W muzycznym ogrodzie Hesperyd

Innsbrucker Festwochen der Alten Musik przebiegają w tym roku pod hasłem „Was feiern wir?” – i nie bez przyczyny, bo w 2026 naprawdę jest co świętować i komu składać hołd. Festiwal właśnie obchodzi pięćdziesięciolecie nieprzerwanego istnienia: ostał się nawet w pandemii, która udaremniła organizację między innymi Festival Oude Muziek w Utrechcie, festiwalu w Awinionie i Bayreuther Festspiele. Niedługo będzie mógł celebrować kolejne jubileusze – Ambraser Schlosskonzerte, które ruszyły w 1963 i do dziś odbywają się w ramach Festwochen; zainicjowanej w 1972 Letniej Akademii Muzyki Dawnej, poprzedniczki kilku obecnie realizowanych przedsięwzięć edukacyjnych; oraz Cesti-Wettbewerb, towarzyszącego imprezie od lat szesnastu. Eva-Maria Sens i Ottavio Dantone zdołali w tym roku zaprosić do udziału w festiwalu dwóch minionych dyrektorów artystycznych, René Jacobsa i Alessandra De Marchiego. Uczcili też pamięć Alana Curtisa, który zapoczątkował w Innsbrucku tradycję inscenizowania zapomnianych oper barokowych. Okrągła, dziesiąta rocznica śmierci amerykańskiego klawesynisty, muzykologa i dyrygenta przypadła wprawdzie na czas poprzednich Festwochen, ale kto wie, czy wspomnienie o nim w tym roku nie było bardziej stosowne ze względu na inscenizację legendarnej opery Cestiego Il pomo d’oro: to przecież właśnie Curtis przedstawił na festiwalu dwa inne zrekonstruowane dzieła tego niezwykłego kompozytora, melodrammę Il Tito i dramma musicale La Semirami.

Dlatego operową wizytę w Innsbrucku postanowiłam uzupełnić wieczorem „A Tribute to Alan” w Sali Hiszpańskiej zamku Ambras – z udziałem mezzosopranistki Anny Bonitatibus i dziesięciorga muzyków Accademia Bizantina, prowadzonych od klawesynu przez Dantonego. Bonitatibus była jedną z ulubionych śpiewaczek Curtisa. Usłyszał ją po raz pierwszy w 2001 roku na Festiwalu Händlowskim w Halle, jako Irene w Tamerlano pod dyrekcją Trevora Pinnocka, i z miejsca zaproponował jej współpracę, która wkrótce przerodziła się w serdeczną przyjaźń. Artystka wymieniała „Carissimo Alan” w gronie osób, które wywarły największy wpływ na jej dalszą karierę. Współpracowała z nim aż do końca, między innymi przy nieukończonym projekcie nagrania wszystkich oper Händla. W dużej mierze za jego sprawą związała się z Innsbrucker Festwochen, gdzie do dziś prowadzi kursy mistrzowskie i zasiada w jury Konkursu Cestiego.

Anna Bonitatibus, Ottavio Dantone oraz członkowie zespołu Accademia Bizantina. Fot. Amir Kaufmann

Wykonawcy tak ułożyli swój program, żeby bez reszty skupić uwagę słuchaczy, a zarazem oddać hołd Curtisowi w utworach naznaczonych podobną intensywnością emocji i nieposkromioną energią, jakie on sam wkładał w swoje przedsięwzięcia. Koncert w Schloss Ambras był zatem krótki, lecz smakowity. Głos Bonitatibus, choć nie tak już świeży jak dawniej, wciąż zachwyca ciepłem brzmienia, charakterystycznym szybkim wibrato i pełną kontrolą nad przebiegiem frazy, dzięki którym jej interpretacje zyskały jeszcze więcej napięcia i siły wyrazu (zwłaszcza w fenomenalnie wykonanej arii Ulissesa „No, quella beltà non amo” z Deidamii Händla i ujmująco lirycznym „Sento in seno” Anastasia z Il Giustino Vivaldiego). Wieczór, uzupełniony dwoma concerti grossi, odpowiednio Händla i Geminianego (w zespole instrumentalnym na szczególne wyróżnienie zasłużył Alessandro Tampieri, skrzypek łączący niewiarygodną dyscyplinę techniczną z lekkością i swobodą improwizacji), wbrew zapowiedziom nie miał w sobie nic z „muzycznego pomnika” ku czci wielkiego artysty: kojarzył się raczej z dobrze przepracowaną żałobą po zmarłym przyjacielu, kiedy można już sobie pozwolić na powrót do radosnych wspomnień.

Szkoda, że Curtis nie dożył inscenizacji Il pomo d’oro, którą słusznie zapowiadano jako największe wydarzenie tegorocznych Festwochen (także w sensie dosłownym: według przekazów z epoki ta monstrualnych rozmiarów festa teatrale trwała ponad dziesięć godzin). Anonsowano też – już nieco mniej słusznie – że będzie to pierwsze wykonanie dzieła od czasu premiery w 1668 roku. Rękopis pięcioaktowej opery Cestiego do libretta Francesca Sbarry nie zachował się w całości: z partytury zaginęły akty trzeci i piąty. W takiej postaci Il pomo d’oro został opublikowany w roku 1897 przez Guido Adlera, w redagowanej przez niego serii Denkmäler der Tonkunst in Österreich. Zainteresowanie utworem odżyło w 1982 roku, kiedy amerykański muzykolog Carl B. Schmidt odnalazł fragmenty zaginionych aktów (między innymi prawie dwadzieścia arii) w bibliotece rodu d’Este w Modenie. Ale już rok wcześniej grupka zapaleńców wystawiła Il pomo d’oro w ramach inicjatywy na tyle osobliwej, że warto przynajmniej o niej wspomnieć. Tak zwaną wersję kameralną ocalałych trzech aktów z prologiem wyreżyserował dwudziestoczteroletni Eberhardt Harnoncourt, syn Nikolausa – we współpracy z lutnikiem i gambistą Walterem Waidoschem. Premiera z udziałem pięćdziesięciorga amatorów odbyła się w maleńkim miasteczku Aidenbach pod Pasawą. Osiem lat później w Wiedniu zaprezentowano wersję „kompletną”, czyli z dodatkiem fragmentów odkrytych w Modenie, w wykonaniu koncertowym na instrumentach z epoki, pod dyrekcją Gerharda Kramera, z zawodu sędziego, sercem – zapalonego miłośnika opery barokowej. W obsadzie znaleźli się za to prawdziwi zawodowcy, na czele z Kurtem Equiluzem w partii Parysa. Dzieło wzbudziło taki zachwyt Martina Haselböcka, założyciela orkiestry Wiener Akademie, że postanowił wystawić je w wersji scenicznej. Udało mu się nawet zebrać ekipę realizatorów, przedsięwzięcie nie doszło jednak do skutku z przyczyn logistycznych.

Co ciekawe, w katalogu wydawnictwa Boosey & Hawkes figuruje edycja krytyczna partytury Il pomo d’oro – z uwzględnieniem fragmentów z Modeny i rekonstrukcją pozostałej muzyki na podstawie innych utworów Cestiego – autorstwa ni mniej ni więcej, tylko Alana Curtisa. Rzecz jednak nie jest dostępna, nie wiadomo też, kiedy i czy w ogóle się ukaże. Co jeszcze ciekawsze, Dantone zdał sobie sprawę z luk w partyturze już na etapie planowania inscenizacji na jubileuszowy sezon Festiwalu – co uczciwie przyznał w rozmowie z Paolem Scarnecchią dla magazynu „Total Baroque”. Postanowił więc wziąć byka za rogi i dokonać własnej rekonstrukcji, uzupełniającej nowe wydanie krytyczne, które przygotował wraz z Bernardem Ticcim. I bardzo dobrze, bo w tej wersji nie słychać żadnej fastrygi, choć trwa „niespełna” osiem godzin. Wniosek? Albo relacje świadków z epoki mijają się z prawdą, albo rekonstrukcję można by jeszcze rozszerzyć o fragmenty skomponowane w stylu Johanna Heinricha Schmelzera, twórcy muzyki do licznych scen baletowych.

Il pomo d’oro. Sophie Rennert (Giunone) i Rocco Cavalluzzi (Momo). Fot. Birgit Gufler

Tylko nie bardzo wiadomo, czy warto, bo wystawienie tej monumentalnej festy na cześć domu Habsburgów – choć luźno nawiązującej do mitu o Sądzie Parysa, czyli praprzyczynie wojny trojańskiej – jest dziś przedsięwzięciem równie skomplikowanym jak było w XVII stuleciu. Pietro Antonio Cesti miał skomponować Il pomo d’oro na zaślubiny cesarza Leopolda I z infantką Małgorzatą Teresą, planowane w Wiedniu w połowie 1666 roku. Najpierw opóźnił się ślub, potem budowa gigantycznego Theater auf der Cortina, później młodziutka cesarzowa musiała dojść do siebie po śmierci pierworodnego syna. Ostatecznie premiera odbyła się z okazji jej siedemnastych urodzin, 12 i 14 lipca 1668, ze względu na rozmiary dzieła podzielona na dwie części. W przedsięwzięciu wzięło udział ponad tysiąc wykonawców, nie licząc koni, słoni i tresowanych lwów. Architekt Lodovico Burnacini – zarazem projektant teatru – przygotował aż 23 oddzielne zestawy dekoracji do spektaklu. Czegóż tam nie było: morskie katastrofy, Wenera zstępująca z nocnego nieba w kuli ognia, otoczone nurtem Styksu płonące ruiny, które nikły w monstrualnej paszczy potwora z Hadesu. Innymi słowy teatr cudów, który ponoć usunął w cień nawet paryską Salle des Machines.

Fabio Ceresa, reżyser przedstawienia w Innsbrucku, dysponował znacznie skromniejszymi środkami, za to co najmniej równie bogatą wyobraźnią teatralną, popartą imponującą wiedzą na temat opery barokowej. Po pierwsze, docenił zaskakująco spójną narrację Il pomo d’oro, wynikającą nie tylko z libretta, lecz przede wszystkim z konstrukcji muzycznej dzieła. Dzięki temu czytelnie poprowadził dwa główne wątki tej opowieści, czyli bezpardonową rywalizację bóstw olimpijskich oraz rozgrywające się w jej cieniu perypetie miłosne śmiertelników – łącząc baśniowy przepych świata tych pierwszych z umowną, wystylizowaną współczesnością tych drugich (cudowne kostiumy Giuseppego Palelli i wysmakowana, a zarazem funkcjonalna scenografia Nikolausa Weberna, precyzyjnie oświetlona przez George’a Tellosa). Brawurowo wyeksponował dwie postaci wywiedzione z konwencji komediowej: piastunkę Filaurę w roli en travesti oraz Momo, czyli Momusa, boga drwiny, niegdysiejszego doradcę mieszkańców Olimpu, za karę strąconego na ziemię (w operze Cestiego Momo pełni zarazem funkcję komentatora wydarzeń, przełamującego symboliczną barierę między sceną a widownią). W niektórych scenach, między innymi w Prologu z udziałem alegorii ziem Świętego Cesarstwa Rzymskiego, oraz w epizodzie narady w siedzibie Eola, władcy wiatrów, na początku aktu III – Ceresa sypie jak z rękawa aluzjami do bieżących wydarzeń politycznych i towarzyskich, czasem aż nadto dosadnie, nigdy jednak nie przekraczając granicy dobrego smaku.

Przede wszystkim jednak potrafi wprawić współczesnego widza w stan osłupienia i cielęcego zachwytu – a rzecz to niełatwa w dobie wszechobecnych projekcji i coraz częstszych flirtów opery ze sztuczną inteligencją oraz technologią rozszerzonej rzeczywistości. Ceresa ucieka się do sprawdzonych sztuczek teatralnych, na które dajemy się nabrać jak dzieci, bo już dawno zapomnieliśmy, że tak można. Kto by pomyślał, że raptownie spuszczona ze sztankietów zasłona z prostym wizerunkiem drapacza chmur wywoła tak dojmujące wrażenie miasta obracanego w ruinę? Kto nie roześmiał się w głos, kiedy Giunone spuściła na Momo ulewę z tandetnej złotej lamety? Kto nie zapatrzył się z otwartą gębą w czarną czeluść sceny, na której tańczyła Mleczna Droga z zatkniętych na niewidzialnych żerdziach punktów świetlnych?

Podobną wyobraźnią wykazał się Dantone, rozdysponowując ponad czterdzieści ról między dwadzieścioro śpiewaków, dzielących przestrzeń sceny z chórem NovoCanto i dwiema grupami tanecznymi, Street Motion Studio i Compagna Fattoria Vittadini. Obsadą Il pomo d’oro z Innsbrucka i tak można by obdzielić ze trzy produkcje dzieł reprezentujących najrozmaitsze ośrodki włoskiej opery barokowej. Bo taki właśnie jest ten utwór, wbrew pozorom wyjątkowy w dorobku Cestiego, czerpiący bowiem garściami ze wszystkich współistniejących wówczas stylów i konwencji. Są tu zaskakująco śpiewne recytatywy, charakterystyczne dla szkoły weneckiej, są mniej lub bardziej rozbudowane arie, ariosa i lamenty, są prawdziwe arie di furore, ansamble w najróżniejszych składach, sceny zespołowe komponowane w tradycyjnym stylu rzymskim albo z elementami techniki polichóralnej i koncertującej. Nastrój zmienia się jak w kalejdoskopie: fragmenty pastoralne przeplatają się ze scenami z piekła rodem, namiętne duety kochanków sąsiadują z epizodami komicznymi, wybuchy boskiego gniewu dzieli niewielki dystans od manifestacji tryumfu i chwały.

Jone Martínez (Venere). Fot. Birgit Gufler

W obsadzie znaleźli się zatem artyści o głosach najrozmaitszej barwy, bardzo różnych temperamentach i jeszcze bardziej zróżnicowanym doświadczeniu scenicznym. Wszyscy sprawili się więcej niż dobrze, więc niech będzie mi wybaczone, że wymienię tylko tych, których rzemiosło wywarło na mnie największe wrażenie. Zacznę od fenomenalnej Giunone w osobie Sophie Rennert, mezzosopranistki, na którą zwróciłam uwagę już kilka lat temu, ale dopiero teraz usłyszałam ją w roli jakby dla niej stworzonej, którą potrafiła się bawić na skraju dezynwoltury, prezentując cały wachlarz postaw i emocji – od władczości bogini niebios aż po nieboskie napady złości, godne Sophii Loren z Małżeństwa po włosku. Zachwyciły mnie dwa krwiste, namiętne alty – Margherita Maria Sala, zwłaszcza w partii Alceste, oraz młodziutka Mathilde Ortscheidt, zwyciężczyni Konkursu Cestiego sprzed trzech lat, niezwykle przekonująca w roli porzuconej przez Parysa nimfy Ennone. Obydwaj partnerzy Ennone spisali się zresztą na medal: zarówno Mauro Borgione w „tenorowej”, w gruncie rzeczy jednak równie nieokreślonej z punktu widzenia dzisiejszej klasyfikacji fachów wokalnych partii Parysa, jak role Orfeusza i Ulissesa z oper Monteverdiego, wymagające elastycznego głosu o rozległej skali i wyraźnie barytonowym zabarwieniu; oraz Rémy Brès-Feuillet, dysponujący ciemnym, aksamitnym w brzmieniu kontratenorem altowym, idealnym do partii melancholijnego pasterza Aurindo. Wiele scen z jego udziałem skradł jednak znakomity Alberto Allegrezza, wszechstronny aktor-śpiewak, w brawurowej roli Filaury, piastunki Ennone. Rocco Cavalluzzi z aktu na akt coraz bardziej zjednywał moją sympatię w rozbudowanej, przeznaczonej na wysoki bas partii Momo, świetnie wypadł też równie doświadczony w tym repertuarze Federico D. E. Sacchi w basowych rolach Neptuna i Kekropsa. Dla porządku wspomnę o udanych występach dwóch świeżo odkrytych przez Dantonego młodych śpiewaków: tenora Žigi Čopi w roli Marsa i basa Balázsa Bána w partii Bachusa.

Mimo że Dantone dysponował znacznie mniejszą liczbą muzyków niż wiedeńska orkiestra w 1668 roku, złożona z pięciu ansambli grających bodaj na wszystkim, co do tamtej pory wprzęgnięto w służbę formy operowej, i tak wydobył z tej partytury wszystko, co istotne. Także dzięki rozbudowanej i bardzo ruchliwej grupie continuo, nieustannie wchodzącej w żywy dialog z solistami i chórem.

Tylko jedno spędza mi sen z powiek: finał, gdzie w wersji pierwotnej Jowisz wręcza złote jabłko młodziutkiej cesarzowej, podczas gdy Fabio Ceresa postanowił obdarować plonem ogrodu Hesperyd wszystkich uczestników spektaklu – zastępując hołdownicze przesłanie Il pomo d’oro współczesną alegorią jedności Unii Europejskiej. Złotowłosa infantka z Panien dworskich Velasqueza urodziła potem jeszcze trójkę dzieci, z których zaledwie jedno dożyło wieku dorosłego. Sama zmarła w wieku 21 lat, w siódmej z sześciu niefortunnych ciąż. Może lepiej nie kusić losu?

How to Overcome True Evil

I won’t deny that my attitude towards Hansel and Gretel is exceedingly personal. The last Warsaw staging of the opera – by two legends of Polish puppet theatre, the director Jan Wilkowski and the set designer Adam Kilian – was premiered at Teatr Wielki in 1979. It was the last Warsaw premiere for myself and a bunch of my girlfriends, because at the ripe old age of fifteen we had to say good-bye to the children’s choir. We were still quite childish, but accustomed enough to Wagner’s music – thanks to, among other things, our participation in dozens of performances of Tannhäuser, and recent guest appearances by another company presenting the Tetralogy – to be able to spot in Engelbert Humperdinck’s shimmering score not only popular German folk songs, but also verbatim quotes from the Ring and a tangle of leitmotifs organising the narrative like in the works of the Bayreuth master. Nor were we surprised at all that the musical direction of Hansel and Gretel was in the hands of the company’s boss and eminent Wagnerian Antoni Wicherek.

We were, therefore, all the more disappointed that the premiere received only a handful of reviews, most of which were scathing. The attacks were targeted mainly at Humperdinck, called by one critic a “Wagner for the poor in spirit”, and his “long outdated music”. The conductor and man behind the whole project was criticised as well: for setting in motion the huge machine of “Poland’s pre-eminent musical stage” just to show “two brans” throw a witch into the fire. Since then no one has dared to stage Hansel and Gretel in Warsaw, although elsewhere the opera is hugely popular and in some countries it is a regular feature of the Christmas season. However, it has to be said that music lovers are yet to treat it completely seriously; a tentative proposal, made a few years ago, to present the work – composed, after all, by an assistant to Wagner and teacher of his son Siegfried – at the Bayreuther Festspiele came up against fierce resistance by the guardians of tradition.

Fortunately, it did not take long for the step to be taken by the “English Bayreuth”, that is Longborough Festival Opera. There were serious arguments in favour of the decision: Humperdinck’s opera was admired by the greatest musicians of the period, including Richard Strauss, who conducted the premiere in Weimar on 23 December 1893. More triumphs came with the subsequent stagings in Munich and Karlsruhe, under the batons of, respectively, Hermann Levi and Felix Mottl, two great Wagnerian conductors. They were in no doubt that the composer had produced a brilliant synthesis of a children’s fairy tale with the loftiness of the Wagnerian myth, of references to German folklore with mastery of orchestral technique learned from Wagner.

Darren Jeffery (Father). Photo: Matthew Williams-Ellis

The whole thing started innocently enough: from an adaptation by Adelheid Wette, Humperdinck’s younger sister, who in 1889 had the idea of putting on a Christmas puppet show of Hänsel und Gretel for her daughters. Her brother was supposed only to write music to four songs accompanying the play. The home show was such a hit with the guests that the siblings expanded it into a substantial singspiel with piano. Two years later Humperdinck completed a true three-act opera, Hänsel und Gretel, to a libretto by Adelheid, who in her version omitted the most drastic scenes from the fairy tale, adding instead several good-natured characters helping the protagonists on their way to a happy ending.

Yet whatever was sugar-coated in the libretto retained its original horror and mystery in the score. After all, the roots of the Brothers Grimm’s famous fairy tale go back to the great famine, the first of the disasters that struck fourteenth-century Europe. A series of harsh winters was followed by cold springs and rainy summers. The earth refused to dry, to warm up or, even less so, to bear fruit. People started to eat dogs and draught animals. They would grind the remains of seed grain to make flour. They would hunt frogs, boil tree bark, pick out larvae from rotten tree trunks. Desperate, they would get rid of weaker children, abandoning them to their fate and wild animals in the wilderness, as far from their homes as possible, to prevent them from finding their way back. Just like in the fairy tale about siblings abandoned at the behest of their stepmother, but with the consent of their father, a woodcutter, who had been persuaded that otherwise he would have to make coffins for all four of them.

Lucy Bailey, the director of LFO’s Hansel and Gretel, decided to restore at least some of that frustration and darkness to Humperdinck’s opera. Before coming to England I feared that she might not be able to restrain herself, that in the end she would not resist the cruelty of the original. The name Bailey, one of the most important figures of modern British theatre, immediately made me think of her famous Titus Andronicus, presented at Shakespeare’s Globe exactly twenty years ago – in a staging so harrowing that spectators would faint at every performance. It was only when I arrived in Longborough that I realised that Bailey’s career began with a fascination with opera, that she learned her trade not only in drama theatres, but also in Glyndebourne and that she made her debut at Wexford already in the 1980s.

This is most likely why she did not cross any boundary in Hansel and Gretel. She saw, both in the libretto and in the score, that what remained of the original literary work was mainly a story about becoming mature enough to accept responsibility and learning from one’s mistakes, yet a story still marked by the anxieties of the period – lest children’s rebellion against parental authority turn permanently into hatred. In the Longborough production the role of the Witch is performed by the same singer as that of the Mother – a practice often followed in performances of Hansel and Gretel, mainly for practical reasons. However, Bailey followed the Grimm brothers, who in every edition of the fairy tale would suggest more and more emphatically that by killing the Witch the children, in fact, killed their evil stepmother. Yet in the fairy tale the story unfolds over a longer time-frame. In Humperdinck’s softened version the twins are found by their parents after an all-night search of the forest. This did not prevent Bailey from transferring the matricide motif to the sphere of children’s fantasy, which must have been fuelled by fear and hunger.

Joanna Harries (Hansel) and Rosalind Dobson (Gretel). Photo: Matthew Williams-Ellis

The director skilfully builds an atmosphere of horrifying poverty from the very beginning. The first two acts take place in a monochromatic space (the sets are by Anisha Fields, who designed the costumes for last year’s excellent staging of Pelléas et Mélisande at LFO, with the whole being lit – brilliantly, as usual – by Ben Ormerod). Act One is dominated by the dirty white of the broom-maker’s cottage interior, with the floor soiled with soot and walls scrawled over with charcoal by the children. In Act Two crooked drawings of puny leafless trees replace a forest – in a space very similar to that of the previous act, though depicted in negative; this time the dominant element is black, against which greyish-white branches loom. Colours, with intense red dominating, appear only in Act Three, the action of which takes places in the Witch’s house.

Bailey builds an atmosphere of horror from what is unseen, lurking at the back of the stage or underneath it. The Witch looks like the Mother, but in rich garments: a red dress as if straight from the set of the film Cruella, just as red stilettos and a white wig of the evil queen from illustrations of Victorian books for children. There is no gingerbread house, no oven in which the old hag will be burned; the entire third act resembles a hallucination in which images as if straight from Alice in Wonderland are mixed with fragments of the children’s memories. Hansel and Gretel wake up under a huge duvet irresistibly bringing to mind a red-and-white chequered tablecloth used for special occasions; the imprisoned Hansel, only whose head is peeking out above the stage, is fattened by the Witch with thick rice pap, which the twins would have eaten the previous day, if the jug of milk had not got broken. When all is finally over, the red will disappear, but no other colour will replace it: the gingerbread children, freed from the spell, the saved siblings and their parents – still as poor as before but happy – will sing the joyous finale in the darkness of the gloomy forest and will probably return to their soot-stained huts. They will, however, be wiser, having learned that it is better to stick together in these terrible times.

Lee Bisset (Mother), Rosalind Dobson, Joanna Harries, Darren Jeffery and the Longborough Youth Chorus. Photo: Matthew Williams-Ellis

Karen Kamensek brought out many hidden treasures from this score, conducting the fifty or so strong festival orchestra with verve, a spark of humour and, whenever necessary, appropriate solemnity. She firmly yet sensitively highlighted all “Wagnerisms” of the work – all the more effectively given that less than two weeks before the LFO ensemble played the final chords of Tristan under Anthony Negus. Kamensek was also excellent in leading the singers, most of whom are at the beginning of their careers, which also applies to the two main protagonists, perfectly matched in terms of both character and voice (Rosalind Dobson’s beautiful lyric soprano in the role of Gretel and only slightly heavier, though suitably “twin-like”, soprano of Joanna Harries singing Hansel). Emerging artists also did well in smaller roles (Laura Fleur as the Sandman, and Kelli-Ann Masterson, also brilliant as an actress, in the role of Dew Fairy). After her local Wagnerian triumphs, especially as Isolde and Brünnhilde, Lee Bisset took on the dual mezzo-soprano role of Mother/Witch, stealing the show primarily as a phenomenal actress, as her handsome voice is already showing clear signs of fatigue. Darren Jeffery proved to be a magnificent Father. He is an exceptionally refined artist with a soft and warm bass-baritone, perfectly even across all registers. David Eaton, too, deserves praise for preparing the Longborough Youth Chorus, made up largely of children from the local community.

There was just one thing that surprised me – that there were very few children in the audience, despite the fact that the opera was performed in English, in a very skilful and accessible translation by David Pountney. Did the parents thought that the fairy tale was too cruel? Or were they ashamed of their own emotions, for this is, after all, a story of not just hunger but also a sense of security that has been undermined – a nightmare that is all too relevant in today’s world?

Translated by: Anna Kijak

Jak pokonać prawdziwe zło

Nie ukrywam, że do Jasia i Małgosi mam stosunek nadzwyczaj osobisty. Ostatnia warszawska inscenizacja tej opery – firmowana nazwiskami dwóch legend polskiego teatru lalek, reżysera Jana Wilkowskiego i scenografa Adama Kiliana – miała premierę w Teatrze Wielkim w 1979 roku. Była to zarazem ostatnia warszawska premiera dla mnie i paczki moich rówieśnic, bo w sędziwym wieku piętnastu lat musiałyśmy się pożegnać z chórem dziecięcym. Wciąż miałyśmy kiełbie we łbie, byłyśmy jednak na tyle oswojone z muzyką Wagnera – między innymi dzięki uczestnictwu w kilkudziesięciu spektaklach Tannhäusera oraz niedawnym występom gościnnym innej opery z Tetralogią – by z roziskrzonej partytury Engelberta Humperdincka wyłowić nie tylko popularne niemieckie piosenki ludowe, ale też dosłowne cytaty z Ringu i splot motywów przewodnich organizujących narrację podobnie jak w dziełach mistrza z Bayreuth. Wcale nas też nie dziwiło, że przygotowaniem muzycznym Jasia i Małgosi zajął się sam dyrektor teatru, a zarazem wybitny wagnerysta Antoni Wicherek.

Tym bardziej było nam przykro, że premiera doczekała się zaledwie kilku recenzji, i to na ogół miażdżących. Dostało się przede wszystkim Humperdinckowi, nazwanemu przez jednego z krytyków „Wagnerem dla ubogich duchem”, oraz jego „dawno przebrzmiałej muzyce”. Oberwał też dyrygent i pomysłodawca przedsięwzięcia: za puszczanie w ruch gigantycznej machiny „pierwszej polskiej sceny muzycznej” tylko po to, żeby pokazać, jak „dwoje smarkaczy” ładuje czarownicę w ogień. Od tamtej pory nikt się nie odważył wystawić Jasia i Małgosi w Warszawie, choć gdzie indziej opera bije rekordy popularności, a w kilku krajach jest stałym punktem programu bożonarodzeniowego. Trzeba jednak przyznać, że melomani wciąż nie traktują jej całkiem serio, a nieśmiała propozycja sprzed kilku lat, żeby dzieło Humperdincka – bądź co bądź asystenta Wagnera i nauczyciela jego syna Siegfrieda – zaprezentować w ramach Bayreuther Festspiele, spotkała się z żywiołowym sprzeciwem strażników tradycji.

Na szczęście nie trzeba było długo czekać, aż na ten krok zdecyduje się „angielskie Bayreuth”, czyli Longborough Festival Opera. Miało ku temu ważkie argumenty: operę Humperdincka przyjęli z zachwytem najwięksi muzycy jego epoki, na czele z Ryszardem Straussem, który zadyrygował prapremierą w Weimarze, 23 grudnia 1893. Kolejne triumfy odniosły inscenizacje w Monachium i Karlsruhe, odpowiednio pod batutą Hermanna Leviego i Feliksa Mottla, dwóch wielkich dyrygentów wagnerowskich. Ówcześni mistrzowie batuty nie mieli wątpliwości, że kompozytor dokonał genialnej syntezy dziecięcej baśni ze wzniosłością wagnerowskiego mitu, odniesień do niemieckiego folkloru z mistrzostwem wyuczonej od Wagnera roboty orkiestrowej.

Rosalind Dobson (Małgosia) i Joanna Harries (Jaś). Fot. Matthew Williams-Ellis

A zaczęło się tak niewinnie: od adaptacji Adelheid Wette, młodszej siostry Humperdincka, która w 1889 roku wpadła na pomysł, żeby w święta urządzić swoim córkom kukiełkowe przedstawienie Jasia i Małgosi. Brat miał tylko dopisać muzykę do czterech towarzyszących sztuce piosenek. Domowy teatrzyk zrobił taką furorę wśród gości, że rodzeństwo rozbudowało go do postaci pokaźnego singspielu z fortepianem. Dwa lata później Humperdinck kończył już prawdziwą trzyaktową operę Hänsel und Gretel – do libretta Adelheid, która pominęła w swej wersji najbardziej drastyczne sceny z baśni, dodając w zamian kilka dobrodusznych postaci, które wspomogą protagonistów w drodze do szczęśliwego finału.

Co się jednak w libretcie scukrzyło, zachowało pierwotną grozę i tajemnicę w partyturze. Fabularne korzenie słynnej baśni braci Grimm sięgają przecież czasów wielkiej klęski głodu, pierwszego z kryzysów, które dotknęły czternastowieczną Europę. Po serii surowych zim nastały chłodne wiosny i deszczowe lata. Ziemia nie chciała ani wyschnąć, ani się rozgrzać, ani tym bardziej rodzić. Ludzie zaczęli jeść psy i zwierzęta robocze. Resztki ziarna siewnego utłukli na mąkę. Polowali na żaby, gotowali korę, wydłubywali larwy ze spróchniałych pni. W desperacji pozbywali się słabszych dzieci, zostawiając je na pastwę losu i dzikich zwierząt – w leśnych ostępach, jak najdalej od domu, żeby nie udało im się odnaleźć drogi powrotnej. Jak w baśni o rodzeństwie porzuconym z woli macochy, ale za zgodą ich ojca drwala, który dał się przekonać, że w przeciwnym razie będzie musiał wyciosać deski na trumny dla całej czwórki.

Lucy Bailey, reżyserka Jasia i Małgosi w LFO, postanowiła przywrócić operze Humperdincka choć odrobinę tamtej frustracji i mroku. Przed przyjazdem do Anglii obawiałam się, że nie zachowa umiaru, że na koniec nie oprze się pokusie okrucieństwa pierwowzoru. Nazwisko Bailey, jednej z najważniejszych postaci współczesnego teatru brytyjskiego, wzbudzało we mnie automatyczne skojarzenia z jej słynnym Tytusem Andronikiem, wystawionym w Shakespeare’s Globe dokładnie dwadzieścia lat temu – w inscenizacji tak wstrząsającej, że widzowie mdleli na każdym spektaklu. Uświadomiłam sobie dopiero w Longborough, że kariera artystki zaczęła się od fascynacji operą, że Bailey uczyła się zawodu nie tylko w teatrach dramatycznych, ale i w Glyndebourne, a w Wexford debiutowała jeszcze w latach osiemdziesiątych.

Zapewne dlatego w Hänsel und Gretel żadnej granicy nie przekroczyła. Dostrzegła zarówno w libretcie, jak w partyturze, że z pierwowzoru literackiego ostała się głównie opowieść o dojrzewaniu do odpowiedzialności i wyciąganiu wniosków z popełnionych błędów, wciąż jednak naznaczona lękiem epoki – żeby dziecięcy bunt przeciw władzy rodzicielskiej nie przerodził się trwale w nienawiść. W przedstawieniu w Longborough rolę Czarownicy wykonuje ta sama śpiewaczka, która wciela się w Matkę – co jest praktyką stosowaną dość często w wykonaniach Jasia i Małgosi, przeważnie ze względów praktycznych. Bailey poszła jednak tropem braci Grimm, którzy w każdym kolejnym wydaniu baśni sugerowali coraz dobitniej, że zabijając czarownicę, dzieci w rzeczywistości zgładziły swoją złą macochę. Tam jednak historia rozgrywa się w szerszym planie czasowym. W złagodzonej wersji Humperdincka bliźnięta zostaną odnalezione przez rodziców po całonocnych poszukiwaniach w lesie. Co nie przeszkodziło Bailey przenieść motyw matkobójstwa w sferę dziecięcych fantazji, podsycanych zapewne strachem i głodem.

Scena z II aktu. Fot. Matthew Williams-Ellis

Atmosferę przerażającej nędzy reżyserka buduje sprawnie od samego początku spektaklu. Pierwsze dwa akty rozgrywają się w monochromatycznej przestrzeni (scenografię przygotowała Anisha Fields, projektantka kostiumów do znakomitej ubiegłorocznej inscenizacji Peleasa i Melizandy w LFO, całość – jak zwykle zjawiskowo – oświetlił Ben Ormerod). W akcie pierwszym przeważa brudna biel wnętrza chatki miotlarza, z podłogą umorusaną sadzą i ścianami pobazgranymi węglem przez dzieci. W drugim akcie koślawe rysunki rachitycznych, bezlistnych drzew zastępują las – w bardzo podobnej przestrzeni, jak w akcie poprzednim, tyle że przedstawionej w negatywie; tym razem dominuje czerń, na której tle majaczą szarobiałe gałęzie. Kolory, z przewagą intensywnej czerwieni, pojawiają się dopiero w trzecim akcie, którego akcja toczy się w domu Czarownicy.

Bailey buduje nastrój grozy z tego, co niewidzialne, czai się w głębi sceny albo pod nią. Czarownica wygląda jak Matka, tylko bogato ubrana: w czerwoną suknię jak żywcem wyjętą z planu filmu Cruella, w równie czerwone szpilki i białą perukę złej królowej z ilustracji do wiktoriańskich książek dla dzieci. Nie ma tu domu z piernika, nie widać pieca, w którym spłonie starucha, cały trzeci akt przypomina halucynację, w której obrazy niczym z Alicji w krainie czarów mieszają się ze strzępami dziecięcych wspomnień. Jaś i Małgosia budzą się pod wielką kołdrą wzbudzającą nieodparte skojarzenia z odświętnym obrusem w biało-czerwoną kratkę, uwięzionego Jasia, któremu tylko głowa wystaje znad sceny, Czarownica tuczy gęstą ryżową papką, której bliźniaki najadłyby się dzień wcześniej, gdyby nie potłukł się dzbanek z mlekiem. Kiedy już będzie po wszystkim, zniknie czerwień, lecz inny kolor się nie pojawi: odczarowane piernikowe dzieci, uratowane rodzeństwo i wciąż tak samo nędzni, ale szczęśliwi rodzice, odśpiewają radosny finał w mroku czarnego lasu i zapewne wrócą do swych okopconych chatek. Bogatsi jednak o doświadczenie, że lepiej trzymać się razem w tych strasznych czasach.

Lee Bisset jako Czarownica. Fot. Matthew Williams-Ellis

Wiele ukrytych skarbów wydobyła z tej partytury Karen Kamensek, prowadząc orkiestrę festiwalową w sile około pięćdziesięciorga muzyków z werwą, iskrą humoru, a gdzie było trzeba, stosowną powagą. Akcentując dobitnie, ale z wyczuciem, wszelkie „wagneryzmy” utworu – z tym lepszym skutkiem, że niespełna dwa tygodnie wcześniej w wykonaniu zespołu LFO wybrzmiały ostatnie akordy Tristana pod batutą Anthony’ego Negusa. Doskonale też poprowadziła śpiewaków, w większości dopiero rozpoczynających karierę, co dotyczy również pary dwojga głównych bohaterów, świetnie dobranych zarówno postaciowo, jak i wokalnie (przepiękny liryczny sopran Rosalind Dobson w partii Małgosi i tylko odrobinę cięższy, choć stosownie „bliźniaczy” sopran Jasia w osobie Joanny Harries). „Emerging artists” sprawili się też bez zarzutu w mniejszych rolach (Laura Fleur jako Piaskun, oraz brawurowa, także aktorsko, Kelli-Ann Masterson w partii Duszka Rosy). Lee Bisset, po tryumfach wagnerowskich na tutejszej scenie, zwłaszcza w partiach Izoldy i Brunhildy, wzięła na siebie podwójną, mezzosopranową rolę Matki/Czarownicy – kradnąc przedstawienie przede wszystkim jako fenomenalna aktorka, bo w jej urodziwym głosie słychać już wyraźne oznaki zmęczenia. Wspaniałym Ojcem okazał się Darren Jeffery, śpiewak niezwykłej kultury, dysponujący miękkim i ciepłym, idealnie wyrównanym w rejestrach bas-barytonem. Słowa uznania należą się też Davidowi Eatonowi – za przygotowanie Longborough Youth Chorus, złożonego w lwiej części z dzieci miejscowej wspólnoty.

I tylko jedno mnie zaskoczyło – że na widowni dzieci było jak na lekarstwo, mimo że operę wykonywano po angielsku, w bardzo zręcznym i przystępnym tłumaczeniu Davida Pountneya. Czyżby rodzice uznali, że zbyt okrutna to baśń? A może wstydzili się własnych wzruszeń, bo to przecież opowieść nie tylko o głodzie, lecz i zachwianym poczuciu bezpieczeństwa – jak najbardziej aktualnym koszmarze współczesnego świata?

The Sorcerer’s Apprentices

I feel strange. For the first time since 2014 I have failed to get to Longborough to attend a performance conducted by Anthony Negus – this time in another revival of Carmen Jakobi’s phenomenal Tristan und Isolde. I will come to LFO this season, but it will be for a completely different production. I can’t help it, this is just how my professional commitments have turned out. But I am looking forward all the more eagerly to next year’s Meistersinger at the home of one of the greatest – and, at the same time, the most elusive – Wagnerian conductors of our time. At the same time I am happy that within a short period of time I was able to listen to, see and judge the work of two young musicians who in recent years have had the opportunity to benefit from Negus’ experience and through him – more or less consciously – join the guardians of a tradition which is still underappreciated on the Continent and which the Sorcerer of Longborough took over directly from his master, Sir Reginald Goodall.

It seemed at one point that Goodall – assistant to Albert Coates and Malcolm Sargent – reached his peak in the mid-1940s, when he went down in the history of British music as Britten’s unexpected guiding angel, first preparing the premiere of his Peter Grimes at Sadler’s Wells and then sharing the baton with Ernest Ansermet during the first performances of The Rape of Lucretia at Glyndebourne. He soon joined the Covent Garden company, where he was entrusted with several touring performances of Die Walküre. Despite excellent reviews, he was unable to spread his wings in the Wagnerian repertoire. In the early 1960s he was outshone by Georg Solti, the Royal Opera’s new music director. And yet Goodall continued to work in his “Valhalla” in the theatre’s attic – neither a dressing room, nor a broom closet – honing interpretations with singers of the stature of Donald McIntyre and Gwyneth Jones. He was biding his time until 1968, when Sadler’s Wells Opera asked him to prepare Die Meistersinger for the company’s centenary. The production became legendary, as did the Ring started in 1970 by the same team and the fruits of his later Wagnerian collaboration with the ROH and WNO.

The production remained a legend also because Goodall’s unique approach to Wagner’s music – stemming from his in-depth study of the score, extraordinary sensitivity to colour and phrasing details, and above all from the time devoted by the conductor to rehearsing with the musicians – was something only witnesses of these events could appreciate. The recordings of the performances conducted by Goodall got lost in the archives for a long time. When they finally resurfaced, in an era of ridiculously perfect studio recordings, few people were able to appreciate Goodall’s interpretative “endless crescendo” as well as his art of piling up tensions for hours, which could be captured only during a live performance.

John Tomlinson (Gurnemanz) in rehearsal for Inverness Parsifal. Photo: Mahler Players

Negus is not the only continuator of this almost extinct tradition (in this context it is impossible not to mention Sir Mark Elder, another of Goodall’s assistants at the time), but he is certainly the closest to its core idea of shaping the narrative over a broad timescale. This was spotted years ago by Tomas Leakey, the Inverness-born founder of the ambitious chamber orchestra Mahler Players, which after a few seasons of presenting works of its patron arranged for small ensembles decided to take the bull by the horns and introduce the Highlands residents to the oeuvre of Wagner. I have been following their ventures for over seven years, from the moment when Matthew King and Peter Longworth prepared for them an arrangement of Act One of Die Walküre for thirty instruments. Since then Leakey has been regularly consulting his ideas with Negus. In recent seasons he shared the baton with him in concert performances of Act Three of Siegfried and Act Three of Parsifal. Using a method only he himself knows, he enlisted for these projects not only well-known Longborough soloists, but also artists like Sir John Tomlinson, a Bayreuth legend of nearly twenty seasons.

However, when he decided to present the complete Parsifal in Inverness, I could not believe it. Not because I doubted the passion and professionalism of his musicians. But I feared he was too optimistic about the endurance of the audience, who would be forced to listen to this four-hour work inside the local cathedral, in a performance that, despite some elements of stage movement, would still be a concert. How wrong I was. Wagner’s mystery captivated the audience members from the very first bars of the prelude – unfolding unhurriedly but inexorably, as spoke Goodall and then Negus after him – holding them on the edge of their chairs until the powerful climax in the finale of Act Three. This was largely due to the orchestration, arranged for forty musicians – nearly three times fewer than Wagner envisaged – by King himself, who somehow managed to preserve the unique colour and richness of the sound of the ensemble, despite the proportional superiority of the wind instruments over the string section of merely twenty. A lot of the credit for this success goes to Leakey, who shaped the narrative with a tender hand and a feeling for the challenging acoustics of the Gothic Revival cathedral. To complain about isolated clinkers and lapses in intonation would be unbecoming for a reviewer brought up on the legendary, beautifully imperfect Bayreuth recording under Knappertsbusch. Most importantly, the Inverness performance featured no cases of miscasting, even though there were singers with vastly differing levels of experience – and in some cases, with no experience whatsoever – in the Wagnerian repertoire.

Each of them managed to create a convincing portrayal, beginning with the phenomenal Tomlinson as Gurnemanz, a character into which he put all the wisdom of his experience and beauty of his voice that time has treated exceptionally kindly – one might even get the impression that it has decided not to touch it at all. Tomlinson’s is a bass voice in the truest sense of the word, still magnificent in the middle register and skilfully handled at the extreme ends of the range, in perfect harmony with the libretto, articulated precisely, emphatically and without the tendency, so common today, to descend into caricature. The revelation of the Scottish Parsifal was Almerija Delic, a Bosnian singer with an excellent track record in German theatres, who impressed me with her exceptional stage presence as well as a rich, highly expressive dramatic mezzo-soprano, simply perfect for the role of Kundry. The eponymous “pure fool” found an brilliant interpreter in Julian Hubbard, a youthful singer in all respects, both physical and vocal. It has been a long time since I heard a Parsifal with such a resonant and luminous tenor voice, and spot-on intonation. I was a bit concerned about Amfortas, portrayed by Thomas Weinhappel, a decidedly lyric baritone who had only recently begun to venture into heavier repertoire. Fortunately, my fears proved unfounded: his velvety-voiced, anguished Amfortas was genuinely moving, especially in his interaction with Gurnemanz, well-thought-out by both singers. An excellent performance in the role of Klingsor came from the German bass Renatus Mészár, a memorable Wotan from the Karlsruhe Ring and soloist in the just as memorable recording of Bruno Maderna’s rediscovered Requiem, conducted by Frank Beermann. Titurel was successfully portrayed by Sion Goronwy, whose bass is rounded, pitch-black and authoritative in its sound. The Flowermaidens (Catriona Clark, Jessica Leary and Laura Margaret Smith – the last two artists also singing Squires) were excellent, as was Barbara Scott (Voice from Above). I should add that all the ladies, the two other Squires (Petro Wychrij and Aidan Thomas Phillips) as well as Grail Knights (Matthew Kimble and Jim MacPherson) not only excelled in their solo roles, but also formed part of the twenty-five-strong chorus. I also have to stress that Wychrij noted in his bio that he was a Royal Mail employee, while the Second Knight, MacPherson, turned out to be a historian and lecturer at the local university.

Chorus at the Inverness cathedral. Photo: Mahler Players

The Inverness Parsifal captivated me also with its imaginative use of the cathedral space as well as acting – equally well thought-out and executed. Every move, every grimace, every non-existent and yet palpably present prop made up a story that was more vivid that most stagings by today’s directors. I suspect that the scene in which Parsifal, proud of having shot the swan, is gradually losing his composure, and, above all, the image of the aged Gurnemanz supporting the anguished Amfortas on his way to the revealing the Grail will come back to me every time I encounter Wagner’s masterpiece in the future.

Shortly after that I found myself at a Grange Park Opera’s performance of Das Rheingold conducted by Harry Sever, a rising star among British conductors and assistant to Anthony Negus during the work on the Longborough Ring, which began even before the pandemic and ended two years ago with the entire tetralogy being staged over the course of one season. Wasfi Kani decided to present the monumental cycle at her “theatre in the woods” in Surrey, on terms similar to those at LFO, that is with a cast of British singers, presenting one part of the cycle per season, until the completion of the work in 2030, preferably under Negus’ baton. In the end it was agreed that Negus would join the venture only in 2028; the responsibility for the preparation of the first two parts of the Ring was assumed by Sever, who, in addition to serving as the master’s apprentice, also had an opportunity to try his hand at being a LFO conductor, taking charge of several performances of Die Walküre and Siegfried.

I will start with the staging of Das Rheingold, my biggest cause for concern, as GPO’s new production was to be directed by Charlie Edwards, the very same who three years earlier had staged Tristan here – in a setting resembling a huge garage sale of furniture and museum artefacts from the Neuschweinstein Castle, the Wesendoncks’ villa and the Bayreuth Festival archive. This time the stage space was much cleaner and more consistent with the logic of the work, also in terms of colours (the blue of the Rhine, the dazzling white of the gods’ residence, the black of the Nibelheim). Collaborating, like before, with the costume designer Gabrielle Dalton and the lighting director Tim Mitchell, Edwards has set the action in the nineteenth-century reality – not precisely defined but nevertheless bringing to mind the second stage of the industrial revolution in Britain. Hence the “Dickensian” costumes by Gabrielle Dalton; hence Valhalla’s resemblance not so much to Greek temples but to Victorian imitations of classical Palladian architecture; hence the dual form of the eponymous gold – of electricity, driving mass production, and of arrivistes’ wealth derived from it. There are also psychoanalytical tropes, like the abused Freia’s dependence on Fasolt.

Das Rheingold. David Stout (Alberich), James Rutherford (Wotan), and Mark Le Brocq (Loge). Photo: Marc Brenner

All this is actually quite interesting to watch, despite the fact that Tim Mitchell once again bathes some scenes in harsh, stark light, closer in its aesthetics to expressionism than to Victorian sumptuousness. I had the impression, however, that Edwards had replaced his mania for amassing props with collecting ideas stolen from other Ring directors. In addition to obvious references to Chereau’s legendary Ring celebrating the tetralogy’s centenary, we also have veiled allusions to the Ring production directed by Castorf – who turned gold into oil – and even some tropes from Schwarz’s failed staging, like the compulsive tinkering with the fuse box, which nevertheless worked better in the storm scene from Act One of the Bayreuth Walküre.

The cast of the GPO Rheingold featured several singers I knew not only from British theatres, including James Rutherford with his beautifully nuanced take on the tortured figure of Wotan. I heard him in the role for the first time in the Frankfurt Walküre conducted by Weigle and I am very much looking forward to his performance next season. The lord of the gods found a perfect partner in Christine Rice, whose wisdom, stage experience and magnificent technique enabled her to create a Fricka worthy of the best opera houses in Europe. Rachel Nicholls takes a long time to warm up – long enough not to be able this time to shine vocally as Freia, which does not change the fact that acting-wise she round rings round her colleagues, as usual. It is quite possible that I would have appreciated Sara Fulgoni’s craft in the role of Erda, if the director had not had her appear – as if it were an amateur theatre – between the rows of seats in the auditorium, as a result of which the bloodcurdling prophecy of this Nordic Gaia completely lost its momentum. I may have been impressed by Mark Le Brocq’s Loge more than I was in Longborough: not only in vocal, but also in acting terms, as a vision – as unsettling as it is close to my own sensibilities – of a failed intellectual whom nobody wants to listen to. Of the two giants Matthew Rose definitely stood out as Fasolt.  Other members of the cast – perhaps with the exception of Adrian Thompson and his over-the-top Mime – did a more than decent job. However, I did not expect that the artist that would become king of this Rheingold would be David Stout – an Alberich incarnate I would say, if I did not know this singer earlier and could not say with absolute certainty that with a voice of such beauty, with such intelligence and such awareness of the context he is ready not only for this role and not only in the Wagnerian repertoire.

Mark Le Brocq, David Stout, James Rutherford, and Thomas Isherwood (Donner). Photo: Marc Brenner

On the other hand, I truly do not know what to say about the orchestral sound in this production. Wasfi Kani extended a helping hand to the English National Opera company, which is irrevocably bidding farewell to London and is trying to come to terms with its exile to Greater Manchester. Kani’s initiative is laudable, but I would like to know who was responsible for the line-up of the ensemble performing Das Rheingold, which, out of necessity, was reduced to fewer than seventy instrumentalists. Was it a coincidence or someone’s conscious decision that although in the GPO orchestra pit there were ten more musicians than in Longborough, the string section was much smaller, which in this particular work went against the composer’s intention? Is it down to Harry Sever, extraordinarily musical and sensitive to the beauty of sound as he is, that nothing came of the prelude, that the “music of the beginning”, so celebrated by Thomas Mann, failed to flow already in the very first bars, failed to build up in a torrent of successive passages, failed to recede like a dead wave before Woglinde’s first phrase? Would it not be better to follow Tomas Leakey’s and Matthew King’s example, not only reducing the size of the orchestra, but also trying to bring its sound and proportions closer to what the composer intended?

I would rather not jump to any conclusions today. I will wait for Sever to begin to tell his own tale himself. After all, it is not that everybody should read Wagner through Goodall’s interpretation. It is about finally breaking free from the diktat of the anachronistic, monumentally “Teutonic” approaches to the Bayreuth master and returning to the very essence. This is being done not only by Negus the sorcerer and his apprentices. Attempts are also being made by heirs to other traditions, like, for example, Altinoglu and Nagano. Let the Wagnerian aoidoi finally sing their hearts out – for in these masterpieces what matters is not just the details of the texture. The essence is a myth, an eternal tale, a narrative that will be able to liberate us from the nightmare of the everyday or at least will make us realise that we cannot escape it.

Translated by: Anna Kijak

Uczniowie czarnoksiężnika

Dziwnie się czuję. Po raz pierwszy od 2014 roku nie dotarłam do Longborough na spektakl pod batutą Anthony’ego Negusa – tym razem kolejne wznowienie zjawiskowego Tristana w reżyserii Carmen Jakobi. Wprawdzie i tak pojawię się w tym sezonie w LFO, ale na całkiem innym przedstawieniu. Nic nie poradzę, tak mi się sprawy zawodowe poukładały – z tym większą niecierpliwością wyglądam przyszłorocznych Śpiewaków norymberskich w mateczniku jednego z najwspanialszych, a zarazem najbardziej nieuchwytnych dyrygentów wagnerowskich naszej epoki. A zarazem się cieszę, że w niedługim odstępie czasu zdążyłam podsłuchać, podpatrzyć i ocenić poczynania dwóch młodych muzyków, którzy w ostatnich latach mieli okazję skorzystać z doświadczeń Negusa i za jego pośrednictwem – w sposób mniej lub bardziej świadomy – dołączyć do grona strażników wciąż niedocenianej na Starym Kontynencie tradycji, którą czarnoksiężnik z Longborough przejął wprost od swego mistrza, Sir Reginalda Goodalla.

Wydawało się kiedyś, że Goodall – asystent Alberta Coatesa i Malcolma Sargenta – sięgnął szczytu swoich możliwości w połowie lat czterdziestych, gdy zapisał się w annałach muzyki brytyjskiej jako niespodziewany anioł przewodni Brittena, najpierw przygotowując prapremierę jego Petera Grimesa w Sadler’s Wells, potem zaś dzieląc batutę z Ernestem Ansermetem na pierwszych spektaklach Gwałtu na Lukrecji w Glyndebourne. Wkrótce dołączył do zespołu opery w Covent Garden, gdzie powierzono mu pieczę nad kilkoma wyjazdowymi przedstawieniami Walkirii. Mimo znakomitych recenzji nie zdołał rozwinąć skrzydeł w repertuarze wagnerowskim. Na początku lat sześćdziesiątych przyćmiła go gwiazda Soltiego, nowego dyrektora muzycznego Royal Opera. A jednak Goodall wciąż działał w swojej „Walhalli” na poddaszu teatru – ni to garderobie, ni to schowku na szczotki – szlifując interpretacje ze śpiewakami tej miary, co Donald McIntyre i Gwyneth Jones. Czekał na swą chwilę aż do 1968 roku, kiedy Sadler’s Wells Opera zaproponowała mu przygotowanie Śpiewaków norymberskich na stulecie zespołu. Spektakl przeszedł do legendy, podobnie jak realizowany od 1970 roku Ring z tym samym zespołem oraz owoce jego późniejszej wagnerowskiej współpracy z ROH i WNO.

Legendą pozostał również dlatego, że o wyjątkowości podejścia Goodalla do muzyki Wagnera – wynikającej z dogłębnych studiów nad partyturą, niezwykłej wrażliwości na barwę i detale frazowania, przede wszystkim zaś z czasu, jaki dyrygent poświęcał na próby z muzykami – mogli się przekonać tylko świadkowie tamtych wydarzeń. Nagrania przedstawień pod batutą Goodalla na długo przepadły w archiwach. Kiedy wreszcie z nich wypłynęły, w epoce nieludzko doskonałych nagrań studyjnych, niewielu potrafiło docenić jego „niekończące się crescendo” interpretacyjne i sztukę nawarstwiania napięć godzinami, możliwą do uchwycenia tylko w zetknięciu z żywym wykonaniem.

Parsifal w Inverness. W środku Thomas Weinhappel (Amfortas). Fot. Mahler Players

Negus nie jest jedynym kontynuatorem tej niemal wymarłej tradycji (w tym kontekście nie sposób pominąć Sir Marka Eldera, innego z ówczesnych asystentów Goodalla), z pewnością jednak najbliższym leżącej u jej sedna idei kształtowania narracji w szerokim planie czasowym. Dostrzegł to już przed laty Tomas Leakey, urodzony w Inverness założyciel ambitnej orkiestry kameralnej Mahler Players, która po kilku sezonach prezentowania utworów patrona w opracowaniach na małe składy postanowiła wziąć byka za rogi i przybliżyć mieszkańcom Highlands także twórczość Wagnera. Obserwuję ich poczynania od przeszło siedmiu lat, kiedy Matthew King i Peter Longworth przygotowali dla nich aranżację I aktu Walkirii na trzydzieści instrumentów. Od tamtej pory Leakey regularnie konsultuje swoje pomysły z Negusem. W ubiegłych latach dzielił z nim batutę na koncertach z III aktem Zygfryda i III aktem Parsifala. Sobie tylko znanym sposobem pozyskał do tych przedsięwzięć nie tylko solistów znanych z Longborough, lecz między innymi Sir Johna Tomlinsona, legendę blisko dwudziestu sezonów w Bayreuth.

Kiedy jednak zdecydował się przedstawić w Inverness całość Parsifala, przecierałam oczy ze zdumienia. Nie dlatego, że wątpiłam w zapał i profesjonalizm jego muzyków. Obawiałam się raczej, że przecenił możliwości odbiorców, zmuszonych do wysłuchania ponad czterogodzinnego dzieła we wnętrzu tutejszej katedry, w wykonaniu wzbogaconym elementami ruchu scenicznego, niemniej wciąż koncertowym. Jakże się myliłam. Wagnerowskie misterium pochłonęło słuchaczy od pierwszych taktów preludium – rozwijającego się nieśpiesznie, lecz nieubłaganie, jako rzekł Goodall, a za nim powtórzył Negus – i trzymało ich na brzeżku składanych krzeseł aż po potężną kulminację w finale III aktu. Ogromna w tym zasługa orkiestracji na czterdzieścioro muzyków, czyli prawie trzykrotnie mniej, niż przewidział Wagner, dokonanej tym razem przez samego Kinga – któremu jakimś cudem udało się zachować niepowtarzalny koloryt i nasycenie brzmienia zespołu, mimo proporcjonalnej przewagi instrumentów dętych nad zaledwie dwudziestoosobową grupą smyczków. Wielki w tym sukces Leakeya, który prowadził tę opowieść czułą ręką i z wyczuciem niełatwej akustyki neogotyckiej świątyni. Wypominanie pojedynczych kiksów i wahnięć intonacyjnych nie uchodzi recenzentce, która wychowała się na legendarnym, przepięknie niedoskonałym nagraniu z Bayreuth pod batutą Knappertsbuscha. Co najbardziej warte podkreślenia, w wykonaniu z Inverness nie było żadnej wpadki obsadowej, choć uczestniczyli w nim śpiewacy o diametralnie zróżnicowanym, w niektórych przypadkach wręcz żadnym doświadczeniu w repertuarze wagnerowskim.

Każdemu z nich udało się zbudować przekonującą postać, począwszy od fenomenalnego Tomlinsona w partii Gurnemanza, w którą włożył całą mądrość wcześniejszych doświadczeń i urodę głosu, z którym czas obszedł się wyjątkowo łaskawie – można wręcz odnieść wrażenie, że postanowił go w ogóle nie tykać. To bas najprawdziwszy, wciąż przepiękny w średnicy i umiejętnie prowadzony w skrajnych odcinkach skali, w idealnej symbiozie z tekstem libretta, artykułowanym celnie, dobitnie i bez częstego dziś popadania w karykaturę. Objawieniem szkockiego Parsifala okazała się Almerija Delic, Bośniaczka o doskonałych referencjach z teatrów niemieckich, imponująca wyjątkową prezencją sceniczną i gęstym, bardzo ekspresyjnym mezzosopranem dramatycznym, wprost wymarzonym do roli Kundry. Tytułowy „czysty prostaczek” znalazł świetnego odtwórcę w osobie Juliana Hubbarda, śpiewaka młodzieńczego pod każdym względem, zarówno fizycznym, jak i wokalnym – dawno już nie słyszałam Parsifala dysponującego tenorem tak nośnym, świetlistym i pewnym intonacyjnie. Przed wyjazdem trochę się obawiałam o Amfortasa w ujęciu wybitnie lirycznego barytona Thomasa Weinhappela, który dopiero niedawno zaczął wchodzić w cięższy repertuar. Obawy na szczęście się nie sprawdziły: jego aksamitnogłosy, złamany bólem Amfortas budził autentycznie wzruszenie, zwłaszcza w dobrze przemyślanej przez obu śpiewaków interakcji z Gurnemanzem. Znakomitego Klingsora wykreował niemiecki bas Renatus Mészár, pamiętny Wotan z Ringu w Karlsruhe i solista w równie pamiętnym nagraniu odkrytego po latach Requiem Bruno Maderny pod batutą Franka Beermanna. W Titurela wcielił się z powodzeniem Sion Goronwy, obdarzony basem okrągłym, smoliście czarnym w barwie i wyjątkowo autorytatywnym w brzmieniu. Doskonale spisały się Dziewczęta-Kwiaty (Catriona Clark, Jessica Leary i Laura Margaret Smith – dwie ostatnie także w partiach Giermków) oraz Barbara Scott (Głos z Wysokości). Dla porządku dodam, że wszystkie wymienione panie, dwaj pozostali Giermkowie (Petro Wychrij i Aidan Thomas Phillips) oraz Rycerze Graala (Matthew Kimble i Jim MacPherson), nie tylko bez zarzutu wywiązali się ze swych zadań solowych, lecz także weszli w skład dwudziestopięcioosobowego chóru. Nie omieszkam podkreślić, że Wychrij zaznaczył w swej notce biograficznej, iż na co dzień jest pracownikiem Poczty Królewskiej, a Drugi Rycerz MacPherson ujawnił się jako historyk i wykładowca miejscowego uniwersytetu.

Julian Hubbard (Parsifal) i Thomas Weinhappel. Fot. Mahler Players

Parsifal w Inverness zachwycił mnie też pełnym wyobraźni wykorzystaniem przestrzeni katedry i równie dobrze przemyślanym, jak i zrealizowanym gestem aktorskim. Każdy ruch, każdy grymas twarzy, każdy nieistniejący, a mimo to namacalnie obecny rekwizyt złożyły się w opowieść dobitniejszą niż większość propozycji współczesnych reżyserów utworu. Przypuszczam, że scena, w której dumny z ustrzelenia łabędzia Parsifal stopniowo traci rezon, przede wszystkim zaś obraz sędziwego Gurnemanza, podtrzymującego udręczonego Amfortasa w drodze na ceremonię odsłonięcia Graala – będą do mnie wracały w każdym kolejnym zetknięciu z arcydziełem Wagnera.

Niedługo później wylądowałam w Grange Park Opera na Złocie Renu pod batutą Harry’ego Severa, wschodzącej gwiazdy brytyjskiej dyrygentury i asystenta Anthony’ego Negusa w pracach nad Ringiem w Longborough, które rozpoczęły się jeszcze przed pandemią i zakończyły dwa lata temu wystawieniem całej tetralogii w ramach pojedynczego sezonu. Wasfi Kani postanowiła zrealizować monumentalny cykl także u siebie, w „leśnej operze” w hrabstwie Surrey – na podobnych zasadach jak w LFO, czyli w obsadzie złożonej ze śpiewaków brytyjskich, po jednym członie cyklu na sezon aż do podsumowania całości w 2030, i najchętniej pod dyrekcją Negusa. Ostatecznie stanęło na tym, że Negus włączy się w przedsięwzięcie dopiero w roku 2028: odpowiedzialność za przygotowanie dwóch pierwszych części Pierścienia wziął na siebie Sever, który prócz terminowania u mistrza miał też okazję spróbować swych sił za pulpitem dyrygenckim LFO, prowadząc kilka spektakli Walkirii i Zygfryda.

Zacznę od inscenizacji Das Rheingold, która wzbudzała moje największe obawy, pod nową produkcją GPO podpisał się bowiem Charlie Edwards – ten sam, który trzy lata temu urządził tutaj Tristana: w scenerii przypominającej wielką garażową wyprzedaż mebli i muzealnych pamiątek z zamku Neuschweinstein, willi Wesendoncków i archiwum festiwalu w Bayreuth. Tym razem przestrzeń spektaklu była znacznie czystsza i dużo bardziej spójna z logiką dzieła, także pod względem kolorystycznym (błękit Renu, oślepiająca biel siedziby bogów, czerń Nibelheimu). Edwards, podobnie jak poprzednio we współpracy z autorką kostiumów Gabrielle Dalton i reżyserem świateł Timem Mitchellem, osadził akcję w XIX-wiecznych realiach, nie do końca określonych, wzbudzających jednak skojarzenia z drugą fazą rewolucji przemysłowej na Wyspach Brytyjskich. Stąd „dickensowskie” kostiumy projektu Gabrielle Dalton, dlatego wzniesiona przez olbrzymy Walhalla przypomina nie tyle greckie świątynie, ile wiktoriańskie popłuczyny po klasycznej architekturze palladiańskiej, z tego powodu tytułowe złoto ma w tym ujęciu dwojaką postać – napędzającej masową produkcję energii elektrycznej i czerpanej z niej fortuny arywistów. Pojawiają się też tropy psychoanalityczne, na czele z uzależnieniem sponiewieranej Frei od Fasolta.

Złoto Renu w GPO. Pośrodku Mark Le Brocq (Loge). Fot. Marc Brenner

Ogląda się to całkiem nieźle, mimo że Tim Mitchell znów skąpał niektóre sceny w ostrym, twardym świetle, bliższym estetyce ekspresjonizmu niż wiktoriańskiego przepychu. Odniosłam jednak wrażenie, że Edwards zastąpił manię gromadzenia rekwizytów kolekcjonowaniem pomysłów skradzionych innym realizatorom cyklu. Prócz oczywistych nawiązań do legendarnego Pierścienia Chereau na stulecie tetralogii, są tutaj również zawoalowane aluzje do Ringu Castorfa, który przemienił złoto w ropę naftową, a nawet pewne tropy z nieudanej inscenizacji Schwarza – między innymi kompulsywne grzebanie w skrzynce z bezpiecznikami, które mimo wszystko sprawdziło się lepiej w scenie burzy z I aktu bayreuckiej Walkirii.

W obsadzie Złota Renu w GPO pojawiło się kilkoro śpiewaków znanych mi nie tylko z teatrów angielskich, na czele z Jamesem Rutherfordem i jego pięknie zniuansowanym ujęciem rozdartej postaci Wotana. Po raz pierwszy usłyszałam go w tej roli we frankfurckiej Walkirii pod dyrekcją Weiglego i już nie mogę się doczekać jego występu w przyszłym sezonie. Władca bogów znalazł idealną partnerkę w osobie Christine Rice, której mądrość, doświadczenie sceniczne i wspaniała technika pozwoliły jej stworzyć Frykę na miarę najlepszych scen w Europie. Rachel Nicholls rozśpiewuje się długo – na tyle długo, żeby tym razem nie zdążyła zabłysnąć wokalnie jako Freja, co nie zmienia faktu, że pod względem aktorskim jak zwykle zdystansowała większość kolegów z obsady. Niewykluczone, że bardziej doceniłabym rzemiosło Sary Fulgoni w partii Erdy, gdyby reżyser nie kazał się jej pojawić – jak w amatorskim teatrzyku – między rzędami widowni, przez co mrożąca krew w żyłach przepowiednia nordyckiej Gai zupełnie straciła impet. Kto wie, czy Loge w wykonaniu Marka Le Brocqa nie spodobał mi się bardziej niż w Longborough – nie tylko wokalnie, ale i postaciowo, jako tyleż niepokojąca, ile bliska mojej wrażliwości wizja przegranego intelektualisty, którego nikt nie chce słuchać. Spośród dwóch olbrzymów zdecydowanie wyróżnił się Matthew Rose w partii Fasolta. Pozostali członkowie obsady – może poza Adrianem Thompsonem i jego przeszarżowanym Mimem – sprawili się więcej niż dobrze. Nie spodziewałam się jednak, że królem tego Złota Renu okaże się David Stout – rzekłabym, Alberyk wcielony, gdybym nie znała tego śpiewaka już wcześniej i nie potrafiła zaświadczyć z całą mocą, że z głosem takiej urody, z taką inteligencją i taką świadomością kontekstu jest gotów nie tylko na tę partię, i nie tylko w repertuarze wagnerowskim.

Fasolt (Matthew Rose), Freja (Rachel Nicholls), Donner (Thomas Isherwood) i Wotan (James Rutherford). Fot. Marc Brenner

Za to naprawdę nie wiem, co począć z warstwą orkiestrową tej inscenizacji. Wasfi Kani tym razem wyciągnęła pomocną dłoń w stronę zespołu English National Opera, który nieodwołalnie żegna się z Londynem i oswaja się z banicją do regionu Greater Manchester. Inicjatywa chwalebna – chciałabym jednak wiedzieć, kto odpowiada za skład zespołu uczestniczącego w wykonaniu Złota Renu, z konieczności zredukowany do liczby niespełna siedemdziesięciorga instrumentalistów. Czy to tylko przypadek, czy czyjaś świadoma decyzja, że w kanale GPO i tak zasiadło dziesięcioro członków orkiestry więcej niż w Longborough, a mimo to smyczki grały w znacznie mniejszej obsadzie, co akurat w tym utworze kłóci się z intencją kompozytora? Czy to wina niezwykle muzykalnego i wrażliwego na urodę dźwięku Harry’ego Severa, że z preludium nic się nie wywikłało, że sławiona przez Thomasa Manna „muzyka początku” nie rozkołysała się już w pierwszych taktach, nie nawarstwiła się nawałą kolejnych pasaży, nie cofnęła się jak martwa fala przed pierwszą frazą Woglindy? Czy nie lepiej pójść drogą Tomasa Leakeya i Matthew Kinga, nie tylko redukując skład orkiestry, lecz także próbując zbliżyć jej brzmienie i proporcje do intencji twórcy?

Wolałabym o tym dziś nie przesądzać. Poczekam, aż Sever zacznie sam snuć swoją opowieść. Nie chodzi przecież o to, by wszyscy czytali Wagnera przez pryzmat interpretacji Goodalla. Chodzi o to, by wreszcie wyrwać się spod dyktatu anachronicznych, monumentalno-teutońskich ujęć mistrza z Bayreuth, i wrócić do sedna. Czyni to nie tylko czarodziej Negus i jego czeladnicy. Próbują też spadkobiercy innych tradycji, choćby Altinoglu i Nagano. Niech wreszcie się rozśpiewają wagnerowscy aojdowie – bo w tych arcydziełach rzecz tkwi nie tylko w detalach faktury. Sednem jest mit, przedwieczna opowieść, narracja, która zdoła nas wyzwolić od koszmaru codzienności albo przynajmniej nam uzmysłowi, że nie ma od niego ucieczki.

Da stieg ein Baum

The work of William Kentridge has not had much luck when it comes to Polish audiences. It eludes our attention like a fleeting image seen from the window of a speeding train and is quickly forgotten. In 2009, when Krystyna Meissner finally managed to bring Kentridge’s production Woyzeck on the Highveld to Wrocław’s Dialog Festival, it went virtually unnoticed. When Kentridge came to Kraków to receive the ASIFA Prize 2014 for outstanding achievements in animated film, it once again became necessary to remind people of his life and artistic accomplishments. Opera lovers preferred to watch Lulu and The Magic Flute in other stagings. The film screenings of Il Ritorno d’Ulisse from La Monnaie at Kraków’s Cricoteka attracted mainly fans of Kantor curious about Kentridge’s play with his theatre of death. Last year’s presentaiton of the installation I am not me, the horse is not mine at Białystok’s Galeria Arsenał did not even get a separate vernissage.

One might say, therefore, that the situation with the reception of the South African artist in Poland is even worse than with the proverbial sea serpent: not only has no one seen him, but hardly anyone has even heard of him. This is quite unlike in the UK, where the new production of L’Orfeo at Glyndebourne attracted interest for two reasons: because of Kentridge’s involvement in the project and the astonishing fact that Monteverdi’s masterpiece – the premiere of which in 1607 is regarded as the symbolic birth of opera – had never before featured in the programme of the legendary Sussex festival. Another thing is that reactions following the first performance on 14 June ranged from rapture to complete rejection of Kentridge’s concept. Intrigued, I decided to break my iron rule and, before heading off to the fourth of the thirteen performances, read – even if only perfunctorily – the director’s pre-premiere comments.

Krystian Adam (Orfeo), Roseline Wilkens and Francesca Aspromonte (La Musica, Euridice). © Glyndebourne Productions Ltd. Photo: Richard Hubert Smith

And then something strange happened. Kentridge’s declaration – not surprising really – that the starting point for his work on the staging was Rilke’s poetry, his Sonnets to Orpheus and, above all, the extraordinary poem Orpheus. Eurydice. Hermes, brought back memories of my youthful fascination with another, relatively little known piece from the collection Neue Gedichte. As a result, instead of analysing the source of Kentridge’s inspiration, I went back to Der Junggeselle, a poem in which chairs stand haughtily along the wall, night sneaks into the furniture and the mirror releases a drape behind which the eponymous bachelor sees his own death. Then I went on to read Sibyl, then other pieces and only quite some time later did I return to the first of the Sonnets to Orpheus, where a “tree climbed” at the beginning.

This is precisely how Kentridge works: his method is that of loose, rapid associations, sudden shifts, loops, which initially can overwhelm and seem chaotic, and yet they do consistently lead the audience to the heart of the matter. This L’Orfeo has basically everything we know from the artist’s earlier installations and productions. There are moving collages and Dadaist constructions featuring Kentridge’s signature motif of the megaphone. There are stop motion animations, projections by Janus Fouché on Sabine Theunissen’s sparse sets. There are subtle plays of shadows, there is unsettling “black” light (directed by Urs Schönebaum), there are stunning costumes designed by Greta Goiris, inspired partly by the aesthetics of Bauhaus theatre. There are also references to Kentridge’s works from recent years, including dynamic, evolving images of trees painted in ink on paper, charcoal drawings and monotypes on pages from old books.

This extraordinary multiplicity of visual stimuli is a symbol of our desire for the world to give us everything we expect from it, a metaphor for our refusal to accept suffering and dying. In order to understand that death is an inextricable part of human existence, Orfeo has to come to terms with the loss of Euridice. In order to remain an artist, he needs to learn how to transform the visible into the invisible. Following in Rilke’s footsteps, from that moment on Kentridge gradually cleanses the stage of excessive images. Euridice becomes a separate being, a patch of light in the blackness of memories.

Krystian Adam. © Glyndebourne Productions Ltd. Photo: Richard Hubert Smith

In Kentridge’s vision – the coherence of which we realise only in the finale of Act V – Orfeo is the figure of the poet. La Musica, present on stage not only in the Prologue, in which she announces the story of Orfeo’s love for Euridice, but also throughout the performance, is the figure of the artist, perhaps also the poet’s alter ego, and is thus a generalised allegory of art. She stands bent over a table in a studio that is strikingly similar to Kentridge’s own studio, and, with total abandon, “creates” all the projections and animations appearing in the background. For a brief moment she will lend her voice to Euridice portrayed by a sensual dancer – presumably the prematurely deceased Wera Knoop, a friend of Rilke’s daughter, to whose memory the poet dedicated his Sonnets to Orpheus. The Nymphs, Shepherds as well as the singer in the dual role of the Messaggera and La Speranza are a group of artists who are the couple’s friends. The gods occupy separate positions on ladders raised above the stage. The infernal spirits, which accompany Orfeo in his trip across the Styx, bring to mind the grotesque figures from the print series Dada Picnic, one of Kentridge’s most expressive works.

The rest is conveyed by the artist through movement drawn directly from physical theatre techniques and performative methods, giving the performers considerable freedom in their choice of the means of expression. An important role in Kentridge’s concept is played by props, including “Sibyl’s leaves” on sticks, symbolising the fleeting nature of human prophecies, and, above all, asymmetric cardboard “fans”, used highly evocatively as screens separating Orfeo from Euridice in the scene in which he tries to lead his beloved out of the underworld.

Kentridge’s vision is by no means easy to take in and interpret, which, in my opinion, is one of its strengths, although I do understand that it may have proved too much for part of the audience. However, in no way did it interfere with the musical side of the production. I have heard dozens of performances of L’Orfeo in my life, but I don’t think I have ever encountered an orchestra conducted with such lightness, playing with such ease and a sense of phrasing, supported by such a stylish and confidently executed continuo. Celebrating its fortieth anniversary, the Orchestra of the Age of Enlightenment is a self-governing ensemble that has been associated with Glyndebourne since its beginning. It plays under the direction of its concertmasters, who take turns in the role, or chooses conductors individually. Jonathan Cohen, the current head of Boston’s Handel and Haydn Society, led the OAE not for the first time and rightly so.

Francesca Aspromonte. © Glyndebourne Productions Ltd. Photo: Richard Hubert Smith

Krystian Adam, whom I have been following in the role of Orfeo for nearly a decade (that is, since his sensational debut in 2017, during John Eliot Gardiner’s concert tour featuring Monteverdi’s three operas), is undoubtedly one of the world’s leading performers of the role today. His voice has since developed a suitable baritonal quality in the lower register, while his interpretation has matured and gained in expressiveness. He had always known how to move a heart of stone with the powerful monologue “Possente spirto” from Act III, regarded as one of the finest examples of early Baroque performance practice. This time he dazzled me with the brief “ohimè”, a heart-rending cry of despair mixed with disbelief at the news of Euridice’s death. The news was brought by a phenomenal Messaggera portrayed by Xenia Puskarz Thomas, a mezzo-soprano with a power of expression worthy of a Shakespearean heroin. I do not share the admiration for the vocal artistry of Francesca Aspromonte, who sang the roles of La Musica and Euridice in a lovely soprano voice, albeit one that had too much vibrato and was uncertain in terms of intonation; however, I fully appreciate her brilliant acting. Among the other soloists one that deserves special mention is Hugo Herman-Wilson for his performance as the Second Shepherd; I would also like to express my highest praise for the outstanding Glyndebourne Chorus.

And I am grateful to Kentridge for the idea of introducing a silent, dancing Euridice into the story. Roseline Wilkens – grace and fire, passion enclosed in a body far removed from the European notions of the canon of dance beauty – proved in the finale to be so imbued with the great death, so convincing in her new girlishness, that I felt a twinge of sadness that Rilke could not see this.

Translated by: Anna Kijak

Wzrastało drzewo

No i zgodnie z obietnicą kolejna relacja, tym razem z festiwalu w Glyndebourne, o którym w Polsce jakoś rzadziej słychać niż o Metropolitan, Bayreuth albo La Scali. A szkoda, bo przez prestiżową scenę w Sussex przewinęło się co najmniej tyle samo polskich śpiewaków, począwszy od „tajemniczej, a wspaniałej sopranistki Marii Kinasiewicz” – jak piszą o niej zagraniczni wielbiciele archiwaliów – która zadebiutowała w Glyndebourne w 1952 roku w partii Elektry w Mozartowskim Idomeneo, u boku Seny Jurinac, Leopolda Simoneau i Richarda Lewisa w roli tytułowej – przez Teresę Żylis-Garę, Elżbietę Szmytkę, Andrzeja Dobbera i Mariusza Kwietnia; aż po występy Aleksandry Olczyk, Krzysztofa Bączyka i Łukasza Golińskiego z ostatnich pięciu lat. W tym sezonie mamy polskiego Orfeusza – w niezwykłej inscenizacji arcydzieła Monteverdiego, o której piszę dla miesięcznika „Teatr”.

Wzrastało drzewo

Do rana daleko

Powoli domykamy kolejny sezon. Przez najbliższy tydzień albo dwa ukaże się tu więcej recenzji i relacji niż zwykle – począwszy od refleksji po premierze Romea i Julii Gounoda w TW-ON, opublikowanych sześć dni temu na łamach miesięcznika „Teatr” (link poniżej), przez recenzję z Orfeusza Monteverdiego w Glyndebourne (już gotową, czekającą w „Teatrze” na swoją kolej), aż po tekst o dwóch inicjatywach wagnerowskich w Wielkiej Brytanii – koncertowym wykonaniu Parsifala w Inverness i Złocie Renu, rozpoczynającym inscenizację całego Pierścienia w Grange Park Opera. Potem będzie troszkę więcej esejów, komentarzy i zapowiedzi, ale niezbyt długo, bo nowy sezon zacznie się dla Upiora już w sierpniu, za to z przytupem. Ale nie uprzedzajmy wypadków.

Do rana daleko

Led Into Temptation

High up on the list of my guilty pleasures is reading comments on online fora. During this year’s visit to Göttingen I came across a surprising opinion of a tourist whose impression was that the city was beautiful but there were too many young people in it. I thought to myself – irrespective of my personal impressions, quite different from the disgruntled globetrotter’s opinion – that it would be hard to find a better description of the atmosphere in one of Germany’s most important centres of scholarship, the home to over forty Nobel Prize winners as well as the university known in Latin as Giorgia Augusta, whose students included the Brothers Grimm, Heinrich Heine and Hugo Steinhaus. Indeed, there are plenty of young people here. The student population alone is equal to that of an average town in Poland – approximately one-fourth of the total number of residents of the Göttingen District’s capital.

Apart from the fact that it is easier to be run over by a bicycle than a car here, Göttingen is quiet, joyful and fairly safe. This may be the reason why the atmosphere at the Händel-Festspiele Göttingen, the world’s oldest Handel festival, which celebrated its centenary in 2020, is decidedly more casual than most of the European festivals of early music. Tradition demands it: after all, the Festspiele is the brainchild of music-making amateurs, lecturers and students at the local university, who had enough audacity a few years after its launch to entice Gunnar Graarud, a star of the Berlin stages at the time, to come to Göttingen and sing in their first staging of Xerxes. After all, one of the first directors of the Deutsches Theater, the venue of festival opera performances today, was a sought-after film actor who starred in two thrillers directed by Hitchcock and died on the set of a musical comedy written by Billy Wilder, a comedy so full of plot twists and secrets uncovered by the protagonists that it would have sent many a Baroque librettist into a fit of envy.

It’s been seven years since I found myself at this wonderful event for the first time – quite by chance really, as I was in Göttingen for entirely different reasons. I was lucky to witness the last few years of Laurence Cummings’ musical tenure and now I watch with admiration how George Petrou, who has taken over the reins from Cummings, continues the festival’s established programming line, enthusiastically attracting an increasingly younger audience – also thanks to special concerts for children as well as family-friendly versions of operatic productions. The motto of this year’s Händel-Festspiele was VERLOCKUNG or “enticement”. It was hard not to succumb to it, even if only for three Festspiele days, which I had chosen carefully, complementing a performance of Handel’s Deidamia with concerts in Göttingen and at the Welfenschloss in nearby Münden, where the Weser River originates from the confluence of the Werra and the Fulda.

Unfortunately, due to the cancellation of some services, I was unable to attend a performance by the flautist Erik Bosgraaf and the Italian ensemble filoBarocco playing “Polish-Moravian” music by Telemann, who in 1705 took up the post of Kapellmeister to Count Erdmann II Promnitz, Lord of Żary, which enabled him to travel even farther, including to places like Pszczyna and Kraków. Fortunately, I was able to get to the evening performance of Handel’s Messiah at the Stadthalle, to which I had been particularly looking forward, because it featured several soloists I knew and admired, but mainly because of the FestspielOrchester Göttingen, which is celebrating its twentieth anniversary and has confirmed its versatility in recent seasons, easily adapting to Petrou’s spirited interpretations and his preferred expressive, pungent and juicy sound aesthetics.

George Petrou. Photo: Alciro Theodoro da Silva

Yet this time it was the sound that was lacking, primarily because of the acoustics of the Stadthalle concert hall, ruined effectively – and probably irreversibly – during the thorough renovation of the modernist edifice. As it often happens these days, sight has won over hearing. The design by the German studio soll sasse architekten was showered with awards. No one thought that reconstructing the Grosser Saal on a larger scale and using different materials would have such a significant impact on its acoustic properties. I hope that with time the festival oratorio concerts will return to previous venues – in the case of Messiah the problem was further compounded by the fact that the NDR Vokalensemble was placed at the back of the stage, behind the orchestra, in a nineteenth-century style. As a result, the choral fragments, so important in this masterpiece, were heard as if through a mist, the text did not reach the audience – instead of being an equal participant in the narrative, the ensemble was relegated to the role of insignificant accompaniment. The orchestra, too, got off to a difficult start, from the very beginning sounding uneven when it came to intonation and, at times, also rhythm. I also wondered about the criteria for selecting the soloists, who were without exception talented artists with experience in this repertoire, though not necessarily a good fit for the vision of George Petrou, who, presumably, wished to remain faithful to the composer’s intentions.

The best among the four soloist was the tenor Ru Charlesworth, a former prize-winner at the Cesti-Wettbewerb in Innsbruck, a passionate singer with a still youthful sound, and, most importantly, peerless teller of the story of the Messiah’s life and death as well as the anticipated salvation of the souls (a phenomenal “Ev’ry valley shall be exalted” from the Isaiah’s prophecy scene). In this respect he was superior to the Canadian baritone Drew Santini, whose voice is far less expressive and marked by a small but persistent vibrato, not always consistent with his interpretation. The mismatching problem was especially evident in the case of the two ladies: Ana Maria Labin, whose soprano is light and resonant, shimmering like quicksilver; and Lena Sutor-Wernich, whose powerful, deep alto has a tenor-like quality in the lower register. Handel wrote the alto part in Messiah especially for Susannah Maria Cibber, an excellent actress and amateur singer, whom the composer appreciated above all for her “sweet voice” and extraordinary power of interpretation. Yet Sutor-Wernich’s alto brings to mind Wagner’s Erda or Gea from Strauss’ Daphne, both when it comes to the sound and style of expression, which was particularly evident in the duets.

The above reservations stem solely from the fact that Petrou has got me used to performances pulsating with energy and, at the same time, thought-out in every detail. Fortunately, two days later he more than made up for any doubts relating to the Messiah performance. Before this happened, however, I had listened to some other festival concerts, each of which deserves a separate mention, despite their different statures and experience of the artists.

I will start with one of “out-of-town” events, at the Welfenschloss in Münden, which attracts a slightly different audience: made up of the locals as well as music lovers, who, thanks to a guided tour organised by the festival, can combine an encounter with music at the residence of the Princes of Brunswick-Göttingen with a walk around this small town, famous of its beautiful half-timbered houses. The programme of this year’s concert, entitled “Ein feste Burg”, a title borrowed from Martin Luther’s hymn, featured works by composers active in Lübeck during the Thirty Years’ War, which passed the city by, but marked the end of its former glory. Among the performers were participants in masterclasses devoted to the music of Hanseatic cities – as part of the Europäisches Hanse-Ensemble project, launched in 2019. The ensemble, led by Manfred Cordes – for many years a professor and former rector of the Hochschule für Künste Bremen – performs each season with a different line-up, supported by artists experienced in this repertoire (like the gambist Hille Perl and the soprano Ulrike Hofbauer, who joined it this year). I was amazed by the stylistic variety of this repertoire, from chorale cantatas, Venetian-style motets, to dances and other small instrumental pieces, in which the local north German traditions are combined harmoniously with Italian, French and English inspirations. I was delighted by the solo cantata Ach Herr, lass deine lieben Engelein by Franz Tunder – Buxtehude’s father-in-law and his predecessor as organist at St. Mary’s Church in Lübeck – with the same text by Martin Schalling the Younger that Bach used in the final chorale of his St. John Passion. I was moved by the listeners who recognised in many compositions melodies known to them from church services, but “performed so much more nicely”.

Rachel Brown and Laurence Cummings. Photo: Alciro Theodoro da Silva

I expected a lot from Laurence Cummings’ return to the festival, to which he devoted ten years of his life. However, I did not expect that during the concert at the University Hall, where the harpsichordist appeared alongside the legendary flautist Rachel Brown, everything would go in line with the title “To Melt a Stony Heart”. This was not another musical tale by the charismatic artist, who – much to the audience’s delight – can transform any Baroque opera into a masterful one-man show, combining the roles of a compère, a singer and an accompanist. This was a true treatise on the nature of music, worthy of Orpheus himself – a two virtuosos’ tale of how to charm the listeners, how to captivate them not only with the content, but also with the form, built on a strong structural framework featuring appropriate ornamentation, skilfully repeated rhythmic figures and clear articulation. How to build up the tension in order for the audience not to melt like wax too soon, to keep their attention with a lively dialogue between the performers, with focused singing from the keyboard and a poetic passage woven into the narrative. Brown and Cummings led us through the oeuvres of Baroque Orpheuses – from Couperin, Campra, Lully and Vivaldi, to Handel and Gluck. And it was indeed as if shadows wept, as if the heart of the lord of the underground himself melted. I still hear the magnificent sarabande “Le Départ” from Hotteterre’s Flute Suite in E minor. I will remember for a long time the aria “Cara sposa”, ending the first part of the concert, in which Cummings sang from harpsichord Rinaldo’s despair after the loss of the abducted Almirena. The two artists were the source of one of my most beautiful experiences in recent years, not just in Göttingen.

And the very next day I was in for an experience that was just as intense: the festival’s closing performance of Deidamia, Handel’s last Italian opera, which proved to be undoubtedly one of the best productions of George Petrou’s tenure. His boundless energy at the conductor’s desk and his unique sense of humour, to which he gives free rein in each of his projects, found the perfect outlet in this work. Deidamia was written to a libretto by Paolo Antonio Rolli, who presented the mythical story in a slightly different and more playful manner than Metastasio in his Achille in Sciro. The story of Achilles, son of Thetis, who decided to save her son from certain death at the walls of Troy by hiding him, disguised as a girl, on the island of Skyros, where he fell happily in love with Deidamia, one of the daughters of the island’s king, Lycomedes, was enriched by Rolli with a number of subplots. Before Ulisse, arriving on Skyros in search of Achille – whom everybody except Deidamia believes to be a fair maiden named Pyrrha – manages to reveal his true identity and persuade Achille to go to war with him, he himself will begin to flirt with Achille’s beloved. In turn, Fenice, Ulisse’s companion, makes advances towards Pyrrha. Unsurprisingly, this will give rise to numerous misunderstandings and scenes of jealousy. In the end Fenice will settle for Nerea, Deidamia’s confidant, Ulisse will fulfil the mission entrusted to him and everything will end with the mandatory lieto fine, that is the marriage of the king’s daughter to Achille, who is preparing to set off for Troy.

Deidamia. Bruno de Sá (Achille) and Sophie Junker (Deidiamia). Photo: Alciro Theodoro da Silva

Rolli’s mad libretto, full of plot twists, enabled Handel to weave a number of comic elements into this melodramma. Unfortunately, the cunning plan of making the Londoners interested again in Italian opera – going out of fashion at the time – failed. Deidamia was performed at the Lincoln’s Inn Fields Theatre only three times and went silent for more than two hundred years. Despite tentative attempts to revive it in the twentieth and twenty-first centuries, it proved impossible to bring it back to the repertoire. Until October 2025 that is, when a production directed by Petrou, with splendid sets by Giorgina Germanou, was presented for the first time at the Wexford Festival – with the same conductor and the same cast. We commented on a recording of that event with Marcin Majchrowski on the Polish Radio Two. Dazzled by the performance, we complained about the crisis of Handel’s invention, still not predicting any success for the opera.

It was only in Göttingen that I realised that the critics’ enthusiasm at the time had been entirely justified. What carries this Deidamia forward and up is an extraordinary synergy between the musical and the theatrical side of the production, giving the artists not only freedom, but also authentic joy of spinning this convoluted tale. The undisputed star among the cast is Sophie Junker in the title role. She captivates the audience not only with her acting talent and her beautifully rounded, soft soprano, but also with her phenomenal technique and mastery of the rules of stylistic ornamentation (which she  demonstrated already in the showpiece aria “Nasconde l’usignol” in Act I). Despite an indisposition, manifested in slight intonation problems, Sarah Gildford gave a fine performance as Nerea with her fresh, warm and irresistibly sensual soprano. The two future heroes of the Trojan War – Achille and Ulisse – were portrayed by Bruno de Sá and Nicolò Balducci, respectively. These two outstanding artists have recently caused quite a stir in the world of historically informed performance. Both have voices Handel did not even dream of in Italian opera: de Sá – a genuine male soprano with an extensive range, Balducci – a very handsome soprano countertenor, which, as it turned out, sounds excellent also in a slightly lower tessitura. In the original cast of Deidamia the part of Achille was entrusted to the teenager Mary Edwards, another singing actress, who played characters of the opposite gender also later on in her career. The role of Ulisse was written by Handel for a mezzo-soprano castrato. I would, therefore, venture to say that de Sá’s and Balducci’s involvement in this tragicomedy of errors and mistaken identities fully meets the criteria of the historical convention. The baritone Rory Musgrave did well in the role of Fenice, written for a high bass, while the velvety-voiced Petros Magoulas was outstanding in the bass role of the equable king Licomede. And everybody had great fun, including the orchestra of the Festspiele Göttingen, playing under Petrou’s baton in the typical Handelian pitch of 422.5 Hz.

Deidamia. Nicolò Balducci (Ulisse) and Rory Musgrave (Fenice). Photo: Alciro Theodoro da Silva

There would not have been so much fun, if it had not been for the staging – as handsome as it was mischievous. Petrou has the action take place on two temporal planes. The adventures of the mythical heroes unfold in parallel with a thoroughly modern themed trip to the island of Skyros (the tourists are played by members of the university choir, who are present on stage far beyond the requirements of their musical duties). The comic tension has its source in the fact that the representatives of the two worlds do not realise their co-existence and even if they do notice that something strange is intruding into reality, they are unable to interpret it. Nerea finds a suitcase on the beach, starts rummaging through it, and, disconcerted, pulls out a bra and a box of tampons. Something is knocking over the Sunday painter’s easel, though there is not a breath of wind. Licomede muses over peaceful old age amidst the depths of the sea, where an ancient treasure hunter is diving. Achille aims his bow at a cardboard doe at a shooting gallery. And yet everyone in this crowd grapples with their own dilemmas; they suffer and love in the same manner, and are overcome by bouts of equally painful jealousy. The group of holidaymakers even includes a suspiciously tall and sinewy lady who in the end will turn out to be a man.

I might have missed all these little details had I not been translating a book by a classical philologist who first allowed his elderly father to attend a student seminar on the Odyssey, and then took him on a themed cruise following in the footsteps of Homer’s hero. Petrou’s idea for Deidamia may not be as intricate as my author’s prose, but it does come down to a similar conclusion: in many respects the heroes of Troy were no different from today’s holidaymakers. Present-day tourists, too, can be killed one day: in another Trojan War, worthy of our times.

The organisers of the Händel-Festspiele Göttingen deserve credit for leading us into temptation for the works of bygone eras to make us think and to genuinely care about them.

Translated by: Anna Kijak

W drodze na pokuszenie

Na liście moich niewinnych słabości wysoką pozycję zajmuje upodobanie do lektury komentarzy na forach internetowych. Podczas tegorocznego pobytu w Getyndze natknęłam się na zaskakujące podsumowanie wrażeń pewnego turysty, który stwierdził, że miasto piękne, ale za dużo w nim młodych ludzi. Pomyślałam sobie – niezależnie od moich osobistych impresji, zgoła odmiennych od opinii rozżalonego obieżyświata – że trudno o lepsze podsumowanie atmosfery jednego z najważniejszych ośrodków naukowych w Niemczech, matecznika przeszło czterdziestu noblistów i siedziby uniwersytetu zwanego z łacińska Giorgia Augusta, na którym studiowali między innymi bracia Grimm, Heinrich Heine i Hugo Steinhaus. Młodych ludzi rzeczywiście tu mnóstwo. Sama brać studencka tworzy populację wielkości przeciętnego miasta w Polsce – mniej więcej jedną czwartą ogólnej liczby mieszkańców stolicy powiatu getyńskiego.

Poza tym, że w Getyndze łatwiej wpaść pod rower niż pod samochód, jest tu spokojnie, wesoło i w miarę bezpiecznie. Być może dlatego Händel-Festspiele Göttingen, najstarszy festiwal Händlowski na świecie, który w 2020 roku obchodził stulecie istnienia, ma zdecydowanie luźniejszą atmosferę niż większość europejskich świąt muzyki dawnej. Tradycja zobowiązuje: ostatecznie Festspiele jest dziełem rozmuzykowanych amatorów, wykładowców i studentów miejscowego uniwersytetu, którzy mieli dość tupetu, by kilka lat po inauguracji ściągnąć na festiwal Gunnara Graaruda, ówczesną gwiazdę scen berlińskich, i namówić go do występu w ich pierwszej inscenizacji Kserksesa. Ostatecznie jednym z pierwszych dyrektorów Deutsches Theater, gdzie dziś odbywają się spektakle festiwalowych oper, był wzięty aktor filmowy, który zagrał między innymi w dwóch dreszczowcach Hitchcocka i zmarł na planie komedii muzycznej ze scenariuszem Billy’ego Wildera, tak pełnym zwrotów akcji i odkrywanych przez bohaterów tajemnic, że przyprawiłby o paroksyzm zawiści niejednego barokowego librecistę.

To już siedem lat, odkąd trafiłam po raz pierwszy na tę cudowną imprezę – trochę z przypadku, przy okazji pobytu w Getyndze z całkiem innych powodów. Miałam szczęście obserwować ostatnie lata muzycznych rządów Laurence’a Cummingsa, teraz patrzę z uznaniem, jak George Petrou, który przejął po nim stery, kontynuuje dotychczasową linię programową festiwalu, z zapałem ściągając nań coraz młodszą publiczność – między innymi za sprawą specjalnych koncertów dla dzieci oraz familijnych wersji spektakli operowych. Tegoroczna odsłona Händel-Festspiele odbyła się pod hasłem VERLOCKUNG, czyli „pokusa”. Trudno jej było nie ulec, choćby na trzy dni Festspiele, które wybrałam starannie, uzupełniając przedstawienie Händlowskiej Deidamii koncertami w Getyndze i Welfenschloss w pobliskim Münden, gdzie z połączenia Werry i Fuldy rodzi się rzeka Wezera.

Niestety, mimo usilnych prób znalezienia dogodnych połączeń, nie zdołałam dotrzeć na występ flecisty Erika Bosgraafa i włoskiego zespołu filoBarocco z „polsko-morawską” muzyką Telemanna, który w 1705 roku objął posadę kapelmistrza u hrabiego Erdmanna II Promnitza, pana na Żarach, co dało mu sposobność do kilku dalszych podróży, między innymi do Pszczyny i Krakowa. Na szczęście dojechałam na wieczorny koncert z Mesjaszem Händla w Stadthalle, na który cieszyłam się wyjątkowo: ze względu na udział kilkorga znanych i cenionych przeze mnie solistów, przede wszystkim jednak z uwagi na świętującą jubileusz dwudziestolecia FestspielOrchester Göttingen, która w ostatnich sezonach tylko potwierdziła swoją wszechstronność, bez trudu adaptując się do żywiołowych interpretacji Petrou i preferowanej przezeń wyrazistej, soczysto-cierpkiej estetyki dźwięku.

Ru Charlesworth i George Petrou. Fot. Alciro Theodoro da Silva

Ale tym razem właśnie dźwięku zabrakło, przede wszystkim za sprawą akustyki sali koncertowej Stadthalle, zrujnowanej skutecznie i chyba nieodwracalnie podczas gruntownej renowacji modernistycznego gmachu. Jak to ostatnio bywa, zmysł wzroku wygrał ze słuchem. Projekt niemieckiej pracowni soll sasse architekten zebrał deszcz nagród. Nikt nie pomyślał, że odtworzenie Grosser Saal w większej kubaturze i z zastosowaniem innych materiałów odbije się aż tak mocno na jej parametrach akustycznych. Mam nadzieję, że z czasem wydarzenia oratoryjne festiwalu wrócą jednak do dawnych przestrzeni – w przypadku Mesjasza dodatkowo pogorszyło sprawę usytuowanie NDR Vokalensemble na XIX-wieczną modłę, w głębi estrady za orkiestrą. Tak istotne w tym arcydziele fragmenty chóralne było słychać jak przez mgłę, tekst nie docierał do publiczności – zespół z pełnoprawnego uczestnika narracji został zepchnięty do roli nieistotnego akompaniamentu. Trudny start miała również orkiestra, z początku brzmiąca niespójnie, chwiejna intonacyjnie i chwilami rytmicznie. Zastanowiły mnie też kryteria doboru obsady solowej, złożonej bez wyjątku z artystów muzykalnych i doświadczonych w tym repertuarze, co nie zmienia faktu, że niekoniecznie dopasowanej do wizji George’a Petrou, który – jak zakładam – pragnął dochować wierności intencjom kompozytora.

Z całej czwórki najlepiej wypadł tenor Ru Charlesworth, niegdysiejszy laureat Cesti-Wettbewerb w Innsbrucku, śpiewak żarliwy, wciąż młodzieńczy w brzmieniu, co jednak najistotniejsze, niezrównany jako muzyczny opowiadacz życia i śmierci Mesjasza oraz spodziewanego zbawienia dusz (fenomenalne „Ev’ry valley shall be exalted” w scenie proroctwa Izajasza). Pod tym względem nie dorównał mu kanadyjski baryton Drew Santini, obdarzony głosem znacznie mniej wyrazistym i naznaczonym niewielkim, lecz uporczywym wibrato, nie zawsze spójnym z interpretacją. Problem niedopasowania najmocniej dał o sobie znać w przypadku dwóch pań: Any Marii Labin, dysponującej sopranem leciutkim i dźwięcznym, rozmigotanym jak rtęć; oraz Leny Sutor-Wernich, której mocny, głęboki alt ma w dolnym odcinku skali zabarwienie wręcz tenorowe. Händel pisał partię altową w Mesjaszu specjalnie z myślą o Susannah Marii Cibber, znakomitej aktorce i śpiewaczce-amatorce, którą kompozytor cenił przede wszystkim za jej „słodki głos” i niezwykłą siłę interpretacji. Tymczasem alt Sutor-Wernich wzbudza raczej skojarzenia z Wagnerowską Erdą bądź Geą z Dafne Straussa, zarówno pod względem brzmienia, jak i stylu ekspresji, co szczególnie dało o sobie znać w duetach.

Powyższe zastrzeżenia wynikają jedynie stąd, że Petrou zdążył mnie już przyzwyczaić do wykonań wręcz pulsujących energią, a zarazem przemyślanych w każdym calu. Na szczęście dwa dni później zrekompensował mi wszelkie wątpliwości związane z Mesjaszem – i to z nawiązką. Zanim jednak do tego doszło, wysłuchałam innych koncertów festiwalu, z których każdy zasługuje na osobną wzmiankę, mimo odmiennego ciężaru gatunkowego i doświadczenia artystów.

Rachel Brown i Laurence Cummings. Fot. Alciro Theodoro da Silva

Zacznę od jednego z wydarzeń „w terenie”, we wspomnianym już Welfenschloss w Münden, dokąd ściąga odrobinę inna publiczność: złożona z tutejszych mieszkańców oraz melomanów, którzy dzięki zorganizowanej przez festiwal wycieczce z przewodnikiem mogą połączyć spotkanie z muzyką w rezydencji książąt Brunszwiku-Getyngi ze spacerem po niewielkim miasteczku, słynącym z przepięknych domów szachulcowych. W programie tegorocznego koncertu, pod tytułem „Ein feste Burg”, zaczerpniętym z hymnu Marcina Lutra, znalazły się kompozycje twórców działających w Lubece w okresie wojny trzydziestoletniej, która wprawdzie ominęła miasto, ale wyznaczyła kres jego dawnej świetności. Wśród wykonawców znaleźli się uczestnicy kursów mistrzowskich poświęconych muzyce miast hanzeatyckich – w ramach zainicjowanego w 2019 projektu Europäisches Hanse-Ensemble. Zespół pod dyrekcją Manfreda Cordesa, wieloletniego profesora i niegdysiejszego rektora Hochschule für Künste Bremen, co sezon występuje w innym składzie, wspieranym przez doświadczonych w tym repertuarze artystów (w tym roku między innymi gambistkę Hille Perl i sopranistkę Ulrike Hofbauer). Zdumiała mnie różnorodność stylistyczna tego repertuaru, od kantat chorałowych, przez motety w stylu weneckim, aż po tańce i inne drobne utwory instrumentalne, w których rodzime tradycje północnoniemieckie łączą się harmonijnie z inspiracjami muzyką włoską, francuską i angielską. Zachwyciła kantata solowa Ach Herr, lass deine lieben Engelein Franza Tundera – teścia Buxtehudego i jego poprzednika na stanowisku organisty Kościoła Mariackiego w Lubece – z tym samym tekstem Martina Schallinga Młodszego, który Bach wykorzystał między innymi w końcowym chorale Pasji według św. Jana. Wzruszyli słuchacze, którzy w wielu kompozycjach rozpoznali melodie znane z nabożeństw w kościele, ale „o ileż ładniej wykonane”.

Po powrocie Laurence’a Cummingsa na festiwal, któremu poświęcił dziesięć lat życia, spodziewałam się wiele. Nie spodziewałam się jednak, że na koncercie w Auli Uniwersyteckiej, gdzie klawesynista wystąpił wraz z legendarną flecistką Rachel Brown, wszystko potoczy się zgodnie z tytułem „To Melt a Stony Heart”. Nie była to kolejna z muzycznych gawęd charyzmatycznego artysty, który – ku uciesze publiczności – potrafi przemienić dowolną operę barokową w mistrzowski teatr jednego aktora, łącząc role konferansjera, śpiewaka i akompaniatora. To był prawdziwy traktat o naturze muzyki, godny samego Orfeusza – snuta przez dwoje wirtuozów opowieść o tym, jak zaczarować słuchacza, jak ująć go nie tylko treścią, ale i formą przekazu, budowanego na mocnym szkielecie konstrukcyjnym z użyciem odpowiednich ornamentów, umiejętnie powtarzanych figur rytmicznych i klarownej artykulacji. Jak rozłożyć napięcie, żeby odbiorca nie zmiękł jak wosk nazbyt wcześnie, żeby podtrzymać jego uwagę żywym dialogiem między wykonawcami, skupionym śpiewem znad klawiatury, włączonym w narrację fragmentem poezji. Brown i Cummings poprowadzili nas przez twórczość barokowych Orfeuszy – poczynając od Couperina, przez Camprę, Lully’ego i Vivaldiego, aż po Händla i Glucka. I rzeczywiście się stało, jakby zapłakały cienie, jakby serce stopniało samemu władcy podziemia. Wciąż mam w uszach wspaniałą sarabandę „Le Départ” z Suity fletowej e-moll Hotteterre’a. Długo będę pamiętać kończącą pierwszą część koncertu arię „Cara sposa”, w której Cummings wyśpiewał od klawesynu całą rozpacz Rinalda po utracie porwanej Almireny. Artyści zafundowali mi jedno z piękniejszych przeżyć ostatnich lat, nie tylko w Getyndze.

Sophie Junker (Deidamia) i Nicolò Balducci (Ulisses). Fot. Alciro Theodoro da Silva

A już nazajutrz czekało mnie przeżycie równie intensywne: kończące festiwal przedstawienie Deidamii, ostatniej włoskiej opery Händla, które okazało się bezdyskusyjnie najlepszą z inscenizacji za rządów George’a Petrou. Jego niespożyta energia za pulpitem dyrygenckim i specyficzne poczucie humoru, któremu daje upust w każdej ze swoich prac reżyserskich, znalazły w tym dziele idealną przystań. Deidamia powstała do libretta Paola Antonia Rollego, który przedstawił mityczną historię odrobinę inaczej i bardziej figlarnie niż Metastasio w swoim Achille in Sciro. Opowieść o Achillesie, synu Tetydy, która postanowiła uchronić syna przed niechybną śmiercią pod murami Troi, ukrywając go w dziewczęcym przebraniu na wyspie Skyros, gdzie zapałał odwzajemnionym uczuciem do Deidamii, jednej z córek rządzącego wyspą króla Lykomedesa, Rolli wzbogacił szeregiem wątków pobocznych. Zanim Ulisses, przybywający na Skyros w poszukiwaniu Achillesa – którego wszyscy poza Deidamią mają za hoże dziewczę imieniem Pirra – zdoła go zdemaskować i skłonić, by ruszył wraz z nim na wojnę, sam zacznie flirtować z jego wybranką. Z kolei Fenice, towarzysz Ulissesa, smali cholewki do Pirry. Jak łatwo się domyślić, wynikną z tego liczne nieporozumienia i sceny zazdrości. Ostatecznie Fenice zadowoli się Nereą, powiernicą Deidamii, Ulisses wypełni powierzoną mu misję i wszystko skończy się przepisową lieto fine, czyli zaślubinami królewskiej córki z szykującym się do wyprawy pod Troję Achillesem.

Zwariowane, pełne zwrotów akcji libretto Rollego dało Händlowi sposobność wplecenia w tę melodrammę wielu elementów komicznych. Niestety, szczwany plan ponownego zainteresowania londyńczyków wychodzącą z mody operą włoską spalił na panewce. Deidamia poszła w Lincoln’s Inn Fields Theatre zaledwie trzy razy. Zamilkła na dwieście lat z okładem. Mimo nieśmiałych prób wskrzeszenia w XX i XXI wieku nie udało się przywrócić jej do repertuaru. Aż do października 2025 roku, kiedy spektakl w reżyserii Petrou i ze świetną scenografią Giorginy Germanou zaprezentowano po raz pierwszy na festiwalu w Wexford – pod tą samą batutą i w tej samej obsadzie. Komentowaliśmy zapis dźwiękowy tamtego wydarzenia z Marcinem Majchrowskim na antenie radiowej Dwójki. Olśnieni wykonaniem, utyskiwaliśmy na kryzys Händlowskiej inwencji, nadal nie wróżąc operze sukcesu.

Przekonałam się dopiero w Getyndze, że ówczesny zachwyt krytyków był w pełni uzasadniony. Tym, co niesie tę Deidamię naprzód i wzwyż, jest niezwykła synergia między stroną muzyczną a teatralną spektaklu, dająca artystom nie tylko swobodę, ale i autentyczną radość ze snucia powikłanej opowieści. Niekwestionowaną gwiazdą w obsadzie jest wykonawczyni roli tytułowej Sophie Junker, ujmująca nie tylko talentem aktorskim i prześlicznie zaokrąglonym, mięciutkim sopranem, lecz także fenomenalną techniką i znajomością prawideł stylowej ornamentacji (czego śpiewaczka dowiodła już w popisowej arii „Nasconde l’usignol” z I aktu). Mimo niedyspozycji, objawiającej się niewielkimi kłopotami z intonacją, w partii Nerei dobrze wypadła Sarah Gildford, obdarzona sopranem świeżym, ciepłym i nieodparcie zmysłowym. W postaci dwóch przyszłych herosów wojny trojańskiej – Achillesa i Ulissesa – wcielili się odpowiednio Bruno de Sá i Nicolò Balducci. Ci dwaj znakomici artyści sporo ostatnio namieszali w świecie wykonawstwa historycznego. Obaj dysponują głosami, o jakich Händlowi w operze włoskiej się nawet nie śniło: de Sá najprawdziwszym sopranem męskim o bardzo rozległej skali, Balducci niezwykle urodziwym kontratenorem sopranowym, który – jak się okazało – brzmi doskonale także w nieco niższej tessyturze. W pierwotnej obsadzie Deidamii partię Achillesa powierzono nastoletniej Mary Edwards, kolejnej śpiewającej aktorce, której także w późniejszej karierze zdarzało się odgrywać postaci przeciwnej płci; rolę Ulissesa Händel pisał z myślą o kastracie mezzosopraniście. Ośmielę się zatem stwierdzić, że udział de Sá i Balducciego w tej tragikomedii omyłek i nierozpoznanych tożsamości w pełni wyczerpuje znamiona historycznej konwencji. W przeznaczonej na wysoki bas partii Fenice nieźle poradził sobie baryton Rory Musgrave, w basowej roli statecznego króla Lykomedesa świetnie sprawił się aksamitnogłosy Petros Magoulas. I wszyscy bawili się przednio, nie wyłączając orkiestry Festspiele Göttingen, grającej pod batutą Petrou w typowo händlowskim stroju 422,5 Hz.

Nicolò Balducci i Bruno de Sá (Achilles). Fot. Alciro Theodoro da Silva

Nie byłoby tyle frajdy, gdyby nie inscenizacja – tyleż urodziwa, ile przewrotna. Petrou poprowadził akcję na dwóch planach czasowych. Perypetie mitycznych bohaterów rozgrywają się równolegle z całkiem współczesną wycieczką tematyczną na wyspę Skyros (w turystów wcielili się członkowie chóru uniwersyteckiego, obecni na scenie znacznie ponad miarę swych muzycznych obowiązków). Źródłem komicznego napięcia jest to, że przedstawiciele obydwu światów nie zdają sobie sprawy z ich współistnienia, a jeśli nawet dostrzegą, że w rzeczywistość wdziera się coś dziwnego, nie umieją tego właściwie zinterpretować. Nerea znajdzie na plaży walizkę, zacznie ją przetrząsać i z konsternacją wyjmie ze środka stanik i paczkę tamponów. Coś przewraca niedzielnemu malarzowi sztalugi, choć wiatru ni śladu. Lykomedes snuje refleksje o pogodnej starości pośród morskiej toni, w której nurkuje poszukiwacz starożytnych skarbów. Achilles celuje z łuku do kartonowej łani na jarmarcznej strzelnicy. A przecież wszyscy w tym tłumie przeżywają rozterki, tak samo cierpią i kochają, ulegają porywom równie bolesnej zazdrości. W grupie urlopowiczów znajdzie się nawet podejrzanie wysoka i żylasta dama, która w końcu okaże się mężczyzną.

Być może nie wypatrzyłabym tych wszystkich drobiazgów, gdybym akurat nie tłumaczyła książki pewnego filologa klasycznego, który najpierw pozwolił swemu sędziwemu ojcu uczestniczyć w studenckim seminarium poświęconym Odysei, a potem zabrał go w rejs tematyczny śladami homeryckiego bohatera. Pomysł Petrou na Deidamię może nie jest tak misterny jak proza mojego autora, ale sprowadza się do podobnej konkluzji: bohaterowie spod Troi pod wieloma względami nie różnili się od współczesnych wczasowiczów. Dzisiejsi beztroscy turyści też mogą kiedyś zginąć: w kolejnej wojnie trojańskiej, na miarę naszych czasów.

I za to chwała organizatorom Händel-Festspiele Göttingen: że wodzą nas na pokuszenie, by twórczość dawnych epok dała nam do myślenia i zaczęła nas naprawdę obchodzić.