Zamyka się piekło, otwiera się niebo

Znienawidzony w Polsce „lockdown” nigdy nam się nie kojarzył z tym, co trzeba – czyli narzędziem kompleksowej walki z pandemią, opartym na Erazmiańskiej maksymie wyższości profilaktyki nad leczeniem. Narzędziem wymagającym od władz uczciwości i konsekwencji, od ekspertów – wnikliwości i pokory w starciu z nieznanym, od społeczeństw – wrażliwości etycznej, solidarności i empatii. Uciążliwe i niezrozumiałe dla większości Polaków restrykcje okazały się z wielu powodów nieskuteczne. Zamiast dać nam nadzieję, zostawiły w przeświadczeniu, że godzą w naszą wolność, stają się elementem bezwzględnej walki politycznej – że to one, nie sama choroba, prowadzą do tysięcy ludzkich tragedii i bezprecedensowego kryzysu opieki zdrowotnej.

Przede wszystkim jednak zniszczyły w nas resztki i tak niezbyt rozwiniętego myślenia wspólnotowego – nieodzownego warunku przetrwania, dzięki któremu Wielka Brytania wychodzi właśnie z lockdownu, o jakim się w Polsce nikomu nie śniło. Wychodzi nie tylko zdrowsza i bardziej rozważna, ale też wyposażona w szereg umiejętności rozwiniętych w najuciążliwszych chwilach odosobnienia. Inicjatywy muzyczne Brytyjczyków obserwuję od początku pandemii – z narastającym podziwem. Kultura na Wyspach nie zamarła ani na chwilę: po prostu zamknęła się w domach, łącząc się ze światem za pośrednictwem nowoczesnych technologii, umożliwiających nie tylko kontakt z publicznością, ale też kontynuację wcześniejszych przedsięwzięć i snucie konstruktywnych planów na przyszłość.

Owocem takich żmudnych przygotowań jest pierwszy, wciąż jeszcze wirtualny festiwal wielkanocny Oxford Bach Soloists – zespołu założonego w 2015 roku przez Toma Hammonda-Daviesa i od początku działającego w duchu muzycznej wspólnoty, jednoczącej uznanych śpiewaków i muzyków orkiestrowych, studentów, amatorów, edukatorów oraz badaczy reprezentujących najrozmaitsze dyscypliny, od historii i teologii począwszy, skończywszy na literaturoznawstwie i naukach filologicznych. Zespół i jego szef postawili przed sobą cel dość niezwykły: przedstawienie całości spuścizny wokalnej Jana Sebastiana Bacha w porządku chronologicznym i w powiązaniu z kontekstem oraz przeznaczeniem każdego dzieła z osobna. Na realizację przeznaczyli sobie dwanaście lat – kto wie, czy pozornie stracony rok wielkiej zarazy nie wyposażył ich w tym ciekawsze narzędzia, które uda się spożytkować z sukcesem w kolejnych sezonach.

Nick Pritchard (Ewangelista)

W programie tegorocznego festiwalu znalazły się kantaty BWV 4 i BWV 31 oraz Oster-Oratorium; z rozmaitych względów skupię się jednak na Pasji Janowej, arcydziele, która od pewnego czasu szturmem wraca do łask wykonawców i słuchaczy. Hans-Georg Gadamer pisał w Aktualności piękna, że fenomen muzyki pasyjnej „sięga swym zakresem od najwyższych wymogów kultury artystycznej, muzycznej i historycznej po najprostsze potrzeby i wrażliwość serca ludzkiego”. Jest właśnie zjawiskiem wspólnotowym: tłumaczy sens i cel cierpienia, uczy współczucia, pomaga udźwignąć brzemię własnych strachów i nieszczęść. W niezwykłym przedsięwzięciu Oxford Bach Soloists udało się spełnić wszelkie warunki wyszczególnione przez Gadamera i wynieść Johannes-Passion do rangi potężnej metafory obecnego kryzysu.

Obydwie zachowane pasje Bacha pochodzą z późnego okresu jego twórczości, po objęciu posady kantora lipskiego kościoła świętego Tomasza w 1723 roku. Poprzednikiem mistrza był Johannes Kuhnau, organista i teoretyk muzyki, twórca Pasji według świętego Marka, od 1721 roku wykonywanej na przemian podczas nieszporów wielkopiątkowych u świętego Tomasza i świętego Mikołaja w Lipsku. Pisząc Pasję Janową BWV 245, Bach spodziewał się jej wykonania w macierzystej świątyni, tymczasem zgodnie z lipską praktyką premiera nowej pasji miała przypaść w kościele świętego Mikołaja. Nieporozumienie wyszło na jaw zaledwie cztery dni przed uroczystym nabożeństwem. Kantor musiał w ostatniej chwili skompletować potężny zespół wokalno-instrumentalny z muzyków obydwu świątyń: utwór przewyższał rozmiarami zarówno wcześniejsze kantaty, jak i Magnificat, pierwszą znaczącą kompozycję dla głównych kościołów Lipska. Mimo perturbacji Pasja Janowa w wersji pierwotnej zabrzmiała 7 kwietnia 1724 roku. Jako punkt wyjścia libretta posłużyła Ewangelia według świętego Jana, uzupełniona kompilacją pojedynczych wierszy, między innymi z popularnej w owym czasie Brockes Passion. Niespójność warstwy tekstowej skłoniła Bacha do szeregu późniejszych modyfikacji dzieła. Być może dlatego do Pasji Janowej przylgnęła etykieta utworu niekompletnego, przerwanego w połowie zamysłu.

Jak bardzo niezasłużona to etykieta, dowodzą coraz liczniejsze interpretacje najwybitniejszych specjalistów od wykonawstwa historycznego. Oxford Bach Soloists, wzbogaceni także o własne doświadczenia Pasji Janowej, realizowanej w ubiegłym roku w ścisłej izolacji, postanowili nadać swemu przedsięwzięciu dodatkowy wymiar. Zaprosili do współpracy Thomasa Guthriego, angielskiego reżysera, śpiewaka i aktora, od lat zafascynowanego inscenizacją dzieła muzycznego nie tylko przez dialog artystów z odbiorcą, ale wręcz w kategoriach wspólnotowości – wpisanej w narrację utworu, doświadczanej cieleśnie i zmysłowo przez samych wykonawców.

Peter Harvey (Jezus). W głębi Hugh Cutting.

Guthrie-reżyser jest jak szczere i prostoduszne dziecko: wie, że w teatrze dzieją się cuda i umie o tym przekonać swoich widzów. W 2017 roku doświadczyłam tego na własnej skórze, na przedstawieniu Czarodziejskiego fletu w Longborough, kiedy do tego stopnia wszedł w rolę twórcy spektaklu, że wyreżyserował nawet niespodziewaną przerwę techniczną w pierwszym akcie, zwracając się do publiczności jak do gromady przerośniętych przedszkolaków: ku wielkiej owych przedszkolaków uciesze. Guthrie porównał kiedyś ekspresję śpiewaków do płaczu niemowlęcia, które nie spocznie, aż przekaże otoczeniu swój ważki komunikat. Nie spodziewałam się jednak, że w Pasji Janowej we wnętrzu oksfordzkiego Christ Church spojrzy na dramat Jezusa, jego sędziów, uczniów i oprawców, oczami dziecka przedwcześnie dojrzałego i rozumiejącego z tej tragedii więcej niż niejeden dorosły.

Dało się to odczuć już w początkowym, opartym na muzycznych i retorycznych antytezach chórze „Herr, unser Herrscher”, uzmysławiającym paradoks chwały i upodlenia Jezusa. Guthrie gra w swojej inscenizacji dosłownie każdym gestem, kolorem i rekwizytem. Tam, gdzie w muzyce jest ziemia i świat doczesny, obraz skrzy się jaskrawymi barwami. Kiedy Bach przenosi nas w sferę Niebios, Guthrie maluje ją w pastelowych, wręcz nierealnych odcieniach. Męka Chrystusa jest czarno-biała, spowita szarą mgłą bólu. Mistrzowska robota operatorska przywodzi na myśl skojarzenia z dawnym malarstwem, w którym artyści przemycali w pejzaż biblijny elementy własnego świata. W inscenizacji Guthriego pełnoprawnymi towarzyszami drogi krzyżowej są umieszczone na przesuwnych statywach mikrofony, migające diodami kamery, porzucone w bocznej nawie ubrania i futerały na instrumenty.

Scena zbiorowa

Z równą pieczołowitością reżyser zadbał o wewnętrzne napięcie między wszystkimi uczestnikami akcji dramatycznej, począwszy od głównych postaci, skończywszy na pojedynczych muzykach orkiestrowych (nie muszę dodawać, że spektakl zrealizowano z pełnym poszanowaniem obowiązujących reguł dystansu fizycznego). Oksfordzka Pasja jest w równej mierze otwartą alegorią, jak i głęboko przeżytym doświadczeniem wspólnoty – z opowiadaną historią, z innymi wykonawcami, z samym sobą. Ogromna w tym zasługa Nicka Pritcharda w partii Ewangelisty – realizowanej leciutkim, pięknie otwartym w górnym rejestrze i znakomitym artykulacyjnie tenorem – który podparł swój kunszt wokalny wybornym aktorstwem, tworząc niezapomnianą postać kruchego, często bezradnego, przejętego rozpaczą świadka tragedii. Równie głęboko w pamięć zapadł mi Chrystus w ujęciu Petera Harveya: przygaszony, rozgoryczony, pełen lęku w obliczu nadciągającej śmierci. Myślę, że pewne niedostatki wolumenu w jego pięknym i świetnie prowadzonym głosie wyszły akurat na korzyść takiej koncepcji roli. Wstrząsająco ludzkim, przejętym rozterką Piłatem okazał się Alex Ashworth, dysponujący barytonem jędrnym, ruchliwym i bardzo pewnym intonacyjnie. Z pozostałych solistów warto wspomnieć o obdarzonej świetlistym, prawdziwie radosnym sopranem Lucy Cox (porywające „Ich folge dir gleichfalls mit freudigen Schritten”), kontratenorze Hugh Cuttingu, który tak śpiewa arię „Von den Stricken meiner Sünden”, że ciarki chodzą po plecach, zwłaszcza zaś o aksamitnogłosym, imponującym kulturą śpiewu i niepospolitą wrażliwością Benie Daviesie w basowym arioso „Betrachte, meine Seel, mit ängstlichem Vergnügen” ze sceny biczowania.

W śpiewie chóru ujęło mnie przede wszystkim zrozumienie tekstu, podawanego z żarliwością, bólem i współczuciem, a przy tym wzorową emisją i z zachowaniem pewnego rysu indywidualności, co akurat w wykonawstwie muzyki barokowej cenię nadzwyczaj wysoko. W zespole instrumentalnym właściwie każdy muzyk reprezentował klasę samą dla siebie. Jestem też pełna podziwu dla elegancji i skuteczności rzemiosła dyrygenckiego Toma Hammonda-Daviesa, który prowadził całość w dość trudnych warunkach akustycznych Christ Church, z muzykami rozmieszczonymi nietypowo i w dużych nieraz odstępach.

Wciąż wspominam tę Pasję i nieustannie mam nadzieję usłyszeć ją kiedyś w tym wykonaniu i zobaczyć w inscenizacji Guthriego: prostej, oszczędnej, boleśnie dającej do myślenia. Czy naprawdę trzeba tyle razy umrzeć, żeby wreszcie zmartwychwstać? Czy nie wystarczy już tego cierpienia?

Bóg, który umarł

Mili Państwo, mam dla Was wiadomość: dla niektórych Czytelników pewnie dobrą, dla mnie jednak trochę smutną. Ponieważ już rok z okładem zmagamy się z pandemią, a końca nie widać, postanowiłam zamieszczać na tej stronie teksty nie tylko o operze i muzyce wokalnej. W tym kryzysie liczy się każda kropla muzyki. Życie koncertowe jakimś cudem nie zamarło, choć przeniosło się do sieci, wciąż próbujemy nagrywać audycje, co dzień uczymy się czegoś nowego. Za kilka dni napiszę o pierwszym wirtualnym festiwalu wielkanocnym pewnego angielskiego zespołu – myślałam, że napiszę dziś, ale muszę pozbierać emocje z podłogi. Zostańmy jeszcze chwilę w klimacie Wielkiego Tygodnia. Wkrótce przekroczymy Rubikon.

***

„Nigdy się nie dowiemy, do jakiego stopnia nasze życie uległoby zmianie, gdyby pewne usłyszane i niezrozumiane zdania zostały zrozumiane”.
José Saramago

To nie było tak. Nie było żadnej modlitwy za oprawców. Dodał ją Mateusz, żeby uwierzytelnić wcześniejszą naukę Jezusa, kiedy zachęcał uczniów, żeby kochali swoich wrogów i prześladowców. To nie było tak. Jezus wcale nie obiecał dobremu łotrowi, że jeszcze dziś znajdzie się z Nim w raju. Nie wiadomo, co tak naprawdę powiedział przed śmiercią. „Wykonało się”, jak czytamy u Jana? Nie, to nie było tak, Jezus był pobożnym Żydem, więc na pewno się modlił, ufny w Bożą interwencję: Łukasz mówi prawdę, On próbował śpiewać Psalm 31. To nie mogło być tak. Dlaczego każdy z Ewangelistów pisze co innego? Czyżby jedyne, co padło z Jego ust w przedśmiertnej agonii, brzmiało: Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił? Czy właśnie dlatego, że tych zaskakujących słów Jezusa do dziś nie umiemy jednoznacznie zinterpretować, podstawą chrześcijańskiej medytacji Wielkiego Tygodnia jest aż siedem jego mów na krzyżu? Bo siedem jest liczbą świętą i pomaga budować harmonię ewangeliczną – czyli w miarę spójny obraz ziemskiego życia Jezusa? To nie może być tak. A jeśli jest?

Oratorio de la Santa Cueva. Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony turismo.cadiz.es

Jak się okazuje, wątpliwości i nieporozumienia towarzyszą nie tylko dysputom teologicznym wokół niejasnego przekazu czterech Ewangelii. To nieprawda, że muzykę instrumentalną według siedmiu mów Jezusa na krzyżu zamówił u Józefa Haydna kanonik andaluzyjskiego Kadyksu, z myślą o dorocznych uroczystościach wielkopostnych w tamtejszej katedrze. Utwór powstał z inicjatywy ojca Joségo Sáenza de Santa María, markiza Valde-Íñigo, od 1771 roku przełożonego pewnego bractwa, którego członkowie spotykali się w każdy Wielki Piątek w podziemnej grocie w pobliżu Iglesia del Rosario, żeby odprawiać w skupieniu rytuał zadumy nad trzema ostatnimi godzinami życia Jezusa. Ksiądz de Santa María odziedziczył po śmierci ojca sporą fortunę: postanowił ją przeznaczyć na gruntowną renowację groty i budowę Oratorio de la Santa Cueva, dwupoziomowej kaplicy zaprojektowanej przez Torcuato Cayóna, prekursora hiszpańskiego neoklasycyzmu. W Wielki Piątek roku 1783, w świeżo ukończonej, podziemnej części oratorium mogło się już odbyć nabożeństwo Trzech Godzin Męki Pańskiej, odprawiane przez bractwo zgodnie z rytem zapoczątkowanym przez peruwiańskiego jezuitę Francisco del Castillo w jednym z kościołów w Limie i rozwiniętym przez Alonso Messia Bedoyę, który uzupełnił go muzyką, recytacją poszczególnych mów Jezusa i rozważaniami na ich temat. I prawdę pisał Haydn, że „ściany, okna i filary kościoła zasłaniano czarną materią, uroczystą ciemność przełamywała jedynie wielka lampa wisząca pośrodku sklepienia. O określonej porze zamykano drzwi i rozpoczynała się muzyka”.

Markiz Valde-Íñigo mierzył wysoko. Muzykę dla swojej kaplicy postanowił zamówić u najsłynniejszego i najwybitniejszego z żyjących kompozytorów. Włoski wiolonczelista Carlo Moro, z którym ojciec José blisko się przyjaźnił i dzielił pasję muzyczną, zaproponował, żeby się zwrócić do Luigiego Boccheriniego, który mieszkał w Hiszpanii od 1768 roku i zdobył tam dość pokaźny rozgłos. Ksiądz pobłażliwie odrzucił ten pomysł i porozumiał się z jednym z członków swojego bractwa, Francisco de Paula María de Micón, bywałym arystokratą, a zarazem świetnym muzykiem, szefem kapeli katedralnej w Kadyksie i osobistym znajomym Haydna, którego sława zataczała coraz szersze kręgi na Półwyspie Iberyjskim. Ten wystosował list do kompozytora, w którym zawarł bardzo szczegółowe wskazówki co do formy i zakroju dzieła przeznaczonego do wykonania w Oratorio de la Santa Cueva. Zaintrygowany Haydn przyjął zamówienie i najpóźniej w 1786 roku zabrał się do pisania Die sieben letzten Worte unseres Erlösers am Kreuze w pierwotnej wersji na pełną orkiestrę klasyczną. Wkrótce po premierze utworu w Wielki Piątek 1787 roku otrzymał tajemniczą przesyłkę z Kadyksu. W paczce był tort czekoladowy. Haydn, zirytowany, że markiz spóźnia się z wypłatą honorarium i próbuje przekupić go łakociami, nie od razu zwrócił uwagę, że ciasto jest suto nadziewane sztukami złota.

To nieprawda, że żaden z wcześniejszych kompozytorów nie próbował zmierzyć się z tajemnicą siedmiu przedśmiertnych zdań Zbawiciela. W XVI stuleciu uczynił to Orlando di Lasso, w Septem verba Domini Jesu Christi, później podjęli ten temat między innymi Heinrich Schütz i rówieśnik Bacha Christoph Graupner. To jednak prawda, że Haydn jako pierwszy – inna rzecz, że z uwagi na specyficzny charakter zamówienia – stworzył utwór czysto instrumentalny, coś w rodzaju muzycznego cyklu medytacyjnego, zgodnego z wymogami konkretnego rytuału, który powstał w Nowym Świecie, przyjął się w ograniczonym zakresie i w zaledwie kilku krajach europejskich, z Kościoła katolickiego praktycznie zniknął po reformie papieża Piusa XII i przetrwał w postaci szczątkowej jedynie w tradycji anglikańskiej i luterańskiej. Z punktu widzenia współczesnego słuchacza jest więc całkiem oderwany od pierwotnego kontekstu liturgicznego, niezwykły w formie (siedem sonat instrumentalnych, utrzymanych bez wyjątku w wolnych tempach largo, grave, adagio i lento, uzupełnionych introdukcją i kończącym cykl żywiołowym obrazem trzęsienia ziemi w tonacji C-Dur i oznaczeniem Presto e con tutta la forza) i w swojej strukturze właściwie niezrozumiały bez znajomości wymownych cytatów z Pisma Świętego. Siedem ostatnich słów Chrystusa na krzyżu to dzieło na wskroś retoryczne, idealnie spójne z przestrzenią sakralną oratorium w Kadyksie, a zarazem zgodne z oświeceniową wizją świata jako skończonego, doskonałego mechanizmu, w którym nawet rozpamiętywanie męki Zbawiciela przebiega w spokojnej, nieledwie pogodnej atmosferze spełnienia uniwersalnej misji. Rozbrzmiewa w Świętej Grocie rok w rok, od 1787 – sto lat później usłyszał je mały Manuel de Falla i lubił później powtarzać, że właśnie to doświadczenie uczyniło zeń kompozytora.

To prawda, że utwór Haydna rychło wyszedł poza pierwotny kontekst i zaczął żyć własnym życiem, zyskując rosnącą popularność w nowych wersjach: na kwartet smyczkowy, opracowanej przez kompozytora jeszcze w 1787 roku, wokalno-instrumentalnej, z niemieckim tekstem w ujęciu Gottfrieda van Swietena, której prawykonanie odbyło się w Wiedniu w 1798 roku, oraz przygotowanej przez wydawcę, lecz zaakceptowanej przez twórcę wersji fortepianowej. W każdej mieszka jednak słowo – ukryte w prozodii poszczególnych tematów głównych, rozwinięte w kontemplacyjną myśl muzyczną, zduszone i powściągliwe jak szept umęczonego, walczącego o każdy oddech Chrystusa. Istotę geniuszu Haydna celnie podsumował kiedyś Lutosławski, pisząc o jednym ze swoich ulubionych kompozytorów, że był mistrzem w rozkładaniu treści muzycznej w czasie.

Do zamysłu ujęcia siedmiu ostatnich mów Jezusa nie pod postacią emocjonalnego teatru instrumentalnego, lecz swoistej medytacji dźwiękowej wrócili dopiero kompozytorzy XX wieku, wśród nich Sofia Gubajdulina, która podkreślała w komentarzu do swoich Sieben Worte na wiolonczelę, bajan i smyczki (1982), że nie potrafi podjąć choćby jednej decyzji muzycznej bez próby porozumienia się z Bogiem. Zupełnie innym tropem poszedł szkocki twórca James MacMillan, nawiązując do współobecności rozpamiętywania siedmiu zdań Zbawiciela w tradycjach katolickiej i protestanckiej. Potężna kantata Seven Last Words from the Cross na ośmiogłosowy chór mieszany i smyczki (1993), uchodząca za szczytowe osiągnięcie w jego dorobku, łączy „luterańską”, barokową z ducha polifonię wokalną z wyrafinowaną, gęstą tkanką orkiestrową, przywodzącą na myśl modernistyczny język dawnych partytur Pendereckiego.

W 2006 roku Jordi Savall postanowił odtworzyć nie tylko brzmienie kapeli z Kadyksu, ale też szczególną atmosferę, jaka towarzyszyła prawykonaniu arcydzieła Haydna. Nagrał Die sieben letzten Worte ze swoim zespołem Le Concert des Nations, w Oratorio de la Santa Cueva, ponoć wśród ścian, okien i filarów osłoniętych czarną materią. Nawiązał też do wielkopiątkowych rytuałów bractwa, które uzupełniało nabożeństwo Tre Ore rozważaniami na temat siedmiu mów na krzyżu: poprosił o komentarz między innymi José Saramago, portugalskiego noblistę, gorącego zwolennika anarchokomunizmu, autora powieści Ewangelia według Jezusa Chrystusa (1991), którą Kościół katolicki uznał za bluźnierstwo. To nie było tak, wołał wielkim głosem Saramago. „Nie wierzę – przemawiał ustami swojego bohatera – ani w to, że moja śmierć zbawi ludzkość, ani w to, że bez mojej śmierci ludzkość będzie skazana na jeszcze większe zatracenie. Nie wyobrażasz sobie, Boże, Ojcze, Panie, jak nieogarnione i skomplikowane jest człowieczeństwo. Niemniej uczyniłem wszystko, co mi kazałeś. I właśnie dlatego człowiek umiera na krzyżu”. To nie mogło być tak. A może jednak było?

Agnus redemit oves

Zajrzałam w swoje życzenia dla Państwa sprzed roku i ze smutkiem skonstatowałam, że od tego czasu nic się nie zmieniło. A jeśli, to na gorsze, nie tylko w kategoriach pandemii, ale i w naszych umysłach. Obudziły się upiory, z którymi Upiór nie chciał mieć nigdy do czynienia. Zwiędły empatia, wyobraźnia, resztki zdrowego rozsądku. Nawet ludzie z pozoru zatroskani o przyszłość kultury zachowują się czasem jak chciwy i bezmyślny woźnica, który zamiast poczekać, aż koniowi noga się zgoi na dobre, podrywa go do ciężkiej pracy, kiedy rana się ledwie zasklepi. Cóż nam pozostaje? Robić swoje i nie tracić nadziei – wiem, łatwiej powiedzieć, trudniej uczynić, ale tym roku przyroda dodała mi otuchy. Zamiast zdjęcia kunsztownej kompozycji świątecznej albo importowanych azalii w pełnym rozkwicie – dzielę się dziś z Państwem fotografią moich skromnych, ale pielęgnowanych od cebulki tulipanów, narcyzów i hiacyntów, które wyciągają zielone liście do słońca, choć miały nie przeżyć tej strasznej zimy. Ludzkie zimy i lata – te metaforyczne – robią się coraz dłuższe. Nauczmy się żyć z zarazą, nie przez nią chorować i umierać. Życie bywa trudne, ale można z niego czerpać mądre i ciepłe szczęście. Umierać, zwłaszcza przedwcześnie, chyba nikt się jeszcze nie nauczył. W te Święta życzę Państwu przede wszystkim zdrowia, współczucia i odpowiedzialności. Obyśmy kiedyś znów mogli spotkać się bezpiecznie.