – ramię w ramię ze swoim najbliższym współpracownikiem Michaelem Moodym – postanowiła poszukać szczęścia gdzie indziej. Słusznie uznała, że do zrealizowania swojej wizji potrzebuje ogromnych funduszy. Po kilku miesiącach zabiegów umówiła się na kolację z lordem Ashburton, panem Johnem Baringiem, potomkiem założycieli Barings Bank, najstarszego brytyjskiego banku inwestycyjnego, z którym przez lata związany był także Ingrams. Dogadali się. Kani z właściwym sobie zapałem zabrała się do pozyskiwania funduszy na uruchomienie nowego przedsięwzięcia. Bez większych kłopotów zyskała wsparcie filantropów i rekinów finansjery. Równolegle do działalności Grange Park Opera na prowizorycznej scenie w oranżerii uruchomiła program deweloperski uwzględniający remont i przebudowę podupadłej rezydencji, na który już w pierwszym roku udało jej się zebrać rekordową sumę trzech milionów funtów. Prace ruszyły. W pierwszym sezonie w nowym teatrze wystawiono między innymi Traviatę i The Turn of the Screw Brittena. W kolejnych latach premier przybywało, sezon się wydłużał, w 2007 roku zespół zaczął też inscenizować przedstawienia w XIV-wiecznym Nevill Holt Hall w hrabstwie Leicestershire.

W krótkim czasie Grange Park Opera zyskała opinię jednego z najpiękniejszych, najlepiej zarządzanych i najdoskonalszych muzycznie letnich teatrów operowych w Wielkiej Brytanii. Na jej scenie gościły nie tylko pozycje z żelaznego repertuaru, ale też musicale i operowe rarytasy (między innymi Le Roi malgré lui Chabriera, Eliogabalo Cavalliego, Gracz Prokofiewa). Program sezonów uzupełniano koncertami świetnych orkiestr z udziałem wybitnych solistów (w 2012 Simon Keenlyside śpiewał z towarzyszeniem Bournemouth Symphony Orchestra). Luminarze opery reżyserskiej gościli tu częściej niż w grających przez cały sezon stałych kompaniach – ze skutkiem olśniewającym (Rusałka w reżyserii Antony’ego McDonalda w 2008) albo katastrofalnym (Tristan i Izolda w ujęciu Davida Fieldinga sprzed czterech lat). Wszyscy jednak byli zgodni, że Grange Park plasuje się w ścisłej czołówce brytyjskich country operas.

88e83cda-888f-11e5_1009720b

A tu będzie następna opera. Fot. Jeff Gilbert.

Cóż zatem stało się w sierpniu? Lord Ashburton, a ściślej zarządzający teraz jego majątkiem syn Marc, podniósł czynsz za użytkowanie obiektu do stu pięćdziesięciu tysięcy funtów rocznie, z czego dwie trzecie ma zamiar przeznaczyć na zachowanie jego substancji zabytkowej. Jeśli wierzyć Kani, złamał tym samym warunki umowy, gwarantującej wynajem na czterdzieści lat, zgodnie ze stawką bazową czynszu. Wygląda na to, że obie strony miały już siebie dość. Właściciele Grange Park zapowiedzieli uruchomienie nowego festiwalu pod dyrekcją Michaela Chance’a, który oświadczył, że miejsce jest wprost wymarzone do inscenizacji oper barokowych oraz arcydzieł Mozarta i Brittena, po czym zaanonsował premierę Powrotu Ulissesa Monteverdiego. Wasfi Kani zrobiła to samo, co poprzednio: dowiedziawszy się, że sędziwy Bamber Gascoigne, słynny prezenter telewizyjny, odziedziczył po swojej ciotecznej babce podupadającą rezydencję z epoki Tudorów, w West Horsley w hrabstwie Surrey, z miejsca zaproponowała mu współpracę przy zorganizowaniu nowego przedsięwzięcia – i to pod starym, sprawdzonym szyldem Grange Park Opera. Przeprowadzka ma ruszyć już w sierpniu przyszłego roku, po zamknięciu ostatniego sezonu w Hampshire. Kani ma nadzieję, że „z pomocą tysięcy hojnych darczyńców” zespół podejmie działalność już w 2017 roku.

Pytana o hobby, Wasfi Kani odpowiada, że uwielbia grać na skrzypcach, uprawiać róże, zbierać deszczówkę i sama szyć ubrania. Do tej listy dodałabym jeszcze urządzanie teatrów operowych w zrujnowanych posiadłościach angielskiej arystokracji.

Kusicielka z Bronksu

Jej ojciec Christian był z zawodu komiwojażerem, z pochodzenia Norwegiem, z wyznania luteraninem. Ilekroć sobie popił, zaciągał córkę do kuchni i błagał, żeby z nim zaśpiewała When Irish Eyes are Smiling, rzewną balladę o roześmianych irlandzkich oczach, które są jak wiosenny poranek, i melodyjnym irlandzkim śmiechu, który przypomina śpiew aniołów. Widocznie lubił zaglądać do kieliszka z irlandzkimi kumplami i razem z nimi słuchać nagrań Johna McCormacka – bo ani w jego żyłach, ani w żyłach jego żony, polsko-rosyjskiej Żydówki Sary, nie płynęła choćby kropla irlandzkiej krwi.

Risë Gus Steenberg urodziła się 11 czerwca 1913 roku na nowojorskim Bronksie. W domu się wprawdzie nie przelewało, ale wszyscy krewni mieli głowę do interesów, także muzykalna ciotka dziewczynki, która namówiła ją do udziału w The Children’s Hour, audycjach lokalnej stacji radiowej, płatnych mniej więcej dolara tygodniowo. Wkrótce potem Risë przybrała łatwiejszy do zapamiętania pseudonim Stevens i zaczęła zdobywać kolejne doświadczenia wokalne, między innymi na scenie Little Theatre Opera Company. Jej pierwsza młodość zbiegła się z czasem Wielkiego Kryzysu i Dust Bowl – plagi bezwodnych burz pyłowych pustoszących Wielkie Równiny i zasnuwających czarnym tumanem obezwładnione skwarem metropolie. W najgorętszych miesiącach „brudnych lat trzydziestych” dorabiała sobie jako modelka, reklamując ciężkie zimowe futra w jednym z eleganckich nowojorskich domów mody.

Jej pracowitość szła w parze z nieprzeciętną muzykalnością i zjawiskową urodą. Po trzech latach studiów w Juillard School otrzymała pierwszą propozycję współpracy z MET. Od pokusy łatwego sukcesu odwiodła ją Anna Schoen-René, wychowanica samego Brahmsa, proponując uczennicy w zamian wyprawę do Europy i dalszą edukację wokalną w salzburskim Mozarteum, pod kierunkiem niemieckiej sopranistki Marie Gutheil-Schoder, słynnej między innymi z udziału w prawykonaniu Erwartung Schönberga. To właśnie ona wprowadziła Risë w tajniki dwóch swoich ulubionych partii: Oktawiana ze Straussowskiego Rosenkavaliera i Carmen z opery Bizeta, którą tuż po I wojnie światowej zbulwersowała wiedeńską krytykę i ściągnęła na siebie zarzuty, że stworzyła z cygańskiej kokietki postać „dziwną”, noszącą pewne cechy nietzscheańskiego nadczłowieka.

stevensoctavian

Risë Stevens jako Oktawian w Rosenkavalierze.

Pierwszym dyrygentem, który dostrzegł niezwykły potencjał Stevens, był George Szell. Niezwłocznie ściągnął młodą mezzosopranistkę do Pragi, gdzie w 1936 roku zadebiutowała w roli tytułowej w Mignon Thomasa. Podpisała też kontrakt z wiedeńską Staatsoper, gdzie po raz pierwszy – z powodzeniem – zmierzyła się z partią Oktawiana. Podczas pobytu we Wiedniu związała się z węgiersko-austriackim aktorem Walterem Surovym, który z czasem został jej menedżerem (mimo że spędzili ze sobą całe życie, Risë lubiła mu wypominać, że gdy skręciła rękę na scenie, mąż wpierw wezwał dziennikarzy, a dopiero później chirurga). Oboje wrócili do Stanów w 1938 roku: 17 grudnia Stevens wystąpiła jako Mignon z zespołem MET w Operze Filadelfijskiej. Trzy dni później zaśpiewała Oktawiana w Nowym Jorku – u boku Lotte Lehmann w roli Marszałkowej, w spektaklu pod batutą Artura Bodanzky’ego; wkrótce potem zdyskontowała ten sukces w Teatro Colón. W 1939 roku dwukrotnie pojawiła się na scenie uruchomionej pięć lat wcześniej opery w Glyndebourne – jako Dorabella w Così fan tutte i Cherubin w Weselu Figara. Rok później miała wrócić do Sussex w Carmen, wojna pokrzyżowała jednak plany organizatorów: w Glyndebourne urządzono tymczasową ochronkę dla sierot, których rodzice zginęli we wrześniowych bombardowaniach Londynu. Jej powojenny występ w roli Cherubina (1955) przyjęto dość chłodno. Stevens nie zyskała szerszego rozgłosu w Europie.

Za to w Stanach była bożyszczem tłumów. Na scenie MET zaśpiewała 348 razy, mimo że zakończyła karierę u szczytu możliwości wokalnych, zaledwie 23 lata po nowojorskim debiucie. W 1945 roku jej giętki, przebogaty w barwie mezzosopran został ubezpieczony na rekordową wówczas sumę miliona dolarów. Oprócz wspomnianych już ról Mozartowskich i Straussowskich miała w repertuarze między innymi partie Maryny i Marfy z oper Musorgskiego, Giuliettę z Opowieści Hoffmanna, a nawet Frykę z Walkirii. W 1955 roku odniosła niespodziewany sukces jako Orfeusz w operze Glucka pod batutą Pierre’a Monteux – choć wystąpiła w tej roli zaledwie dziesięć razy (wraz z Lisą della Casa), zachowała do tej partii szczególny sentyment. Wielokrotnie święciła triumfy w Samsonie i Dalili Saint-Saënsa, między innymi u boku fenomenalnego Ramóna Vinaya. W ostatnim sezonie w MET wdała się w konflikt z przedstawicielami związków zawodowych, skutecznie zażegnany – na jej osobistą prośbę – przez prezydenta Kennedy’ego. Po zejściu ze sceny objęła kierownictwo Metropolitan Opera National Company i zajęła się organizowaniem występów zespołu w innych miastach amerykańskich. W latach 1975-78 stała na czele nowojorskiego Mannes College of Music, do końca lat 80. prowadziła Young Artist Development Program przy MET.

Urodziwa i niezwykle uzdolniona dramatycznie, przyciągnęła też uwagę producentów hollywoodzkich. W 1941 roku wystąpiła w przebojowej komedii muzycznej The Chocolate Soldier w reżyserii Roya Del Rutha, trzy lata później podbiła serca widzów epizodyczną rolą Genevieve Linden w oscarowym melodramacie Idąc moją drogą, wsławionym znakomitymi rolami Binga Crosby’ego i Barry’ego Fitzgeralda. Brała udział w programach telewizyjnych, nie stroniła od występów na Broadwayu, dubbingowała aktorki w musicalach filmowych.

Przeszła jednak do historii jako pamiętna Carmen, być może jeszcze „dziwniejsza” niż jej legendarna mistrzyni Marie Gutheil-Schoder. Amerykańscy krytycy porównywali jej sztukę z dokonaniami andaluzyjskiej mezzosopranistki Conchity Supervía, która w czasach Wielkiej Wojny rzuciła w tej roli na kolana publiczność Opery w Chicago. Na scenie MET Risë Stevens wystąpiła w operze Bizeta aż 124 razy, budując stopniowo postać bezwzględnej kusicielki, kobiety – jak ujęła to sama śpiewaczka – „zakochanej w miłości”. Ani wyzwolonej, ani opętanej wizją nieubłaganie nadciągającej śmierci: raczej skupionej bez reszty na zaspokajaniu własnej potrzeby uczuć. Carmen w ujęciu Stevens nie ogląda się na nikogo i na nic, jest wcieleniem beztroskiej, świadomej swego uroku prowokatorki, całkowicie obojętnej na spustoszenia, jakie czyni w sercach i umysłach zadurzonych w niej mężczyzn.

stevenswalterbing

Z Fritzem Reinerem i Rudolfem Bingiem po przedstawieniach Carmen. Fot. Archiwum MET.

Działało. Jej partnerzy sceniczni – między innymi Richard Tucker i Ramón Vinay – tworzyli równie przekonujące wokalnie i aktorsko postaci Don Joségo. Mario del Monaco okazał się tak przekonujący, że Stevens kategorycznie zażądała, by w IV akcie rzucał się na nią z bezpieczną, gumową atrapą noża. Fritz Reiner, zauroczony jej niewiarygodną muzykalnością i fenomenalną techniką, dobrał jej miodopłynnego Escamilla w osobie Roberta Merrilla i obdarzonego żarliwym, odrobinę kanciastym, by nie rzec „psychopatycznym” tenorem Jana Peerce’a w partii Don Joségo. W 1951 roku, z orkiestrą RCA Victor, nagrał Carmen, która do dziś zdumiewa nieludzką wręcz perfekcją warstwy muzycznej i poraża głębią wyrazu dramatycznego. Finałowego duetu kochanków nie sposób słuchać spokojnie, zwłaszcza mając w pamięci zmysłową seguidillę z I aktu opery. Pogarda i lodowaty chłód Carmen – celnie oddane przez Stevens środkami czysto wokalnymi – wyzwalają w upodlonym żołnierzu istny atak szału, który prowadzi do finałowej tragedii. Teraz możecie mnie aresztować. Tak, to ja ją zabiłem. I już mi wszystko jedno.

Risë Stevens wzbudzała uwielbienie i inne skrajne emocje jeszcze długo po zejściu ze sceny, którą pożegnała 12 kwietnia 1961 roku, oczywiście w partii Carmen. Zmarła 52 lata później, niespełna trzy miesiące przed swoimi setnymi urodzinami. Fanatyczni miłośnicy jej głosu nie mogą nawet rzucić się z rozpaczą na jej grób. Ciało Risë skremowano. Urnę z prochami zabrał do domu jej syn, Nicolas Surovy. Chyba nie było mu wszystko jedno.

Nieszczęśliwa femme fatale

Nieco ponad miesiąc temu, dokładnie 5 listopada, odbyła się premiera nowej inscenizacji Lulu Berga w MET, w reżyserii Williama Kentridge’a, ze scenografią Sabine Theunissen i w kostiumach Grety Goiris. W obsadzie znaleźli się między innymi Marlis Petersen (Lulu), Daniel Brenna (Alwa) i Johan Reuter (Doktor Schön/Kuba Rozpruwacz), całość poprowadził Lothar Koenigs. Dwa tygodnie później przedstawienie transmitowano w ramach przedsięwzięcia „The Met: Live in HD”. Seans w Filharmonii Łódzkiej w ostatniej chwili odwołano, zapowiadając retransmisję w późniejszym terminie. Zamówiony do książki programowej szkic udostępniam więc teraz, dopóki Czytelnicy mają wciąż żywe wrażenia z nowojorskiego spektaklu. W formie drukowanej ukaże się wiosną przyszłego roku.

***

Był chłopcem nieśmiałym, łagodnym i z pewnością rozpieszczonym przez bogatych rodziców, podobnie jak trójka jego rodzeństwa. Z początku nie interesował się muzyką. Wolał czytać książki. Pierwsze szkice kompozytorskie skreślił dopiero po śmierci ojca w 1900 roku, bez żadnego systematycznego przygotowania. Samoukiem okazał się także w znacznie drażliwszych sprawach seksu: z końcem mroźnej zimy 1902 roku, niedługo po swoich siedemnastych urodzinach, spłodził dziecko z Marią Scheuchl, dziewką służącą w wiedeńskim domu Bergów. Albina, córka Albana, urodziła się 4 grudnia. Wkrótce później młodociany ojciec podjął nieudaną próbę samobójczą. Może dlatego, że z tego wszystkiego nie zdał matury, może dlatego, że Maria odmówiła przyjęcia pomocy, zerwała kontakty z Albanem i wyprowadziła się od swoich chlebodawców. Tęsknił za córką przez całe życie, ale nigdy nie miał dość odwagi, żeby wyzwolić się od wpływów otoczenia i wejść z nią w normalną relację. Wiele lat później, w 1930 roku, przekazał jej bilet na premierę Wozzecka we Wiedniu. Najtańszy, za dwa szylingi, na czwartym balkonie.

alban-berg_c_jpg_681x349_crop_upscale_q95

Alban Berg.

Chorowity, podatny na rozmaite alergie, które wkrótce stały się przyczyną ciężkich ataków astmy, pozostał dzieckiem w skórze mężczyzny. Wpierw zależny od matki, która latami skrywała rodzinną „hańbę” zawinioną przez siedemnastolatka i próbowała wyleczyć jego młodszą siostrę Smaragdę z homoseksualizmu, wydając ją dobrze za mąż; później od swojej przyszłej teściowej, która z kolei zamknęła w domu wariatów homoseksualnego syna, a małżeństwu Albana ze swą córką próbowała zapobiec przez okrągłe pięć lat; wreszcie od żony Heleny, która mimo wewnętrznego rozpadu małżeństwa do końca zachowywała pozory, że oboje żyją w spełnionym mieszczańskim stadle.
Swą niepospolitą wrażliwość i skutecznie tłumiony sprzeciw wobec zakłamania wiedeńskiej burżuazji sublimował w sztukę, od najwcześniejszych lat obracając się kręgach stołecznych elit kulturalnych. W 1904 roku rozpoczął regularne lekcje kontrapunktu, harmonii i teorii muzyki u Arnolda Schönberga. Przyjaźnił się z Alexandrem Zemlinskym i Franzem Schrekerem. W gronie jego bliskich znajomych byli też malarze, poeci, dziennikarze, satyrycy i architekci. Dzielił z nimi przeczucie nadciągającej katastrofy, prowadził niekończące się dyskusje o pozycji jednostki w zdegenerowanej wspólnocie, fascynował się krytyką społeczną w najrozmaitszych odsłonach, począwszy od twórczości rewolucjonisty Georga Büchnera, poprzez naturalizm Gerharta Hauptmanna, skończywszy na protoekspresjonizmie Franza Wedekinda. Śledził zwierzęco zmysłowe, podszyte śmiercią i brudem obrazy Schielego i Kokoschki. Po seansach u Freuda i Adlera zraził się do psychoanalizy, uznawszy ją za nędzne oszustwo oparte na nadużyciu zaufania. Mimo czołobitnego stosunku do swojego mentora Schönberga i doskonałego rozeznania w innych zalewających ówczesny Wiedeń prądach artystycznych nie wyzbył się sentymentu do dawnej epoki. Współtworzył drugą szkołę wiedeńską, nadał jej wszakże bardziej „ludzkie” oblicze. W swojej muzyce swobodnie łączył idiom ekspresjonistyczny z odwołaniami do romantyzmu, dodekafonię z rozszerzoną tonalnością, cytaty z Bacha z aluzjami do muzyki ludowej. Dopiero niedawno badacze zaczęli przyznawać, że spuścizna muzyczna Berga jest wbrew pozorom znacznie bardziej uniwersalna i „nowoczesna” niż dorobek Schönberga i Weberna, którzy zamknęli się w sztywnych schematach z iście konserwatywną zaciętością.
Przez dziesięciolecia kojarzony w operze ze wstrząsającym Wozzeckiem, całkiem niedawno i w dość powikłanych okolicznościach został obwołany twórcą najwybitniejszego w XX wieku arcydzieła tej formy – rozpoczętej w 1927 roku Lulu, z librettem własnym kompozytora, na motywach dwóch sztuk Wedekinda. Nie było to jednak pierwsze zetknięcie Berga z motywem „kobiety pierwotnej”, figury czystego instynktu w świecie rozdartym między chciwością a pożądaniem. W roku 1905 po raz pierwszy zobaczył na scenie Puszkę Pandory, drugą część skandalizującego dyptyku Wedekinda (część pierwsza nosi tytuł Erdgeist i jest w Polsce znana pod dwoma równie niecelnymi tytułami Duch ziemi i Demon ziemi, chodzi bowiem o żywiołaka), wkrótce potem zaś symboliczną „baśń z huty szkła” A Pippa tańczy! Hauptmanna. Obydwie sztuki powiązane tym samym, germańsko-skandynawskim wątkiem tajemniczej kobiety, która wzbudza nieokiełznane namiętności i przywodzi mężczyzn do zguby. U Hauptmanna pojawiają się jeszcze elementy fantastyczne, bohaterka Wedekinda jest już pełnokrwistym, choć niejednoznacznym ucieleśnieniem współczesnego mitu: niewinnym dzieckiem, młodocianą dziwką, zepsutą kurtyzaną, prakobietą zdeformowaną przez całe zło tego świata.

kortner01aa

Puszka Pandory na scenie Schauspielhaus Berlin (1926). U góry po lewej Gerda Müller (Lulu), po prawej Fritz Kortner (Kuba Rozpruwacz), na dole Lucie Hoflich (Hrabina Geschwitz).

Decyzja o zaadaptowaniu na libretto dwóch sztuk Wedekinda zapadła niejako przypadkiem. Hauptmann postawił Bergowi zbyt wygórowane żądania finansowe. Kompozytor połączył oba ogniwa w jedno, skrócił narrację o ponad trzy czwarte w stosunku do pierwowzoru, usunął szereg postaci drugoplanowych, innym nadał zwielokrotnioną tożsamość. Narracja Bergowskiej Lulu nie rozwija się linearnie, tylko zapętla się i nawraca: bohaterka, która w prologu pojawia się na arenie cyrkowej pod symboliczną postacią węża, w finale zostaje schwytana w matnię przez swoje wcześniejsze ofiary, wcielone teraz w klientów upadłej nierządnicy. Kuba Rozpruwacz, z którego ręki ostatecznie zginie, to zawrócony w skórze monstrum doktor Schön, jedyna prawdziwa miłość Lulu, mężczyzna o niezbyt czystych intencjach, bo przygarnąwszy nieletnią ulicznicę, rzucał ją na żer kolejnym samcom, a wreszcie się jej pozbył. Ta figura zguby wynikłej ze źle ulokowanych uczuć zamorduje też hrabinę Geschwitz, która jako jedyna zostanie przy Lulu w śmierci i poniekąd zbawi ją siłą swej lesbijskiej miłości.
Wydźwięk Lulu Berga – mimo przesunięcia akcentów – jest równie niejednoznaczny jak w pierwowzorze. Kto tu jest katem, a kto ofiarą? Czy Lulu odzwierciedla zło świata, czy raczej pada ofiarą uwolnionych zewsząd demonów? Czy Lulu w ogóle istnieje? Czy ma jakieś imię, poza onomatopeicznym przydomkiem, przywodzącym na myśl paplanie raczkującego dziecka? Czy istnieją pozostali bohaterowie, czy są tylko emanacjami Lulu, odbitymi jak w zwierciadle obrazami zwierzęcego pożądania i innych pierwotnych instynktów? A może to oni ubierają Lulu w przerażające szaty, utkane z męskich stereotypów kobiecości? Ile w tej narracji jest elementów autobiograficznych, począwszy od motywu bezpowrotnie utraconej niewinności, kończąc na przemianie Wedekindowego pisarza Alwy w kompozytora? Ile aluzji do autentycznych przedstawicieli wiedeńskiej elity artystycznej?
Na niektóre z tych pytań próżno szukać odpowiedzi. Inne kryją się w muzyce – w zwierciadlanej, ułożonej w palindrom strukturze całej partytury, w seriach przypisanych poszczególnym postaciom, a wywiedzionych bez wyjątku z podstawowego szeregu charakteryzującego samą Lulu, w ogromnym zróżnicowaniu i szerokiej autonomii partii wokalnych, w malowaniu nastrojów rytmem, fakturą i barwą, w podkreśleniu efektu „zmysłowości” użyciem dwóch niecodziennych instrumentów: saksofonu altowego i wykorzystanego po raz pierwszy w muzyce klasycznej wibrafonu.

Albine

Albina, nieślubna córka Berga.

Kompozytor ślęczał nad tą operą latami, a i tak nie zdołał jej ukończyć. Wpierw przeszkodziła mu radykalna zmiana sytuacji politycznej po dojściu Hitlera do władzy, później własna śmierć, wreszcie wdowa, która przeżyła kompozytora o ponad czterdzieści lat i do końca swoich dni – powołując się na odmowę opracowania reszty materiału przez Schönberga, Zemlinsky’ego i Weberna – blokowała wszelkie inicjatywy w tym względzie. Kadłubowa wersja dwuaktowa miała premierę w 1937 roku. W latach pięćdziesiątych przyjął się zwyczaj inscenizowania śmierci Lulu w formie pantomimy z towarzyszeniem instrumentalnym. Opera i tak często gościła na scenach światowych, prawdziwy przełom nadszedł jednak w roku 1976, po ujawnieniu przez Friedricha Cerhę, że propozycję dokończenia opery otrzymał już kilkanaście lat wcześniej, prace udaremniła jednak fundacja założona przez wdowę po Bergu. Trzy lata później Opera Paryska wystawiła po raz pierwszy wersję trzyaktową – przy której Cerha z pewnością miał mniej roboty niż rekonstruktorzy Turandot albo Zoltán Kocsis, zaszczycony misją ukończenia Mojżesza i Aarona Schönberga. Berg zostawił dość wskazówek, żeby wskrzeszoną po latach Lulu uznać za w pełni autorskie, zamknięte arcydzieło.
Pozostaje mieć nadzieję, że Alban i Albina słuchają go w zaświatach razem – nieważne, czy z loży honorowej, czy z najtańszych miejsc na czwartym balkonie.

A jak Królem, a jak Cydem będziesz…

O tym, czym jest Król Roger, a czym nie jest, napisano już tysiące stronic i wylano morze inkaustu. Całkiem niedawno dołączyłam do grona komentatorów, publikując krótki esej o operze Szymanowskiego na łamach „Tygodnika Powszechnego”, przy okazji głośnej premiery w Royal Opera House w Londynie. Od pewnego czasu sławą najlepszego wykonawcy partii tytułowej cieszy się znakomity baryton Mariusz Kwiecień, którego śpiew był ozdobą nie tylko wspomnianej inscenizacji Holtena w ROH, lecz także spektakli w Paryżu, Madrycie, Bilbao i Santa Fe. To z myślą o nim zaplanowano pierwszą premierę tegorocznego sezonu Opery Krakowskiej, Króla Rogera w ujęciu Michała Znanieckiego, który pracował z Kwietniem w Bilbao w 2012 roku. Reżyser, pytany zawczasu, czy zamierza wykorzystać swoje wcześniejsze doświadczenia z tym utworem, stanowczo zaprzeczył i zapewnił, że „nawet gdybym miał kiedyś pokusę ponownego wykorzystania któregoś z inscenizacyjnych tropów, byłoby to po prostu niemożliwe”.

Czyżby? Znaniecki tylko odrobinę przesunął akcenty, zapewne pod wpływem miażdżącej krytyki rozwiązań z III aktu, który w Bilbao rozgrywał się w klubie gejowskim – niewykluczone też, że zmodyfikował swoją wizję z uwagi na coraz gęstszą atmosferę obyczajową w Polsce. Teraz – zamiast pijackich orgii w darkroomie – mamy żałosny finał z udziałem dwojga podstarzałych hippisów-alkoholików. Poza tym wszystko jak u wcześniejszego Znanieckiego i w inscenizacjach kilku kolegów po fachu. Muzyczny traktat o rozmaitych odmianach miłości, o konflikcie ładu państwowego z popędem seksualnym, o starciu pierwiastka apollińskiego z dionizyjskim – czyli o sprawach, o których cywilizowany Zachód rozprawiał z powodzeniem przez dwa tysiące lat z okładem – znów został spłaszczony do postaci miałkiej historyjki „o nas”. Przy czym „my” znów okazaliśmy się postaciami z marzeń bezrobotnych oglądaczy tasiemcowych seriali, czyli pustymi dorobkiewiczami z luksusowych apartamentowców. Zielone kanapy z Bilbao ustąpiły miejsca kanapom czerwonym. Roksana i Roger tak samo się nudzą, i to śmiertelnie. Jedzą śniadanie przy tym samym stole – z jednym, dość znamiennym wyjątkiem: o ile stół z Bilbao zapisano cytatami z Horacego i prawa dwunastu tablic, o tyle w Krakowie na stole i symbolizujących gmach wiedzy obeliskach pojawiły się wyimki z Pisma Świętego i pewien aforyzm przypisywany kardynałowi Richelieu. Dlaczego? Sprawdziłam. Otóż Znaniecki sięgnął tym razem do internetowego zbioru „łacińskich sentencji o Bogu i religii, starożytnych oraz pochodzenia biblijnego”. Chciał dobrze. Dojechał do litery „C”. Nie sprawdził, że domniemany cytat z Richelieu znalazł się tam przez pomyłkę, dołączony do listy przez jakiegoś niedouczonego kompilatora sieciowych mądrości.

!cid__5__=4EBBF46CDFC7FEBD8f9e8a93@opera_krakow

Pasterz (Pavlo Tolstoy) i czerwone kanapy. W głębi Mariusz Kwiecień (Roger). Fot. Marek Grotowski

I tu, i tam słońce okazuje się metaforą wyzwolenia przez śmierć. I w Bilbao, i w Krakowie Znaniecki trawestuje gest z inscenizacji Warlikowskiego – to Roger wpija się w usta Pasterzowi, a nie odwrotnie, choć tajemniczy przybysz przypomina raczej menedżera z Mordoru przy Domaniewskiej, który wyskoczył na chwilę z firmy na papierosa. Co o tyle zabawne, że w tę rolę wcielił się ten sam śpiewak, który mimo przeciętnych warunków fizycznych stworzył bardzo przekonującą postać we wrocławskim Rogerze w reżyserii Mariusza Trelińskiego. Znaniecki pozwolił sobie za to zacytować kilka tropów z wcześniejszej, warszawskiej inscenizacji tego reżysera. Na okrasę dostaliśmy jeszcze odniesienia do 2001 Odysei kosmicznej Kubricka i do Planety małp Schaffnera (w ostatnim akcie). Roger umarł jak u Warlikowskiego, tylko trochę inaczej zmartwychwstał. Strach pomyśleć, ilu cytatów i kryptocytatów musiałabym się jeszcze doszukać, gdyby Król Roger trwał dłużej niż półtorej godziny.

Na szczęście poza Mariuszem Kwietniem – jak zwykle znakomitym w swej popisowej roli, w finałowym „Hymnie do słońca” znacznie swobodniejszym i bardziej przekonującym niż w Londynie – krakowski Roger miał jeszcze jedno wspólne ogniwo muzyczne z przedstawieniem w Bilbao. Obydwa spektakle przygotował Łukasz Borowicz, któremu udało się okiełzać nie tylko szwankującą akustykę Opery Krakowskiej, ale i niezbyt spójną brzmieniowo orkiestrę, która pod jego batutą zagrała nadspodziewanie subtelnie, a co ważniejsze – stylowo. Gorzej poszło z niemrawym chórem, który na drugim przedstawieniu kompletnie rozłożył początek I aktu, trzymając się intonacji – jak rzekłby Kacper Miklaszewski – „wysoce osobistej” i całkiem niezgodnej z dźwiękami dobiegającymi z kanału orkiestrowego. O dykcji, a raczej jej braku, nie wspomnę – dość powiedzieć, że słynny okrzyk „Zgroza!” dał się rozpoznać tylko znającym libretto. Zdecydowanie bardziej przerażająco, mimo pociesznej polszczyzny, zabrzmiał w ustach chórzystów ROH. W porównaniu z rzemiosłem wokalnym i umiejętnościami aktorskimi Kwietnia reszta solistów wypadła dość blado. Śpiewająca w drugiej obsadzie Iwona Socha nie sprostała trudnościom technicznym partii Roksany, nie wspominając już o wątpliwej urodzie głosu i kłopotach z emisją. Na tym tle całkiem nieźle poradzili sobie dwaj obcokrajowcy: poprawny, choć „nieporywny” Vasyl Grokholski w roli Edrisiego i bardzo porządny wokalnie Pavlo Tolstoy (Pasterz). Przyznaję, Tolstoyowi brakuje charyzmy (choć konia z rzędem temu, kto zna idealnego wykonawcę partii Pasterza), jego tenor jest dość specyficzny, pobrzmiewający niemodnym, choć moim zdaniem bardzo urokliwym „groszkiem”, z drugiej jednak strony zdrowy i pewny, naznaczony charakterystyczną, spintową „blachą”, która znacznie bardziej przemawia mi do wyobraźni niż półfalsetowe, androgyniczne śpiewanie większości odtwórców tej postaci. Poza tym jedynie Kwiecień i Tolstoy podawali tekst zrozumiale, co wzbudziło zaskakującą reakcję widowni: zamiast sarkać na skandaliczną dykcję wykonawców, zażądała Rogera z wyświetlanymi nad sceną napisami.

!cid__6__=4EBBF46CDFC7FEBD8f9e8a93@opera_krakow

Akt III, czyli Roger trzydzieści lat później. Fot. Marek Grotowski.

Ciekawe, kiedy napisów zaczną się domagać bywalcy teatrów dramatycznych. Wprawdzie tam jeszcze da się zrozumieć pojedyncze słowa, coraz rzadziej jednak składają się one w spójną całość, starannie wykończoną frazę, zrytmizowany wers z celnie zaznaczoną średniówką. Dlatego nie śpieszyłam się z wyprawą do Teatru Polskiego w Warszawie, gdzie wśród kilku niezbyt udanych produkcji ostatnich sezonów zapowiedziano wznowienie Cyda Corneille’a – z udziałem dwojga młodych, szerzej nieznanych aktorów w rolach głównych. Czymś jednak chciałam spłukać niesmak po płytkiej i brzydkiej inscenizacji w Krakowie. Uległam też namowom Piotra Kamińskiego, który dokonał adaptacji kongenialnego przekładu Morsztyna, jednego z moich najukochańszych poetów barokowych. Jakoś przeżyję, pomyślałam. Uwielbiam tę sztukę. Co wymamroczą pod nosem, to sobie dośpiewam. Każdy ma taką Comédie-Française, na jaką sobie zasłużył. 

Cyd_13-conf670x380100nt_m

Cyd w Teatrze Polskim. Fot. Krzysztof Bieliński.

Jakież było moje zdumienie, kiedy ujrzałam i usłyszałam na scenie chłopaka, którego Roderyk jest kreacją skończoną, domkniętą i przemyślaną w każdym calu (Paweł Krucz). Jakże się wzruszyłam, kiedy poznałam Szimenę, która wciąż szuka klucza do swej bohaterki, ale jak go wreszcie znajdzie, to mi serce pęknie (młodziutka Marta Kurzak). Ależ mi ulżyło, kiedy się przekonałam, że francuski reżyser Ivan Alexandre bawi się konwencją teatralną jak dziecko, a przy tym nie zaburza zawartych w tym arcydziele sensów, podtekstów i znaczeń. Nie posiadałam się z radości, że rozumiem każde słowo. Krótko mówiąc, niechcący zobaczyłam na scenie dramatycznej, jak powinna wyglądać opera. Dobrze, że są jeszcze ludzie, który wierzą w teatr niesiony prądem samej narracji. Nie tracę nadziei, że przybędzie reżyserów wierzących w wewnętrzną moc formy operowej.

W każdym głosie odrębne ziarenko

W najbliższy poniedziałek, 7 grudnia, rusza piąty festiwal Actus Humanus w Gdańsku. Siedem koncertów, iście gwiazdorska obsada, jak zwykle na festiwalach Filipa Berkowicza – same pewniaki, żadnych eksperymentów – nie ma jednak co narzekać, bo wygląda na to, że kontakt z wykonawstwem muzyki dawnej nadal będziemy mieli przede wszystkim od święta. Tym razem od święta Bożego Narodzenia, z którym najbliżej powiązany jest program koncertu belgijskiej grupy wokalnej graindelavoix pod kierunkiem Björna Schmelzera. Dziwny to zespół: sam jego szef, z wykształcenia etnomuzykolog, odżegnuje się od tradycyjnego modelu wykonawstwa historycznego i podkreśla, że występy jego śpiewaków mają charakter swoistych performansów. Rezultaty takiego podejścia bywają rozmaite – czasem olśniewające, czasem mocno dyskusyjne. Na koncercie 10 grudnia zespół przedstawi rekonstrukcję cypryjskich nieszporów bożonarodzeniowych z okresu panowania Normanów, w której Schmelzer uwzględnił XIV-wieczne motety polifoniczne z tak zwanego Rękopisu Turyńskiego, przypisywane Jeanowi Hanelle, francuskiemu kompozytorowi z Cambrai, ściągniętemu na dwór w Nikozji przez królową Cypru Charlotte de Bourbon. Słów kilka o graindelavoix w festiwalowym dodatku specjalnym pod redakcją Kuby Puchalskiego, w najnowszym numerze „Tygodnika Powszechnego”.

W każdym głosie odrębne ziarenko

Muzykuję, więc jestem

Przełom listopada i grudnia to nie jest najlepszy czas dla zwierząt zwanych ludźmi. Nie dość, że mokro i zimno, to jeszcze coraz ciemniej. Mało co nas cieszy, mało kto nas pocieszy. Niektórzy z utęsknieniem wyczekują Świąt, inni – z rozmaitych względów – woleliby mieć już je za sobą. Cóż robić? Poprawiać sobie nastrój muzyką? Oj, z tym też trzeba uważać, bo przez pomyłkę można się jeszcze bardziej zdołować. Proponuję więc w zamian coś innego: krótką refleksję nad potrzebą muzykowania w sytuacjach granicznych. Nie po to, żeby poweseleć. Po to, żeby obudzić w sobie coś ważnego. Muzykujmy. Bądźmy. Ten felieton ukazał się w listopadowym numerze „Muzyki w Mieście”.

Muzykuję, więc jestem

Czym nasze życie? Grą!

Kiedy w moskiewskim Teatrze Bolszoj szedł Sadko i w partii tytułowej miał wystąpić Georgij Nelepp, miłośnicy opery wykupywali bilety z wielomiesięcznym wyprzedzeniem i zjeżdżali na przedstawienie z całego Związku Radzieckiego. Wysoki, z gruba ciosany, a mimo to przystojny, łączący nienaganną prezencję sceniczną z pełnym dostojeństwa gestem aktorskim, przyciągał do teatru nie tylko wielbicieli pięknego śpiewu. Rosjanie kochali swoich primi uomini – choć więcej było wśród nich śpiewaków obdarzonych lekkim, przejrzystym jak kryształ głosem lirycznym, niż spadkobierców tradycji Nikołaja Fignera, pierwszego odtwórcy partii Hermana i Vaudemonta w operach Czajkowskiego, jednego z najsłynniejszych carskich tenorów dramatycznych. Takie perły, jak Iwan Jerszow i Anton Bonaczycz, trafiały się sporadycznie. Nelepp po dziś dzień uchodzi za fenomen w tym względzie, niedoścignionego wykonawcę specyficznie rosyjskich partii „bohaterskich”, być może najlepszego w dziejach protagonistę Damy pikowej. Znany jest wszakże nielicznym – z powodów dość złożonych i nie w pełni wyjaśnionych, jak często w ZSRR bywało.

Biografię na Wikipedii ma tylko po niemiecku, japońsku i rosyjsku, choć urodził się w 1904 roku we wsi Bobrujki na obszarze dzisiejszej Ukrainy, wówczas w granicach tak zwanego Lewobrzeża Ukrainy Naddnieprzańskiej, w guberni czernihowskiej Imperium. Śpiewał od dziecka, jak to w tamtych stronach. Wstąpił do Armii Czerwonej w wieku lat piętnastu. Cztery lata później został oddelegowany na naukę topografii wojskowej do Piotrogrodu (w 1924 roku przemianowanego na Leningrad). Tak się złożyło, że piotrogrodzka szkoła topografów leżała w bliskim sąsiedztwie konserwatorium i wieści o czerwonoarmiejcu z głosem jak dzwon rozniosły się lotem błyskawicy. Młodego Neleppa zaciągnięto nieomal siłą przed oblicze samego Głazunowa. Wysłuchał, pochwalił i skierował go do klasy Josifa Tomarsa, znakomitego, dziś całkiem już zapomnianego tenora dramatycznego.

x_3360e92d

Georgij Nelepp jako Florestan w Fideliu.

Nelepp zadebiutował na scenie Teatru Maryjskiego w lutym 1929 roku, jeszcze podczas studiów. Krytycy – wśród nich zaprzyjaźniony z Szostakowiczem Iwan Sollertyński – z miejsca zwrócili uwagę na jego niezwykły potencjał wokalny i dramatyczny. Młody śpiewak odznaczał się niezwykłym zapałem i pracowitością, szybko uczył się ról i sumiennie pracował nad rysunkiem postaci. W 1939 dochrapał się pierwszego ważnego odznaczenia – Zasłużonego Artysty RFSRR; wkrótce potem, w 1942, otrzymał Nagrodę Stalinowską I klasy za rolę Jurija w Czarodziejce Czajkowskiego. W Maryjskim występował prawie do końca wojny. W 1944 roku skorzystał z zaproszenia moskiewskiego Teatru Bolszoj, który szukał nowych solistów po powrocie zespołu z ewakuacji. Dostał angaż z pocałowaniem w rękę i rozpoczął triumfalny pochód przez kolejne inscenizacje stołecznej sceny. Oprócz wspomnianego już Sadka śpiewał główne partie w Pskowiance, Nocy majowej i Bajce o carze Sałtanie Rimskiego-Korsakowa, w operach Glinki (Sobinin w Iwanie Susaninie i Finn w Rusłanie i Ludmile), Musorgskiego (Samozwaniec w Borysie i Golicyn w Chowańszczyźnie). Występował w dziełach innych kompozytorów słowiańskich (za rolę Jenika w Sprzedanej narzeczonej dostał kolejną Nagrodę Stalinowską, śpiewał również Jontka w Halce – warto dodać, że obydwie opery nagrał pod batutą Kiryła Kondraszyna). Zapadł w pamięć jako rewelacyjny Don José, porywający Radames i fenomenalny, chwalony także przez Niemców Florestan. Do historii przeszedł jednak dzięki niezrównanym interpretacjom „cięższych” partii z oper Czajkowskiego, na czele z Hermanem z Damy pikowej.

Krytycy piali z zachwytu nad jego potężnym i dźwięcznym, a przy tym zaskakująco ciepłym w barwie i giętkim tenorem, wychwalali też jego nieskazitelną technikę i umiejętność tworzenia wielowymiarowych, poruszających postaci. Publiczność waliła do teatru drzwiami i oknami. Koledzy jednak go unikali. Jeśli wierzyć słowom Galiny Wiszniewskiej – ulubionej partnerki scenicznej Neleppa, która wydała swoją słynną autobiografię w 1984 roku, prawie trzydzieści lat po śmierci śpiewaka – nie bez przyczyny. Prawda zaczęła wychodzić na jaw w 1956 roku, wraz z wypuszczanymi na wolność więźniami GUŁAG-u. Wielu z nich zadenuncjował Nelepp, charyzmatyczny artysta, a zarazem bezlitosny intrygant i gorliwy współpracownik NKWD.

Niewykluczone, że był wśród nich także Nikołaj Pieczkowski, starszy od Neleppa o osiem lat solista opery leningradzkiej i w swoim czasie ulubieniec tamtejszej publiczności. Występowali w podobnym repertuarze: w 1937 roku Pieczkowski zastąpił niedysponowanego Neleppa w czwartym akcie Carmen i dostał frenetyczne brawa już po pierwszym wejściu. Kiedy doszło do sytuacji odwrotnej i Nelepp w ostatniej chwili zmienił chorego Pieczkowskiego w partii Hermana, część widzów pomaszerowała do kasy i zażądała zwrotu pieniędzy za bilety. Świadkowie tamtych wydarzeń przyznają, że Nelepp miał lepsze warunki wokalne, ustępował jednak Pieczkowskiemu aktorsko. Jego rywal miał wielką charyzmę i znakomity warsztat, doskonalony przez lata pod okiem samego Stanisławskiego. Ponoć gdy wchodził na scenę, widownię przebiegał dreszcz – łatwo to sobie wyobrazić, porównując choćby zdjęcia sceniczne obydwu artystów. Nagrania porównywać trudniej, bo w archiwach nie zostało prawie nic po Pieczkowskim.

324_001

Nikołaj Pieczkowski w roli Don Joségo w Carmen.

Kiedy rozpoczęła się blokada Leningradu, Pieczkowski utknął w odległej o kilkadziesiąt kilometrów daczy, gdzie opiekował się chorą matką. Podobno kontaktował się z radzieckimi władzami miasta, przekazywał im cenne informacje, wspomagał okoliczną ludność i żołnierzy partyzantki. Rozniosła się jednak wieść, że współpracuje z okupantem, że śpiewa za niemieckie pieniądze w krajach bałtyckich, ba, jeździ na gościnne występy do Niemiec. Do zarzutów o kolaborację dołączyły wkrótce plotki, że Pieczkowski jest homoseksualistą. Po zakończeniu wojny artysta przedostał się do Moskwy z zamiarem złożenia obszernych wyjaśnień. Aresztowano go tuż po przybyciu do stolicy. W listopadzie 1945 roku został skazany na dziesięć lat łagru – na mocy doraźnego wyroku speckomisji. Trafił do obozu za kołem polarnym. Nie dał się złamać: zorganizował więzienną trupę teatralną, z którą udało mu się wystawić aż trzy opery, Pajace, Damę pikową i Carmen. Po wyjściu z łagru nie wrócił na wielką scenę. Występował między innymi w Rydze i Swierdłowsku, dostał pracę w leningradzkim domu kultury, założył i prowadził własny chór amatorski. Zmarł w 1966, niespełna rok po ostatnich koncertach w Leningradzie, na których znów śpiewał przed widownią wyprzedaną do ostatniego miejsca.

Dziesięć lat wcześniej, niespełna rok przed śmiercią Neleppa, za kulisami moskiewskiej sceny pojawiła się starsza kobieta i poprosiła o chwilę rozmowy z pierwszym tenorem. Kiedy Nelepp wyszedł jej na spotkanie, uderzyła go w twarz i wyzwała od zdrajców. Po chwili zamieszania wyjaśniła, że stojący przed nią podlec wysłał do łagrów dziesiątki niewinnych ludzi. Nelepp zmarł wkrótce później, 18 czerwca 1957 roku. Miał zaledwie pięćdziesiąt trzy lata.

„Czym nasze życie? Grą! Dobro i zło? To tylko mrzonki! Praca, uczciwość? Bajki dla niewiast!” – śpiewa na wpół oszalały Herman w III akcie Damy pikowej. Nie sposób dziś ustalić, kto za sprawą Neleppa wylądował w lodowym piekle Arktyki. Jeśli wśród ofiar jego donosicielstwa znalazł się także Pieczkowski, losy obydwu potoczyły się jak w finale arcydzieła Czajkowskiego. Dziś ty, jutro ja. Karta Neleppa odwracała się długo. Pieczkowski i tak go przeżył. Nie zdołał jednak odebrać Neleppowi tytułu największego Hermana w dziejach fonografii.