Oksfordczyk w operze

Drugi dzień finałów Konkursu Chopinowskiego. W redakcji Gońca daje się odczuć lekkie zmęczenie materiału fizycznego, ale ducha nie gasimy. Podlewamy też grządkę Upiorną. Dziś trochę nietypowo, bo głos w sprawie zapomnianych już śpiewaków (a także, choć może przede wszystkim, zapomnianych inscenizacji i ciągle zapominanej historii) oddamy przygodnemu recenzentowi sprzed niemal wieku. Robert Byron (1905-1941), nieznany szerzej w Polsce pisarz angielski, przedstawiciel Pokolenia Brideshead, absolwent Eton i niedoszły absolwent Oksfordu (został wydalony z uczelni za przynoszące jej ujmę ekscesy), uchodzi za praojca brytyjskiej literatury podróżniczej w jej obecnym kształcie. Praojca bardzo młodego, zginął bowiem w wieku niespełna 36 lat, straszną śmiercią, kiedy płynący w konwoju frachtowiec SS Jonathan Holt został storpedowany przez niemiecką łódź podwodną U-97. Byron kochał sztukę, wino, książki, muzykę i podróże. W pierwszą, po Europie, wybrał się w 1924 roku automobilem – z trójką przyjaciół, równie młodych i beztroskich jak on sam. Trochę przez przypadek trafił w Weronie na spektakl Mojżesza w Egipcie Rossiniego. I nakreślił o nim notkę dla „The Times”: uroczą, naiwną, chwilami bardzo dowcipną, zdradzającą już talent literacki, który rozkwitnął w pełni w jego arcydziele The Road to Oxiana z 1937 roku. Właśnie z powodu tej krótkiej, napisanej przez dwudziestolatka recenzji popadłam w ciężką prokrastynację, o której wspomniałam z jednym z felietonów do MWM: „Kiedy na swoim facebookowym profilu zamieściłam rozpaczliwy apel: ‚Czy macie może dostęp do archiwów festiwalu w Weronie i moglibyście znaleźć obsadę Mojżesza w Egipcie z 14 sierpnia 1925 roku?’, pierwszy komentarz, autorstwa jednego z najwybitniejszych znawców przedmiotu, nieco ostudził mój zapał. ‚Oszalała, kurde mol…’. Mina mi zrzedła. Może naprawdę powinnam się leczyć? Sześć minut później pojawił się kolejny, z tego samego źródła: ‚Dyrygował Sergio Failoni, Mojżesza śpiewał Nazzareno de Angelis’. Odetchnęłam z ulgą. Czyli jest nas więcej”.

AVT2_Byron_9035

Robert Byron, lata trzydzieste XX w.

Byron przytoczył korespondencję dla „The Times” w swojej pierwszej książce Europe in the Looking-Glass. Reflections of a Motor Drive from Grimsby to Athens. Tak się składa, że Upiór właśnie powolutku ją tłumaczy i z przyjemnością podzieli się tym króciutkim, a bardzo pouczającym fragmentem. Całość ukaże się in due course, jak mawiają Anglicy, nakładem Fundacji Zeszytów Literackich. Za pomoc w odnalezieniu przynajmniej dwóch nazwisk wykonawców werońskiego Mojżesza – podziękowania dla Piotra Kamińskiego.

***

PRZEDSTAWIENIE MOJŻESZA ROSSINIEGO
(Korespondencja z Areny w Weronie)

…przedstawienie okazalsze i wzbudzające większy zachwyt, niż można się było spodziewać, nawet we Włoszech. Mozart i M. Reinhardt poszli w zapomnienie. Same żywioły dały się wprzęgnąć w ten spektakl.
Chodzi o Mosé Rossiniego w słynnej Arena di Verona. Olbrzymi amfiteatr rzymski, najlepiej zachowany tego rodzaju zabytek na świecie, wyglądał zaiste imponująco. Ustawiony w głębi rząd mocnych lamp elektrycznych, których oślepiające światło z powodzeniem zastępowało kurtynę, ukazał dobitnie, że scena ma aż pięćdziesiąt jardów długości. Oskrzydlały ją dwa wyniosłe białe obeliski, na których tle ledwo dało się rozpoznać kontury dwóch ciemnych, mniej okazałych słupów. Wśród nocy rozbrzmiewał coraz huczniejszy rozgwar, w miarę jak pod czarnym dachem nieba gromadziły się kolejne rzędy widzów. Po jednej stronie nad amfiteatrem górowały trzy zrujnowane łuki, odznaczające się nieco jaśniejszym odcieniem na firmamencie – znak przeszłości. O teraźniejszości napomniały dźwięki skocznej uwertury, lecz wkrótce znikły w powodzi syknięć, które w mniemaniu każdego z osobna miały uciszyć widownię. A potem nagle, wśród grzmotu talerzy, lampy elektryczne się odwróciły, snopy światła strzeliły zaś z mniejszych obelisków, odsłaniając dwanaście plemion Izraela, zgrupowanych malowniczo jak na obrazku z kalendarza misyjnego, na tle bujnej gęstwiny zieleni wyrastającej spomiędzy głazów i wiszących skał.
Mimo niestosowności niektórych detali – na przykład dwóch paradnych renesansowych posągów konnych, pląsających między palmami w głębi – spektakl zapierał dech w piersiach, choćby samym rozmachem inscenizacji i potęgą brzmienia gigantycznego chóru. W pewnej chwili zapadła cisza – po raptownej interwencji wielkiego bębna – i na występie skalnym pojawił się Mojżesz, z ręką wzniesioną w wymownym geście. Wyglądał niczym żywcem wyjęty z Michała Anioła: potężny, obdarzony donośnym basem, o włosach zwiniętych w rogi, z brodą opadającą na tors jak w słynnej rzeźbie, kaskadą charakterystycznych kędziorów, splecionych na podobieństwo włókien mięśniowych. Istny filar potęgi i mocy, który od tamtej pory zawładnął ludem Izraela i całym przedstawieniem.
Chronologia wydarzeń w tej operze jest dość osobliwa. Treść pierwszego aktu skupia się na ofiarowaniu tablic Mojżeszowi. Kiedy Aaron próbował przekonać lud Izraela swoim łagodnym tenorem, na scenie zapadły ciemności, poza jednym punktem, na który skierowano snop światła. Orkiestra przyśpieszyła. W kulisach zajaśniały błyskawice, którym zawtórowały wyładowania letniej burzy, śląc fiołkowe rozbłyski na niebie. Wszechwładny Faraon przemówił barytonem. Prorok postąpił naprzód przy wtórze trąbek, dzierżąc tablice z przykazaniami. Akt zakończył się pysznym finałem, publiczność raz po raz wywoływała Mojżesza na scenę. Wreszcie się pojawił; tylko rogi mu wystawały spod monstrualnego, zdobnego sztucznymi owocami wieńca laurowego, który trzymali nad nim dwaj faszyści w czarnych koszulach. Burzę oklasków przeznaczonych dla tercetu przypisali sobie bez mrugnięcia okiem.

de angelis

Nazzareno de Angelis, wykonawca partii Mojżesza w spektaklu opisanym przez Byrona.

Przedstawienie trwało od dziewiątej wieczór do pierwszej w nocy. Włosi bardzo poważnie traktują swoich kompozytorów narodowych. W trzecim akcie, którego wydźwięk osłabiło zdumiewające bezguście współczesnej wizji starożytnego dworu egipskiego, śpiewak w pierwszoplanowej partii tenorowej wyciął koguta, co widownia skwitowała oburzonym, pełnym dezaprobaty pomrukiem. Ostatnia scena wypadła jednak wspaniale. Lampy znów się odwróciły, odsłaniając Izraelitów stojących w długim, posępnym szeregu. Za nimi, w miejsce bujnej zieleni, pojawiło się złowieszczo rozfalowane Morze Czerwone. Plemiona pod wodzą Mojżesza, który w gęstniejącym półmroku sprawiał niemal nadludzkie wrażenie, zaintonowały rozlewną, wezbraną smutkiem pieśń pożegnalną. W górze rozbłysła letnia błyskawica, której tym razem towarzyszył odległy grzmot. Wtedy nadeszło nieuniknione. Faraon i jego poddani rzucili się w pogoń za Izraelitami. Mojżesz zwrócił się w dramatycznym geście do morza, przemówił do wód, zahipnotyzował je i obserwował spokojnie, jak się przed nim rozstępują. Chwilę później widać już było tylko rząd głów, sunący w poprzek fal. Kiedy ostatnia głowa znikła, wysoko na skale zamajaczyła złowroga sylwetka Faraona. Zabrzmiał krótki, pełen nienawiści recytatyw. Odgłos burzy – prawdziwy, nie z orkiestry – nadciągał coraz  bliżej. Faraon na czele swych wojsk podążył śladem uciekinierów. Fale zawisły nad nimi jak fatum, zamknęły się i podjęły od nowa swój nieubłagany rytm, zakłócany co rusz rozpaczliwym wyrzutem czyjejś dłoni bądź uzbrojonego we włócznię ramienia. Orkiestra przycichła. Daleko w głębi, na ekranie z czarnej tkaniny, pojawiło się wielkie czerwone słońce, rzucając na wodę promienie nadziei. A potem wszystko się skończyło.

(Robert Byron, fragment Rozdziału VII Europe in the Looking-Glass w tłumaczeniu Doroty Kozińskiej)

3 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *