Doctor Amicitiae

Mój powrót do Cambridge na tegoroczną jesienną odsłonę festiwalu odbył się w szczególnych okolicznościach: tuż po nadaniu tytułu doktora Kościoła najwybitniejszemu przywódcy anglokatolicyzmu, Johnowi Henry’emu Newmanowi, wyniesionemu na ołtarze piętnaście lat temu przez Benedykta XVI. Katalog świętych jest jednak obszerny. Tymczasem w gronie doktorów Kościoła – począwszy od 1298 roku, kiedy Bonifacy VIII uwierzytelnił listę przekazaną prawie sześćset lat wcześniej przez Bedę Czcigodnego, który uwzględnił na niej Ambrożego z Mediolanu, Augustyna z Hippony, Hieronima ze Strydonu i papieża Grzegorza Wielkiego, znalazło się raptem 38 świętych. Beda, anglosaski benedyktyn, który posiadał niegdyś „żonę w pożądliwej namiętności”, a później obcował z nią w imię miłości Chrystusa, został uznany doktorem dopiero w 1899 roku, blisko dekadę po śmierci Newmana. John Henry, wychowanek oksfordzkiego Trinity College, nawrócił się na katolicyzm po czterdziestce: po okresie intensywnej działalności w tak zwanym ruchu oksfordzkim, którego przedstawiciele – zwolennicy radykalnej reformy anglikanizmu – opowiadali się za powrotem do wczesnochrześcijańskiej idei „kościoła pierwotnego”.

Newman był pod wieloma względami postacią tragiczną. Katolicy mu nie ufali, anglikanie traktowali jak odszczepieńca. Bogatą spuściznę pisarską Newmana, która wciąż uchodzi za jedno ze szczytowych osiągnięć literatury wiktoriańskiej, odkrył dla nas Stanisław Brzozowski, autor Legendy Młodej Polski. W 1937 roku, w znakomitym eseju Tajemnica Newmana, Zofia Bastgenówna pytała „Cóż wiemy my, Polacy, o wspaniałej tej indywidualności wieku ubiegłego, która tak doskonale i oryginalnie ilustruje epokę tak zwanego modernizmu i skupia przedziwnie angielskie cechy samego katolicyzmu w  indywidualnie głębokim przeżyciu wewnętrznej przemiany?”, zaznaczając przy tym, że „prócz teologów i historyków literatury żaden już Anglik właściwie nie zna dobrze tej wielkiej postaci, której rozgłos w związku z ruchem oksfordzkim przeszło sto lat temu został już raz na zawsze bez sprzeciwu przyjęty i nigdy już w swej istocie nie rozpatrywany”.

Sen Geroncjusza – poemat, albo raczej dramat poetycki Newmana z 1865 roku – jest w swej istocie zakrojonym na potężną skalę obrazem Czyśćca. W roku 1900 posłużył za kanwę utworu, którego Elgar z uzasadnionych przyczyn nie pozwalał określać terminem „oratorium”. Kompozytor wykorzystał tę opowieść o rozterkach duszy – opuszczającej ciało i wyruszającej w nieznane – jako odpowiedź na nurtujące wiktoriańską Anglię pytania o śmierć, sens cierpienia, istnienie Boga i zaświatów. Przedstawicielom anglikańskiego kleru nie spodobały się odniesienia do świętych i Matki Boskiej; muzykom nie przypadły do gustu nawiązania do twórczości Wagnera, zwłaszcza do Parsifala. A przecież na partyturze Elgara równie silnym piętnem odcisnął się styl Dworzaka (który zresztą sam nosił się z zamysłem napisania utworu do tekstu Newmana) i XIX-wiecznych kompozytorów francuskich, nie wspominając już o tym, że Sen Geroncjusza okazał się w sumie dziełem na tyle odrębnym i nowatorskim, że jego prawykonanie na Birmingham Music Festival otarło się o katastrofę. Chór nie udźwignął ciężaru swej partii, doświadczony w repertuarze oratoryjnym tenor Edward Lloyd źle rozłożył siły i ledwo wytrwał do końca koncertu.

Iain Farrington. Fot. Nick Rutter

Na szczęście historia oddała dziełu sprawiedliwość jeszcze za życia twórcy. Czas największej popularności Sen Geroncjusza ma jednak za sobą – także w Wielkiej Brytanii, gdzie w repertuarach stowarzyszeń chóralnych zajmował kiedyś równie poczesne miejsce jak Händlowski Mesjasz. Wykonania poza ojczyzną kompozytora są już rarytasem i rzadko spełniają oczekiwania wielbicieli twórczości Elgara – wśród nich niżej podpisanej. Z sześciu koncertów jesiennej odsłony Cambridge Music Festival wybrałam więc bez namysłu Sen Geroncjusza w King’s College Chapel, z udziałem solistów, BBC Concert Orchestra, BBC Singers oraz chóru King’s College i pod kierunkiem Daniela Hyde’a, obecnego Dyrektora Muzyki w Kolegium Królewskim. Rzecz wydała mi się tym ciekawsza, że w przepysznym, a mimo to intymnym wnętrzu gotyckiej świątyni utwór miał zabrzmieć w wersji Iaina Farringtona, pianisty, organisty i kompozytora, twórcy dziesiątków aranżacji symfonii, oper i oratoriów na mniejsze składy – między innymi utworów Mahlera, Brahmsa, Sibeliusa i Wagnera.

Farrington zorkiestrował Sen Geroncjusza na zespół złożony z około trzydzieściorga muzyków, czyli prawie trzykrotnie mniejszy od wielkiej, późnoromantycznej orkiestry przewidzianej przez Elgara. A mimo to udało mu się zachować szeroką paletę barw i bogactwo faktury oryginału, dając zdecydowanie szersze pole do popisu solistom i równoważąc proporcje między orkiestrą a chórem, których utrzymanie jest piętą achillesową większości współczesnych dyrygentów, bezwiednie wpadających w pułapkę niestosownego w tym utworze monumentalizmu. Hyde poprowadził całość w dość wartkich tempach, podkreślając bodaj najistotniejszą osobliwość tej partytury – wspomniane już pokrewieństwa z Wagnerowskim Parsifalem, w którym muzyka płynie niemal nieprzerwanym strumieniem, a melodie i motywy przewodnie wywikłują się jedne z drugich. Co najbardziej znamienne, po krótkiej przerwie między pierwszą a drugą częścią dyrygentowi udało się diametralnie zmienić nastrój opowieści – od trwożliwej, pełnej cierpienia modlitwy do ekstatycznej, dantejskiej podróży w przestrzeń Czyśćca, osiągającej kulminację we wstrząsającym „Take me away” i rozładowanej w długiej pieśni pożegnalnej Anioła i chóru.

Spośród zaangażowanych do tego wykonania solistów największym doświadczeniem może się pochwalić James Platt, typowo angielski bas, dysponujący swobodną artykulacją i głosem o niezwykłej sile wyrazu, choć chwilami zanadto rozwibrowanym, co dało się odczuć zwłaszcza w pierwszej części, w barytonowej w gruncie rzeczy partii Kapłana. Tytułowy Geroncjusz w osobie Stuarta Jacksona zdecydowanie skorzystał z dobrodziejstw kameralnej wersji Farringtona: jego urodziwy tenor jest giętki i nieskazitelny technicznie, odznacza się jednak niezbyt szerokim wolumenem, co w tym ujęciu śpiewak nadrobił z nawiązką inteligentnym, pieśniowym sposobem prowadzenia frazy i zdolnością różnicowania zawartych w prozodii emocji. Z całej trójki najlepiej wypadła Claire Barnett-Jones w partii Anioła, obdarzona czystym, świetnie postawionym i dobrze kontrolowanym mezzosopranem, który z w razie potrzeby przebiłby się bez trudu przez znacznie liczniejszą orkiestrę. Muszę jednak podkreślić, że mimo starań solistów i zdyscyplinowanej gry zespołu prawdziwym bohaterem tego wykonania okazały się chóry: uważne, pełne ekspresji, zróżnicowane nie tylko co do charakteru odtwarzanych postaci, ale też pod względem barwy i emisji. Celne, a zarazem niejednorodne zestawienie sopranów kobiecych i chłopięcych, altów i kontratenorów, tenorów i basów inaczej brzmiących w zespole BBC Singers, inaczej zaś w chórze King’s Chapel – tym bardziej podkreśliło dramaturgię tej kompozycji, zdaniem muzykologów noszącej więcej znamion opery niż jakiejkolwiek odmiany oratorium.

Claire Barnett-Jones. Fot. Benjamin Ealovega

Sześć dni przed koncertem Leon XIV, ustanawiając Newmana doktorem Kościoła, nadał mu przydomek Doctor Amicitiae, Doktora Przyjaźni. Newman był nieprzejednanym celibatariuszem i człowiekiem z natury zamkniętym, w przyjaźnie angażował się jednak całym jestestwem, uważając je za najskuteczniejszy sposób przekazywania bliskim przesłania wiary. Być może dlatego interpretacja Snu Geroncjusza w King’s College Chapel tak dobitnie przemówiła do mojej agnostycznej wyobraźni. Od tamtego wieczoru wciąż chodzi mi po głowie historia relacji Newmana z innym konwertytą, Ambrosem St Johnem, uważanym za pierwowzór Anioła z poematu. Mieszkali ze sobą ponad trzydzieści lat. Po śmierci przyjaciela Newman doznał tak silnego poczucia straty, że porównał je z żałobą po zmarłym małżonku. Poprosił, żeby pochować go z St Johnem w jednym grobie.

W 2008 roku, kiedy mogiłę otwarto, by w związku ze spodziewaną kanonizacją przenieść szczątki Newmana w inne miejsce, okazało się, że zwłoki uległy całkowitemu rozkładowi. Po prostu znikły. Jakby Anioł naprawdę pogrążył je w wodach czyśćcowych. Myślę jednak, że i bez znajomości tej historii zapamiętałabym wykonanie z Cambridge jako najczulsze ujęcie podróży Geroncjusza przez śmierć, z jakim do tej pory miałam do czynienia.

Opery bez przecinków

Za kilka dni recenzja z wykonania Snu Geroncjusza Elgara w ramach jesiennej odsłony Cambridge Music Festival, później relacja z wileńskiego Don Giovanniego w reżyserii Johna Fulljamesa – a przed końcem roku czekają mnie jeszcze dwa bardzo ciekawe wyjazdy, o których wkrótce Państwu doniosę. Tymczasem pozwolę sobie zaanonsować mój debiut na internetowych łamach pisma literackiego „Pole”, które jest z nami już blisko trzy lata, dzięki niespożytej energii redakcji (Renata Bożek, Piotr Skalski, Adam Wiedemann) oraz wydawcy, czyli Związku Pisarzy ze Wsi. Najnowszy, dwunasty numer dwumiesięcznika jest w dużej części poświęcony osobie i twórczości Gertrudy Stein. Jak pisze we wstępie Wiedemann, „Zawsze chciałem zrobić taki numer jak ten. I jakoś się udało, zrobił się jakby sam, choć oczywiście kosztował mnie sporo pracy, ale chyba nawet sama Gertruda nie miała nic przeciwko, bo inaczej stawiałaby jakieś przeszkody, a tymczasem obyło się prawie bez przeszkód. Tekstów nadeszło dużo (…), jest to więc numer gruby, za co z góry przepraszam”. Nie ma za co przepraszać: gdyby można było wymacać objętość internetu, byłby to numer rozkosznie opasły. Samych esejów jest w nim aż dziesięć, w tym mój, w którym opowiadam o tym, jak Stein została librecistką oper Virgila Thomsona, i co z tego wynikło, nie tylko dla historii formy. Mam nadzieję, że rozhulają się Państwo po „Polu” i nie ograniczą do lektury wyłącznie mojego tekstu.

Opery bez przecinków

Twilight Is Gathering, Dawn Is Coming

It is still a difficult time for the Teatro Comunale di Bologna, at which renovation started in November 2022 and which will not open its doors until next season at the earliest. It has been a strange time for Oksana Lyniv, who appeared for the first time at the conductor’s podium of one of Italy’s most beautiful theatres in March 2021. Four months later, as the first woman in the history of the Bayreuther Festspiele, she conducted a new staging of Der fliegende Holländer at the Green Hill, before taking over as music director of the Bologna company the following January. During her three-year tenure she was able to prepare just one “real” premiere in Bologna’s Sala Bibiena. The following productions, not only those under her baton, wander from hall to hall in Emilia-Romania’s capital.

It was not without reason that the theatre closed in 2022 with a production of Wagner’s Lohengrin. This was where the Italian premiere of the opera took place in 1871. Over the following three decades Teatro Comunale presented all of Wagner’s most important works and became the first company in the world to receive official permission from the Bayreuth Festival to stage Parsifal, on 1 January 1914, under the baton of Rodolfo Ferrari, with the phenomenal Giuseppe Borgatti in the title role and Helena Rakowska – the wife of Tullio Serafin – in the role of Kundry. Bologna became the most important centre for Wagnerian performances in Italy. It was this tradition that Lyniv, the first female conductor at the helm of an Italian opera company, not just in Bologna, decided to revive.

She has carried out her reform with kid gloves, seemingly without neglecting the repertoire beloved by the local audiences. However, she has handed this repertoire over to other conductors, focusing herself on music opening up other horizons – on Wagner’s operas, on the late Romantic idiom of Mahler and Strauss, on Puccini’s last works. I encountered the Bologna Holländer under her baton in 2023, still having vivid memories of the Bayreuth performance. My impression at that time was that Lyniv was still struggling with the local orchestra, which stubbornly played in the Verdian style, in a manner unsuited to any of Wagner’s scores. That is why I initially was reluctant to face the concert performance of Der Ring des Nibelungen, presented in Bologna in stages since June last year. I gave in only when it came to Siegfried, which in the end I did not manage to see. It was, therefore, with even greater determination that I went to see and hear Götterdämmerung – especially after my recent, very positive experience with the entire Ring cycle conducted by Simone Young, another “debutante”, that is, the first woman to conduct the entire tetralogy in Bayreuth.

All concerts in the cycle – just eight in total, two for each part of the Ring – were held at the Teatro Manzoni, an elegant building in a style reminiscent of Liberty, a uniquely Italian variety of Art Nouveau. Although the edifice, opened in 1933, is located at the very heart of Bologna, it stands away from the main thoroughfares, amidst buildings cramped into the old town backstreets. Before the war it housed one of the most modern culture venues in Italy, with a vast orchestra pit and a very spacious auditorium. It became a venue for concerts, opera and theatre performances, as well as film screenings for thousands of people. After the war the building functioned as a cinema, undergoing extensive renovation in the early twenty-first century. The old theatre was replaced with a state-of-the art concert hall with an auditorium of just over 1200 seats.

Oksana Lyniv. Photo: Anrea Ranzi

I will not delve into the reasons for not staging the Ring in its full stage form – as was the case with Der fliegende Holländer presented over two years ago in the much larger EuropAuditorium, which has the necessary machinery at its disposal. Let me point out, however, that the full Wagner orchestra took up the entire space of the Auditorium Manzoni stage – the chorus had to be placed in the balcony (to an excellent dramatic effect, but more on that in a moment). Instead of a beautifully produced and exemplarily edited programme book that I praised so much in my review of Holländer, we got a ten-page booklet into which, apart from notes on the performers and a partly out-of-date cast, only an essay by Alberto Mattioli could be squeezed.

It is a pity that one of Lyniv’s most ambitious ideas was given such modest treatment – especially as this was both her debut in the Ring and the return of the tetralogy after more than a quarter of a century of absence from the Bologna music scene. The return was certainly successful; so much so that I began to regret my earlier prejudices. The orchestra had finally become accustomed to the idiom of this music, playing attentively and with commitment, grasping every suggestion from Lyniv, who this time not only broke down the score into its constituent parts, precisely extracting from it all the details of texture and emphasising the sophisticated interplay of leitmotifs, but also took care of the continuity and coherence of the narrative. The story moved forward unstoppably and in such a broad wave that I can forgive the winds some false notes and intonation slip-ups – surprising in that they appeared rarely, but in an accumulation that resulted in a veritable cacophony, perhaps most severe in the prelude to Act Three. Perhaps there were not enough rehearsals, or perhaps there was a lack of practice in using authentic Wagnerian instruments, including three steerhorns, or cow horns. On the other hand, the chorus, prepared by Gea Garratti Ansini, did a phenomenal job – this is true especially of the male voices in the stunning intensity of the Gibichungs’ response (from the balcony) to Hagen’s chilling Call in Act Two.

When it comes to the soloists, there was a merry-go-round in the casting of the two most important roles. Siegfried changed twice, finally entrusted to Tilmann Unger a few days before the concert. Wagner lovers became familiar with the German tenor’s name during one of last year’s Bayreuth performances of Parsifal, when Andreas Schager fell ill and his replacement Klaus Florian Vogt missed his plane, as a result of which Unger took on the title role in Act One. I advise you to pay attention to this singer: the only thing he still lacks for the role of Siegfried is a bit more volume and, thus, freedom at the upper end of the range. His voice is very handsome, with the right baritone tinge at the bottom, ringing and clear as befits a Heldentenor. His text delivery is excellent; he intelligently builds his characters and skilfully plays with the mood, as he demonstrated especially in the beautifully constructed monologue “Mime hiess ein mürrischer Zwerg” in Act Three. A perfect Siegfried for modestly-sized stages, and young enough to be able to still develop and “grow into” theatres with more difficult acoustics.

Brünnhilde was to have been played by Eva Vesin, but she was in the end replaced by Sonja Šarić, with whom Lyniv had worked since the beginning of her tenure in Bologna. I noticed the Serbian soprano’s extraordinary musicality already in Holländer, in which she sang Senta. This time she captivated me with her unique timbre – soft, velvety, a little nasal, so different from the bright, often wobbly sopranos that, for reasons I cannot fathom, have taken the lead in the Wagnerian repertoire today. In Šarić’s interpretation Brünnhilde evolved in perfect harmony with the score: from a girl in love to a mature woman who had lost everything and only then appreciated the power of love. I once sensed a similar note in the voice of my first Brünnhilde – the phenomenal, unjustly forgotten Berit Lindholm. Similar technical ease and interpretative wisdom are easier to find today in archive recordings than on the stages of renowned opera houses.

Albert Pesendorfer (Hagen). Photo: Andrea Ranzi

The Bologna Götterdämmerung had one more protagonist – the magnificent Hagen of Albert Pesendorfer, whose bass is powerful, intense and terrifyingly dark, which the singer enhanced even more with his carefully thought-out portrayal of the character and excellent acting. Of Hagen’s two unfortunate siblings I found Gutrune the more memorable by far – in Charlotte Shipley’s lyrical portrayal she was fragile, arousing compassion, and, in her reaction to Siegfried’s death, even shocking in the truth of her emotions. The otherwise lovely baritone Anton Keremidtchiev was disappointing as Gunther, singing the role almost mechanically, with his eyes fixed on the score, without any connection to the text. Just as disappointing was Atala Schöck in the role of Waltraute, sung in a voice that was tired, had too much vibrato and lacked sparkle. On the other hand, fine performances came from Claudio Otelli as Alberich as well as brilliantly marched Norns (Tamta Tarielashvili, Eleonora Filipponi, Brit-Tone Müllertz) and Rhinemaidens (Julia Tkachenko, Marina Ogii, Eglė Wyss).

If the previous parts of the Ring were as convincing as Götterdämmerung, Oksana Lyniv’s mission in Bologna can be regarded as accomplished. Teatro Comunale has returned to the Wagnerian tradition inaugurated so beautifully with Lohengrin conducted by Angelo Mariani. Lyniv has not parted company with Bologna for good – she will work closely with the local opera house at least until the Sala Bibiena reopens. I am becoming more and more taken by women conducting Wagner’s music. Lyniv is like fire. Young is like aether. Time for female incarnations of other Platonic elements in this repertoire.

Translated by: Anna Kijak

Zmierzch zapada, świt już wstaje

Wciąż trudny to czas dla Teatro Comunale di Bologna, który w listopadzie 2022 roku poszedł do remontu i otworzy podwoje najwcześniej w przyszłym sezonie. Dziwny był to czas dla Oksany Łyniw, która pojawiła się po raz pierwszy za pulpitem dyrygenckim jednego z najpiękniejszych włoskich teatrów w marcu 2021 roku, cztery miesiące później – jako pierwsza kobieta w historii Bayreuther Festspiele – poprowadziła na Zielonym Wzgórzu nową inscenizację Latającego Holendra, po czym w styczniu roku następnego objęła dyrekcję muzyczną opery w Bolonii. W czasie trzyletniej kadencji udało jej się przygotować zaledwie jedną „prawdziwą” premierę na deskach bolońskiej Sala Bibiena. Wszystkie następne, nie tylko pod jej batutą, tułały się po innych salach stolicy regionu Emilia-Romania.

Nie bez przyczyny teatr zamknięto w 2022 roku przedstawieniem Wagnerowskiego Lohengrina. To właśnie tutaj, w roku 1871, odbyła się włoska premiera tej opery. W ciągu następnych trzech dekad Teatro Comunale wystawił wszystkie najważniejsze dzieła Wagnera, był też pierwszą sceną na świecie, która dostała oficjalną zgodę festiwalu w Bayreuth na wystawienie Parsifala, 1 stycznia 1914, pod batutą Rodolfa Ferrariego, z fenomenalnym Giuseppem Borgattim w roli tytułowej i Heleną Rakowską – prywatnie żoną Tullia Serafina – w roli Kundry. Bolonia stała się najważniejszym ośrodkiem wykonawstwa wagnerowskiego we Włoszech. Tę właśnie tradycję postanowiła wskrzesić Łyniw, pierwsza kobieta-dyrygent na czele jakiegokolwiek włoskiego teatru operowego, nie tylko opery w Bolonii.

Swoją reformę przeprowadziła w białych rękawiczkach, z pozoru nie zaniedbując ulubionego przez tutejszą publiczność repertuaru. Oddała go jednak w ręce innych kapelmistrzów. Sama skupiła się na muzyce otwierającej inne horyzonty – na operach Wagnera, na późnoromantycznym idiomie Mahlera i Straussa, na ostatnich dziełach Pucciniego. Z bolońskim Holendrem pod jej batutą zetknęłam się w roku 2023, wciąż mając w pamięci przedstawienie z Bayreuth. Odniosłam wówczas wrażenie, że Łyniw jeszcze sobie nie radzi z tutejszą orkiestrą, grającą uparcie „po verdiowsku”, w manierze nieprzystającej do którejkolwiek z partytur Wagnera. Dlatego z początku nie miałam odwagi zmierzyć się z koncertowym wykonaniem Pierścienia Nibelunga, realizowanym w Bolonii etapami od czerwca ubiegłego roku. Złamałam się dopiero przy okazji Zygfryda, na którego ostatecznie nie dotarłam. Z tym większą determinacją wybrałam się na Zmierzch bogów – zwłaszcza po niedawnych, bardzo dobrych doświadczeniach z całością Ringu pod dyrekcją Simone Young, kolejnej „debiutantki”, czyli pierwszej kobiety, która poprowadziła w Bayreuth całą tetralogię.

Sonję Šarić. Fot. Andrea Ranzi

Wszystkie koncerty cyklu – w sumie zaledwie osiem, po dwa na każdą część Pierścienia – odbywały się w Teatro Manzoni, eleganckim gmachu w stylu nawiązującym do Liberty, specyficznie włoskiej odmiany secesji. Budynek, otwarty w 1933 roku, leży wprawdzie w samym sercu Bolonii, ale z dala od reprezentacyjnych ulic, wkomponowany w ciasną zabudowę staromiejskich zaułków. Przed wojną mieścił jedną z najnowocześniejszych sal widowiskowych we Włoszech, wyposażoną w scenę z obszernym kanałem orkiestrowym i niezwykle pojemną widownię. Organizowano tu zarówno koncerty, jak inscenizacje oper, przedstawienia teatru dramatycznego i seanse filmowe dla kilkutysięcznej publiczności. Po wojnie gmach funkcjonował jako kino, na początku XXI wieku przeszedł gruntowny remont. Miejsce dawnego teatru zajęła nowoczesna sala koncertowa z widownią na niewiele ponad 1200 miejsc.

Nie wnikam w przyczyny rezygnacji z wystawienia Ringu w pełnym kształcie scenicznym – jak było w przypadku Latającego Holendra, zaprezentowanego ponad dwa lata temu w znacznie większym i dysponującym odpowiednią maszynerią wnętrzu EuropAuditorium. Zaznaczę jednak, że wagnerowska orkiestra w pełnym składzie zajęła całą przestrzeń estrady Auditorium Manzoni – chór trzeba było ulokować na balkonie (z doskonałym skądinąd efektem dramatycznym, ale o tym za chwilę). Zamiast pięknie wydanej i wzorowo zredagowanej książki programowej, którą tak chwaliłam w recenzji z Holendra, dostaliśmy dziesięciostronicową broszurkę, w której prócz not o wykonawcach i częściowo nieaktualnej obsady zmieścił się tylko esej Alberta Mattioliego.

Szkoda, że jeden z najambitniejszych pomysłów Łyniw zyskał tak skromną oprawę – zwłaszcza że był to zarazem jej debiut w Pierścieniu, jak i powrót tetralogii po przeszło ćwierć wieku nieobecności na bolońskiej scenie muzycznej. Powrót z pewnością udany i to do tego stopnia, że zaczęłam żałować swych wcześniejszych uprzedzeń. Orkiestra wreszcie się oswoiła z właściwym tej muzyce idiomem, grała czujnie i z zaangażowaniem, chwytając w lot każdą sugestię Łyniw, która tym razem nie tylko rozebrała partyturę na części pierwsze, precyzyjnie wyłuskując z niej wszelkie detale faktury i podkreślając wyrafinowane współdziałanie lejtmotywów, lecz także zadbała o ciągłość i spójność narracji. Opowieść parła naprzód niepowstrzymanie i tak szeroką falą, że bez mrugnięcia okiem wybaczę dętym kiksy i wpadki intonacyjne – o tyle zaskakujące, że pojawiały się rzadko, ale w nagromadzeniu skutkującym istną kakofonią, bodaj najdotkliwszą w preludium do III aktu. Może zabrakło prób, a może wprawy w posługiwaniu się najprawdziwszym wagnerowskim instrumentarium, włącznie z trzema Stierhörner, czyli krowimi rogami sygnałowymi. Fenomenalnie za to spisał się chór przygotowany przez Geę Garratti Ansini – zwłaszcza jego męska część, w oszałamiającym intensywnością odzewie Gibichungów (z balkonu) na mrożący krew w żyłach Zew Hagena w II akcie.

Jeśli chodzi o solistów, nie obyło się bez karuzeli obsadowej w dwóch najważniejszych partiach. Zygfryd zmieniał się dwukrotnie, w ostatnich dniach przed koncertem zyskując wykonawcę w osobie Tilmanna Ungera. Nazwisko niemieckiego tenora przebiło się do świadomości wagneromanów na jednym z ubiegłorocznych przedstawień Parsifala w Bayreuth, kiedy zachorował Andreas Schager, a zastępujący go Klaus Florian Vogt spóźnił się na samolot, skutkiem czego Unger wziął na siebie tytułową rolę w I akcie. Radzę zwrócić uwagę na tego śpiewaka: właściwie jedyne, czego mu jeszcze brakuje do partii Zygfryda, to odrobina wolumenu, a co za tym idzie, swobody w górnym odcinku skali. Głos ma bardzo urodziwy, ze stosownym, barytonowym zabarwieniem w dole, ale dźwięczny i klarowny, jak na Heldentenora przystało. Świetnie podaje tekst, rozumnie buduje postać i umiejętnie gra nastrojem, co udowodnił zwłaszcza w pięknie skonstruowanym monologu „Mime hiess ein mürrischer Zwerg” w III akcie. Idealny Zygfryd na niezbyt duże sceny, a przy tym dostatecznie młody, żeby się jeszcze rozwinąć i „dorosnąć” do teatrów o trudniejszej akustyce.

Tilmann Unger. Fot. Andrea Ranzi

W roli Brunhildy miała pierwotnie wystąpić Ewa Vesin, zmieniona ostatecznie przez Sonję Šarić, z którą Łyniw współpracowała od początku swej kadencji w Bolonii. Na niezwykłą muzykalność serbskiej sopranistki zwróciłam uwagę już przy okazji Holendra, w którym śpiewała partię Senty. Teraz ujęła mnie specyficzną barwą głosu – miękką, aksamitną, odrobinę nosową, jakże odmienną od jaskrawych, często rozchwierutanych sopranów, które z niezrozumiałych dla mnie powodów wiodą dziś prym w repertuarze wagnerowskim. Brunhilda w ujęciu Šarić ewoluowała w idealnej zgodzie z partyturą: od zakochanej dziewczyny po dojrzałą kobietę, która straciła wszystko i dopiero wówczas doceniła potęgę miłości. Podobną nutę wyczułam kiedyś w głosie mojej pierwszej Brunhildy – fenomenalnej, niesłusznie zapomnianej Berit Lindholm. Podobnej swobody technicznej i mądrości interpretacji łatwiej się dziś doszukać w archiwalnych nagraniach niż doświadczyć na scenach renomowanych oper.

Boloński Zmierzch bogów miał jeszcze jednego bohatera – wspaniałego Hagena w osobie Alberta Pesendorfera, obdarzonego basem potężnym, intensywnym i przerażająco mrocznym, co śpiewak dodatkowo uwydatnił dopracowaną charakteryzacją postaci i znakomitą grą aktorską. Z dwojga nieszczęsnego rodzeństwa Hagena zdecydowanie bardziej zapadła mi w pamięć Gutruna – w lirycznym ujęciu Charlotte Shipley krucha, budząca współczucie, w swojej reakcji na śmierć Zygfryda wręcz wstrząsająca prawdą emocji. Dysponujący skądinąd urodziwym barytonem Anton Keremidtchiev zawiódł w partii Gunthera, odśpiewanej niemal mechanicznie, ze wzrokiem wbitym w nuty, bez związku z tekstem. Rozczarowała też Atala Schöck w partii Waltrauty, prowadzonej głosem zmęczonym, nadmiernie rozwibrowanym i wyzutym z blasku. Dobrze za to sprawili się Claudio Otelli w roli Alberyka oraz świetnie dopasowane Norny (Tamta Tarielashvili, Eleonora Filipponi, Brit-Tone Müllertz) i Córy Renu (Julia Tkaczenko, Marina Ogii, Eglė Wyss).

Jeśli poprzednie części Pierścienia wypadły równie przekonująco jak Zmierzch bogów, bolońską misję Oksany Łyniw można uznać za spełnioną. Teatro Comunale wrócił do wagnerowskiej tradycji, zainaugurowanej tak pięknie Lohengrinem pod batutą Angela Marianiego. Łyniw nie rozstała się na dobre z Bolonią – będzie ściśle współpracować z tutejszą operą co najmniej do czasu ponownego otwarcia Sala Bibiena. Coraz bardziej się przekonuję do kobiet dyrygujących muzyką Wagnera. Łyniw jest jak ogień. Young jest jak eter. Czas na kobiece wcielenia innych platońskich żywiołów w tym repertuarze.

Z Dziecięcia Król

No i rozpoczął się kolejny sezon NOSPR, a w jego programie koncerty, które zainteresują także moich Czytelników. Już pojutrze, 7 listopada, w Katowicach wystąpią zespoły Collegium 1704 oraz sześcioro solistów – sopranistki Tereza Zimková i Pavla Radostová, kontratenor Gabriel Diaz, tenor Ondřej Holub oraz basy Tomáš Šelc i Tadeáš Hoza. Na zachętę esej o uwzględnionych w programie utworach Zelenki i Händla, który ukaże się także w książeczce wieczoru.

***

Wzmianka o obrzezaniu Jezusa w Ewangelii świętego Łukasza jest zaskakująco krótka: „Gdy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Dziecię, nadano Mu imię Jezus, którym Je nazwał anioł, zanim się poczęło w łonie”. To jedyne w Nowym Testamencie świadectwo, że przyszły Zbawiciel przeszedł rytuał brit mila, znak przymierza między Jahwe a ludem Izraela. Szerszą i pod wieloma względami fascynującą wzmiankę o tym wydarzeniu można odnaleźć w apokryficznej Arabskiej Ewangelii Dzieciństwa, gdzie czytamy o starej hebrajskiej kobiecie, która zabalsamowała obcięty napletek noworodka w skrzynce z alabastru wypełnionej drogocennym olejkiem nardowym, po czym rzekła swojemu synowi, że nie wolno mu jej sprzedać za żadną cenę, choćby ktoś oferował trzysta denarów. Co syn aptekarz uczynił z napletkiem, historia milczy – skrzynkę z pozostałą zawartością jednak spieniężył, bo ponoć tym właśnie olejkiem Maria z Betanii namaściła Jezusa w podzięce za wskrzeszenie jej brata Łazarza.

Przed Soborem Watykańskim II, zakończonym w 1965 roku, święto Obrzezania Pańskiego obchodzono 1 stycznia niemal we wszystkich Kościołach chrześcijańskich. Dziś jest celebrowane pod dawną nazwą głównie przez wyznawców prawosławia, w klasycznym rycie rzymskim i niektórych Kościołach protestanckich. Anglikanie przemianowali je na Uroczystość Imienia Jezus, większość katolików świętuje w tym dniu Uroczystość Bożej Rodzicielki Marii. Dla Watykanu kult świętego napletka stał się sprawą nieco wstydliwą – nie tylko za sprawą „cudownego” rozmnożenia relikwii pierwszego stopnia, które przechowywano od wieków średnich w prawie dwudziestu świątyniach i klasztorach, lecz także przez nacechowane mistycznym erotyzmem świadectwa średniowiecznych dziewic zaślubionych Chrystusowi, wśród nich austriackiej zakonnicy Agnes Blannbekin, która „opłakując w bezmiernym żalu cierpienia Pana, myślała o jego napletku i o tym, gdzie znalazł się po Jego zmartwychwstaniu”.

Strona tytułowa rękopisu Missa Circumcisionis

Kilkanaście lat temu zespół ciekawych świata i kontekstów lekarzy opublikował wyniki interdyscyplinarnych badań nad obecnością świętego napletka w kulcie, ikonografii i teologii. Badacze doszli do wniosku, że Obrzezanie Pańskie – w porównaniu do obfitości wizerunków w malarstwie i rzeźbie – doczekało się zaskakująco niewielkiej liczby przedstawień muzycznych. Pominąwszy kilka Bachowskich kantat, między innymi Singet dem Herrn ein neues Lied BWV 190, skupili się przede wszystkim na Missa Circumcisionis Domini Nostri Jesu Christi Jana Dismasa Zelenki.

Utwór powstał w 1728 roku, z myślą o obchodach święta w pierwszy dzień Nowego Roku w Dreźnie, dokąd Zelenka trafił osiemnaście lat wcześniej, jako kontrabasista Hofkapelle. W czasie pracy nad partyturą kompozytor przejął faktyczne kierownictwo nad drezdeńskim zespołem, podczas choroby ówczesnego kapelmistrza Johanna Davida Heinichena. Kopia mszy zachowała się w zbiorach Carla Philipa Emmanuela Bacha, który w 1775 roku podkreślił dobitnie, że Zelenka był nie tylko bliskim znajomym ojca, lecz także jednym z najwyżej cenionych przez niego muzyków epoki. Święto Obrzezania przypadało w oktawę Narodzenia Pańskiego, co tłumaczy liczne nawiązania do muzyki „bożonarodzeniowej”, między innymi w pastoralnym Agnus Dei na tenor solo, trzy oboje i basso continuo. Włączenie tych elementów w tekst mszy i cała konstrukcja utworu, jednego z najbardziej złożonych w ramach gatunku i rozpisanego na niezwykle rozbudowany skład, świadczą o wielkiej wrażliwości teologicznej kompozytora, który umiejętnie połączył wątek narodzin i obrzezania Pana z odkupieniem ludzkości przez Baranka, który gładzi grzechy świata.

Bazylika Santa Maria di Montesanto. Fot. Krzysztof Golik

Kiedy Zelenka komponował swoją Missa Circumcisionis, dobiegał już pięćdziesiątki. Georg Friedrich Händel ukończył prace nad Dixit Dominus w kwietniu 1707, w wieku zaledwie 22 lat. Jesienią poprzedniego roku wyruszył do Włoch: za namową któregoś z Medyceuszy, albo Ferdynanda, dziedzica Wielkiego Księstwa Toskanii, albo jego młodszego brata Jana Gastona, którego Händel poznał w Hamburgu. Po krótkim pobycie we Florencji młody twórca udał się Rzymu, gdzie zawarł znajomość z wieloma luminarzami tamtejszego życia muzycznego, zyskał też możnych protektorów w osobach rzymskich kardynałów.

Collegium 1704. Fot. Petra Hajská

Wstępne szkice do Dixit Dominus powstały jeszcze w stolicy Toskanii, zapewne z myślą o innej uroczystości kościelnej. Pierwsze wykonanie odbyło się ostatecznie w bazylice Santa Maria di Montesanto, 16 lipca, w ramach nieszporów na święto Najświętszej Marii Panny z Góry Karmel, celebrowanych przez kardynała Carla Colonnę. Monumentalna kompozycja, przeznaczona na pięcioro solistów, pięciogłosowy chór mieszany, podzielone na pięć głosów smyczki oraz basso continuo, okazała się prawdziwym popisem muzycznego teatru – w mieście, gdzie od 1701 roku obowiązywał całkowity zakaz wystawiania oper, wprowadzony przez papieża Klemensa XI. Olbrzymie skoki interwałowe, skrajne kontrasty dynamiczne, zapierające dech w piersi przykłady malarstwa dźwiękowego – w połączeniu z mistrzostwem kontrapunktu, harmonii oraz inwencji melodycznej – nadają dziełu niezwykłą dramaturgię, w pełni zgodną z chrześcijańską interpretacją starotestamentowego psalmu, traktowanego jako objawienie królewskiej godności Jezusa i zapowiedź ostatecznego zwycięstwa nad złem.

Od Dziecięcia, które anioł nazwał Jezusem, po teologiczną wykładnię Męki jako drogi do chwały i władzy nad światem. Trudno o bardziej wyrafinowaną oprawę rozmyślań nad życiem Zbawiciela niż te dwa arcydzieła Zelenki i Händla.

Złoto i popiół

W piątek ukazało się nowe wydanie „Raptularza”, zatytułowane Pożegnani – Pamiętani. Zapowiem je słowami Redakcji, bo lepiej nie umiem: „W czas Wszystkich Świętych przywołujemy nieodżałowane osobowości, z którymi pożegnaliśmy się w trakcie mijającego roku. Mniej piszemy o śmierci, i nie stroimy się w czerń. Proponujemy za to teksty o życiu, takim, które jest przywilejem prawdziwie wielkich artystów: życiu we wdzięcznej pamięci bliskich, przyjaciół, widzów. Barbarę Rylską, gwiazdę powojennych kabaretów i wieloletnią aktorkę Teatru Kwadrat, wspomina Michał Smolis. O maskaradach Joanny Kołaczkowskiej, skrywających pakt empatycznego przymierza z widzami, pisze Izolda Kiec. Dorota Kozińska żegna fenomenalną Jadwigę Rappé. Janusza Wiśniewskiego, artystę totalnego, wspomina scenami z jego spektakli wieloletnia współpracowniczka Anna Wachowiak. O przecinających się ścieżkach twórczych Tadeusza Rolkego i Tadeusza Kantora pisze Kamila Dworniczak. W cyklu Zbigniew Raszewski. Stulecie urodzin ogłaszamy niepublikowaną dotąd młodzieńczą, wierszowaną bajkę Profesora o polskich zaświatach”.

Poniżej link do mojego tekstu, ale warto przeczytać całość.

Złoto i popiół

Greyness Covers the Earth

I still cannot get over the fact that Mozart’s Idomeneo is so rarely seen on our stages. We owe the only post-war stagings to the Warsaw Chamber Opera and the Polish Royal Opera. Despite the undoubted merits of each of these productions and the tremendous efforts of the musicians associated with the historically informed performance movement at various stages of its development in Poland, they all passed like a meteor, delighting the eyes and ears of a handful of spectators. For obvious reasons, given the microscopic sizes of the two theatres. It could be argued that Idomeneo was Mozart’s first mature opera, followed by masterpieces more worthy of permanent presence in the repertoire of large houses. Yet there is no denying that Idomeneo is a masterpiece in its own right, a work that is superbly constructed in terms of drama and requires extraordinary skill from most soloists, especially the singer in the title role, to whom the composer entrusted the most difficult tenor part in his entire oeuvre. It is so difficult that post-war attempts to present it in its original form (a task singers were still tackling valiantly at the beginning of the previous century) were not made until the 1980s. However, we should be in the vanguard of this trend, if only because the basis of all critical editions of Idomeneo are the autographs of the first two of the opera’s three acts kept in the Jagiellonian Library in Kraków.

So much for the introduction and explanation of my travels in search of an ideal Idomeneo in other European opera houses. I wrote extensively about the complicated fate of the myth, its presence in opera and about Mozart’s work itself last year, after the premiere at the Staatstheater Mainz, under the baton of Hermann Bäumer, who soon after that became Music Director of the Prague State Opera. My review of that production was very favourable, mainly because of its musical qualities, not to be underestimated in an ambitious company, though one that operates on the fringes of operatic life in Germany. In Prague things looked even more interesting in many respects: the conductor was to be Konrad Junghänel, a living legend of period instrument performance and frequent collaborator of the director, Calixto Bieito, known as a ‘Quentin Tarantino of the opera stage’, a provocateur who accuses his colleagues of creating productions so empty and bland as if the twentieth century had never happened.

Evan LeRoy Johnson (Idomeneo) and Rebecka Wallroth (Idamante). Photo: Serghei Gherciu

I don’t usually take artists’ iconoclastic statements seriously, but I have to admit that I have a weakness for Bieito, for his open, ‘proletarian’ approach to music, for his fascination with the craftsmanship of Brook and Bergman, for his uncommon – at least in the past – sense of operatic dramaturgy. However, his most recent productions reveal increasingly serious symptoms of a creative crisis. This also applies to this year’s staging of Das Rheingold at the Paris Opera, which caused such consternation among the critics that some of them explained the disaster by citing internal conflicts and problems within the company. The reviewers could not believe their eyes. Bieito always knew how to tell stories, didn’t he? Apparently, he has lost this ability, because the Prague Idomeneo is even worse in this respect. Bieito’s minimalist (which is not an objection) staging, completely devoid of tension (which is a very serious objection indeed), takes place in Ana-Sophie Kirsch’s sets, banally organising space, dominated in the first two acts by moving panels of translucent plastic, and virtually absent in the last act. Paula Klein’s costumes – hard to say whether in line with the director’s concept or lack thereof – look as if taken straight from the catalogue of her previous designs for Bieito, not necessarily having any connection with the message of Idomeneo. The fact that some of the scenes are illustrated with projections from Eisenstein’s Strike and Battleship Potemkin, and Milestone’s All Quiet on the Western Front only reinforced my belief that Bieito was rehashing his earlier work. A few solutions do echo his old imagination (for example, the dropping of dozens of water canisters, symbolising a sea monster, from a net suspended over the stage), but most of them seem downright grotesque (horror evoked by the spotlight of head torches, as if in a scout patrol; the incomprehensible scene in which Elettra plots her revenge by hugging Idomeneo’s shoes, only to end up smearing herself with shoe polish; the smashing of a tacky statue of Neptune as a sign of the protagonist’s defiance of the deity). Most importantly, Bieito made no effort to present any relationships between the characters – the tentatively built tension between Idomeneo and Idamante seems to originate in the music itself, not in the director’s concept.

Evan LeRoy Johnson. Photo: Serghei Gherciu

Against the backdrop of this completely lifeless staging the efforts of the performers were all the more admirable, especially as Junghänel, himself appearing at the Státní opera for the first time, had a cast made up entirely of singers making their role debuts. This may have been the reason behind the quite substantial cuts in the score: out went not only most of the recitatives, but also some scenes as well as the figure of the king’s confidant Arbace – indeed, the least interesting character in the work. Although the conductor did not manage to fully master the treacherous acoustics of the venue, which disrupted the sound balance in the orchestra – to the detriment of the strings, unfortunately – he conducted the whole with style, clearly highlighting motifs and maintaining the pulse without forcing the tempo, greatly helping the soloists as a result. The best among them, in my opinion, was Evan LeRoy Johnson in the title role, a singer with an almost perfect tenor for the part – resonant, broad, with just the right baritone tinge in the lower register; agile, though perhaps not yet at ease in the breakneck coloraturas of the aria “Fuor del mar” in Act Two, rewarded with a well-deserved ovation. In order to completely win over the Czech audience to his interpretation of the character of Idomeneo, the artist still needs to grow a bit more into the role and gain some confidence. The local music lovers have quite a different idea of what a “Mozartian” tenor should sound like – rightly so to a certain extent, but not in this case. There are neither predecessors nor successors of this figure in the composer’s oeuvre. It is a blind alley in the evolution of his style, perhaps because the first performer of Idomeneo, Anton Raaff, considered by Christian Schubart to be the greatest male voice of all time, was nearing seventy at the time and, to put it mildly, failed to meet the young composer’s expectations.

The same goes for Vincenzo Prato, who sang Idamante at the premiere. Mozart was generally prejudiced against castrati, but ‘il nostro molto amato castrato Dal Prato’, as he wrote wryly in a letter to his father, was considered by him to be not only a poor singer but also a complete idiot. The composer soon transposed the part for the tenor voice and this was the version that was later performed for years. The return to the soprano voice has been a matter of recent decades, and it is still not always possible to find singers suitably contrasted in timbre and temperament for the three roles of Idamante, Ilia and Elettra, intended for this Fach. This was also the case in Prague, although Rebecka Wallroth, who has a handsome and well-placed voice, though too lyrical for the role of Idomeneo’s son, still fared the best of the three. Ekaterina Krovateva’s dense, meaty soprano was definitely not suited to the character of the innocent Ilia, while Petra Alvarez Šimková as the demonic Elettra made up for her technical shortcomings with an interpretation bordering on the grotesque and the hysterical, especially in the bravura aria “D’Oreste, d’Aiace”. Very decent performances came from Josef Moravec in the tenor role of the High Priest and Zdeněk Plech as the Voice of the Oracle. I was a bit disappointed by the chorus, singing decently though without much expression, which is a serious shortcoming when it comes to performing this highly nuanced part, one of the finest in Mozart’s entire oeuvre.

Rebecka Wallroth and Ekaterina Krovateva (Ilia). Photo: Serghei Gherciu

Despite my reservations, I must stress, however, that the main culprit for the performance’s shortcomings was the director, who left the singers to their own devices, gave them no direction, made it difficult to explore the meaning of the work and build convincing, full-blooded characters. What also may have prevented the Prague Idomeneo from becoming successful was the unexpected death of Reinhard Traub, who collaborated with Bieito on the lighting design. Traub died during the preparations for the production. Too early and at the height of his creative powers, as I had been able to see many times at the Wagner Festival in Bayreuth. It was he who provided brilliant lighting designs for Lohengrin and Tannhäuser in productions directed by Sharon and Kratzer respectively. He was among those who made Schwarz’s Ring watchable at all. He highlighted good stagings and brought out everything worth saving from the bad ones. On the State Opera stage, bathed in blues, pallid greens, depressing shades of ochre and grey – usually unrelated to the narrative – I failed to discern his masterful hand. The production lacked not only the spirit of the story, but also the spirit of light. All that was left was the music and the performers, who gave their best. And all credit to them for that.

Translated by: Anna Kijak

A droga wiedzie w przód i w przód

…skąd się zaczęła, tuż za progiem. Upiór, nie tylko z racji wzrostu, ma w sobie coś z hobbita. W poszukiwaniu muzycznych skarbów ruszył kiedyś w nieznane, wciąż jest przekonany, że wypełnia misję, od której zależy los całego świata, i na razie jedynym miejscem, dokąd się nie wybiera, jest zasłużona emerytura. Może jeszcze na nią nie zasłużył, a może po prostu nie umie trwać w bezruchu. Miniony sezon, jeszcze bogatszy niż poprzednio, zbiegł się z początkiem drugiej dekady upiornej działalności. Szmat czasu, zacznę więc jak zwykle, od wyrazów wdzięczności. Po pierwsze, dziękuję wiernym subskrybentom (kto chce dołączyć do ich grona, choćby za symboliczną kwotę, może to zrobić tu: https://patronite.pl/upior-opera), których wsparcie ma dla mnie wymiar nie tylko finansowy, ale przede wszystkim ludzki. Po drugie, teatrom, festiwalom i agencjom artystycznym, które niemal bez wyjątku zapewniają mi obsługę prasową na najwyższym poziomie. Po trzecie, rodzinie (za świętą cierpliwość) i przyjaciołom (za ratowanie z opresji, kiedy bywa trudno, i za spotkania na szlaku). Po czwarte, wydawcom i redaktorom mojej pisaniny i gadaniny w innych miejscach, bo bez nich nie byłoby mnie stać nawet na bilet tramwajowy. Upiór jest wspólną zasługą was wszystkich.

Cambridge, październik 2024 i luty 2025. Dwie wyprawy do jednego z najstarszych i najpiękniejszych miast uniwersyteckich w Anglii. Kolorową jesienią, w towarzystwie młodszej koleżanki po fachu, na koncertowe wykonanie Pigmaliona Rameau z Academy of Ancient Music; u schyłku ciepłej zimy, tym razem solo – wehikułem czasu w przeszłość, czyli na Berliner Messe Arvo Pärta z tymi samymi muzykami, którzy w 1990 roku wystąpili na premierze utworu w berlińskiej katedrze świętej Jadwigi. Przy okazji załapałam się na paradę planet na nocnym niebie – z nieocenionym komentarzem obserwujących wraz ze mną to zjawisko wykładowców Cambridge University. Wracam do King’s College za niespełna tydzień, na Sen Geroncjusza Elgara z zespołami BBC. Tylko nie miejcie do mnie pretensji, jeśli będzie padał deszcz.

Brno, listopad 2024, styczeń i czerwiec 2025. W stolicy Moraw zakochałam się na zabój już dawno temu, nie spodziewałam się jednak, że tę miłość podziela aż tylu moich znajomych, przyjaciół i wychowanków. Na festiwal Janáček Brno 2024 stawiliśmy się sześcioosobową kompanią, z którą nie tylko konie, ale i beczki z piwem można było kraść. Tylko na znakomite przedstawienie Króla Rogera dotarłam sama. Rusałkę w Janáčkovym divadle podziwialiśmy ze starym druhem, z którym lubimy nie tylko dobrze sobie posłuchać, ale i dobrze zjeść. Przed chwilą znalazłam w poczcie wiadomość, że wkrótce poznamy cały program przyszłorocznego biennale Janaczka. Trzeba już teraz zacząć się umawiać – żeby pójść razem choćby na jeden recital w modernistycznej Willi Tugendhatów.

Moguncja, listopad 2024 i marzec 2025. Kolejne miasto, do którego będę wracać. Z niezwykłym Staatstheater, w którym bilet uprawnia nie tylko do bezpłatnej książki programowej, ale i darmowego poczęstunku z wyszynkiem; gdzie dyrektor generalny dogląda osobiście każdego przedstawienia, a orkiestra gra na poziomie, o jakim polskie zespoły operowe mogą tylko pomarzyć. Po świetnym spektaklu Mozartowskiego Idomenea z Krystianem Adamem w roli tytułowej dostałam od teatru zaproszenie na prawdziwy rarytas: operę L’Aiglon Iberta i Honeggera, którą będę tym lepiej wspominać, że spędziłam ten wieczór z Agnieszką Fulińską, kolekcjonerką, badaczką legendy Orlątka i autorką wspaniałego blogu „Napoleon inaczej”. W przyszłym roku kolejny raport z miasta Gutenberga – jeszcze nie zdradzę, z jakiej okazji.

Wiedeń, grudzień 2024. Wyjazd, z którego muszę się Państwu wytłumaczyć, bo mimo moich szumnych zapowiedzi nie ma o nim śladu na stronie Upiora. Po części dlatego, że był to jedyny w tym sezonie wyjazd nieoficjalny, po części dlatego, że retransmisję tego samego przedstawienia Palestriny Pfitznera pod batutą Christiana Thielemanna poprowadziliśmy wkrótce potem z Marcinem Majchrowskim w Dwójce. Nazachwycałam się wówczas tyle, że odechciało mi się pisać, co – mam nadzieję – wybaczy mi zaprzyjaźniony pomysłodawca tej wyprawy, przedsięwziętej także ze względu na obecność Michaela Spyresa w obsadzie. Ale nie tylko: bombki na choinkę też udało się kupić. Powrotu do Wiednia na razie nie planuję, chyba że przed Wielkanocą: do którejś z oper i po pisanki z Ostermarkt.

Londyn, grudzień 2024 i maj 2025. Najpierw obowiązkowy punkt przedświątecznego programu brytyjskich melomanów, czyli Mesjasz Händla (tak, słuchacze naprawdę wstają na „Hallelujah” i śpiewają razem z chórem, nawet jeśli rzecz dzieje się w Barbican, a zespołami AAM dyryguje Laurence Cummings) – przed którym wybraliśmy się na rewelacyjną wystawę sztuki Mogołów do Victoria and Albert Museum. Później wstrząsająca Walkiria, drugi człon Pierścienia w inscenizacji Barriego Kosky’ego, a zarazem pożegnalny spektakl odchodzącego z ROH Antonia Pappano. Bilety rozeszły się już w styczniu, ale w gronie szczęśliwców znaleźli dwaj moi kompani z Brna. Zaprzyjaźniony meloman emigrant miał pecha, tak długo jednak ślęczał przed komputerem, czekając na zwroty, aż wydębił dwa i zaprosił mnie do towarzystwa. Wrażeń było co niemiara, podobnie jak zastrzeżeń do koncepcji Pappano, ale nikt z nas czworga nie żałował – zwłaszcza nieoczekiwanego zastępstwa w osobie fenomenalnej Natalyi Romaniw jako Zyglindy.

Praga, styczeń i kwiecień 2025. Dwa skrajnie odmienne wieczory na scenach Národníego divadla: Medea Cherubiniego w Teatrze Stanowym, zaskakująco udana zarówno pod względem muzycznym, jak inscenizacyjnym, oraz prawdziwa rewelacja, czyli Zygfryd, przedostatnia część Wagnerowskiego Ringu na instrumentach z epoki, z udziałem pieczołowicie dobranych solistów i pod batutą Kenta Nagano. Nad tym przedsięwzięciem, zainicjowanym w Dreźnie, przez kilka lat pracowała istna armia muzykologów, teatrologów, instrumentoznawców, antropologów i innych badaczy XIX-wiecznych tradycji – ze znacznie lepszym skutkiem, niż się z początku spodziewano. W przyszłym roku muzycy ruszą w trasę koncertową po Europie z całą tetralogią. Spróbuję ich dopaść, bo do Polski niestety nie zajrzą.

Sankt Gallen, styczeń 2025. Zapowiadałam, że jeszcze tam wrócę i słowa dotrzymałam. Każda wizyta w brutalistycznym gmachu Theater St Gallen jest dla mnie jak święto. Budynek przypomina rzeźbę zarówno z zewnątrz, jak i we wnętrzu – zaskakująco ciepłym i przyjaznym, mimo prostoty wystroju i surowości użytych materiałów. Publiczność specjalnie przychodzi wcześniej, żeby pobłądzić w labiryncie spektakularnych schodów, popatrzyć przez przeszkloną elewację na park, który w świetle zmierzchu wygląda jak tajemniczy ogród. Jest czas i przestrzeń na wszystko, tłum się nigdy nie tłoczy, nie ma kolejek do barów i toalet, w foyer zawsze się znajdzie wygodne miejsce siedzące. Dyskretnie tworzy się atmosfera do odbioru równie minimalistycznych i przemyślanych inscenizacji – w tym roku bardzo udanego Makbeta w ujęciu Krystiana Lady, znakomicie oświetlonego przez Aleksandra Prowalińskiego.

Kopenhaga, marzec 2025. Czas spędzony w cudownej gościnie u zaprzyjaźnionej polsko-duńskiej pary i pierwsze zetknięcie z kolejną ikoną nowej architektury teatralnej – Operaen på Holmen. Przyjechałam na spektakl Śpiewaków norymberskich, wystawiony w koprodukcji z Teatro Real w Madrycie, gdzie udał się niespecjalnie. W stolicy Danii zajaśniał w pełnej krasie: koncepcja Laurenta Pelly’ego nabrała rumieńców, orkiestra pod batutą Axela Kobera dała z siebie wszystko, w obsadzie właściwie nie było słabych punktów. Co jeszcze bardziej interesujące, obsada składała się z samych Duńczyków, jeśli nie liczyć znakomitej Ewy, notabene Irlandki. Po raz kolejny upadł mit, że Wagnera umieją śpiewać wyłącznie Niemcy, po raz kolejny zrobiło się smutno, że poza nielicznymi wyjątkami nie umieją go śpiewać Polacy.

Berlin, kwiecień 2025. Krótki i nieoczekiwany wypad do jednego z moich najulubieńszych miast w Europie, tym razem na Don Giovanniego w Komische Oper, z powodu remontu grającej w Schiller Theater w dzielnicy Charlottenburg, odbudowanym po wojnie w latach pięćdziesiątych i zainaugurowanym koncertem Filharmoników Berlińskich pod batutą Wilhelma Furtwänglera. Największą sensacją ostatniej części „trylogii Da Ponte” w ujęciu Kiriłła Sieriebrennikowa miał być występ brazylijskiego sopranisty Brunona de Sá w roli „Don Elvira”. De Sá istotnie nie zawiódł oczekiwań, urodą głosu i dojrzałością interpretacji prześcigając niejedną współczesną wykonawczynię partii Donny Elviry. Miał jednak w obsadzie godnych partnerów, na czele z Hubertem Zapiórem roli tytułowej – śpiewakiem, który zdecydowanie zbyt rzadko występuje na rodzimych scenach.

Getynga, maj 2025. Kolejne miejsce, w którym mam już swoją księgarnię, swój sklep dla joginów i swoją ławkę w ogrodzie botanicznym. Oraz Festiwal Händlowski, który poznałam jeszcze za czasów Cummingsa, a który pod ręką nowego dyrektora George’a Petrou próbuje zyskać nową publiczność – oferując muzyczne wycieczki po okolicy, wydarzenia dla całych rodzin i tylko dla dzieci, koncerty z udziałem legend wykonawstwa historycznego (w tym roku między innymi znakomitej szwedzkiej mezzosopranistki Ann Hallenberg) oraz imprezy na wzór londyńskich Promsów. O ile Petrou nie pójdzie o jeden krok za daleko, z pewnością wygra. Ostatecznie Getynga jest miastem uniwersyteckim, w którym prawie każdy wie, kto to Händel, i każdy chce czerpać radość z muzyki.

Longborough, czerwiec i lipiec 2025. Jak Państwo wiedzą, do mojej ukochanej opery w Gloucestershire lubię chodzić na piechotę przez pola i lasy, a to, co na zdjęciu, nieodparcie kojarzy mi się z początkiem wędrówki Bilbo Bagginsa. W perspektywie tego obrazu rysuje się też koniec pewnej epoki: wiejskiego teatru wymyślonego przez Martina Grahama, który zmarł wiosną tego roku. Graham już wcześniej oddał stery swojej córce Polly, uczennicy Davida Pountneya, która postanowiła wyprowadzić ojcowski teatr na szerokie wody. Na razie idzie jej świetnie, o czym świadczy między innymi brytyjska premiera Wahnfried, opery Avnera Dormana o początkach kultu wagnerowskiego w Bayreuth, a także Peleas i Melizanda pod czułą batutą Anthony’ego Negusa i w fenomenalnej inscenizacji Jenny Ogilvie, bodaj najpiękniejszej, jaką widziałam w życiu. Co będzie dalej? Czy LFO stanie się jednym z wielu rywalizujących między sobą letnich festiwali operowych w Wielkiej Brytanii, czy okaże się wartością samą w sobie? Na to pytanie spróbuję odpowiedzieć najwcześniej w przyszłym roku.

West Horsley, lipiec 2025. Prosto z Peleasa w LFO pojechałam do Grange Park Opera – na Mazepę Czajkowskiego, operę, która w Polsce zabrzmiała po raz ostatni w latach dziewięćdziesiątych i chyba na tym się skończy, przynajmniej za mojego życia. Liczyłam na wrażliwość i doświadczenie Pountneya, reżysera na tyle otrzaskanego z konwencją, by przygotować inscenizację na miarę naszych trudnych czasów. Dostałam spektakl propagandowy, który równie dobrze można byłoby teraz wystawić w moskiewskim Teatrze Bolszoj. Na szczęście z fenomenalnym Davidem Stoutem w roli tytułowej i znakomitą Rachel Nicholls w partii Marii. Na tym nie koniec niespodzianek. Wasfi Kani znów przemeblowała swój teatr, między innymi aranżując przy drzwiach wejściowych instalację z wyleniałym burym kotkiem: mam nadzieję, że jednak pluszowym, bo wygląda całkiem jak wypchany. W przyszłym roku zamierza wystawić pierwszą część Pierścienia Nibelunga: w rewelacyjnej obsadzie i pod batutą Harry’ego Severa, asystenta Negusa. Mam nadzieję, że jeszcze mnie tam wpuszczą po tym, co napisałam o niedawnym Mazepie. 

Innsbruck, sierpień 2025. Zadomowiłam się za to w stolicy Tyrolu, na tamtejszych Festwochen der Alter Musik. Żałuję tylko, że zamiast wybrać się na Ifigenię na Taurydzie Tommasa Traetty, z Les Talents Lyriques pod kierunkiem Christophe’a Rousseta i z Rafałem Tomkiewiczem w partii Oreste – nominowaną do Opera Awards w kategorii „Rediscovered Work” – pojechałam na Ifigenię w Aulidzie Caldary, skądinąd fascynującą muzycznie, ale wystawioną jak na szkolnej akademii. Mój błąd: naprawię go w kolejnym sezonie, tym gorliwiej, że Festwochen otrzymały w tym roku aż dwie nominacje do tej prestiżowej nagrody – także w kategorii najlepszego festiwalu. O tym, że w pełni zasłużone, miałam okazję się przekonać nawet w ciągu trzech dni tej prawie półtoramiesięcznej imprezy.

Bayreuth, sierpień i wrzesień 2025. Jedno frankońskie miasteczko i aż dwa światowej klasy festiwale. Na tym pierwszym, wagnerowskim, zadebiutował w tym roku Marcin Majchrowski, którego wreszcie udało mi się przekonać, żeby wystąpił o akredytację. Spędziliśmy kilka cudownych dni w towarzystwie mojego zaprzyjaźnionego operomaniaka, wymęczyliśmy się wspólnie na dwóch ostatnich częściach Ringu Schwarza i dostaliśmy w nagrodę Śpiewaków norymberskich z dwiema rewelacyjnymi zmianami w obsadzie – za pulpitem dyrygenckim i w partii Hansa Sachsa. Wróciłam do domu, przepakowałam się i ruszyłam na Bayreuth Baroque, festiwal, który kilka lat temu urodził się na kamieniu i od tamtej pory zyskał taką renomę, że wkrótce może zagrozić Festspiele na Zielonym Wzgórzu. W tym sezonie Max Cenčić przeszedł sam siebie. Jeśli następnym razem zrobi przedstawienie jeszcze lepsze niż tegoroczny Pompeo Magno Cavalliego, zabraknie mi słów. A przecież potrzebne mi są jak powietrze, bo nowy sezon dopiero się zaczął.

Wszystkie zdjęcia: Dorota Kozińska

Szarości kryją ziemię

Wciąż nie mogę się nadziwić, że Mozartowski Idomeneo tak rzadko gości na naszych scenach. Jedyne wystawienia po wojnie zawdzięczamy Warszawskiej Operze Kameralnej i Polskiej Operze Królewskiej. Mimo niewątpliwych zalet każdej z tych produkcji i ogromnego wysiłku muzyków, powiązanych z ruchem wykonawstwa historycznego na rozmaitych etapach jego rozwoju w Polsce, wszystkie przemknęły jak meteor, ciesząc ucho i oko garstki publiczności. Z przyczyn oczywistych, zważywszy na mikroskopijne rozmiary obu teatrów. Można przekonywać, że to właściwie pierwsza dojrzała opera Mozarta, po której powstały arcydzieła bardziej zasługujące na stałą obecność w repertuarach dużych scen. Nie sposób jednak zaprzeczyć, że Idomeneo jest arcydziełem sam w sobie, utworem świetnie skonstruowanym pod względem dramaturgicznym i  wymagającym niepospolitych umiejętności od większości solistów, zwłaszcza wykonawcy roli tytułowej, któremu kompozytor powierzył najtrudniejszą partię tenorową w całym swoim dorobku. Tak trudną, że powojenne próby zrealizowania jej w pierwotnym kształcie (z którym to zadaniem śpiewacy mierzyli się dzielnie jeszcze na początku ubiegłego wieku) pojawiły się dopiero w latach osiemdziesiątych. Powinniśmy być jednak w awangardzie tego nurtu, choćby dlatego, że podstawą wszystkich wydań krytycznych Idomenea są autografy pierwszych dwóch z trzech aktów opery, przechowywane w zbiorach Biblioteki Jagiellońskiej w Krakowie.

Tyle tytułem wstępu i objaśnienia moich podróży w poszukiwaniu idealnego Idomenea w innych teatrach europejskich. O powikłanych losach mitu, o jego obecności w operze i o samym dziele Mozarta pisałam obszernie w ubiegłym roku, po premierze w Staatstheater Mainz, pod batutą Hermanna Bäumera, który wkrótce potem został dyrektorem muzycznym praskiej Opery Państwowej. Zrecenzowałam tamten spektakl w bardzo przychylnym tonie, głównie ze względu na jego walory muzyczne, nie do przecenienia w teatrze ambitnym, działającym jednak na obrzeżach życia operowego w Niemczech. W Pradze pod wieloma względami zapowiadało się jeszcze ciekawiej: za pulpitem dyrygenckim stanął Konrad Junghänel, żywa legenda wykonawstwa historycznego i wielokrotny współpracownik odpowiedzialnego za reżyserię Calixta Bieito, zwanego „Quentinem Tarantino sceny operowej”, prowokatora zarzucającego kolegom po fachu, że robią przedstawienia tak puste i miałkie, jakby XX wiek nigdy się nie wydarzył.

Petra Alvarez Šimková (Elektra). Fot. Serghei Gherciu

Obrazoburczych wypowiedzi realizatorów z reguły nie biorę poważnie, muszę jednak przyznać, że do Bieito mam słabość – za jego otwarte, „proletariackie” podejście do muzyki, za fascynację rzemiosłem Brooka i Bergmana, za niepospolite – przynajmniej kiedyś – wyczucie operowej dramaturgii. Jego ostatnie produkcje zdradzają jednak coraz poważniejsze symptomy kryzysu twórczego. Dotyczy to również tegorocznej inscenizacji Złota Renu w Operze Paryskiej, która wywołała taką konsternację wśród krytyków, że zdarzało im się tłumaczyć tę katastrofę wewnętrznymi konfliktami i problemami teatru. Recenzenci przecierali oczy ze zdumienia. Przecież Bieito zawsze umiał opowiadać historie. Najwyraźniej tę umiejętność stracił, bo praski Idomeneo pod tym względem wypadł jeszcze gorzej. Minimalistyczna (co nie jest zarzutem) i zupełnie pozbawiona napięcia (co jest już zarzutem bardzo poważnym) inscenizacja Bieito rozgrywa się w banalnie organizującej przestrzeń scenografii Any-Sophie Kirsch, w pierwszych dwóch aktach zdominowanej przez ruchome panele z półprzezroczystego tworzywa, w ostatnim akcie właściwie nieobecnej. Kostiumy Pauli Klein – trudno powiedzieć, na ile zgodne z reżyserską koncepcją albo jej brakiem – wyglądają jak żywcem wzięte z katalogu jej wcześniejszych projektów dla Bieito, niekoniecznie związanych z przesłaniem Idomenea. Zilustrowanie niektórych scen projekcjami ze Strajku Pancernika Potiomkina Eisensteina oraz Na Zachodzie bez zmian Milestone’a tylko utwierdziło mnie w przeświadczeniu, że Bieito robi remanent swoich wcześniejszych dokonań. Nieliczne rozwiązania przywołują echa jego dawnej wyobraźni (choćby zrzucenie z zawieszonej nad sceną sieci dziesiątków kanistrów na wodę, symbolizujących morskiego potwora), większość sprawia wrażenie wręcz groteskowe (groza ewokowana punktowym światłem latarek, jak na skautowskim biegu patrolowym; niezrozumiała scena, w której Elektra knuje zemstę, tuląc się do butów Idomenea, żeby ostatecznie wysmarować się szuwaksem; roztrzaskanie tandetnego posążku Neptuna na znak sprzeciwu protagonisty wobec bóstwa). Co jednak najistotniejsze, Bieito nie zadał sobie trudu, by zarysować jakiekolwiek relacje między postaciami – budowane nieśmiało napięcie między Idomeno a Idamante zdaje się wyrastać z samej muzyki, nie zaś z koncepcji reżysera.

Evan LeRoy Johnson (Idomeneo). Fot. Serghei Gherciu

Na tle kompletnie martwej inscenizacji starania wykonawców wzbudzały tym większy podziw, zwłaszcza że Junghänel, sam występujący w Státní opera po raz pierwszy, miał pod opieką obsadę złożoną w całości ze śpiewaków debiutujących w rolach. Być może dlatego dokonano dość istotnych cięć w partyturze: pod nóż poszła nie tylko większość recytatywów, ale i niektóre sceny, usunięto też postać królewskiego zausznika Arbace – istotnie najmniej interesującą w utworze. Wprawdzie dyrygent nie poradził sobie w pełni ze zdradliwą akustyką miejsca, co naruszyło proporcje brzmieniowe w orkiestrze – niestety, na niekorzyść smyczków – całość poprowadził jednak stylowo, czytelnie eksponując motywy i zachowując puls bez forsowania tempa, czym wydatnie pomógł solistom. Z tych zaś moim zdaniem najlepiej wypadł Evan LeRoy Johnson w roli tytułowej, obdarzony tenorem niemal idealnym do tej partii – dźwięcznym, szerokim, ze stosownym barytonowym zabarwieniem w dolnym rejestrze; sprawnym, choć może jeszcze nie dość swobodnym w karkołomnych koloraturach arii „Fuor del mar” z drugiego aktu, po której śpiewak doczekał się zasłużonej owacji. Żeby w pełni przekonać czeską publiczność do swej interpretacji postaci Idomenea, artysta musi jeszcze trochę okrzepnąć i nabrać pewności siebie. Tutejsi melomani mają całkiem inne wyobrażenie o tym, jak powinien brzmieć tenor „mozartowski” – poniekąd słusznie, ale nie w tym przypadku. Ta postać nie ma ani poprzedników, ani następców w twórczości kompozytora. Jest ślepą odnogą w ewolucji jego stylu, być może dlatego, że pierwszy wykonawca partii Idomenea, Anton Raaff, przez Christiana Schubarta uważany za najwspanialszy męski głos wszech czasów, dobiegał wówczas siedemdziesiątki i oględnie mówiąc zawiódł oczekiwania młodego twórcy.

Podobnie było z Vincenzem dal Prato, który na prapremierze wykreował postać Idamante. Mozart był generalnie uprzedzony do kastratów, ale „il nostro molto amato castrato Dal Prato”, jak pisał z przekąsem w liście do ojca, uważał nie tylko za kiepskiego śpiewaka, ale i kompletnego idiotę. Jego partię przepisał wkrótce na głos tenorowy i w takiej wersji wykonywano ją później przez lata. Powrót do głosu sopranowego jest kwestią ostatnich dekad i wciąż nie zawsze udaje się dobrać śpiewaczki odpowiednio skontrastowane pod względem barwy i temperamentu do trzech przeznaczonych na ten fach partii Idamante, Ilii i Elektry. Tak też stało się w Pradze, choć Rebecka Wallroth, dysponująca głosem urodziwym i dobrze postawionym, ale zanadto lirycznym do roli syna Idomenea, i tak sprawiła się najlepiej z całej trójki. Gęsty, mięsisty sopran Jekatieriny Krowatiewej zdecydowanie nie pasował do postaci niewinnej Ilii, Petra Alvarez Šimková jako demoniczna Elektra nadrabiała braki techniczne interpretacją na pograniczu groteski i histerii, zwłaszcza w brawurowej arii „D’Oreste, d’Aiace”. Bardzo porządnie wypadli Josef Moravec w tenorowej roli Arcykapłana oraz bas Zdeněk Plech jako Głos Wyroczni. Odrobinę zawiódł chór, śpiewający poprawnie, choć bez wyrazu, co jest istotnym mankamentem w realizacji tej niezwykle zniuansowanej partii, jednej z najwspanialszych w całej twórczości Mozarta.

Rebecka Wallroth (Idamante) i Jekatierina Krowatiewa (Ilia). Fot. Serghei Gherciu

Mimo zastrzeżeń muszę jednak podkreślić, że głównym winowajcą niedostatków przedstawienia jest reżyser, który zostawił śpiewaków samym sobie, nie wskazał im żadnego kierunku, utrudnił wniknięcie w sens dzieła i zbudowanie przekonujących, pełnokrwistych postaci. Niewykluczone, że na drodze do sukcesu praskiego Idomenea stanęła też niespodziewana śmierć Reinharda Trauba, współpracującego z Bieito przy reżyserii świateł. Traub zmarł w trakcie przygotowań do spektaklu. Zbyt wcześnie i w pełni sił twórczych, o czym przekonałam się wielokrotnie na festiwalu wagnerowskim w Bayreuth. To on wspaniale oświetlił Lohengrina i Tannhäusera, odpowiednio w ujęciu Sharona i Kratzera. To między innymi on sprawił, że Pierścień w reżyserii Schwarza dał się w ogóle oglądać. Dobre inscenizacje uwydatniał, ze złych wydobywał wszystko, co godne uratowania. Na scenie Opery Państwowej, skąpanej w sinych błękitach, trupiej zieleni, przygnębiających odcieniach ochry i szarości – na ogół bez związku z narracją – nie dopatrzyłam się jego mistrzowskiej ręki. W tej produkcji zabrakło nie tylko ducha opowieści, ale i ducha światła. Została jedynie muzyka i wykonawcy, którzy dali z siebie wszystko. I za to im chwała.

Kombinat sztuki

Czasem się cieszę, że jestem panią od opery, a nie od fortepianu, bo poziom emocji, jaki towarzyszył tegorocznemu Konkursowi Chopinowskiemu, wystawiłby mnie na ciężką próbę. Na szczęście już wszystko za nami i można pomału wracać do rzeczywistości. Rozpoczął się nowy sezon w TW-ON pod nową dyrekcją Borisa Kudlički. Czego się spodziewać, w których kwestiach uzbroić się w cierpliwość, a co wymaga natychmiastowej zmiany – o tym rozmawialiśmy tuż przed oficjalną nominacją kandydata. W najnowszym numerze „Tygodnika Powszechnego” ukazał się tekst, będący poniekąd podsumowaniem naszej rozmowy. W przyszłość ukochanego teatru patrzę z ostrożną nadzieją: w końcu i Upiór musi się kiedyś zdobyć na optymizm. Zapraszamy do lektury.

Kombinat sztuki