Po jasnej stronie mocy

Chyba warto się nasłuchać na zapas. Za kilka dni zrelacjonuję krótki, ale bardzo satysfakcjonujący muzycznie wypad do Bayerische Staatsoper. Tymczasem, żeby się Państwu nie nudziło, podrzucam kolejny esej katowicki. Ten koncert odbył się 14 stycznia bez udziału publiczności. W partii solowej Koncertu skrzypcowego KV 207 Mozarta wystąpiła Alexandra Conunova, NOSPR zagrała pod batutą Dominga Hindoyana.

***

W czerwcu 1763 Leopold Mozart – zachęcony sukcesem poprzednich wypraw artystycznych z dwojgiem swoich cudownych dzieci – ruszył z rodziną na prawdziwy „Grand Tour” po Europie, który zajął im ostatecznie aż trzy i pół roku. Zapobiegliwy papa planował z początku objazd kilku dworów niemieckich, zakończony wypadem do Paryża. Kiedy jednak posypały się kolejne zaproszenia, połączone ze wsparciem finansowym przedsięwzięcia, na trasie marszruty znalazły się także miasta angielskie, niderlandzkie i szwajcarskie. Były to lata pełne nie tylko tryumfów, ale i wyrzeczeń: trudy podróży mało nie wyprawiły na tamten świat Leopolda w roku 1764, podczas pobytu w Londynie, rok później w Hadze ciężko pochorowali się Nannerl i Wolfgang. Szalone tournée, które dziś zdarza nam się oceniać jako przejaw znęcania się nad dziećmi – z żądzy zysku lub w imię własnych niespełnionych ambicji – w tamtej epoce uchodziło za dowód autentycznej troski o byt i przyszłość uzdolnionego potomstwa. Leopold uważał swego syna za cud, „któremu Bóg pozwolił narodzić się w Salzburgu”. Chowanie tego cudu przed światem byłoby grzechem wołającym o pomstę do nieba.

Mały Wolfgang grywał więc z siostrą na klawesynie na cztery ręce, popisywał się rozpoznawaniem klawiszy „w ciemno” na klawiaturze przykrytej suknem, improwizował na organach, śpiewał – przede wszystkim jednak zachwycał wirtuozerią gry na dziecięcych skrzypcach, specjalnie obstalowanych przez ojca, który był jego pierwszym i właściwie jedynym nauczycielem gry na tym instrumencie. Nic w tym zresztą dziwnego, bo starszy pan Mozart uchodził za jednego z najlepszych pedagogów skrzypcowych w Europie, a jego podręcznik Versuch einer gründlichen Violinschule błyskawicznie doczekał się przekładów na francuski i holenderski. Grę na instrumentach klawiszowych Leopold traktował jako uzupełnienie edukacji muzycznej swoich dzieci. Był przekonany, że Wolfgang naturalną koleją rzeczy zostanie skrzypkiem i nawet prześcignie swojego ojca, o ile włoży w tę umiejętność wystarczająco dużo „ognia, ducha i śmiałości”.

Franz Xaver König, portret arcybiskupa Hieronymusa von Colloredo, 1773

Choć z czasem miało się okazać, że cud z Salzburga jest jednak urodzonym pianistą, na swą pierwszą „poważną” posadę Mozart zapracował sobie grą na skrzypcach. W marcu 1773 roku został płatnym koncertmistrzem na dworze Hieronymusa von Colloredo, księcia arcybiskupa salzburskiego: wcześniej przez kilka lat musiał terminować w jego orkiestrze za darmo. Żeby udowodnić swemu mocodawcy, że zasłużył na awans, zajął się także twórczością skrzypcową. Wtedy właśnie powstał jego pierwszy w pełni oryginalny Koncert B-dur, przez długi czas łączony przez badaczy z pozostałymi czterema koncertami skrzypcowymi z 1775 roku. Dopiero analiza grafologiczna wykazała, że Koncert KV 207 wyszedł spod pióra siedemnastoletniego kompozytora.

Mozart miał już wprawdzie w dorobku zdumiewającą liczbę siedmiu oper i dwudziestu kilku symfonii, w formie koncertu solowego był jednak nowicjuszem. Zapewne dlatego KV 207 sprawia nieco mniej spontaniczne wrażenie niż koncerty późniejsze: słychać w nim wpływy Josefa Myslivečka oraz modnych skrzypków włoskich, uwagę zwraca też pewna powściągliwość stylu. Zapowiedź prawdziwego geniuszu ujawnia się w całej krasie dopiero w środkowym Adagio, w postaci wyrafinowanej, a zarazem anielsko łagodnej „arii” skrzypcowej, której temat Mozart wykorzysta później w „Porgi, amor” Hrabiny z II aktu Wesela Figara. Słowa Artura Schnabla, który mawiał o Mozartowskich sonatach fortepianowych, że są zbyt łatwe dla dzieci i za trudne dla dorosłych, można z powodzeniem odnieść także do Koncertu KV 207 – wielu artystów zbyt pochopnie lekceważy ten utwór, zwłaszcza w zestawieniu z najbardziej efektownym i najdojrzalszym Koncertem A-dur KV 219.

Podobne wątpliwości towarzyszą ocenie IV Symfonii Beethovena, która często przegrywa w starciu ze znacznie dziś popularniejszą i z pewnością „cięższą” gatunkowo Eroiką, nie wspominając już o Piątej, którą słusznie zaliczono w poczet największych arcydzieł kompozytora. Niektórzy zbliżają się nawet do konkluzji, że to utwór bez żadnej racji bytu, niewiele warte ćwiczenie z klasycznej symfonii, pisane w przerwach prac nad prawdziwie godną uwagi V Symfonią c-moll.

Zamek w Głogówku (niem. Oberglogau) na pocztówce z początku XX wieku

Istotnie, Czwarta powstała błyskawicznie i w dość szczególnych okolicznościach. Beethoven spędził lato 1806 roku, krążąc między posiadłościami znajomych arystokratów. Jeden z najhojniejszych mecenasów kompozytora, książę Karl Alois Lichnowsky, przedstawił go śląskiemu hrabiemu Franzowi von Oppersdorffowi, panu na zamku w Głogówku. Oppersdorf był wielkim miłośnikiem muzyki i miał u siebie niewielką orkiestrę, złożoną z pieczołowicie dobranych członków służby. Zamówił u Beethovena symfonię, dał mu 350 florenów zaliczki i dostał w zamian tylko dedykację Czwartej. Do dziś nie wiadomo, dlaczego twórca odstąpił od pierwotnego zamiaru ofiarowania hrabiemu V Symfonii, nad którą właśnie pracował, trudno też powiedzieć, dlaczego zamkowa orkiestra nie wykonała utworu w półrocznym okresie wyłączności praw. Premiera IV Symfonii odbyła się ostatecznie w marcu 1807 roku w Wiedniu, w miejskiej rezydencji księcia Josepha Franza von Lobkowitza.

Utwór przyjęto z mieszanymi uczuciami, dotyczyło to jednak większości dzieł Beethovena z tego okresu. Carl Maria von Weber szydził, że początkowe Adagio jest całkowicie niezborne i posuwa się naprzód z prędkością trzech, góra czterech dźwięków na kwadrans. Inni krytycy byli bardziej oszczędni w słowach – ktoś nawet przyznał, że Czwarta pod wieloma względami przypomina nieoszlifowany diament. Do nielicznego grona obrońców dołączyli z czasem Berlioz, Mendelssohn oraz Schumann, który jako pierwszy zestawił tę kompozycję z jej symfonicznymi „sąsiadami”. Wkładana w jego usta metafora o „smukłym greckim dziewczęciu między dwoma nordyckimi olbrzymami” jest jednak wymysłem późniejszych biografów.

Jedno jest pewne: nieuprawnione porównania do dziś kładą się cieniem na reputacji Czwartej. Kto szuka w Beethovenowskich symfoniach wyłącznie potęgi brzmienia i żaru emocji, ten się istotnie zawiedzie. Kto oczekuje lekkości, klasycznie wyważonych proporcji, słonecznego blasku i nieczęstego u Beethovena dowcipu – będzie w siódmym niebie. W tym przypadku mamy do czynienia z utworem w sam raz dla dorosłych, którzy zachowali w sobie wrażliwość dziecka. Na swój sposób – z jedną z bardziej wzruszających kompozycji Mistrza z Bonn, który napisał ją tak, żeby była w sam raz przede wszystkim dla niego.

Znów siedzę zasłuchana

Stanisław Niewiadomski pisał o rzekomej jednostajności Hagith, która „przypomina pożółkłe karty biblii i jej okładkę z ciemnej, miejscami złoconej skóry”. Sam Szymanowski zżymał się w liście do Stefana Spiessa: „Niestety Hagith jest czymś wręcz przeciwnym moim zapatrywaniom i ideałom – wpadam więc często w Straussowską manierę – co mnie strasznie złości”. Pod wieloma względami było to dzieło przenoszone. Wiedeński pisarz Felix Dörmann miał już dość pisania librett, nawet do operetek, i w 1912 roku postanowił zająć się całkiem czymś innym. Założył wytwórnię Vindobona-Film i został jednym z pionierów austriackiej kinematografii, aczkolwiek jego kariera producenta trwała dość krótko, głównie z powodu interwencji cenzorów, którzy nie podzielali upodobania Dörmanna do scen z udziałem nagich kobiet w kąpieli. Szymanowski miał dość Wiednia i Berlina: w 1911 roku wrócił ze Spiessem z Sycylii i w głowie kluła mu się już całkiem inna opera. Tak się jednak złożyło, że Dörmann, autor wymęczonego libretta Hagith, przyjaźnił się z księciem Władysławem Lubomirskim, hojnym sponsorem Spółki Nakładowej Młodych Kompozytorów Polskich.

Pieniądze Lubomirskiego oraz nadzieja, że Hagith uda się wystawić w Hofoper w Wiedniu, wystarczyły do przyjęcia książęcej oferty. Zważywszy na temat libretta, zaczerpnięty z biblijnej Księgi Królów, trudno się Szymanowskiemu dziwić, że popadł w Straussowską manierę. Zdumiewające, że udało mu się poniekąd przelicytować twórcę Salome: wszystko w Hagith jest cięższe, masywniejsze, bardziej dysonansowe, bliższe estetyce ekspresjonizmu niż muzyka samego Straussa.

Z wiedeńskiej premiery nic nie wyszło. Premiera warszawska odbyła się dopiero w 1922 roku i nie porwała nikogo, mimo znakomitej obsady i mistrzowskiej batuty Emila Młynarskiego. Po wojnie Hagith doczekała się raptem trzech inscenizacji: w latach 60. w Bytomiu i Krakowie, oraz kilkanaście lat temu we Wrocławiu. Wielu melomanów ma niejasne pojęcie, że przed Rogerem jeszcze coś było, mało kto jednak słyszał tę jednoaktówkę na żywo.

Po wykonaniu Hagith w kościele św. Katarzyny. Fot. Anna Kaczmarz

Tymczasem na odrodzonym w pandemii Festiwalu Muzyki Polskiej zabrzmiała już po raz drugi (poprzednio w 2013 roku). I nie jest to bynajmniej zarzut: skoro Hagith nie wzbudza zainteresowania naszych teatrów operowych, trzeba wciąż o niej przypominać. Skoro życie koncertowe w Polsce zaczyna się powoli rozkręcać, warto wykorzystać entuzjazm publiczności i na dobry początek imprezy podsunąć jej dzieło nieoczywiste, trudne w odbiorze, a przecież niezbędne do pełnego zrozumienia drogi twórczej Szymanowskiego.

Bo mimo pewnych mankamentów to kawał porywającej muzyki – gęstej fakturalnie, silnie schromatyzowanej w przebiegach, pełnej bezlitośnie nawarstwiających się napięć harmonicznych. Wszystko to utrudnia wyważenie proporcji brzmieniowych, zwłaszcza w wykonaniu koncertowym, kiedy soliści muszą co rusz stawiać czoło potężnej, niczym nie ograniczonej masie dźwięku. W krakowskim kościele św. Katarzyny na ogół wyszli z tej próby zwycięsko, choć Chór i Orkiestra Filharmonii Śląskiej pod batutą Macieja Tworka nie dawali im chwili wytchnienia. W roli tytułowej Hagith bardzo przekonująco wypadła Joanna Zawartko, obdarzona sopranem ciemnym i mocnym, a jednak lirycznym w wyrazie, artystka pewna i niezawodna, doskonale współpracująca z pozostałymi muzykami. Niezwykły w barwie, chropawy tenor Wojciecha Parchema, idealnie dobrany do postaci Starego Króla, chwilami ginął w niższych odcinkach tej wyjątkowo niewdzięcznej partii: a szkoda, bo ilekroć Parchem przebijał się przez tutti w pewnie atakowanych górach, ciarki chodziły po krzyżu. Rewelacyjnie spisali się młodzi śpiewacy: Jakub Borgiel, dysponujący nieco zbyt jasnym do roli Arcykapłana, ale bardzo pewnie prowadzonym basem; imponujący potoczystością frazy i naturalną głębią urodziwego barytonu Patryk Wyborski (Lekarz) oraz Stanisław Napierała w partii Młodego Króla – operujący barwnym, świetnie ustawionym, prawdziwie lirycznym tenorem, z którego potrafi zrobić właściwy użytek w akcentowaniu stopniowej przemiany swojego bohatera.

Piotr Sałajczyk i Krzysztof Grzybowski w auli Collegium Novum. Fot. Anna Kaczmarz

Po ambitnej, odważnej i dobrze przyjętej inauguracji nastąpiły dwa wieczory doznań skromniejszych i bardziej intymnych, co bynajmniej nie oznacza, że mniej frapujących. Nazajutrz w auli Collegium Novum – niestety, tym razem przy znikomym udziale publiczności – wystąpili klarnecista Krzysztof Grzybowski, jedyny polski uczeń Sabine Meyer w Musikhochschule Lübeck, muzyk niezwykle wyczulony na barwę swego instrumentu, grający pięknym, okrągłym dźwiękiem, oraz wytrawny solista i kameralista Piotr Sałajczyk, który w ostatnich latach nagrał między innymi komplet dzieł fortepianowych Zarębskiego (z Marią Szwajgier-Kułakowską) oraz Kwintet Wajnberga (z Kwartetem Śląskim). Obydwaj przedstawili wysmakowany program złożony z utworów Wajnberga, Pendereckiego, Zarębskiego, Friemanna i Dobrzyńskiego, z których najbardziej zapadło mi w pamięć Duo As-dur op. 47 tego ostatniego: perełka romantycznego stylu brillant, zasłuchanego jeszcze w klasyczną przeszłość. Obfita i zróżnicowana spuścizna Dobrzyńskiego, rówieśnika Chopina, dopiero od niedawna wraca na estrady. Czy kiedykolwiek powróci na scenę – na czele z Monbarem, najprawdziwszą „polską operą francuską” – to już całkiem inna sprawa i pytanie, które zapewne nieprędko doczeka się odpowiedzi w kraju, gdzie nawet najbogatsze teatry operowe drastycznie ograniczają liczbę nowych przedsięwzięć, z uporem godnym lepszej sprawy trzymając się dzieł z żelaznego repertuaru.

Marcin Szelest w kościele Świętego Krzyża. Fot. Anna Kaczmarz

Równie skromny i pouczający okazał się sobotni koncert w kościele Świętego Krzyża. Marcin Szelest, organista świątyni, a zarazem wybitny ekspert w dziedzinie źródeł i edycji dawnej muzyki polskiej, zaprezentował utwory z tabulatury z Kroż na Żmudzi, w której zachowało się ponad 30 utworów cysterskiego zakonnika Adama z Wągrowca, stylistycznie przynależnych do przełomu renesansu i baroku, wyraźnie nacechowanych wpływami sztuki kontrapunktycznej Frescobaldiego. Wybór spośród tych kompozycji, uzupełniony zaczerpniętymi z tego samego zbioru dziełami twórców włoskich, zabrzmiał na instrumencie najstosowniejszym z możliwych: 18-głosowych organach z drugiej połowy XVII wieku, pieczołowicie zrekonstruowanych we współpracy z niemieckimi organmistrzami. Przyznam, że niemal równą radość czerpałam z celnych i stylowych wykonań, jak z kontemplacji niezwykle czystej i oryginalnej architektury wnętrza: pojedynczej nawy ze sklepieniem palmowym, wspartej na filarze symbolizującym Drzewo Życia.

Owoce z rajskiego drzewa miały zapewnić nieśmiertelność. Lutosławskiemu, który w latach 50. słał rozpaczliwe listy do ZAIKS-u, premiera i Prezydium Rady Narodowej, zależało tylko na tym, by mieć co do garnka włożyć, spokój do pracy i  sprawny telefon. Nagminnie lekceważony przez urzędników, żeby utrzymać rodzinę, przybrał drugą, pilnie strzeżoną tożsamość twórcy piosenek tanecznych. Do 1963 roku, pod pseudonimem Derwid, napisał ich w sumie trzydzieści sześć. Rena Rolska nie domyśliła się przez prawie dwadzieścia lat, kto jest autorem jej ukochanego slow-foksa Nie oczekuję dziś nikogo. Zdemaskowany kompozytor do końca życia nie pozwolił wznawiać swoich piosenek. Renesans popularności tych miniatur – zaskakująco trudnych, przywodzących czasem na myśl skojarzenia z twórczością ulubionych przez Lutosławskiego Francuzów – nastąpił dopiero w roku stulecia jego urodzin.

Janusz Wojtarowicz i Elżbieta Szmytka. Fot. Anna Kaczmarz

Nie spodziewałam się jednak, że kiedykolwiek usłyszę recital piosenek Derwida w wykonaniu Elżbiety Szmytki, z jakże trafnym w kontekście ich inspiracji towarzyszeniem akordeonu (Janusz Wojtarowicz), na legendarnej już scenie Teatru STU. Każdy występ Szmytki na FMP był dla mnie źródłem zachwytów i uniesień. Ten okazał się także wieczorem gwałtownych wzruszeń, powrotów do wspomnień, refleksji nad trwałością i przemijaniem. Nagle do mnie dotarło, że tekściarz od „nieba w pożarach, gdzie toń mórz złotoszara” to ten sam człowiek, który na zamówienie Teatru Wielkiego w Warszawie przetłumaczył (genialnie!) libretto Wagnerowskiego Tannhäusera. Nagle zobaczyłam, że wszystkim stają łzy w oczach, kiedy słyszą „a my milczymy, zanim dzień powróci znowu i zaboli”. Że wszystkim oczy się śmieją do warszawskiej dorożki „dla zakochanych i dla zawianych”. Głos Szmytki rozgrzewa się długo, ale kiedy już się rozpali, nie przestaje lśnić wewnętrznym światłem. Jej umiejętność nawiązywania kontaktu z publicznością nie ma sobie równych. Jej inteligencja, wrodzona subtelność i nieprawdopodobna wrażliwość na słowo wydobywają z każdej piosenki Derwida ukrytą w niej perłę, której – mam nadzieję – Lutosławski w zaświatach już się nie wstydzi. Szmytka zawsze wiedziała, co śpiewać, jak śpiewać i przed kim. Jeśli kiedyś na serio spyta „po co śpiewać piosenki?”, jej tajemne milczenie przyjmę z równym zachwytem, jak do tej pory jej śpiew.

Niezwykłe zakończenie pierwszego weekendu FMP. Kto będzie w te dni w Krakowie, niech się wybierze na drugi, do Manggha, auli Collegium Novum albo kościoła Franciszkanów. A nuż zostało jeszcze coś do odkrycia?

Trzy stadia geniuszu

Upiór jak to Upiór – przeżył bez szwanku wczorajszą nawałnicę w Krakowie i niedługo skreśli słów parę o tegorocznym, siedemnastym już Festiwalu Muzyki Polskiej. Tymczasem wróćmy do remanentów po niedawno minionym sezonie NOSPR. Koncert z udziałem pianisty Tymoteusza Biesa oraz zespołu Gospodarzy, nad którym z podium dyrygenckiego czuwał Jiří Rožeň, odbył się 20 grudnia ubiegłego roku bez udziału publiczności. Oto mój krótki esej, który także pojawił się tylko w sieci.

***

Alfred Einstein, autor legendarnej monografii Mozart. Sein Charakter, sein Werk, wyznał, że trudno mu sobie wyobrazić reakcję wiedeńskiej publiczności po pierwszym zetknięciu z Koncertem fortepianowym c-moll – utworem „mrocznym, tragicznym i pełnym namiętności”. Brytyjski muzykolog Arthur Hutchings bez namysłu ogłosił Koncert największym arcydziełem formy w dorobku Mozarta. Nie byli odosobnieni w swoich zachwytach. Beethoven sądził, że nie da się stworzyć nic lepszego, a jednak spróbował prześcignąć mistrza, pisząc swój III Koncert w tej samej tonacji i luźno nawiązując do Mozartowskiej kompozycji w pierwszym temacie. Brahms zdołał namówić Clarę Schumann, żeby włączyła Koncert c-moll do swojego repertuaru, i specjalnie dla niej napisał kadencję do początkowego Allegro.

Tymczasem Glenn Gould, który dokonał jednej z najbardziej natchnionych interpretacji tego utworu w dziejach fonografii, w 1968 roku objaśniał na jego przykładzie widzom pewnego programu edukacyjnego, że Mozart nie był „szczególnie dobrym” kompozytorem. Pianista porównał Koncert c-moll do biurowych okólników – wyzutych z treści, za to sprawnie skleconych komunałów, które po kolejnym zebraniu zarządu przestają kogokolwiek interesować i lądują w czeluściach segregatora. Gould uwielbiał prowokować i miał niebywałe poczucie humoru. Po tym obrazoburczym wstępie wdał się na ekranie w spór z samym sobą, tyle że pod postacią „słynnego brytyjskiego pedagoga”. Sir Humphrey Price-Davies wystąpił w obronie Mozartowskiego Koncertu z pozycji konserwatywnego nauczyciela, który nie potrafi wyjść poza opinie rozmaitych Einsteinów i Hutchingsów, w razie potrzeby powołując się na autorytet Brahmsa bądź Beethovena. Dyskusja między Gouldem w garniturze a Gouldem w tweedowej marynarce zajmuje blisko trzy kwadranse programu – jednego z najzabawniejszych, a zarazem najbardziej pouczających w dziejach telewizyjnej popularyzacji muzyki.

Glenn Gould – seria zdjęć z automatu

Bo prawda jest taka, że aby choć przelotnie dotknąć sedna tego niezwykłego utworu, trzeba podejść do niego z równie otwartą głową jak Glenn Gould. Mozart pisał go na przełomie lat 1785/86, ukończył zaś tuż przed premierą Wesela Figara – opery tak odmiennej pod względem nastroju, że zdaniem niektórych badaczy prace nad Koncertem c-moll były czymś w rodzaju wentyla bezpieczeństwa, dającego ujście skrajnie przeciwstawnym emocjom dojrzałego twórcy. Kompozytor od początku pisał Koncert z myślą o sobie jako pierwszym wykonawcy i zostawił partię solową nieukończoną, w pełni ufny w swój dar improwizacji. Partyturę rozdysponował na bardzo dużą orkiestrę– z udziałem smyczków, fletu, dwóch obojów, dwóch klarnetów, dwóch fagotów, dwóch rogów, dwóch puzonów i kotłów. Trzyczęściową strukturę oparł na dobitnych kontrastach: po wyjątkowo skomplikowanym i rozbudowanym Allegro następuje zdumiewająco proste, naiwne jak dziecięce marzenie Larghetto, poprzedzające burzliwe Alegretto pod postacią tematu z ośmioma brawurowymi wariacjami i zapierającym dech w piersiach finałem. Komponował w wyraźnym pośpiechu i napięciu, z błędami, które poprawiał już później, po kwietniowym prawykonaniu w wiedeńskim Burgtheater. Trudno orzec, co bardziej zdumiało pierwszych odbiorców tego arcydzieła: oszałamiająca biegłość Mozarta w żonglowaniu elementami jego uprzedniej twórczości, czy też odwaga i nowatorstwo w budowaniu z nich formy skończonej, doskonałej, niedoścignionej przez wielu następców. Mozart rozmawia w Koncercie sam ze sobą – co celnie uchwycił Gould, zarówno w swojej grze, jak i w pamiętnym programie telewizyjnym.

O ile Koncert c-moll niejako przypieczętowuje geniusz kompozytorski Mozarta, o tyle jedyna „prawdziwa” symfonia Smetany, w tonacji E-dur, zwana też „Uroczystą” albo „Tryumfalną”, dopiero ów geniusz zapowiada. Utwór powstał w roku 1854 – w prezencie ślubnym dla młodego Franciszka Józefa, który zakochał się z wzajemnością w swojej kuzynce Elżbiecie von Wittelsbach, zwanej Sissi, i po rozlicznych perypetiach natury formalnej połączył się z nią węzłem małżeńskim 24 kwietnia, w wiedeńskim kościele Augustianów. Cesarz nie przyjął jednak dedykacji i utwór na rok powędrował do szuflady. Prawykonanie odbyło się w Pradze, pod batutą kompozytora, i zakończyło się klapą – być może dlatego, że symfonia dopełniła program bardzo długiego koncertu i publiczność nie potrafiła już skupić na niej uwagi, co jednak bardziej prawdopodobne, słuchaczy rozsierdziły liczne odniesienia do hymnu austriackiego, wciąż niestosowne po krwawym stłumieniu powstania praskiego w 1848 roku. Względną popularność zyskało tylko leciutkie, mendelssohnowskie Scherzo, wolne od wszelkich podtekstów politycznych. Smetana zachował jednak sentyment do niefortunnego utworu i tak długo go poprawiał, aż doprowadził do powtórnego wykonania w Pradze, w roku 1882, na niespełna dwa lata przed śmiercią. Wyszło wtedy na jaw, że w pechowej symfonii kluły się już pomysły, które zajaśniały pełnym blaskiem dopiero w Sprzedanej narzeczonej i Mojej ojczyźnie.

Miloslav Kabeláč. Fot. z archiwum wydawnictwa Bärenreiter w Pradze

W tym samym mieście, które kiedyś tak bezceremonialnie obeszło się z Symfonią E-dur  Smetany, w 1908 roku przyszedł na świat Miloslav Kabeláč – zaliczany dziś w poczet najwybitniejszych czeskich symfoników i stawiany w jednym rzędzie z Antonínem Dvořákiem i Bohuslavem Martinů. Droga do światowego uznania jego twórczości była jednak długa i wyboista. Kabeláč studiował między innymi u Aloisa Háby, jednego z najoryginalniejszych czeskich kompozytorów XX wieku, który otworzył go na eksperymenty z mikrotonowością, tworzenie sztucznych skal i nietypowych struktur interwałowych. Karierę zaczął żmudnie budować tuż po wojnie, także jako dyrektor muzyczny państwowego radia. Z biegiem lat coraz śmielej wyglądał za Żelazną Kurtynę, torując drogę czeskiej awangardzie i muzyce elektroakustycznej. Przychylność władz i środowiska skończyła się w roku 1968, po inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację. Muzyka Kabeláča popadła w niełaskę, on sam zmarł jedenaście lat później.

Zmartwychwstanie nadeszło dopiero po upadku Muru Berlińskiego. Wybitnie indywidualny styl Kabeláča i pełen ekspresji, czasem wręcz brutalny język jego utworów zyskuje coraz szersze grono wielbicieli. IV Symfonia „Camerata” z 1958 roku, aczkolwiek jeszcze konwencjonalna w formie, oparta na klasycznym schemacie sonaty da chiesa, niesie już w sobie ten sam nastrój mrocznej tajemnicy, co późniejsza o dwanaście lat Ósma, opatrzona podtytułem Antyfony. Jeśli symfonię Smetany potraktować jako zapowiedź, a Koncert c-moll Mozarta jako konkluzję geniuszu – Czwartą Kabeláča należałoby uznać za przykład wyjątkowo długiej kulminacji.

Verklärt Tristan

“Not until the turn of the century did the outlines of the new world discovered in Tristan begin to take shape. Music reacted to it as a human body to an injected serum, which it at first strives to exclude as a poison, and only afterwards learns to accept as necessary and even wholesome,” wrote Paul Hindemith in 1937 in the first volume of his textbook The Craft of Musical Composition (trans. Arthur Mendel). A sea of ink has already been used to describe the novelty of Wagner’s masterpiece – suffice it to say that the prelude to Act I stunned no less a figure than Hector Berlioz. Yet whenever the word intimacy is mentioned with reference to the work, some cannot help rolling their eyes. Everything seems to suggest they are right: large forces needed to perform the piece, the longest love duet in the history of the genre or the dying protagonist’s monologue that last half of Act III.  However, the essence is not in the size but in the violent accumulation of emotions – in what is the most profound and the most intense and thus the most strongly linked to the experience of true closeness. Over the last few seasons there have been several significant attempts to turn Tristan into a chamber piece, at least in its interpretative dimension: by lightening up the orchestral textures and encouraging the singers to make their characters psychologically credible. Musicians’ efforts were not always matched by those of the directors wavering between asceticism in their staging and the temptation to heap upon it a whole range of unjustified symbols and references.

Günther Groissböck’s directorial debut announced before the pandemic piqued my curiosity even more so given the fact that by definition, as it were, it excluded an “excessive” approach to Tristan und Isolde. The venture – laudably and honestly termed Tristan Experiment – was planned in the tiny interior of Vienna’s Kammeroper operating under the auspices of the Theater an der Wien. The same theatre where Krystian Lada staged Vivaldi’s Bajazet last year, shortly before another closure of most European opera houses. Its stage is the size of a narrow platform in a cinema, the auditorium has fewer than three hundred seats and the orchestra pit can accommodate more or less one-fourth of the forces intended by Wagner.

I arrived in Vienna after the premiere, having already heard that Matthias Wegele had devised a chamber version of Tristan for just 21 musicians and that in Groissböck’s concept the eponymous protagonists were taking part in a mysterious experiment – medical? psychiatric? – which took a turn quite unexpected by its supervisors and participants. I became truly intrigued by the former: I had already encountered examples of remarkably successful reductions of Wagnerian scores and begun to pursue them as valuable in themselves. I decided to see the director’s vision with an open mind. It is one thing to have the French straitjacketing characters from Russian operas and another to have an Austrian tinkering with an opera born of Schopenhauerian pessimism and staging it in a city where Doctor Leopold von Auenbrugger treated mental disorders with orally administered camphor, Freud gorged himself on cocaine for the purpose of research and the Am Steinhof hospital became an official centre of extermination of people with disabilities during the Second World War. I expected an unconventional approach from Groissböck and I was not disappointed.

Kristiane Kaiser (Isolde) and Norbert Ernst (Tristan). Photo: Herwig Prammer

It is hard to say whether Tristan and Isolde in this version are two patients who have no recollection of their past relationship, or a couple of complete strangers in whom the staff of an experimental hospital are trying to induce passion and test its limits. It is not that important anyway: what does matter is the fact that the three researchers drive the protagonists into a state of hallucination mixed with ecstasy, revive genuine or fake memories of their love, make them identify with Wagner and Mathilde Wesendonck and then lose control over them. The biggest asset of the staging is a precise distinction between the two worlds: the hospital flooded by merciless light, and the swaying “night of love”, at times blurry like a phantom, from which emerge again and again the interiors and building of the Wesendoncks’ villa in Zurich. Inconspicuous and vulnerable in their hospital gowns, Tristan and Isolde regain their dignity and sense of purpose as Mathilde and Richard. The trio of experimenters manipulating them reveal the less obvious traits of the remaining protagonists: “Doctor” Marke’s frustration that the patient fails to fulfil his research expectations; the false friendship of the character in the double role of Kurwenal and Melot; Brangäne’s naive stupidity.

The performance is a treat for the eyes thanks to the set built practically without props, but primarily with light and image (sets and costumes – Stefanie Seitz, video – Philipp Batereau, lighting design – Franz Tscheck). The theatrical gesture still needs some polishing, especially in the case of Brangäne and Kurwenal/Melot, portrayed by singers less used to the stage and, consequently, less comfortable in the microscopic Kammeroper. But before I discuss the vocal part of the venture, I would like to dwell for a moment on Wegele’s phenomenal orchestration and the cuts he made together with Groissböck.

Kristján Jóhannesson (Kurwenal) and Norbert Ernst. Photo: Herwig Prammer

Wegele did not limit himself to mechanically reducing the orchestral forces. He cut the string quintet in unevenly, leaving three instruments in the first violins, violas and cellos, two in the second violins and one double bass. He left out the percussion, harp and tuba, entrusted all wind parts to single instruments, and complemented the bass in the orchestra with the accordion, practically unrecognisable to the untrained ear. Thus he built many textures from scratch, as it were, achieving very convincing sound effects (the harp replaced by the flute and string pizzicato). Consequently, he was able to bring out from the score what can be heard in it anyway, but what often is missed by the listener: a spectral harbinger of Mahler’s symphonies, Schönberg’s Verklärte Nacht and Zemlinsky’s rough harmonies. Some cuts in the score were questionable, however: while a smooth transition from the love potion scene to the great duet made it possible to quite convincingly link the two acts in the first part of the performance, the fact that the group scene towards the end of Act III was retained was surprising – the logic of such dramaturgy would suggest just as smooth transition from Tristan’s death to Isolde’s final monologue.

Kristiane Kaiser, Günther Groissböck (King Marke), Juliette Mars (Brangäne), Kristján Jóhannesson and Norbert Ernst. Photo: Herwig Prammer

Yet these are only quibbles, which I had to mention given the surprisingly high musical quality of the whole. Despite the reduced line-up the sound of the Wiener KammerOrchester conducted by Hartmut Keil was rounded and vivid, not for a moment suggesting that we were dealing with an “economical” version of Tristan. The title roles were entrusted to two singers with a lot of experience but not usually associated with the great Wagnerian repertoire: Kristiane Kaiser, a long-time soloist with the Volksoper Wien, an artist with a soft soprano with a lovely colour, though at times insufficiently ringing in the middle register, which suggests that she might not be able to cope with the part on a bigger stage; and Norbert Ernst, an excellent singer from Vienna. I hope with all my heart that directors of opera houses will stop pigeonholing him as a “character tenor” and make more courageous casting decisions with him in mind. He may not be a Heldentenor with the makings of a Tannhäuser, but he is certainly an extremely musical singer, with a great sense of text and rhythm of the phrase, and a ringing, thick, technically-assured voice. I hope that his Tokyo debut as Walther in Die Meistersinger will take place and will be a complete success. Groissböck was in a class of his own – also acting-wise – as the wounded King Marke: at times he just had to be careful not to blast out the tiny stage at Fleischmarkt with his powerful bass. Juliette Mars (Brangäne) was excellent as a character but slightly disappointing as a singer: her sharp, not very even mezzo-soprano sounded brighter at times than Isolde’s singing. Let us hope that Kristján Jóhannesson (Kurwenal/Melot) will soon dazzle us not only with the volume of his beautiful baritone, but also with his ability to vividly portray his characters.

I left Kammeroper, feeling that no harm had been done to Wagner. May there will be more such experiments. They may turn beneficial to the health of opera – still deep in the pandemic-induced crisis and crying over the times that will never be back.

Translated by: Anna Kijak

Tristan przemieniony

„Kontury świata odkrytego w Tristanie zaczęły nabierać kształtów dopiero na przełomie wieków. Muzyka zareagowała nań jak na wstrzykniętą surowicę, której organizm wpierw próbuje się pozbyć jak trucizny, z czasem wszakże uznaje ją za niezbędną, a nawet korzystną dla zdrowia”, pisał w 1937 roku Paul Hindemith, w pierwszym tomie swego podręcznika Unterweisung im Tonsatz. O nowatorstwie Wagnerowskiego arcydzieła wylano już morze inkaustu – wystarczy przypomnieć, że preludium do I aktu wprawiło w osłupienie samego Berlioza. Ilekroć jednak napomknąć o intymności tego utworu, niektórzy pukają się w czoło. Z pozoru wszystko jej przeczy: rozbudowany aparat wykonawczy, najdłuższy w dziejach formy duet miłosny, ciągnący się przez pół aktu przedśmiertny monolog głównego bohatera. Nie w rozmiarach jednak tkwi sedno, lecz w gwałtownym spiętrzeniu emocji – w tym, co najgłębsze i najbardziej intensywne, a przez to ściśle powiązane z doświadczeniem prawdziwej bliskości. W minionych sezonach podjęto kilka znamiennych prób skameralizowania Tristana, przynajmniej w wymiarze interpretacyjnym: rozświetlając faktury w orkiestrze, nakłaniając śpiewaków do psychologicznego uwiarygodnienia swoich postaci. Wysiłkom muzyków nie zawsze towarzyszyły starania realizatorów, miotających się między ascezą inscenizacji a pokusą obładowania jej mnóstwem nieuprawnionych symboli i odniesień.

Anonsowany jeszcze przed pandemią debiut reżyserski Günthera Groissböcka zaciekawił mnie tym bardziej, że niejako siłą rzeczy wykluczał „nadmiarowe” podejście do Tristana i Izoldy. Przedsięwzięcie – chwalebnie, bo uczciwie zatytułowane Tristan Experiment – zaplanowano w maleńkim wnętrzu wiedeńskiej Kammeroper, działającej pod auspicjami Theater an der Wien. Tej samej, gdzie Krystian Lada wystawił Bajazeta Vivaldiego, o czym pisałam w ubiegłym roku, niedługo przed ponownym zamknięciem większości europejskich teatrów operowych. Tamtejsza scena ma rozmiar podestu w sali kinowej, widownia mieści niespełna trzysta osób, w kanale orkiestrowym da się upchnąć mniej więcej jedną czwartą obsady przewidzianej przez Wagnera.

Dotarłam do Wiednia po premierze i doszły mnie już słuchy, że Matthias Wegele opracował wersję kameralną Tristana na zaledwie 21 instrumentów, a w koncepcji Groissböcka tytułowi bohaterowie biorą udział w tajemniczym eksperymencie – medycznym? psychiatrycznym? – który przybiera obrót zgoła niespodziewany dla jego nadzorców i uczestników. To pierwsze szczerze mnie zaintrygowało: miałam do czynienia z przykładami nadzwyczaj udanych redukcji partytur Wagnerowskich i zaczęłam je tropić jako wartość samą w sobie. Wizję reżyserską postanowiłam przyjąć z otwartą głową. Co innego Francuzi pakujący w kaftany bezpieczeństwa postaci z oper rosyjskich, co innego Austriak dłubiący przy operze narodzonej z ducha Schopenhauerowskiego pesymizmu i wystawiający ją w mieście, gdzie doktor Leopold von Auenbruger leczył zaburzenia psychiczne doustnym podawaniem kamfory, Freud w celach badawczych raczył się kokainą, a szpital Am Steinhof w czasie II wojny światowej stał się oficjalnym ośrodkiem eksterminacji osób niepełnosprawnych. Spodziewałam się po Groissböcku nieszablonowego ujęcia tematu i poniekąd się nie zawiodłam.

Kristiane Kaiser (Izolda) i Norbert Ernst (Tristan). Fot. Herwig Prammer

Trudno powiedzieć, czy Tristan i Izolda w tej wersji są dwojgiem pacjentów, którzy utracili pamięć o niegdysiejszym związku, czy też parą zupełnie obcych ludzi, w których personel eksperymentalnej kliniki próbuje sztucznie wzbudzić namiętność i przetestować jej granice. Nie jest to zresztą aż tak istotne: ważne, że troje badaczy wpędza protagonistów w stan z pogranicza halucynacji i ekstazy, ożywia prawdziwe bądź zmyślone wspomnienia łączącego ich uczucia, doprowadza oboje do utożsamienia się z Wagnerem i Matyldą Wesendonck, po czym traci nad nimi kontrolę. Największym atutem inscenizacji jest precyzyjne rozgraniczenie obydwu światów: zalanej bezlitosnym światłem kliniki i rozkołysanej, czasem nieostrej jak majak „nocy miłości”, z której co rusz wyłaniają się wnętrza i bryła willi Wesendoncków w Zurychu. Tristan i Izolda – niepozorni i bezradni w szpitalnych ubraniach – pod postaciami Matyldy i Ryszarda odzyskują godność i poczucie celu. Trio manipulujących nimi eksperymentatorów odsłania mniej oczywiste oblicza pozostałych Wagnerowskich bohaterów: frustrację „doktora” Marke, że pacjent nie spełnia jego oczekiwań badawczych; fałszywą przyjaźń postaci w podwójnej roli Kurwenala i Melota; naiwną głupotę Brangeny.

Spektakl cieszy oko scenerią zbudowaną właściwie bez rekwizytów, przede wszystkim światłem i obrazem (dekoracje i kostiumy – Stefanie Seitz, projekcje wideo – Philipp Batereau, reżyseria świateł – Franz Tscheck). Gest teatralny wymaga jeszcze dopracowania, zwłaszcza w przypadku Brangeny i Kurwenala/Melota, w których wcielili się śpiewacy mniej otrzaskani ze sceną, a co za tym idzie, gorzej radzący sobie w realiach mikroskopijnej Kammeroper. Zanim jednak przejdę do omówienia strony wokalnej przedsięwzięcia, zatrzymam się na chwilę nad zjawiskową orkiestracją Wegelego i poczynionymi wspólnie z Groissböckiem skrótami w utworze.

Kristiane Kaiser, Günther Groissböck (Król Marke) i Juliette Mars (Brangena). Fot. Herwig Prammer

Wegele nie ograniczył się do mechanicznej redukcji zespołu. Kwintet smyczkowy w orkiestrze okroił nierównomiernie, zostawiając po trzy instrumenty w pierwszych skrzypcach, altówkach i wiolonczelach, dwa w drugich skrzypcach i jeden kontrabas. Zrezygnował z perkusji, harfy i tuby, wszystkie instrumenty dęte „wystawił” w pojedynczej obsadzie, podstawę basową w orkiestrze uzupełnił praktycznie nierozpoznawalnym dla niewprawnego ucha akordeonem. Wiele faktur budował tym samym niejako od nowa, z bardzo przekonującym skutkiem brzmieniowym (harfa zastąpiona fletem i pizzicato smyczków). W konsekwencji tym dobitnej wydobył z partytury to, co i przecież i tak w niej słychać, a co często umyka uwagi odbiorcy: widmową zapowiedź symfonii Mahlera, Verklärte Nacht Schönberga, szorstkich harmonii Zemlinsky’ego. Wątpliwości wzbudzają jednak niektóre decyzje o cięciach w partyturze: o ile płynne przejście od sceny z napojem miłosnym do wielkiego duetu pozwoliło na dość przekonujące scalenie dwóch aktów w pierwszej części spektaklu, o tyle dziwi zachowanie sceny zbiorowej pod koniec aktu III – logika tak zakrojonej dramaturgii sugerowałaby równie płynne połączenie śmierci Tristana z finałowym monologiem Izoldy.

Kristiane Kaiser i Norbert Ernst. Fot. Herwig Prammer

To jednak drobiazgi, o których musiałam wspomnieć, zważywszy na zaskakująco wysoki poziom muzyczny całości. Wiener KammerOrchester pod batutą Hartmuta Keila – mimo skąpego składu – brzmiała okrągło i soczyście, ani przez chwilę nie dając wrażenia, że mamy do czynienia z „oszczędnościową” wersją Tristana. W rolach tytułowych wystąpiło dwoje śpiewaków bardzo doświadczonych, choć do tej pory niekojarzonych z wielkim repertuarem Wagnerowskim: Kristiane Kaiser, długoletnia solistka Volksoper Wien, obdarzona sopranem miękkim i ładnym w barwie, chwilami jednak niedostatecznie dźwięcznym w średnicy, co rodzi obawy, że mogłaby sobie nie poradzić z tą partią na większej scenie; oraz znakomity wiedeńczyk Norbert Ernst, któremu z kolei życzę z całego serca, by dyrektorzy teatrów przestali wpychać go w szufladkę z napisem „tenor charakterystyczny” i podjęli kilka odważniejszych decyzji obsadowych z jego udziałem. Nie jest to może Heldentenor z zadatkami na Tannhäusera, ale z pewnością śpiewak niesłychanie muzykalny, doskonale czujący tekst i rytm frazy, dysponujący dźwięcznym, gęstym, świetnie prowadzonym głosem. Mam nadzieję, że jego tokijski debiut w roli Walthera w Śpiewakach norymberskich dojdzie do skutku i zakończy się pełnym sukcesem. Klasę samą dla siebie – także aktorską – pokazał Groissböck jako zraniony do żywego Król Marke: chwilami tylko musiał się pilnować, żeby swym potężnym basem nie rozsadzić tyciej sceny przy Fleischmarkt. Świetna postaciowo Juliette Mars (Brangena) trochę zawiodła pod względem wokalnym: jej ostry, niezbyt wyrównany mezzosopran chwilami brzmiał jaśniej niż śpiew Izoldy. Miejmy nadzieję, że Kristján Jóhannesson (Kurwenal/Melot) olśni nas wkrótce nie tylko wolumenem pięknego barytonu, ale też umiejętnością wyrazistego rysowania postaci.

Wyszłam z Kammeroper w poczuciu, że Wagnerowi nie stała się żadna krzywda. Oby więcej takich eksperymentów. Mogą okazać się korzystne dla zdrowia opery – wciąż pogrążonej w pandemicznym kryzysie i płaczącej po czasach, które już nie wrócą.

A Lullaby for Mother

For a bunch of scamps kicking each other in the ankles and pulling girls by their pigtails in our primary school, the war was an event as distant as the mission of the Polish Military Contingent in Afghanistan or Adam Małysz’s successes at the Salt Lake City Olympics will one day be for Poles born during the pandemic. The post-war rubble still lying around was brilliant for playing Indians, the sight of war invalids and thirty-year-olds with bodies twisted by rickets was not much of a surprise to anyone and our grandparents preferred to tell us about the good old days before the war. Our teachers and all kind of educators were left to make sure we would not forget what we could not remember anyway. We were fed Cold War propaganda of the “never again” variety each and every step of the way. Every month a grim-looking soldier visited our classroom, showing us horrible slides and instructing us what to do in case of an air raid, explosion of an atom bomb or biological attack.  A textbook nuclear shelter was to be found in the school cellar. During Polish lessons we were tormented with stories of child protagonists all being killed by the Gestapo or dying of exhaustion or various diseases in camps. But there was no mention of the Shoah: I still remember the shame, when the headmaster summoned my parents for a serious talk, because as a first-former I had drawn a night sky with six-pointed stars.

I understood everything later. Yet I remained with the belief that during the war, epidemic and famine the world froze as if in a blurred black and white photograph. I was an adult when I ended up in several zones of contemporary conflicts. I realised that even there people were still able to laugh, love, mate and make feasts out of nothing. And that in the past, too, life went back to relative normal in moments of respite from the greatest horrors. This discovery, fairly recent, has helped me survive the current pandemic crisis fairly well. We simply need to find a balance between public safety and relative comfort of our daily functioning. But I could not fathom out one thing: how to raise a newborn child in such a situation? How to muster so much calm, cheerfulness and love to help it begin life without being marked by trauma and yet wiser thanks to the experience of the crisis, brave, resourceful and at the same time sensitive and empathic?

Little Ezra was born before the pandemic. His mother, the Dutch soprano Channa Malkin, had already made her operatic debut as Barbarina in Mozart’s Marriage of Figaro (when she was not yet seventeen) and had appeared in an impressive number of concerts, singing a wide-ranging repertoire, from Baroque music to traditional Sephardic songs. Her name also appeared in the programme of the 100th anniversary Handel Festival in Göttingen, which was to have been one of the highlights of my previous season as a reviewer. The singer contacted me in February 2020 through a mutual acquaintance from Amsterdam: she asked me to help her find the score of a song cycle with music by Mieczysław Weinberg and words by the Chilean poet Gabriela Mistral.

Channa Malkin. Photo: Brendon Heinst

I became intrigued. I did not know the songs. Fairly soon I managed to find out that their opus number was 110 and that they had been written in the year of the coup, when power in Chile, following Allende’s suicide, was seized by a military junta headed by General Pinochet. The songs are missing from the list of Weinberg’s compositions on the website of the Polish Music Information Centre. There is an inexplicable gap between two operas from 1972 and 1975, marked op. 109 and 111 respectively. As I continued to search, I came across contact data of a translator representing an independent music publisher in Hamburg, which had published facsimiles of several dozen of Weinberg’s manuscripts, including the songs to Mistral’s poems. I gave Channa Malkin the addresses and phone numbers, offering to help her further, if the contact data proved useless.

Three weeks later Europe became the epicentre of the pandemic. Public life and the economy froze. One by one cultural institutions cancelled events planned not only for the second half of the season, but also for the following years. I did not go to Göttingen. I did not meet Channa Malkin and did not hear her sing live. Sometimes I would think back to our online conversation, though I did not expect that Malkin’s fascination with Weinberg’s forgotten song cycle would stand the test of time. I was wrong. The next message from the singer came over one year later, in early April. It turned out I had sent her to the right address. Malkin got her hands on the score of the piece she had come across accidently, browsing through the internet during one of her sleepless nights with Ezra, then a year and a half old. What’s more, she spent the months of pandemic isolation preparing a recording featuring compositions by other authors as well. She made the recording with two friends: Artem Belogurov, a pianist and virtuoso of period keyboard instruments, and the cellist Maya Fridman. Malkin promised to send me the recording as soon as it was released.

The CD arrived in late May. Beautifully published, recorded at the Philharmonie Haarlem, in an ultramodern format, Digital eXtreme Definition, for a small label, TRPTK from Utrecht. First, I began to listen: to subtle, emotionally nuanced interpretations highlighting not only the content, but also purely musical assets of the compositions. I became enraptured with Malkin’s light, translucent, technically immaculate soprano, and the attentive, supportive accompaniment of her instrumentalists. Only then did I pay attention to the overall concept of the album. It was like an illumination.

Channa Malkin has called her recording This is not a lullaby. She has dedicated it to her son, but decided to go beyond the common pattern of lulling a child to sleep. Using the pieces included in the recording, she has created a multi-layered, unlikely tale of the experience of childhood and parenthood told by poets not all of whom had children, by composers who put memory, trauma, illness, remorse, motherhood and fatherhood – presented in a broader perspective of human existence on earth – into sound.

Mieczysław Weinberg. Photo: Tommy Persson

Weinberg’s cycle is based on pieces by the Chilean poet from her 1924 collection Tenderness. Gabriela Mistral (1889–1957) was born Lucila Godoy Alcayaga, in the Andean town of Vicuña, in a mixed Indian-Spanish-Basque family. Her father was a teacher as well as an itinerant pallador, a vagrant poet cobbling together verses to mark traditional folk festivities. He left his women for good before Lucila turned three. From that moment the girl was brought up with her stepsister, older by almost a generation, slogging mother, and grandmother seeking solace in religion and feeding her magical local tales and verses from the Psalms of David. At the age of fifteen Lucila decided to become a teacher – following in the footsteps of her absent father and perhaps excessively present sister Emilia. Despite lacking the right qualifications, she began to work as an assistant teacher in Compañia Baja, on the outskirts of La Serena. Soon, in 1904, she made her debut as a poet in the local paper El Coquimbo. Two years later she published in it an article devoted to the painful limitations in the education of Chilean women. She was not yet twenty, when her life broke in two and took a different course or rather courses. First came a tragedy which destroyed her hopes for a happy relationship and motherhood – this was the course of the poet’s first love for the railway woker Romelio Ureta, who committed suicide two years after their engagement, and then of another, just as fatal attraction to a writer friend of hers.  The other course led Gabriela Mistral – who coined her pseudonym using the names of her two favourite poets, Gabriele D’Annunzio and Frédéric Mistral – to absolute heights in education, backstage of great politics and in 1945 to the Nobel Prize award ceremony: she won the prize for “her lyric poetry which, inspired by powerful emotions, has made her name a symbol of the idealistic aspirations of the entire Latin American world”. Mistral was the fifth woman to win the Swedish Academy’s literature prize and is still the only female laureate from Latin America.

I keep hearing in my mind the last lines from her poem “We were all to be queens”, which in Doris Dana’s English translation reads as follows: “And our four kingdoms, we said, so vast and great would be, that as certain as the Koran they would all reach the sea.” Gabriela Mistral certainly reached the sea of a barren mother fighting for the welfare of offspring that were not her own: a magical mother finding fulfilment in writing, concerned about the misery of children born of incestuous relationships, abandoned by their fathers, sent by their mothers to brothels, unwanted, living under the shadow of violence, addiction and omnipresent corruption.

Gabriela Mistral. Photo: La Tercera

Weinberg dedicated these sorrowful songs to his daughter Anna. Remembering the experiences of his parents, who after the Kishinev pogrom of 1903 – in which, according to the official tsarist figures, 49 Jews were killed, over 500 were wounded, 700 houses and 600 shops were plundered – decided to move to Warsaw. Remembering his own experiences from 1939, when as the only member of his family he escaped to the East and survived – his father Samuel, mother Sonia and sister Estera stayed in Poland. Having been interned in the Litzmannstadt Ghetto, they ended up in the Trawniki concentration camp near Lublin.  They were killed in the infamous Operation Harvest carried out on 3 November 1943 on Himmler’s orders. Channa Malkin was born in somewhat better times, in the family of a Jewish violinist born in the Soviet Tbilisi, who decided to emigrate to Israel when he was studying in Moscow. In Tel Aviv he met his future wife; their joined decision to spent their student gap year in Holland had an impact on their entire life together. They settled in Amsterdam. Josef Malkin worked for over twenty-five years in the legendary Concertgebouw orchestra. He also tried his hand – quite successfully – at composing. Channa Malkin selected five of her father’s songs to Russian lyrics, beginning with a teasing letter of a five-year-old to his mother by Ilya Selvinsky, a Jewish modernist from Simferopol, Crimean, and ending with heartbreaking poems by Boris Rhyzy, a tragic representative of the “lost generation”, people who grew up during the breakup of the Soviet Union, tried to start families, had children and then hanged themselves, drunk, in their own flats.

The album closes with six songs by John Tavener to Anna Akhmatova’s poetry. In an extensive, beautifully written introduction Channa Malkin deftly anticipates questions about what these songs have to do with motherhood. Well, not much, admits the singer. But they do have a lot to do with mothers – looking for an inspiration other than the role imposed on them by love and biology, understanding all too well that their children will one day call them to account not only for their parental care and affection, but also for their lesson in humanity.

There are no benefits in forgetting. There are no benefits in denial, which irrevocably separates consciousness from feelings, from memories, even traumatic ones, from living impulses and desires for the future. The ability to confront pain, to work through pain is an art which we should practice ourselves and instil in our newborn children, especially at a time of crisis. Little Ezra has recently celebrated his second birthday. Little Ezra probably already understands the last verse of Akhmatova’s Lullaby. “Trouble’s coming, trouble’s staying, trouble’s never wane.” But perhaps Ezra will stand up to trouble when he’s grown up. His mother hasn’t told him to close his eyes. She has given him courage to open them to all miseries of the world.

Translated by: Anna Kijak

Link to the source:
https://www.tygodnikpowszechny.pl/kolysanka-dla-matki-168096

Furor Musicus

The day before yesterday, on the 24th of June: Projekt Krynicki. One poet, four of his poems, three composers and three world premieres of their works commissioned by the Malta Festival Poznań. While the music was still hatching, I wrote an essay for the programme book: about inspiration, writer’s block and other assorted joys and challenges of creativity.

***

It is not easy to be a poet. Let alone a composer. Especially today, when it is increasingly difficult (also for health-related and geopolitical reasons) to lean on Juda’s Cliff and look with concentration on battling waves. For the waves, as if out of spite, like to crash against the impotence plaguing artists who still shy away from being called artisans and are desperately seeking inspiration. It seems easier to find it in poetry, but one needs to be careful not to fall into one of the types of madness described by Plato and not to ride roughshod over the rules which still seem essential in the clever art of composing. Plato himself was quite a talented poet, and that is why his contemporaries were amazed by the vehemence with which he belittled poetry and, in a broader perspective, all manifestations of “mechanical” art, which included music, according to the ancient Greeks. In his famous dialogue Socrates tells the beautiful boy Phaedrus that “he who, having no touch of the Muses’ madness in his soul, comes to the door of poetry and thinks that he will get into the temple by the help of art” creates works born of reason, which are no match for the oeuvres of madmen seized by the furor divinus, oblivious to or even unaware of the existence of any rules governing poetry and the art of arranging sounds into cogent systems. Not to mention rules which must be observed by individuals shaping the civic community, Plato’s ideal state. It is better to stay away from those “inspired” men, at least in public life. This was incomprehensible to the Greeks, and, over two thousand years later, was the source of bitter lamentations of the Romantics, who cried over the fate of nymphs driven out of trees and springs by cold science and heartless philosophy.

It would seem that the era of bards is long behind us, that it is enough to commission a poet to write a specific number of pages of epigrams arranged in quatrains, and pay a flat rate for them a month after delivery of the work, and to sign a contract with a composer for a specific piece to be performed by a line-up available in the circumstances defined in the contract and when it comes to copyright on further performances – to come to some agreement later. Yet I know, also from my own experience, that some people get paralysed by the Rule of the Order of St. Deadline, while others – by Plato’s promise that an artist’s soul, provided it follows divine inspiration, has a chance to see something of the world of truth, and if it is consistent enough, it will not suffer as a result, even when it fails to meet all the deadlines. Pietro Aretino, the “the Scourge of Princes”, a lascivious bard praising the erotic life of courtesans, was no believer in the torments of creative work. He claimed that art required only an “inspiration, an inkwell, a quill and a clean sheet of paper”. Flaubert saw this differently, sitting for days on end with his head in his hands and trying to squeeze a word or two from his sluggish mind.

Ryszard Krynicki. Photo: Maciej Zakrzewski / foto-teatr.pl

Sometimes it might seem that artists are suffering not from a lack but excess of inspiration. A composer reads a poem, picks out the noun “cat”, an image of a city or a notion of truth, and no longer knows how to stop his racing thoughts, what image or memory to use to spin a musical idea. One artist will be inspired by someone else’s or their own work from the past. Another will stare at an object that will bring to mind a poem and will combine the two inspirations. Yet another will get down to work after a long walk in the wilderness. There are those who will not compose a single bar without first discussing the matter with friends or colleagues. Others, when reading poetry, will see a completely different work of art. Some artists will link a poem to an anecdote, others will discover in it an element of their own biography. When writing down their music on a piece of paper or computer screen, composers are guided by a variety of emotions: they want to be amazed by their talent, to dig up some truth about the world, to repress a trauma or to coldly calculate what musical message will be the easiest for the audience to get and to be applauded.

Among them we will find meticulous maximalists as well as individuals to whom everything comes easy. The Rite of Spring apparently came to Stravinsky in his sleep: it sprang into being just like that, gathered in his head as if in a vessel and then flowed on its own. Mahler, who retreated to his hut on the shore of the Wörthersee in Carinthia in order to introduce the necessary corrections into the orchestration of his Symphony No. 8, decided, in a sudden surge of inspiration, to focus on a new piece, beginning it with the ninth-century hymn “Veni Creator Spiritus”. The initial idea to create a fairly traditional four-movement symphony quickly gave way to a concept of a work “so peculiar in its content and form that it is simply beyond description”. Three successive movements of the Symphony of a Thousand merged into a powerful, separate part based on the last scene of Faust. It would be naive to think that Mahler found his inspiration only in the Carolingian hymn and the finale of Goethe’s masterpiece.

Composers are generally reluctant to talk about their unborn musical children. Critics are not eager to write about works that are yet to acquire a sound form, to settle in their context, to be heard in a higher number of performances. My profession, too, is a variety of the mechanical techne, a reproductive craft which cannot exist without a work. But that work cannot do without inspiration either, inspiration drawn from sometimes surprising sources and associations. As I was writing this piece, there loomed over it the spectre of Bohumil Hrabal, who in Pirouettes on a Postage Stamp, a compilation of interviews with László Szigeti, said: “It’s always been my impression that ordinary people live much more intensely: people who keep rabbits, people who know how to hoe their own potatoes, go to their local, people who live quite ordinary lives; these folk get much more out of life than intellectuals. In other words, even in writing it’s been my endeavour to suppress the intellectual overlay. (…) an intellectual merely knows things, whereas the common man has experienced them profoundly, and experience, that’s the point from which I sail off on my voyage.” (Pirouettes on a Postage Stamp, p. 67, translation by David Short).

Photo: Maciej Zakrzewski / foto-teatr.pl

Before I began to write about music, I had experienced something very strange. During one of my first visits to Prague I walked into the U Zlatého Tygra inn and, looking for a seat, I ended up in a room at the back of the establishment. And there, at a long table, with his arms folded across his chest, sat Hrabal, silent. That day he was clearly in no mood for a conversation with any of the regulars. All other chairs had their backs leaning on the tabletop with two legs hanging in the air. The heartbreaking sadness of this scene, which for some reason I remember in black and white, will stay with me for the rest of my life. The rhythmic order of this composition just as inexplicably influenced my decision to become a music critic. Why did I remember this now? How should I know? Perhaps it’s because of Hrabal’s cats, God’s finest creatures, or perhaps it’s because no one believed my story and I had to ask myself: what is truth?

I read in the stage directions to Paweł Szymański’s sketch Two Poems by Ryszard Krynicki that “on the stage, close to its edge, equally distanced from the left and right, stands a rocking chair, facing the audience. Enters the Cat followed by two Mice. The Cat sits in the chair, assuming a comfortable and casual pose”. I delve into the score and I know that once again Szymański, who has never had any illusions about the reception of his work, will be right. “Someone might respond to my music in a way that is completely different from what I intended, in a way that may even be unthinkable to me, and yet be aesthetically satisfying,” he confessed in one of his rare interviews, which he avoids like the plague. During my first (failed) attempt to contact him professionally, some thirty years ago, I panicked and threw down the receiver, having heard a message on the answering machine: “This is an automatic speech identification system. Please leave a sample of your voice”.

As I read in the score of Aleksander Nowak’s Symphony No. 1 “Truth?”, “singing in the violins should be done by all performers, with their natural voices, in any octave they find the most comfortable”. I delve even deeper and I am no longer surprised that Andrzej Chłopecki has found traces of compositional “life writing”, so beloved by Hrabal, already in Nowak’s first pieces; that Nowak weaves seemingly banal elements of everyday life into the universal fabric of human existence; that he is peculiarly sensitive to the word; that what makes his music extraordinary are not only surprising harmonic textures, but also functions of the various voices in the score.

I read nothing in the case of Paweł Mykietyn, who, as usual, introduces an element of tension and does not reveal his sound installation ideas until the very last moment. I can only guess that the source of his inspiration is again a town where I and Mykietyn spent a substantial part of our lives, though not at the same time. A town where no one could shingle a roof as deftly as a certain bearded man with a leg in an orthopaedic boot who dried some strange herbs on his balcony. And in front of the shoe shop on the ground floor of the same tenement house, year after year, there were stalls where you could buy green poppy heads and unripe hazelnuts. A sleepy town which came alive only on market days, when dozens of carts driven by skinny jades would arrive in the market square. A town of regulars who were not enamoured of holidaymakers: they had their own enclaves, ate at the locals’ and sometimes went to buy fresh bread rolls, but very early in the morning, because by eight the baker’s was practically empty. Dogs would lie on the cobbles by the well. They all had owners but seemed stray. They liked it when we took them for a walk by the Vistula River. The locals would smile, seeing the pack of scruffy mongrels following us.

But perhaps am I wrong this time? If I am, then it is my problem. My favourite composers will bring me freshly caught musical fledgelings anyway.

Translated by: Anna Kijak

https://malta-festival.pl/en/reading-room/reading-room-1/dorota-kozinskabrfuror-musicus

Furor musicus

I już po wszystkim. Właśnie wróciłam z wypadu jak po ogień – na jedno jedyne wydarzenie tegorocznego Festiwalu Malta w Poznaniu, czyli na Projekt Krynicki, w którego ramach odbyły się prawykonania trzech utworów Mykietyna, Szymańskiego i Nowaka do tekstów poety bądź na kanwie jego wierszy. Znów piękne spotkania z przyjaciółmi po miesiącach pandemii, znów piękna współpraca z Michałem Merczyńskim i Dorotą Semenowicz – którzy zamówili u mnie tekst o natchnieniu, twórczej niemożności i krętych ścieżkach nowej codzienności. Dzielę się z Państwem esejem do książki programowej Festiwalu, pisanym z radością i przymrużeniem oka.

Furor musicus

Kołysanka dla matki

To właściwie nie jest recenzja. To esej o umiejętności radzenia sobie z traumą i kryzysem – napisany na marginesie świeżo wydanej płyty Channy Malkin This is not a lullaby. Młoda sopranistka z Amsterdamu nagrała ją z dwojgiem przyjaciół instrumentalistów dla niewielkiej wytwórni TRPTK. Rzadko mi się zdarza z takim przekonaniem polecać cokolwiek z nowych przedsięwzięć branży fonograficznej. Przekonaniem tym większym, że na płycie znalazł się także prawdziwy rarytas: jedenaście pieśni Mieczysława Wajnberga z nieznanego w Polsce op. 110, do wierszy chilijskiej noblistki Gabrieli Mistral. Bierzcie i czytajcie. Ale przede wszystkim słuchajcie. Test ukazał się właśnie w najnowszym numerze “Tygodnika Powszechnego”.

Kołysanka dla matki

Zbrodnia to niesłychana

No i ruszył Upiór w świat. Ciekawe, czy radość z operowych wyjazdów znów nie zgaśnie z końcem lata, ale na razie bądźmy dobrej myśli. Za kilka dni recenzja z Tristanowskiego eksperymentu Günthera Groissböcka w wiedeńskiej Kammeroper, a tymczasem zapraszam na łamy najnowszego numeru miesięcznika “Teatr”, gdzie między innymi blok tekstów o obecności Stanisława Lema na scenie współczesnej, rozmowy z aktorką Hanną Bieluszko, tancerką Agatą Siniarską i artystą wideo Natanem Berkowiczem, oraz szkic Jana Karowa o niezależnym teatrze Potem-o-tem. A ode mnie nowy felieton “z kwarantanny”.

https://teatr-pismo.pl/16034-zbrodnia-to-nieslychana/