Strasna zaba

Straszne ostatnio zamieszanie, nie tylko w jednoosobowej redakcji Upiora, ale i na całym świecie. Dlatego recenzja z Kobiety bez cienia w TW-ON pojawia się z opóźnieniem, ale za to na stronie internetowej „Tygodnika Powszechnego”. Wspominałam niedawno, że Frau ohne Schatten, ukochane dziecko Straussa, określane przez niego pieszczotliwym akronimem „Frosch”, czyli „Żaba”, może okazać się dobrą operą na dzisiejsze czasy. Nie okazało się. Lecz nie traćmy nadziei. Wkrótce nowy sezon. Dojedzmy tę szynkę z groszkiem. Może po wakacjach nie trzeba będzie przecierać mgły w okularze. Tymczasem zapraszam do lektury.

Strasna zaba

Czarodzieje sceny

Święta tuż tuż, ale jeszcze nie tracimy tempa. Z przyjemnością anonsuję podwójny, świąteczny numer „Tygodnika Powszechnego”, a w nim teksty mnóstwa moich ulubionych autorów, więc po starej znajomości zapowiem tylko artykuł Moniki Ochędowskiej o gatunku literackim romantasy, docenianym nie tylko przeze mnie w tym ciemnym czasie; jak zwykle brawurowy esej Ryszarda Koziołka o matce, dla której – choćbyś był Bogiem – zawsze będziesz syneczkiem; oraz smakowity felieton Pawła Bravo, między innymi o burakach. Oraz mój tekst o magii blasku i cienia w teatrze oraz niedocenianym fachu reżysera świateł. Ale dobra tam znacznie więcej, także dla miłośników przyrody, zawiłych relacji międzyludzkich i nie mniej zawiłej, choć coraz straszniejszej polityki. Wydanie już w kioskach i w internecie, polecam gorąco.

Czarodzieje sceny

Opery bez przecinków

Za kilka dni recenzja z wykonania Snu Geroncjusza Elgara w ramach jesiennej odsłony Cambridge Music Festival, później relacja z wileńskiego Don Giovanniego w reżyserii Johna Fulljamesa – a przed końcem roku czekają mnie jeszcze dwa bardzo ciekawe wyjazdy, o których wkrótce Państwu doniosę. Tymczasem pozwolę sobie zaanonsować mój debiut na internetowych łamach pisma literackiego „Pole”, które jest z nami już blisko trzy lata, dzięki niespożytej energii redakcji (Renata Bożek, Piotr Skalski, Adam Wiedemann) oraz wydawcy, czyli Związku Pisarzy ze Wsi. Najnowszy, dwunasty numer dwumiesięcznika jest w dużej części poświęcony osobie i twórczości Gertrudy Stein. Jak pisze we wstępie Wiedemann, „Zawsze chciałem zrobić taki numer jak ten. I jakoś się udało, zrobił się jakby sam, choć oczywiście kosztował mnie sporo pracy, ale chyba nawet sama Gertruda nie miała nic przeciwko, bo inaczej stawiałaby jakieś przeszkody, a tymczasem obyło się prawie bez przeszkód. Tekstów nadeszło dużo (…), jest to więc numer gruby, za co z góry przepraszam”. Nie ma za co przepraszać: gdyby można było wymacać objętość internetu, byłby to numer rozkosznie opasły. Samych esejów jest w nim aż dziesięć, w tym mój, w którym opowiadam o tym, jak Stein została librecistką oper Virgila Thomsona, i co z tego wynikło, nie tylko dla historii formy. Mam nadzieję, że rozhulają się Państwo po „Polu” i nie ograniczą do lektury wyłącznie mojego tekstu.

Opery bez przecinków

Złoto i popiół

W piątek ukazało się nowe wydanie „Raptularza”, zatytułowane Pożegnani – Pamiętani. Zapowiem je słowami Redakcji, bo lepiej nie umiem: „W czas Wszystkich Świętych przywołujemy nieodżałowane osobowości, z którymi pożegnaliśmy się w trakcie mijającego roku. Mniej piszemy o śmierci, i nie stroimy się w czerń. Proponujemy za to teksty o życiu, takim, które jest przywilejem prawdziwie wielkich artystów: życiu we wdzięcznej pamięci bliskich, przyjaciół, widzów. Barbarę Rylską, gwiazdę powojennych kabaretów i wieloletnią aktorkę Teatru Kwadrat, wspomina Michał Smolis. O maskaradach Joanny Kołaczkowskiej, skrywających pakt empatycznego przymierza z widzami, pisze Izolda Kiec. Dorota Kozińska żegna fenomenalną Jadwigę Rappé. Janusza Wiśniewskiego, artystę totalnego, wspomina scenami z jego spektakli wieloletnia współpracowniczka Anna Wachowiak. O przecinających się ścieżkach twórczych Tadeusza Rolkego i Tadeusza Kantora pisze Kamila Dworniczak. W cyklu Zbigniew Raszewski. Stulecie urodzin ogłaszamy niepublikowaną dotąd młodzieńczą, wierszowaną bajkę Profesora o polskich zaświatach”.

Poniżej link do mojego tekstu, ale warto przeczytać całość.

Złoto i popiół

Kombinat sztuki

Czasem się cieszę, że jestem panią od opery, a nie od fortepianu, bo poziom emocji, jaki towarzyszył tegorocznemu Konkursowi Chopinowskiemu, wystawiłby mnie na ciężką próbę. Na szczęście już wszystko za nami i można pomału wracać do rzeczywistości. Rozpoczął się nowy sezon w TW-ON pod nową dyrekcją Borisa Kudlički. Czego się spodziewać, w których kwestiach uzbroić się w cierpliwość, a co wymaga natychmiastowej zmiany – o tym rozmawialiśmy tuż przed oficjalną nominacją kandydata. W najnowszym numerze „Tygodnika Powszechnego” ukazał się tekst, będący poniekąd podsumowaniem naszej rozmowy. W przyszłość ukochanego teatru patrzę z ostrożną nadzieją: w końcu i Upiór musi się kiedyś zdobyć na optymizm. Zapraszamy do lektury.

Kombinat sztuki

Ubiór w operze

Z przyjemnością anonsuję Państwu tekst, który ukazał się w najnowszym numerze „Tygodnika Powszechnego”, w dziale pod rozkosznym tytułem Zmysły. Napisany na specjalne zamówienie Piotra Mucharskiego – jak sam to ujął w naszej rozmowie, „w prezencie przed odejściem na emeryturę”. Długoletniemu Redaktorowi Naczelnemu pisma życzymy na tej emeryturze samych radości i dużo zdrowia – niezbędnego dla niestrudzonych melomanów, krążących po festiwalach, salach koncertowych i teatrach całej Europy. Sobie życzę owocnej współpracy z Moniką Ochędowską, która przejmie po Szefie dział kultury – i mam spokojną pewność, że moje życzenia się spełnią. Państwu życzę przyjemnej lektury mojego tekstu i całego nowego wydania „TP”.

Ubiór w operze

Opera z kolumnadą

Jutro o świcie znów ruszam do Longborough – tym razem na Peleasa i Melisandę Debussy’ego pod batutą Anthony’ego Negusa; stamtąd zaś prosto do Grange Park Opera, na Mazepę Czajkowskiego, historię dziwnej miłości hetmana Zadnieprza i siedemnastoletniej Marii, córki sędziego wojsk kozackich. Zapewne już w Anglii napiszę recenzję z brneńskiego Króla Rogera, stopniowo będą się też ukazywać angielskie wersje moich raportów z podróży. Kilka tygodni temu, na prośbę nowego redaktora naczelnego „Teatru”, sporządziłam podsumowanie dyrekcji artystycznej Mariusza Trelińskiego w TW-ON. Ukazało się kilka dni temu. Z trudem zmieściłam się w wyznaczonej objętości, a i tak spotkałam się z zarzutami, że nie omówiłam po kolei jego wszystkich warszawskich spektakli. Cóż, zrobiło mi się trochę smutno, zwłaszcza w kontekście sugestii, że moja odwaga staniała u progu kadencji nowego dyrektora naczelnego, Borisa Kudlički. Przez tych kilkanaście lat nie opuściłam ani jednej produkcji Trelińskiego. Przytłaczającą większość – w znacznie ostrzejszych słowach – przeanalizowałam w recenzjach dla „Ruchu Muzycznego”, „Tygodnika Powszechnego” i miesięcznika „Teatr”. Wspominałam o nich na antenie Dwójki i przy innych okazjach, między innymi w ramach prelekcji w berlińskiej Staastoper, przed premierą Damy pikowej. Kolejne podejścia reżysera do arcydzieła Karola Szymanowskiego omówiłam w obszernym, opatrzonym stosownymi przypisami eseju w „Dialogu”. Większość moich tekstów jest dostępna w sieci, z tej większości prawie wszystkie w internetowej Encyklopedii Teatru Polskiego. Mogę się mylić. Mogę reprezentować całkiem odrębny styl myślenia o teatrze. Jednego jestem pewna: dyrekcja Trelińskiego zepchnęła operę na boczny tor, uniemożliwiła jakąkolwiek dyskusję, zwłaszcza popartą argumentami, jak w przypadku wciąż toczącego się sporu o dwie ekranizacje Lalki Prusa.

Tutaj link do mojego podsumowania:
https://teatr-pismo.pl/opera-z-kolumnada/

A tu do innych aktualnych materiałów „Teatru”:
https://teatr-pismo.pl/

Teatr na peryferiach

Dziś będzie bardzo gorzko. W najnowszym numerze „Tygodnika Powszechnego” mój tekst po warszawskiej premierze Ariadny na Naksos: mniej recenzja, bardziej podsumowanie przed zmianą warty, która nastąpi jeszcze przed rozpoczęciem nowego sezonu. TW-ON istotnie jest teatrem jedynym w swoim rodzaju – i nie chodzi o rzekomą progresywność, raczej o przekształcenie go w przestrzeń spektakularnych widowisk, które do historii współczesnej reżyserii wnoszą niewiele, za to zyskują coraz to większą liczbę nowej, niespecjalnie zainteresowanej operą publiczności. I co gorsza, z sezonu za sezon wypadają coraz gorzej pod względem muzycznym, mimo obecności na scenie wschodzących i ustabilizowanych gwiazd wokalistyki, które w Warszawie – z obiektywnych względów – wypadają zdecydowanie bladziej niż w innych teatrach światowych. A widzom i tak to nie przeszkadza. Słuchaczom już owszem. O ludziach teatru nie wspomnę. Spoglądam w przyszłość TW-ON z niepokojem, ale i z nadzieją. Że wyleczymy się z kompleksów i dorównamy tak znakomitym scenom prowincjonalnym (lub, jeśli kto woli, lokalnym), jak Oper Frankfurt, Janáčkovo Divadlo w Brnie albo Welsh National Opera. Oby te marzenia – nie tylko moje – wreszcie się kiedyś spełniły.

Teatr na peryferiach

Piękna katastrofa

Po niezłej Czarnej masce i wspaniałej Woli boskiej dostaliśmy w TW-ON Simona Boccanegrę. Jakiego? A to zależy, jak na to popatrzeć i jak tego posłuchać. Głosy protestu w związku z inscenizacją pojawiły się także wśród kolegów po fachu. Stronę muzyczną wszyscy chwalili zgodnie. I owszem, soliści śpiewali pięknie, chór swoje zrobił, orkiestra zagrała, dyrygent zadyrygował, tylko Verdiego w tym Verdim zabrakło. O warszawskich przypadkach z nieznaną nie tylko warszawiakom operą piszę w najnowszym numerze „Tygodnika Powszechnego”.

Piękna katastrofa