Baryton według przepisu z Lombardii

Ktokolwiek uczył się łaciny, kto pamięta piosenkę Jacka Kaczmarskiego Lekcja historii klasycznej, albo jak Tuwim na wspomnienie szkoły oczy ma pełne łez, ten wie, że “Gallia est omnis divisa in partes tres”. I może nie zapomniał, że tę trzecią zamieszkują plemiona, które we własnym języku noszą nazwę Celtów. W czasach Juliusza Cezara obszar dzisiejszej Lombardii pokrywał się z grubsza ze wschodnią częścią Galii Przedalpejskiej, gdzie Galowie zaczęli się osiedlać już w VII wieku p.n.e. Nazwa krainy pochodzi jednak od zachodniogermańskiego ludu Longobardów, czyli “długobrodych”, którzy z końcem VI stulecia stworzyli tu własne państwo. Lombardia mlekiem i miodem płynąca, od wyniosłego Piz Bernina przy obecnej granicy ze Szwajcarią aż po bujne pastwiska Niziny Padańskiej, zawsze była jednym z najbogatszych regionów Europy. Od VIII wieku w państwie Franków, później w granicach Świętego Cesarstwa Rzymskiego, następnie we władzy hiszpańskiej i austriackiej gałęzi Habsburgów, pod koniec XVIII wieku zdobyta przez Napoleona, na mocy ustaleń kongresu wiedeńskiego wróciła do Austrii, by w 1859 roku, po dwóch sromotnych klęskach Austriaków pod Magentą i Solferino, wejść ostatecznie w skład Królestwa Włoch.

Gdzieś nad lombardzką rzeką Mincio niedaleko Mantui przyszedł na świat Wergiliusz. W zamożnej rodzinie Ferma Merisiego, zarządcy i dekoratora pałacu księcia Mediolanu, urodził się Caravaggio. Cremona była kolebką Monteverdiego i Stradivariusa. Przewodniki turystyczne zachwalające uroki Lago di Como, jednego z najgłębszych i najbardziej malowniczych jezior alpejskich, wspominają też o znakomitościach mających swoje korzenie w stolicy prowincji Como – poecie Katullusie, obydwu Pliniuszach, Alessandro Volcie, który wynalazł prototyp współczesnej baterii, oraz Cosimie Liszt, późniejszej żonie Wagnera. Znawcy sztuki kulinarnej napomykają nieśmiało, że w Como urodził się także mistrz Martino de Rossi, autor słynnej XV-wiecznej książki kucharskiej, skąd pochodzi pierwszy przepis na lombardzki wermiszel, który należało zagnieść z mąki, białek jaj i wody różanej, wysuszyć na słońcu na kamień, przechować nawet i przez trzy lata, a kiedy zajdzie potrzeba, gotować do miękkości godzinę, w tęgim i tłustym rosole.

Carlo Tagliabue w 1954 roku

Sądząc z biografii najwybitniejszych Lombardczyków, ich losy dojrzewały równie długo i z podobnie smakowitym skutkiem. W styczniu 1898 roku, w niewielkim mieście Mariano Comense nieopodal Como, urodził się Carlo, potomek zamożnej kupieckiej rodziny Tagliabue, która od lat dzierżawiła lożę numer 18 po prawej stronie pierwszego balkonu La Scali. Można więc z dużym prawdopodobieństwem zakładać, że chłopiec miał do czynienia z operą od najmłodszych lat. Muzyki uczył się w Mediolanie, pod okiem dwóch dyrygentów, Leopolda Gennaia i Annibale Ghidottiego. Zadebiutował w 1922 roku w Lodi, partią Amonasra w Aidzie. Wkrótce potem wystąpił na tej samej scenie jako Hermann w trzyaktowej operze Alfreda Catalaniego Loreley. Jego prawdziwa kariera zaczęła się jednak rok później w Genui, od doskonale przyjętego występu w roli Kurwenala w Tristanie i Izoldzie. W następnym sezonie Teatro Carlo Felice młody baryton śpiewał już Escamilla w Carmen, i to u boku Conchity Supervii. Po sukcesach w Ligurii przyszedł czas na inne teatry włoskie, m.in. w Palermo, Florencji i Weronie, a także pierwsze angaże za granicą, nawet w zamorskiej Hawanie.

Na właściwą stronę orkiestronu w Mediolanie ściągnął go sam Toscanini. W roku 1930 Carlo znów potwierdził klasę jako Kurwenal, już pod batutą nowego dyrektora artystycznego La Scali, Victora de Sabaty, wybijając się na pozycję czołowego barytona wagnerowskiego we Włoszech. W kolejnych miesiącach wystąpił w Tristanie na scenach w Turynie, Rzymie i Neapolu. W swoim repertuarze miał także partie Gunthera ze Zmierzchu bogów, Telramunda w Lohengrinie i Wolframa w Tannhäuserze (w tej ostatniej był ulubieńcem Karla Böhma) – rzecz jasna, wszystkie po włosku. Stopniowo jednak wchodził w wiodące role barytonowe z oper rodzimych kompozytorów: przez ćwierć wieku występów na scenie La Scali święcił tryumfy między innymi jako tytułowy Nabucco i Rigoletto, Giorgio Germont w Traviacie, Hrabia de Luna w Trubadurze, Montfort w Nieszporach sycylijskich i Don Carlo w Mocy przeznaczenia Verdiego. Wykreował też szereg postaci w nowych operach włoskich, m.in. Basilia w La fiamma Respighiego.

W 1934 roku Tagliabue odniósł pierwszy poważny sukces za Oceanem, na scenie Teatro Colón w Buenos Aires, za którym poszły kontrakty w Rio de Janeiro i Nowym Jorku. Trzy lata później w zaśpiewał w Metropolitan Amonasra, potem zaś zbierał doskonałe recenzje nie tylko w partiach Verdiowskich, lecz także jako Marcello w Cyganerii oraz Tonio w Pajacach i Alfio w Rycerskości wieśniaczej. W 1938 roku dotarł do San Francisco, gdzie krytycy zachwycali się jego prezencją sceniczną i “krzepkim, doskonałym technicznie barytonem”. Jeszcze w tym samym sezonie zdyskontował swoje amerykańskie sukcesy olśniewającym występem w roli Rigoletta w Covent Garden.

Jako Rigoletto, 1928

W latach wojennych krążył między teatrami w ojczystym kraju i w Niemczech, gdzie zapisał się w pamięci melomanów fenomenalną kreacją Renata w Balu maskowym na deskach berlińskiej Staatsoper. W 1946 roku powrócił na dobre do Mediolanu, by związać się z La Scalą na następne dziewięć sezonów. Po raz ostatni wyszedł na tę scenę w 1955 roku, u boku Marii Callas, w głośnym przedstawieniu Traviaty pod batutą Giuliniego, w którym reżyser Luchino Visconti – ku oburzeniu konserwatywnej krytyki – kazał Violetcie zdjąć pantofle w finale I aktu i z impetem cisnąć nimi w powietrze. Później Tagliabue zajął się przede wszystkim pracą pedagogiczną. Wystąpił jeszcze w kilku pomniejszych teatrach włoskich, m.in. w Forlì w regionie Emilia-Romania; w 1968 roku na dobre pożegnał się z publicznością, transmitowanym przez radio recitalem w Madrycie.

Tenor Giacomo Lauri-Volpi słusznie zwrócił uwagę, że Carlo Tagliabue był ostatnim reprezentantem dawnej szkoły śpiewu verdiowskiego, w której kładziono nacisk także na dramaturgię frazy, kształtowanej w rytm oddechu zgodnego z naturalną prozodią mowy. Głos Tagliabuego miał specyficznie “włoską” barwę, pełną lirycznej miękkości, której – o dziwo – przybywało mu z wiekiem i doświadczeniem. Na scenie, mimo niespecjalnych warunków fizycznych, nadrabiał fenomenalną techniką teatralną i tym właśnie, o czym pisał Lauri-Volpi: muzycznym wyczuciem słowa, dzięki któremu arie płynęły mu z ust niczym mistrzowsko wyartykułowane monologi wielkiego aktora dramatycznego.

Był ostatni i odszedł w swym fachu bezpotomnie, 6 kwietnia 1978 roku. Spoczął na cmentarzu w Monzy niedaleko Mediolanu: mieście lombardzkich królów, świętych i artystów. Za życia lubił dobrze zjeść; może w zaświatach pichci w jednej kuchni z innymi Lombardczykami: na pierwsze zajada się wermiszelem według przepisu Martina de Rossi, na drugie słynną cassoeulą, tutejszym wieprzowym gulaszem z kapustą. I pewnie kłóci się z niebiańskimi kucharzami, czy do potrawy dodać głowiznę, jak mieli w zwyczaju mieszkańcy Mariano Comense.

O pięknie i świętej naiwności

Tak sobie pomyślałam, że z braku jakiegokolwiek życia muzycznego – nie tylko w Polsce – mogą już Państwo mieć dość mojej pisaniny o teatrach, do których nie dojechałam, o śpiewakach, którzy już nie żyją, i o spektaklach operowych, które z konieczności musimy oglądać w domu na komputerze. Dlatego, dla uciechy i czystej rozkoszy obcowania z pięknym słowem, wygrzebałam z archiwum felieton Myszy, zainspirowany tekstami dwóch wielkich redaktorów “Ruchu Muzycznego”: Zygmunta Mycielskiego i Ludwika Erhardta. Jest co popodziwiać, z czego się pośmiać i nabrać troszkę nadziei, że kiedyś znów będzie można pisać prawdziwe recenzje. Na zdrowie!

***

Szczur z sąsiedniej klatki bardzo lubi Stokowskiego, więc chcieliśmy mu pożyczyć Fantazję Disneya, którą znajomy piesek preriowy przegrał nam kiedyś na CD i przysłał w prezencie. Ogryzając izolację z kabla do Internetu, dowiedzieliśmy się jednak o ustawie ACTA. Nie bardzo rozumiemy, o co w niej chodzi – podobnie jak rząd, który postanowił wreszcie się z nią zapoznać i w tym celu ją przyjąć. Trochę się przestraszyliśmy, bo ktoś nam powiedział, że teraz nie będzie już czytelników ani słuchaczy, tylko jakiś target, który do tej pory kojarzył nam się z trafianiem w cel podczas bombardowania. I jak ten target zapłaci za coś, na co go nie stać, to w porządku. A jak pożyczy od sąsiada na własny użytek, to może się spodziewać konfiskaty lub innego przejęcia kontroli nad podejrzanymi narzędziami związanymi z naruszeniem. Tak czy inaczej – trafiony zatopiony.

Zygmunt Mycielski

Ustawę ACTA wymyślono ponoć w interesie twórców, można się więc spodziewać, że zahukany target tym bardziej ich znielubi. I słusznie, bo to banda darmozjadów i pięknoduchów, którzy zamiast sprawiać ludziom przyjemność, głoszą światu jakieś górnolotne prawdy, o czym dobitnie napisał Zygmunt Mycielski w tekście O Persefonie Strawińskiego, opublikowanym w numerze 2 z 1962 roku:

Odkrywano owe „messages” w religii – każdy szanujący się autor odbywał jakieś publiczne i możliwie głośne nawrócenie, pisał coś o Matce Boskiej, lub robił koziołka i odkrywał komunizm. Jedno i drugie było dobrze widziane na salonach paryskich. Maritain i Claudel, Gide i nawet Giraudoux usiłowali dać światu odpowiedź serio na dręczące wątpliwości, przy czym ta odpowiedź serio mogła być podana zarówno w filozoficznej formie, jak i w błyskotliwym, pełnym aktualnych aluzji dialogu. Paul Valéry kontynuował francuską tradycję Mallarmégo i pisał mnóstwo esejów i przedmów, które należało znać dobrze, żeby być au courant myśli współczesnych. Niewyczerpanym skarbcem okazała się zarówno mitologia jak i dramat antyczny. Zaroiło się od Antygon, Persefon, od dionizyjskich i apolińskich pierwiastków. Ajschylos, Sofokles i Eurypides – wypełniający w starożytności ogromny teatr ateński – okazali się znakomitym środkiem dla wypełnienia niewielkich teatrów paryskich.

Uległ temu i Gide, płodząc górnolotny tekst Persefony.

Czytając go dzisiaj, mam ochotę powtórzyć za Wyspiańskim: „a pan gada, gada, gada. Słowa, słowa – słowa, słowa”… Eumolpos i Persefona posługują się całą wiosenną botaniką, porankami świata, by dojść do ulubionego wniosku Gide’a, że ziarno musi obumrzeć, aby wydało owoce (vide: Si le grain ne meurt Gide’a). Persefona woli od towarzystwa nudnych cieni podziemnych miłość zdrowego i żywego Demofona – alias Tryptolemosa. Kwiaty kwitną na ziemi. Wiosna.

Przez chwilę poczuliśmy się jak Kubuś Puchatek w rozmowie z Kłapouchym, uznaliśmy jednak, że lepiej się nie przyznawać do świętej naiwności. Wgryźliśmy się głębiej w te rozważania i nie pożałowaliśmy: Mycielski dał dowód, że ustawy powinny chronić w pierwszym rzędzie jego własność intelektualną, bo o Persefonie pisał celniej i piękniej niż Gide Persefonę – a może równie celnie i pięknie jak Strawiński, który opatrzył ten koślawy tekst muzyką:

Pięciotaktowa melodia, do której Strawiński brutalnie ponaciągał słowa francuskie, lśniła w swych wielokrotnych powtórkach, oparta o schodzące d-cis-h-a-g wiolonczel i basów, rozpięta na flażoletach skrzypiec i lekkim rysunku altówek. Takich melodii jest dużo w Persefonie. Strawiński chciał pokazać, że potrafi napisać melodię i że ona jest fundamentem i stosem pacierzowym muzyki. Linia oboju, na punktowanym akompaniamencie drzewa i tuby na początku drugiego obrazu, świadczyła, że można jeszcze napisać szesnaście taktów w E-dur, byle tylko basy tego zanadto nie podkreślały i zerkały w stronę minorowego cis. Chóry w oktawach, sekstach urągały prawidłom szkolnego kontrapunktu, suchy Strawiński rozpływał się w poezji, choć dawkował ją z apteczną ścisłością i oszczędnością.

Zakończenie drugiego obrazu, gdy na tle równomiernej pulsacji smyczków i waltorni płynie spokojna linia fletów i całego drzewa, meno mosso, a Persefona mówi: „Matko, czekasz mnie już i otwierasz ramiona, by w nich spoczęła córka odrodzona” – wzruszało nas, otwierało prosty i melodyjny świat, który nam się wydawał otwartymi drzwiami do muzyki, której nie chwyciły jeszcze za gardło tępe obcęgi tonalnych zakazów. (…) Romantyczna linia fletów, pod koniec trzeciego obrazu, znowu na ostinato smyczków, całe to lento assai (…) – dowodziło, że można jeszcze pisać piękną muzykę, że sztuka nie musi tonąć w przykrej brzydocie.

Sztuka może nie, co innego twórcy, opisani przez le w felietonie Kultura i sztuka:

Kiedyś widziałem, jak dwóch podchmielonych poetów liryków – jeden młody, drugi już nie bardzo – biło się w kawiarni Związku Literatów. Nie wiem, o co poszło, może o plagiat, w każdym razie chwycili się za klapy i jeden drugiemu chciał wybić zęby głową. Ale że zamiar był z obu stron identyczny i jednoczesny, stuknęli się tylko czaszkami, aż zadźwięczały szklanki na stolikach. Po chwili rozdzielono ich, kelnerki ustawiły przewrócone meble, posprzątały wylane kawy i rozrzucone ciastka. Wydarzenie nie poruszyło ich nawet, wydawały się przyzwyczajone do takich scen.

Wniosek nasuwa się sam: mamy stanowczo zbyt wielu twórców. Kiedyś nie potrzebowaliśmy ustawy ACTA. Wystarczyło umówić się w Kamienicy Prażmowskich i po męsku wyrżnąć plagiatora w gębę, o czym z rozrzewnieniem przypomina

MUS TRITON

W cieniu getyńskich platanów

Miałam nadzieję nie wracać do cyklu “zastępczych” wędrówek operowych, ale wciąż nie zanosi się na poprawę sytuacji w naszej ulubionej branży. W Polsce jak zwykle nic nie wiadomo, tymczasem największe i najbardziej cenione teatry w Europie ogłaszają już teraz hiobowe wieści. Opery berlińskie nie otworzą się przed Wielkanocą, Semperoper odwołała cały sezon, rząd austriacki rozważa wprowadzenie obowiązku testowania widzów przed każdym spektaklem. Czekamy dalej. Żeby zachować świeży umysł i krzepę w ciele – zamiast narzekać, ćwiczymy jedno i drugie. Powspominać jednak i potęsknić nie zawadzi, co zwłaszcza dotyczy miejsc, z którymi wiąże się pamięć wyjątkowych doświadczeń.

Do takich należy Getynga w Dolnej Saksonii, miasto z piękną historią, jeden z prężniejszych ośrodków naukowych w Niemczech, a zarazem kolebka najstarszego festiwalu händlowskiego na świecie. Odrodzenie muzyki Il caro Sassone dokonało się za sprawą Oskara Hagena, uniwersyteckiego historyka sztuki i muzyka-amatora, który 26 czerwca 1920 roku, połączonymi siłami studentów i wykładowców getyńskiej uczelni, doprowadził do pierwszego współczesnego wykonania Rodelindy. W roku 2020 z wielką pompą szykowano festiwal jubileuszowy, w stulecie tamtych pamiętnych wydarzeń. Organizatorzy zamierzali w takiej bądź innej formie zaprezentować wszystkie 42 opery Händla, w tym Ariodantego, Kserksesa, Mucjusza Scewolę, Rinalda i Publiusza Korneliusza Scypiona w wykonaniach koncertowych oraz – dla ukoronowania całości – Rodelindę w pełnej oprawie scenicznej, na deskach tutejszego Deutsches Theater. Jak wiadomo, nic z tego nie wyszło.

Szkoda tym większa, że wcześniejsza o rok premiera Rodriga, z mocnym polskim akcentem w postaci dekoracji Doroty Karolczak, wykonanych w pracowniach Teatru Wielkiego w Poznaniu, okazała się prawdziwą ozdobą festiwalu, zarówno pod względem inscenizacyjnym, jak i muzycznym. Oraz kolejnym kamyczkiem do mojego ogródka, że największych uniesień operowych należy szukać w teatrach maleńkich, w ramach przedsięwzięć realizowanych z udziałem prawdziwych, znających się na rzeczy entuzjastów.

Deutsches Theater w Getyndze. Fot. HB-Verlag

Inna sprawa, że mieszkańcy Getyngi mogliby się poczuć urażeni umniejszaniem rangi swojego przybytku sztuk dramatycznych. Historia obecnej instytucji, jak to kiedyś bywało, zaczęła się od pożaru miejskiego teatru przy Nowym Rynku, w mroźną noc z 10 na 11 stycznia 1887 roku. Kilka miesięcy później rajcy podjęli decyzję o wzniesieniu całkiem nowego gmachu w innej lokalizacji, która z początku wzbudziła kontrowersje wśród urzędników odpowiedzialnych za edukację: teatr miał bowiem stanąć w bezpośrednim sąsiedztwie Gimnazjum Królewskiego, co zdaniem ministra groziło deprawacją nieletnich wychowanków. Na szczęście przeważyły inne argumenty i teatr w Getyndze do dziś pozostaje jednym z najbardziej malowniczo usytuowanych budynków użyteczności publicznej w Niemczech: przy tonącym w zieleni placyku, tuż obok dawnych murów miejskich, wzdłuż których rozpościerają się ogólnodostępne tereny uniwersyteckiego ogrodu botanicznego.

Gmach skonstruowano na wzór nowego Großherzogliches Hoftheater w Oldenburgu, tyle że w znacznie mniejszej skali – według neorenesansowego projektu tego samego dworskiego architekta Gerharda Schnitgera. Uroczyste otwarcie odbyło się 30 września 1890 roku: w programie wieczoru znalazł się dramat Schillera Wilhelm Tell, poprzedzony grywaną wówczas w takich okolicznościach Uwerturą jubileuszową Webera. Pierwszym dyrektorem teatru, na szesnaście długich sezonów, został austriacki aktor Norbert Berstl, po którym schedę w 1907 roku odziedziczył aktor teatralny i filmowy Willi Martini, znany między innymi z występów w kilku niemych dreszczowcach Hitchcocka. Pierwszy poważny kryzys w działalności getyńskiej sceny nastąpił w końcowej fazie Wielkiej Wojny, kiedy teatr trzeba było zamknąć z powodu braku funduszy na utrzymanie infrastruktury – bezradny Martini złożył rezygnację w 1917 roku.

Wnętrze teatru. Fot. Michaela Hurdertmart, Michael Mehle

Lepsze czasy nastały wkrótce potem: w roku 1919, po objęciu dyrekcji przez Ottona Wernera. Tym razem u steru stanął nie aktor, lecz śpiewak, który w porozumieniu z władzami miasta gruntownie zmodernizował zaplecze teatru i wzbogacił jego ofertę o przedstawienia oper, baletów i operetek. Dzieło rozpoczęte przez Wernera z powodzeniem kontynuował jego następca Paul Stiegler, za którego rządów (1929-1936) Stadttheater Göttingen zasłynął przede wszystkim jako scena operowa. Przed wybuchem II wojny światowej w Getyndze wystawiono między innymi aż dziewięć oper Händla (m.in. Radamista, Ottona i Juliusza Cezara). W latach 1943-53 – z dwuletnią przerwą wywołaną konfliktem z władzami nazistowskimi – kierownictwo muzyczne Händel-Festspiele sprawował dyrygent Fritz Lehmann, żarliwy orędownik muzyki dawnej. Od roku 1946 przez cztery sezony piastował też stanowisko dyrektora generalnego teatru: i przeszedł do annałów jako ostatni szef instytucji, któremu udało się harmonijnie połączyć jej działalność dramatyczną z kultywowaniem repertuaru operowego i baletowego.

Nową epokę w historii sceny – przemianowanej w 1950 roku na Deutsches Theater Göttingen – otworzył aktor i reżyser Heinz Hilpert, długoletni kierownik Deutsches Theater w Berlinie, gdzie zastąpił legendarnego Maksa Reinhardta, który w obawie przed hitlerowską nagonką wyemigrował do Francji. Mimo dwuznacznej karty w życiorysie Hilpertowi udało się całkiem przeprofilować charakter placówki i uczynić zeń jedną z najbardziej “postępowych” i wpływowych scen dramatycznych w całych Niemczech. Linię programową Hilperta kontynuowali między innymi Günther Fleckenstein i Heinz Engels. Od 2014 roku dyrektorem teatru jest Szwajcar Erich Sidler.

Scena z przedstawienia Imenea w 2016 roku. Fot. Theodoro da Silva

I tak od siedemdziesięciu lat z okładem opera wraca do Deutsches Theater tylnymi drzwiami – przeważnie raz w roku, przy okazji festiwalu händlowskiego i spektakli urządzanych na największej z trzech obecnie funkcjonujących scen. Przy czym Großes Haus – z przepięknie odrestaurowanym pierwotnym wystrojem z końca XIX wieku – i tak mieści na widowni niespełna pięćset osób. Za to pudełkowa scena, choć niewielka, kryje w kulisach ultranowoczesną maszynerię i system oświetlenia teatralnego, które umożliwiają realizację najwymyślniejszych operowych wizji.

Aż się prosi, żeby wystawiać tam częściej i nie tylko arcydzieła Händla. Aż strach pomyśleć, czy program odwołanego w zeszłym roku festiwalu uda się choć w części zrealizować w tym sezonie. A jeśli tak, czy organizatorzy wprowadzą do Deutsches Theater nową inscenizację Rodelindy, czy ze względu na obostrzenia będą musieli poprzestać na zaaranżowaniu koncertów w innych, obszerniejszych wnętrzach. Może więc lepiej nie myśleć. Może bezpieczniej poprosić któregoś z getyńskich znajomych, żeby stanął pod rozłożystym platanem nieopodal Theaterplatz i cichutko zanucił arię Kserksesa. “Per voi risplenda il fato” – a przy okazji niech się ten los wreszcie i do nas uśmiechnie.

Lekarstwo na niestrawność

Dziś nareszcie wyszło słońce, dając nam pierwszy w tym roku powód do prawdziwej radości. Poza tym nie ma się z czego cieszyć, zwłaszcza że wkrótce minie rok, odkąd ugrzęźliśmy w tym grajdole, niedługo później zaś nadejdzie pierwsza rocznica śmierci Krzysztofa Pendereckiego. A może by jednak spróbować – zważywszy na ogromne, choć nieoczywiste poczucie humoru, jakie Penderecki przejawiał za życia? Oto felieton Myszy, pisany niedługo przed ostatecznym opuszczeniem nory w “Ruchu”. O straszliwych skutkach nieopanowania w jedzeniu, myśleniu i słuchaniu.

***

Zjedliśmy rzodkiewkę i strasznie się pochorowaliśmy. Znajomy szczur z supermarketu gwizdnął cały pęczek, żeby się z nami podzielić, ale nawet przez myśl mu nie przeszło, że czerwcowa rzodkiewka może komukolwiek zaszkodzić. Tymczasem się okazało, że to nowalijka – dorodna, szklarniowa, suto podsypana nawozem azotowym, żeby urosła większa i bardziej czerwona. Siedzimy więc w norze, kurujemy się z zaburzeń rytmu serca i rozmyślamy o równowadze między tradycją a nowoczesnością. Problem ten spędzał sen z powiek już starożytnym Grekom, a co dopiero Tadeuszowi Zielińskiemu, który postanowił porozmawiać na ten temat z „kompozytorem skrajnie awangardowym”, czyli Krzysztofem Pendereckim. Dodajmy, że wywiad Współczesny kompozytor a tradycja w numerze 12/1963 zilustrowano zdjęciem skrajnego awangardysty na rzeźbionym renesansowym stolcu, pod szwarcwaldzkim zegarem z kukułką i w otoczeniu oprawnych w złote ramy portretów przodków. Penderecki odrzuca insynuację Zielińskiego, jakoby całkiem odwrócił się od tradycji:

– Już sam fakt posługiwania się tradycyjnymi instrumentami narzuca nam zależność od pewnych schematów dźwiękowych, dawno wypracowanych, od których trudno się uwolnić, nawet przy zastosowaniu najnowszych technik kompozytorskich. Próby w zakresie muzyki elektronowej pozwalają nam uświadomić sobie, jak szeroki jest świat zjawisk akustycznych mogących teoretycznie znaleźć zastosowanie w ramach formy muzycznej. W tym świecie brzmienie starych instrumentów jest jedynie wąską dróżką, po której idziemy obarczeni całym kompleksem nawyków myślenia i odczuwania muzycznego.

Krzysztof Penderecki z partyturą Pasji Łukaszowej, rok 1966. Fot. Andrzej Piotrowski

Zieliński protestuje:

– Nie rozumiem. Przecież właśnie twoja twórczość jest dowodem, że można wykorzystać tradycyjne instrumenty w zupełnie nowy sposób, odcinając się tym od przeszłości. Jakże więc można powoływać się na brzmienie tych instrumentów jako element tradycji, skoro w twoim wypadku brzmienie to jest właśnie elementem najbardziej nowatorskim?

Penderecki spogląda pobłażliwie i tłumaczy Zielińskiemu jak krowie na miedzy:

– A więc i ty ulegasz złudzeniu, o którym mówiłeś przed chwilą: zwracasz uwagę tylko na elementy nowe, chociaż w moich utworach obok nowych środków artykulacji jest również wiele starych. Zresztą nawet i te na pozór nowe brzmienia wiążą się z bardzo dawnymi nawykami: czy powolne wibrato na najwyższym dźwięku skrzypiec albo glissandowe klastery nie są jeszcze jednym sięgnięciem do tego specyficznego zjawiska akustycznego, jakim jest przesuwanie smyczkiem po strunach, a które wykorzystywano już w muzyce średniowiecznej? Skądś się przecież wziął nawyk, powiedziałbym nawet schemat estetycznego odczuwania tego zjawiska: ja tego nie wymyśliłem. Wprowadzane przeze mnie środki stanowią tylko rozszerzenie charakterystycznego brzmienia tego instrumentu, tak samo jak kiedyś pizzicato, tremolando, flażolet, glissando czy gra col legno. Niektóre środki artykulacji stosowane przeze mnie na instrumentach smyczkowych mają pozornie charakter perkusyjny, a mimo to wiążą się z brzmieniem tego instrumentu. To ta sama historia co z pizzicatem na skrzypcach: chociaż nastąpiła tu jakby zmiana instrumentu smyczkowego na szarpany, to jednak nadal mamy do czynienia z dźwiękiem skrzypiec, innym od dźwięku np. gitary.

Nie wiemy, czy Zieliński dał się przekonać, ale nam zaczęło coś świtać. Wprowadzane przez ogrodników nawozy mają na celu tylko rozszerzenie charakterystycznej objętości rzodkiewki. Tymczasem rzodkiewka szklarniowa w samej swej istocie nie różni się niczym od prastarej świrzepy. A że czasem komuś zaszkodzi? No cóż, pojawienie się nowych partytur w latach sześćdziesiątych też wywołało niejedną reakcję alergiczną. Bogusław Schäffer usiłuje łagodzić objawy uczulenia w Kilku uwagach o nowym zapisie muzycznym:

Grafika muzyczna powinna być zależna od muzyki, od koncepcji kompozytorskiej. W muzyce nie chodzi o grafikę, lecz o strukturę muzyki, dla której kompozytor szuka jak najlepszego odpowiednika graficznego. (…)
 W swej istocie funkcjonalna, grafika uzależniona jest od bardzo wielu czynników kompozycyjnych i stąd też nie może być jakąś jednolitą notacją. Mit o konieczności stworzenia jednolitej notacji jest najzupełniej absurdalny: póki muzyka rozwija się w różnych zakresach, nie można jej ujednolicać, tak samo jak nie można wprowadzać wspólnego mianownika dla takich parametrów współczesnego życia, jak dolar, metr, hektar i sekunda, bo przecież te wymiary (a w muzyce również „wymierzamy”) dotyczą dziedzin różnych.

Po kilku nieudanych próbach przeliczenia dolarów na metry i hektarów na sekundy poddaliśmy się. Nie ujednolicajmy. I zanadto nie upowszechniajmy, bo jak przestrzega le w felietonie Niesmaczny przekładaniec, jeszcze nam bokiem wyjdzie, jak te rzodkiewki:

Trzydzieści milionów melomanów płci obojga – to się może przyśnić jak koszmarny sen. Przecież poza muzyką jest jeszcze teatr, kino i sztuki plastyczne. Jest czytanie książek, łapanie ryb, są narty, żaglówki, łażenie po ulicy i gapienie się na wystawy, są ogródki działkowe, mecze, wycieczki za miasto, tańce. (…) Na wszystko nie starczy czasu. Nie może starczyć. Każdy musi wybrać sobie własną przyjemność i rozrywkę. Dlaczego mamy pozbawiać ludzi przyjemności spaceru do Łazienek, zmuszając ich do słuchania symfonii Czajkowskiego?

No właśnie. Czemu pozbawiać ludzi przyjemności chodzenia do teatru i na wystawy, zmuszając ich do czytania naszych felietonów? Lepiej schować się w norze i posłuchać Czajkowskiego, a którego mianowicie – Piotra czy Andrzeja – tego już Państwu nie zdradzi
MUS TRITON

Niedoszła mistrzyni Callas

Tyle w Italii do zwiedzania, że mało kto decyduje się na krótką choćby wycieczkę do miasteczka Imola w regionie Emilia-Romagna – niespełna czterdzieści kilometrów od Bolonii i mniej więcej dwa razy dalej od kurortu Rimini. Z przewodników można się dowiedzieć, że miejsce jest, owszem, sympatyczne, nie ma jednak wiele do zaoferowania turystom – może poza Rocca Sforzesca, zamkiem wzniesionym za rządów Girolama Riario i jego żony Katarzyny Sforza, femina sangurinaria et tyranissa, znanej też z zamiłowania do alchemii i sztuki myśliwskiej. Stanęły tu niedawno dwa pomniki: żołnierzy 2. Korpusu Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, którzy wiosną 1945 roku przystąpili do natarcia na Bolonię, zdobyli Castel Bolognese, a po drodze wyzwolili Imolę; oraz niedźwiedzia Wojtka, który towarzyszył 22. Kompanii Zaopatrywania Artylerii i przeszedł z nią szlak bojowy od Syrii, przez Palestynę i Królestwo Egiptu aż do Włoch. Kibice wyścigów Formuły 1 do dziś ze zgrozą wspominają Grand Prix San Marino z 1994 roku na torze Imola: koszmarna passa zaczęła się od wypadku Rubensa Barrichello podczas treningu, dzień później w kwalifikacjach zginął Roland Ratzenberger, wreszcie w samym wyścigu poniósł śmierć Ayrton Senna, być może najlepszy kierowca F1 wszech czasów. Podczas reanimacji pod siedzeniem bolidu Brazylijczyka znaleziono flagę austriacką, którą Senna po przekroczeniu linii mety zamierzał rozpostrzeć w hołdzie dla zmarłego kolegi.

Więcej zatem w Imoli historii niż cennych zabytków. Choćby z tej przyczyny warto wspomnieć o tamtejszym teatro comunale, który trudno uznać za atrakcję dla miłośników architektury i sztuki operowej, dopóki nie wgłębimy się w jego powikłane dzieje. Otóż w 1810 roku, za mocy dekretów wydanych przez pozostające pod zwierzchnictwem napoleońskim Królestwo Włoch, zdesakralizowano XIV-wieczny przyklasztorny kościół św. Franciszka i wystawiono gmach na sprzedaż. Burmistrz Andrea Costa wpadł na pomysł, żeby w części budowli urządzić teatr. Projekt adaptacji powierzono architektowi Giuseppe Magistrettiemu oraz dwóm współpracującym z nim malarzom, Felice Gianiemu i Gaetano Bertolaniemu. Ukończony “Teatro dei Signori associati” został oddany pod opiekę Ceres, rzymskiej bogini wegetacji i urodzajów. Działalność teatru zainaugurowano w 1812 roku przedstawieniem I riti d’Efeso Giuseppe Farinellego, weneckiego kompozytora, który przyjął nazwisko w dowód wdzięczności dla swego nauczyciela i mentora, jednego z najsłynniejszych kastratów w historii opery. Pierwszy rozdział działalności teatru skończył się wraz z końcem rządów Napoleona, kiedy papież Pius VII zadecydował o zamknięciu “świętokradczego” przybytku. Mieszkańcy Imoli zareagowali pragmatycznie – dalszą przebudową gmachu, która niemal całkowicie zatarła jego pierwotne przeznaczenie. W latach 30. XIX wieku w reaktywowanym teatrze zagościły dzieła Rossiniego, następnie Belliniego i Donizettiego, wreszcie wschodzącej gwiazdy opery włoskiej – Giuseppe Verdiego. W 1855 roku repertuar rozszerzono o utwory dramatyczne – nie był to jednak krok z dobrą stronę, bo w niedługim czasie sztuki Szekspira i Goldoniego zaczęły walczyć o lepsze z pokazami iluzjonistów i kuglarzy, miejskimi balami i loteriami dobroczynnymi.

W początkach XX stulecia udało się powrócić do ambitniejszych planów – niestety, na krótko, bo za rządów Mussoliniego teatr został zamknięty ze względów bezpieczeństwa. Poważnie zniszczony w czasie II wojny światowej, doczekał się ponownego otwarcia dopiero w 1974 roku, po gruntownej renowacji. Trzy lata później wybrał sobie patronkę: od grudnia 1977 roku działa pod nazwą Teatro comunale Ebe Stignani.

Być może nigdy by do tego nie doszło, gdyby rodzice Ebe nie pochodzili z pobliskiej miejscowości Bagnacavallo, a słynna śpiewaczka nie zakochała się w swoim wielbicielu, którego ród także wywodził się z tamtych stron. Wielbiciel okazał się także domatorem: para wzięła ślub w Imoli i spędziła tam resztę życia, jeśli nie liczyć krótkiej przerwy wojennej. Zanim jednak to tego doszło, panna Stignani zdążyła rzucić na kolana publiczność największych teatrów operowych na świecie – od mediolańskiej La Scali, poprzez londyńską Covent Garden, skończywszy na San Francisco Opera i Teatro Colón w Buenos Aires.

Ebe Stignani urodziła się w Neapolu, 10 lipca 1903 roku, choć ówczesnym zwyczajem próbowała “poprawić” swoją metrykę, odmładzając się nawet o cztery lata. Rodzice zadbali o edukację uzdolnionej muzycznie jedynaczki: posłali ją do klasy fortepianu w Conservatorio di Musica San Pietro a Majella, gdzie pobierała obowiązkowe lekcje śpiewu u słynnego Agostino Roche, kompozytora i pedagoga, pod którego okiem kształciła się także Maria Caniglia. Ponoć to on zniechęcił Stignani do pójścia na łatwiznę i rozpoczęcia kariery w fachu sopranowym, odkrywszy jej niezwykłą skalę i potencjał barwowy w dolnym rejestrze. Większość źródeł podaje, że Ebe zadebiutowała w 1925 roku w Teatro di San Carlo, w partii Amneris w Aidzie, po ukończeniu studiów w konserwatorium. Wiele jednak wskazuje, że występowała na tej scenie już wcześniej, między innymi jako Maddalena w Rigoletcie, a jej faktyczny debiut w roli Amneris odbył się w Operze Florenckiej. Jakkolwiek było, w następnym sezonie – mimo przestróg swego mistrza – dała się słyszeć również w partii Normy, w Teatro Piccinni w Bari i w weneckiej La Fenice.

Przełomem w jej życiu zawodowym okazał się występ w roli Meg Page w Verdiowskim Falstaffie w Busseto, w kwietniu 1926 roku, pod batutą Artura Toscaniniego. Czarodziej batuty ponoć osłupiał, kiedy usłyszał jej śpiew. Z miejsca zaangażował ją do La Scali: w październiku tego samego roku Stignani zadebiutowała w IX Symfonii Beethovena pod jego dyrekcją, a po raz pierwszy na mediolańską scenę wyszła miesiąc później, jako Mara w nowej operze Pizzettiego Dèbora e Jaéle. Swój sukces przypieczętowała występem w partii Eboli w Don Carlosie, który zapewnił jej pozycję pierwszego mezzosopranu dramatycznego w La Scali, utrzymaną bez większych zawirowań do połowy lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Śpiewała u boku największych i pod batutą najwspanialszych: między innymi Victora de Sabaty, z którym święciła tryumfy jako Dalila w operze Saint-Saënsa. Stopniowo rozszerzała swój repertuar o partie z innych oper francuskich (tytułowa Carmen w dziele Bizeta), rosyjskich (Maryna w Borysie Godunowie) oraz niemieckich (Brangena w Tristanie i Izoldzie, Ortruda w Lohengrinie).

Ebe Stignani jako Amneris w Aidzie.

W maju 1927 jej sława dotarła za Ocean: Stignani porwała widownię argentyńskiego Teatro Colón jako Norma w spektaklu prowadzonym przez Gina Marinuzziego, w gwiazdorskiej obsadzie złożonej między innymi z Claudii Muzio, Giacoma Lauriego-Volpiego i Tancredi Pasero. W Buenos Aires nie miała jednak szans w starciu Luisą Bertaną, ulubienicą tamtejszej publiczności, która z kolei musiała jej oddać pola w tych samych partiach w La Scali. Ebe dała się za to kilka razy usłyszeć w Teatro Municipal w São Paulo oraz w Operze w San Francisco. Do Londynu zawitała po raz pierwszy w roku 1937, w ramach uroczystości koronacyjnych Jerzego VI – zadebiutowała wówczas jako Amneris na scenie Covent Garden, dokąd wracała jeszcze w latach pięćdziesiątych, wówczas już w partii Adalgisy u boku Marii Callas w Normie Belliniego. W 1957 roku bisowała z nią – zapewne po raz pierwszy w karierze – duet “Mira, o Norma”, pod batutą Johna Pritcharda.

Tuż przed wybuchem II wojny światowej Ebe Stignani wystąpiła jako Azucena w Trieście, jako tytułowa Faworyta w Mantui oraz w partii Santuzzy w Faenzy – nie licząc “szeregowych” przedstawień w La Scali oraz na scenach Rzymu, Neapolu, Florencji i Bolonii. Miała już podpisany kontrakt w Metropolitan Opera. Z oczywistych względów nie doszedł do skutku. W ferworze wojennym Stignani zaczęła poszerzać swój repertuar o partie z dawnych, zapomnianych wówczas oper, między innymi Lindy di Chamounix Donizettiego oraz Orfeusza i Eurydyki Glucka. W 1941 roku wreszcie znalazła miłość: w osobie Alfreda Scitiego, szczerego wielbiciela opery, a zarazem mądrego człowieka, który zdołał ją przekonać do ograniczenia liczby występów w tamtych niepewnych czasach. W maju 1944 roku przyszedł na świat ich jedyny syn. Wkrótce potem małżeństwo ewakuowało się z Imoli na przedmieścia Bolonii, zostawiając cały swój dobytek na pastwę losu.

Mimo kilku oszałamiających sukcesów po wojnie, Stignani nie zdołała w pełni odbudować swej poprzedniej pozycji. Zeszła ze sceny w roku 1958, w operze w Dublinie, żegnając się z publicznością partią Amneris w Aidzie. Zaszyła się na dobre w odzyskanej willi w Imoli. W jednym z nielicznych wywiadów udzielonych po zakończeniu kariery przyznała, że gdyby nie udane małżeństwo i narodziny ukochanego dziecka, przeżyłaby resztę swoich dni jak zakonnica. Zmarła 5 października 1974 roku – wspominana później jako jedna z największych mezzosopranistek swojej epoki, obdarzona potężnym, metalicznym w brzmieniu, fenomenalnie ustawionym głosem, który dawał jej szerokie pole do popisu także w rolach kontraltowych oraz przeznaczonych dla sopranów dramatycznych z lekką górą i ciemną, aksamitną barwą w dolnym rejestrze.

Chodzą słuchy, że Callas miała u niej brać lekcje śpiewu, ale ostatecznie uniosła się honorem i uznała, że primadonnie nie wypada doszkalać się u wykonawczyni ról drugoplanowych. Być może o to chodziło w gorzkim stwierdzeniu Ebe Stignani, że w jej karierze liczył się tylko głos.

Droga do saliny

Dziś uzupełnienie noworocznych życzeń sprzed czterech dni: żebyśmy nie zapomnieli, do jakich przedstawień tęsknimy, których artystów i jakich dzieł naprawdę nam brakuje, z jakim zapałem chcielibyśmy o nich myśleć, pisać i czytać. W lipcu 2011 roku relacjonowałam premierę Matsukaze w TW-ON na łamach dawnego “Ruchu Muzycznego”. Minęło prawie dziesięć lat, a żaden z twórców i uczestników tamtego przedsięwzięcia nie zawiódł mnie do dziś. Nie chcę, byśmy przez pandemię wpuścili w nasze życie muzyczne kicz, tandetę i prowizorkę. Niech teatr operowy odrodzi się inny, ale przynajmniej na takim poziomie – w Polsce i na całym świecie. Jeszcze raz do siego roku: może mimo wszystko okaże się łaskawszy.

***

Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Znudzeni swojskością współmieszkańców i własnej kultury uciekamy do innego świata, by po pewnym czasie dojść do zdumiewającego wniosku, że oswoiliśmy się z obcym miejscem, i znów zacząć tęsknić za jakąś odmianą. W niektórych budzi się wówczas nostalgia. Odkrywają na nowo swoją tożsamość, przefiltrowaną przez doświadczenia z podróży. Taki jest właśnie Toshio Hosokawa, wychowany na sennych przedmieściach Hiroszimy, wykształcony w Niemczech pod kierunkiem koreańskiego azylanta Isanga Yuna, zafascynowanego kulturą arabską Szwajcara Klausa Hubera i niepoprawnego angielskiego modernisty Briana Ferneyhough. Ten Japończyk, który przysypia z nudów na przedstawieniach teatru , wraca do najcenniejszych wartości tradycyjnej muzyki japońskiej – swobody metrycznej i przepysznej kolorystyki dźwięków przejściowych – wzbogacając je środkami stosowanymi w muzyce europejskiej. Komponuje kolejne opery na motywach sztuk , sprawia jednak wrażenie, jakby zajął strategiczną pozycję na moście hashigakari, który w teatrze klasycznym łączy scenę z garderobą aktorów. Bliżej mu wprawdzie do tej garderoby niż Brittenowi albo nawet Stockhausenowi, wciąż jednak na tyle daleko od pierwowzoru, że przeciętnie wykształcony człowiek Zachodu może śledzić narrację bez większych kłopotów.

Nad ziemią unosi się duch Matsukaze (Barbara Hannigan). Fot. Krzysztof Bieliński

W spektaklu Matsukaze dla widza z Polski właściwie wszystko jest nowe. Począwszy od wielostronnej koprodukcji z zespołem Sasha Waltz & Guests, Théâtre Royal de la Monnaie z Brukseli, Les Théâtres de la Ville de Luxembourg i Berliner Staatsoper, przez międzynarodowy zespół, do którego dołożyliśmy “tylko” orkiestrę TW-ON, samą muzykę Hosokawy, znaną prawie wyłącznie bywalcom “Warszawskich Jesieni”, aż po tworzywo dramatyczne jego opery. Libretto Hannah Dübgen nawiązuje do XIV-wiecznej sztuki Kanamiego, zrewidowanej sto lat później przez Motokiyo Zeamiego, która opowiada historię dwóch sióstr trudniących się warzeniem solanki. W domu Matsukaze i Murasame gościł przez pewien czas Ariwara no Yukihira, skazany na wygnanie urzędnik dworski (skądinąd postać historyczna), w którym siostry zakochały się bez pamięci. Kiedy odszedł, ich miłość nie wygasła – nawet po śmierci Yukihiry i obydwu nieszczęsnych kobiet, które odtąd błądziły wśród żywych, skazane na pobyt w doczesnym świecie za naganne przywiązanie do rzeczy przemijalnych. Kilkaset lat po tragedii wędrowny mnich spostrzega nad morzem sosnę z wyrytymi w pniu imionami sióstr i prosi rybaka o wyjaśnienia. Pod wieczór znajduje schronienie w warzelni, gdzie nawiedzają go duchy Matsukaze i Murasame. Zakończenie opery różni się od finału sztuki – w pierwowzorze Matsukaze dostrzega w sośnie ukochanego i popada w szaleństwo, tymczasem Murasame udaje się wyleczyć z przetrwałej miłości i opuścić świat żywych. W operze Hosokawy obydwie siostry jednoczą się z naturą i dostępują wybawienia przez śpiew i taniec. Zupełnie nie po buddyjsku i nie po japońsku, raczej w konwencji katharsis, zdecydowanie bardziej czytelnej dla widza europejskiego.

Już sama zmiana zakończenia zdaje się sugerować, że Hosokawa – a wraz z nim niemiecka choreografka Sasha Waltz – nie trzymają się kurczowo żadnej tradycji. Czerpiąc pełnymi garściami z dorobku kultur Wschodu i Zachodu, tworzą jakość odrębną: dostatecznie oszczędną w wyrazie, by kojarzyła się z ojczyzną kompozytora, wystarczająco linearną pod względem narracyjnym, by przekonała odbiorcę z Zachodu. Hosokawa posługuje się zespołem złożonym z dwudziestu kilku instrumentalistów, ośmioosobowym chórem i czworgiem solistów. Jak na operę – nawet kameralną – niewiele. Jak na teatr nō, obsada zdecydowanie zbyt liczna, zwłaszcza że na scenie pojawia się też kilkanaścioro tancerzy. W partyturze są partie przeznaczone zarówno na tradycyjne instrumenty orkiestrowe, jak instrumenty japońskie, ale misternie tkana materia kompozycji opiera się w dużej mierze na interwałach czystych, długich stojących dźwiękach w dolnym rejestrze i raptownych wejściach perkusji. Wyraźną linię melodyczną i konsonanse da się wysłyszeć nawet w elektronicznie przetworzonych odgłosach przelewania solanki przez czerpak. Z drugiej strony, mimo “europejskiej” barwy głosów solowych, frazy są po “azjatycku” rozpoczęte, wyprowadzone i zakończone, często też finezyjnie ornamentowane.

Podobnie niejednoznaczna jest koncepcja Sashy Waltz. Choć Niemka zdążyła już przyzwyczaić swoich wielbicieli do tańca mocnego, nieledwie akrobatycznego, przeczącego tradycyjnym podziałom na role żeńskie i męskie, do tego spektaklu wybrała solistów miękkich, eterycznych, przedkładających ekspresję gestu nad ekspresję ciała. W jej choreografii próżno jednak szukać abstrakcyjnego gestu nō, kształtowanego na niemal pustej scenie, naładowanego symboliką i tak sugestywnego, że aktor zostawia za sobą jakby smugę własnego ruchu. Matsukaze to kolejny etap na drodze do odrębnego stylu Waltz, która ciało traktuje jak tworzywo, myśli o tańcu jak o elemencie scenografii, wpisuje gest taneczny w partyturę. Pia Meier Schriever i Chiharu Shiota stworzyły na jej potrzeby dwa skrajnie odmienne rodzaje przestrzeni: ażurowy szkielet domu japońskiego i gęstą sieć ze sfilcowanej wełny, symbolizującą już to świat duchów, już to płytką salinę, już to gałęzie rosnącej nad morzem sosny. Tancerze poruszają się w tych ramach jak żywe symbole, śpiewacy uczestniczą w działaniach tanecznych i realizują swoje partie w skomplikowanych, przeczących grawitacji pozach.

Gęsta sieć wyznacza granicę między światem realnym a nadprzyrodzonym. Fot. Krzysztof Bieliński

W tej dziwnej rzeczywistości scenicznej – zbyt wystawnej na tradycję japońską, zbyt surowej na przyzwyczajenia Europejczyków – rozgrywa się teatr z prawdziwego zdarzenia. Nie zabrakło typowych dla Waltz gier z płaszczyzną (tancerz miota się na pionowej sieci, jakby przedzierał się przez gąszcz morskich wodorostów). Interakcje między wykonawcami – bohaterami opowieści, tłumem niemych duchów i komentującym na grecką modłę chórem – są dopracowane w najdrobniejszych szczegółach. W przejmującej scenie Snu pojawia się postać bez twarzy, wzorowana na demonie noppera-bō – niezwykle sugestywne odzwierciedlenie ułudy, w jakiej żyją obydwie siostry, bo ten przerażający stwór upodabnia się do ludzi znanych i kochanych, żeby w najmniej spodziewanej chwili odsłonić przed nimi martwe, pozbawione jakiegokolwiek wyrazu oblicze. Scena oczyszczającej nawałnicy przywodzi na myśl skojarzenia z abstrakcyjną kaligrafią japońską: z teatralnego nieba, zamiast kropel deszczu, lecą szeleszczące patyki. Wspólne dzieło Hosokawy i Waltz pod pewnymi względami ucieleśnia kluczową dla teatru koncepcję yugen: idealnej harmonii treści zawartych w muzyce, tańcu, śpiewie i przekazie tekstowym.

Po raz pierwszy od lat miałam poczucie, że uczestniczę w wydarzeniu muzycznym i teatralnym najwyższej rangi. Że obserwuję owoc współpracy, który dojrzewa na moich oczach. Że nie duszę się w atmosferze prowincjonalnego pseudonowatorstwa, tylko podziwiam kunszt artystów cenionych na całym świecie. W partii Matsukaze wystąpiła fenomenalna Barbara Hannigan, znana z pysznych kreacji w operach Strawińskiego, Andriessena i Michela van der Aa. W roli Murasame usłyszeliśmy mezzosopranistkę Charlotte Hellekant, jedną z najwybitniejszych odtwórczyń repertuaru Mahlerowskiego. Jako Mnich wystąpił rozchwytywany przez dyrygentów i reżyserów bas Frode Olsen. Znakomity Kai-Uwe Fahnert (Rybak) współpracował już z Sashą Waltz przy Medei Dusapina. O sztuce Waltz pisałam nieraz, o jej wspólnych działaniach z Vocalconsort Berlin i wydanej przez zespół płycie z motetami Bacha krytyka donosi w samych superlatywach. Na tym tle instrumentaliści TW-ON pod batutą Pabla Herasa-Casado spisali się więcej niż dobrze.

W imieniu Matsukaze kryje się gra słów: dosłownie znaczy “wiatr w sosnach”, człon matsu można jednak zinterpretować jako podszyte tęsknotą oczekiwanie. Tak właśnie się czuję, czytając plany repertuarowe warszawskiego Teatru na najbliższy sezon. Niech mi buddyści wybaczą.

ZOZO, ZOZI

Drodzy Kochani, za kilka godzin nieodwołalnie skończy się rok 2020, przez brać internetową zwany też rokiem ZOZO – nie tylko od podobieństwa liter do cyfr, ale też od imienia złośliwego demona Zozo, którego ofiarą padają osoby nieumiejętnie posługujące się tabliczką Ouija. Przynajmniej wiadomo, na kogo zwalić wszystkie nieszczęścia, jakie nas w tym roku spotkały. Teraz możemy z nadzieją spojrzeć w rok przyszły, przez analogię do mijającego okrzyknięty już rokiem ZOZI. Co albo kto to jest Zozi – trudno powiedzieć. Wróćmy więc pamięcią do dziecięcych lektur: do powieści fantastycznej Roalda Dahla, której bohater, dobroduszny Wielkomilud, potrafił zesłać człowiekowi dowolne sny. A te sny składały się z czegoś, co w oryginale nazywa się zozimus, a w przekładzie Michała Kłobukowskiego, jeśli dobrze pamiętam, zyskało wdzięczne miano puchoplazmy. “Jeżeli sen jest dobry, to spokojnie czeka, aż się go wypuści, żeby mógł zrobić swoje, a jeżeli zły, to bez przerwy się szałamocze, bo chce się wyrwać”.

W nadchodzącym 2021 roku życzę więc Państwu samych spokojnych snów. Kiedy już wyjdą na wolność, niech zrobią swoje. Niech pozwolą nam podróżować, słuchać muzyki na żywo i znów oglądać prawdziwe przedstawienia w najprawdziwszych teatrach operowych. Niech najgorsze, co nas w tym roku spotka, to pomylenie dat koncertów i festiwali. Takie malutkie, łatwe do przebolenia nieszczęście, które spotkało kiedyś bohaterów książki w moim tłumaczeniu, świeżo opublikowanej nakładem nowego Wydawnictwa Próby. Jeśli chcą Państwo się dowiedzieć, kim był jej autor, zapraszam na internetowe łamy “Tygodnika Powszechnego”: https://www.tygodnikpowszechny.pl/geniusz-z-klubu-hipokrytow-165769. Jeśli Robert Byron wyda się Państwu postacią godną zainteresowania, proszę szukać Europy w zwierciadle bezpośrednio na stronie wydawnictwa (https://wydawnictwoproby.pl/europa-w-zwierciadle/) lub w dobrych, małych księgarniach. Tymczasem, na zachętę, krótki fragment o tym, jak trzej podróżnicy przyjechali nie w porę na Festiwal Mozartowski w Salzburgu. Oraz zdjęcie autora karmiącego przygodną świnkę w Pekinie, w domu jego ukochanego przyjaciela. Jeszcze raz wszystkiego dobrego.

***

“Pierwsze, co usłyszeliśmy po przybyciu do Salzburga, to wiadomość, że festiwal zacznie się dopiero we środę. David się wściekł, Simon zareagował obojętnie. Jeśli o mnie chodzi, przejechawszy sześćset pięćdziesiąt mil w ostatnie trzy dni, cieszyłem się na myśl o spokojnym weekendzie.

Wieczorem po kolacji wyszliśmy do ogrodu, żeby przyjrzeć się kilku parom tańczącym na wykafelkowanym parkiecie wśród drzew obwieszonych wielkimi, niestosownymi w tej scenerii żarówkami. Zespół grał kiepsko, wzmagając wrażenie, że trafiliśmy na poniedziałkowy wieczorek w jakiejś prowincjonalnej tancbudzie.

Nazajutrz obudził nas ustawiczny łoskot tramwajów przetaczających się przez przystanek po drugiej stronie ulicy, urozmaicony muzyką w wykonaniu licznych orkiestr dętych, które paradowały po mieście ze świątecznym zapałem od dziewiątej rano aż do południa. David obrócił się na drugi bok i zasnął ponownie. Ja chwyciłem szkicownik i ołówek, wstałem z łóżka, usiadłem na balkonie i zemściłem się na Salzburgu, kreśląc niepochlebny wizerunek przystanku z kominem fabrycznym w tle”.

Ten egzemplarz trafił właśnie pod dach Sztucznych Fiołków i razem z mnóstwem innych książek cierpliwie czeka na swoją kolej

Pokój niesie ludziom wszem

Nie wiem, jak Państwu – mnie tegoroczne Święta minęły wyjątkowo szybko. Żeby choć trochę podtrzymać ten nastrój, niezwykle teraz potrzebny, pozwolę sobie udostępnić jeszcze jeden tekst z grudniowego numeru miesięcznika “Teatr”. Tym razem bez zbędnych wstępów – może poza tym, że Upiorne Życzenia w pandemii liczą się co najmniej przez cały nadchodzący rok.

***

Boże Narodzenie wyzwala we mnie nieprzepartą potrzebę kiczu. Być może dlatego, że w moich szczenięcych latach święta zbiegały się z nadejściem prawdziwej zimy, kiedy wszystko brzmiało i wyglądało inaczej. W domu stawała trzymetrowa jodła, którą ubieraliśmy zawsze w ten sam sposób: bombki wieszaliśmy tuż obok światełek, wzmacniając efekt kilkoma pasmami anielskich włosów. Najbardziej wyczekiwanym momentem Wigilii była chwila, w której dorosła część rodziny wynosiła się do drugiego pokoju, a ja zostawałam sama pod choinką i rozpoczynałam wyobrażoną podróż w głąb jodłowego lasu. Siedziałam wśród gałęzi, chłonąc dobiegający zza okna skrzyp butów na nieuprzątniętym chodniku, krystaliczny rytm odgłosów ulicznych, które z jednej strony były bardzo wyraźne, z drugiej ginęły bardzo szybko, jakby pękając na mroźnym powietrzu. Pamiętam też pełgające światło latarń gazowych, wokół których tworzyły się żółtawe aureole.

Od tamtej pory adwentowy instynkt budzi się we mnie już w połowie listopada. Skupuję w sklepach wszystko, co kolorowe i się świeci, żeby później obwiesić tym bożonarodzeniowe drzewko, a samej zakopać się pod kocem z zapasem strawy kulinarnej i duchowej. Kiedy jeszcze nie było pandemii, lubiłam w tym czasie jeździć po europejskich teatrach operowych i cieszyć się pstrokacizną przedświątecznych jarmarków. Dwa lata temu wzięłam sobie do towarzystwa równie muzykalnego i skłonnego do wzruszeń przyjaciela. Po długich deliberacjach wybraliśmy się do Leeds, na operę Silent Night o rozejmie bożonarodzeniowym 1914 roku. Taki przynajmniej był pretekst do spędzenia trzech dni w cieple miejscowych pubów i wszechobecnym aromacie korzennego grogu z rumem i skórką pomarańczową. W przeddzień trafił nam się niespodziewany prezent: koncert organowy w katedrze anglikańskiej, którego wysłuchaliśmy, gapiąc się jak sroka w gnat na rozłożystą, sięgającą kościelnego sklepienia choinkę. Po tym doświadczeniu byliśmy gotowi zostać w mieście do samych świąt, czekając cierpliwie na pudding, zupę żółwiową i uroczyste przemówienie królowej Elżbiety.

Silent Night w Leeds. Fot. Tristram Kenton

I w takim nastroju zasiedliśmy nazajutrz w auli Town Hall, który do niedawna był nie tylko najokazalszą, ale i najwyższą budowlą w Leeds: murowanym symbolem postępu i ponadczasowych wartości rewolucji przemysłowej. Historię wspomnianego rozejmu poznaliśmy już wcześniej. Grupka żołnierzy pod Ypres podjęła spontaniczną próbę fraternizacji w pierwszą Wigilię Wielkiej Wojny. Inicjatywa wyszła od Niemców, którzy przyozdobili okopy świecidełkami, po czym zaczęli wykrzykiwać życzenia do Walijczyków po drugiej stronie. Wkrótce zaczęło się wspólne śpiewanie kolęd. Potem żołnierze pogrzebali poległych we wspólnej mogile. Oficerowie ogłosili rozejm do świtu drugiego dnia świąt, zarządzając, że ich podwładni mają pozostać w okopach. Żołnierze nie posłuchali – przez cały następny dzień wymieniali się prowiantem, alkoholem i drobnymi upominkami w pasie między liniami fortyfikacji.

Ten rozejm wydarzył się naprawdę. W 2005 roku posłużył za kanwę filmu wojennego Joyeux Noël w reżyserii Christiana Cariona. Kilka lat później Mark Campbell przerobił scenariusz filmu na libretto opery; skomponowaniem muzyki zajął się Kevin Puts. Prapremierę w 2011 roku, w Ordway Center for the Performing Arts w Saint Paul w stanie Minnesota, przyjęto huraganową owacją. Rok później debiutancka opera Putsa otrzymała Nagrodę Pulitzera.

Nie da się ukryć, że muzyka Silent Night jest raczej pastiszem niż produktem oryginalnej inwencji twórczej, a libretto powiela szereg kulturowych i literackich stereotypów. Nie zmienia to faktu, że twórcom udało się złożyć operowy hołd Europie, która odeszła w niebyt, zabierając ze sobą zgładzone formy, konwencje i style. Doskonale to wyczuł Tim Albery, reżyser półinscenizacji w Leeds, który oparł się pokusie „udosłownienia” scen z pola bitwy, skupiwszy się w zamian na bardzo precyzyjnym zarysowaniu postaci. Żołnierzy zgromadzonych na estradzie dzielił dystans symboliczny – podkreślony odmiennością mundurów i akcesoriów, barierą języka, specyfiką mowy ciała. Przestrzeń rozgraniczająca poszczególne grupy chórzystów i muzyków orkiestrowych kojarzyła się z gęstą siecią okopów. Reszty dopełniły sugestywne światła i projekcje fragmentów historycznych kronik filmowych, rzutowane na prospekt monstrualnych organów Ratusza.

Kiedy ordynans Ponchel, który parzył najlepszą kawę na świecie i nosił za pazuchą budzik, żeby nie zapomnieć o domu, padł ofiarą bratobójczego ognia wracając ze świątecznej wizyty u matki – płakaliśmy już wszyscy jak bobry. A potem wyszliśmy w rozświetloną lampkami noc i przepełniła nas nadzieja, że nadchodzące święta spędzimy cieplej i bezpieczniej niż żołnierze pod Ypres.

Niech tej otuchy nie zabraknie nam i w tym roku. Silent Night nie doczekała się jeszcze rejestracji na DVD, ale zawsze można obejrzeć pierwowzór – film Joyeux Noël, w którym Natalie Dessay i Rolando Villazón użyczyli głosów dwojgu bohaterom-śpiewakom. Operę można sobie wyobrazić: pod kocem lub w gąszczu domowej choinki. Na razie powinno wystarczyć. A lepsze czasy i tak kiedyś nadejdą.

Żółte światło w niebieskiej ciemności

Tak sobie pomyślałam, że z końcem roku warto przypomnieć o jednym z najciekawszych, o ile nie najciekawszym przedstawieniu operowym, jakie polscy widzowie mogli dotąd obejrzeć w zubożonym pandemią sezonie. A i tak wszystko wisiało na włosku, bo gdy w TW-ON odbywały się ostatnie próby przed premierą, Warszawa nieubłaganie wkraczała w strefę czerwoną. O legendarnym Wertherze w reżyserii Deckera – tym razem wyłącznie w kontekście inscenizacji – piszę w grudniowym numerze “Teatru”, gdzie między innymi arcyciekawy esej Henryka Mazurkiewicza o “klaczy, która uciekła z folwarku”, czyli o sztuce Andreja Kurejczyka Pokrzywdzeni i o Nowej Białorusi, a także rozmowy z Elizą Borowską i Jackiem Braciakiem, tegorocznymi laureatami Nagrody im. Aleksandra Zelwerowicza, oraz z Joanną Nawrocką, dyrektor warszawskiego Teatru Ochoty, który właśnie obchodzi jubileusz pięćdziesięciolecia. Będzie przynajmniej co poczytać pod choinką, skoro teatry wciąż zamknięte.

http://www.teatr-pismo.pl/przestrzenie-teatru/2832/zolte_swiatlo_w_niebieskiej_ciemnosci/

Si non dormis, Mater plorat

Zacznę od nadziei. Tej mojej malutkiej, własnej – że ci, którzy towarzyszą Upiorowi od początku istnienia, nadal są z nami – zdrowi, spełnieni, kochani, i tylko jednego im braknie. Tego, czego brakuje nam wszystkim: żywego teatru, żywej muzyki, żywego kontaktu z żywą publicznością. Oby ta klęska toczyła się rytmem podobnym do rytmu pór roku. Najdłuższa noc już za nami. Teraz Słońce jakby się zatrzymało, ale to tylko pozory. Dnia wkrótce zacznie przyrastać, a z nim światła, ciepła i bujających spod ziemi kiełków nowego. Nie pozwólmy sobie tego odebrać ani zniszczyć. Przetrwajmy ten czas cierpliwie i mądrze. Mnie też jest przykro, że wciąż muszę pisać o głosach martwych i zapomnianych, o przedstawieniach wydobywanych z głębi pamięci, o teatrze, w którego powrót przestajemy już wierzyć. Niesłusznie. Wróci. Tego akurat jestem pewna. Nie wiem tylko kiedy. I nie mam kogo spytać – w przeciwieństwie do Slezaka, któremu za wcześnie ściągnęli ze sceny łabędzia w Lohengrinie. Mam jednak nadzieję, tym razem wielką i wspólną, że dotrze w samą porę. Dlatego na choince powiesiłam drewnianego łabędzia: pamiątkę z ostatniej wyprawy do Bayreuth, kupioną po drodze na jarmarku w Norymberdze. Bez względu na światopogląd, warto w tym roku świętować: łabędź już do nas płynie, tylko jest jeszcze daleko.