Oportunizm jako strategia przetrwania

Wkrótce recenzja z Walkirii w La Monnaie w wersji angielskiej, potem garść refleksji po wznowieniu Opowieści podręcznej w ENO, a tymczasem esej, który w skomplikowanej rzeczywistości kultury polskiej wciąż wydaje się aktualny. O przyczynach i konsekwencjach pewnej strategii przetrwania, która oczywiście nie jest specjalnością naszych rodaków, tak długo jednak będzie nas dzielić od reszty Europy, aż przestanie uchodzić za wybór jedyny i chwalebny w najcięższych czasach. Portret Zofii Lissy, zdaniem Kisielewskiego „postaci spod ciemnej gwiazdy”, która w opinii tego samego Kisielewskiego nie zasłużyła na późniejsze denuncjacje swoich kolegów – opublikowany we współpracy z portalem culture.pl. Zapraszamy do lektury.

Oportunizm jako strategia przetrwania

Listy do Eumenidesa

Kolejny numer „Teatru” anonsuję Państwu ze smutkiem – jest bowiem w dużej części pożegnaniem ze zmarłą w wieku zaledwie trzydziestu dwóch lat Agatą Tomasiewicz. Koledzy redakcyjni, pogrążeni w żałobie „po wspaniałej krytyczce, która swoim pisaniem uczyniła teatr ciekawszym i mądrzejszym”, przypomnieli materiał, którym w 2018 roku zadebiutowała na łamach miesięcznika (recenzję Spowiedzi motyla na motywach pamiętnika Janusza Korczaka w Teatrze Ateneum), i opublikowali jej tekst najnowszy, a zarazem ostatni (omówienie spektaklu Casting w warszawskiej Akademii Teatralnej). Tematem lutowego wydania jest „Krytyk w kropce i bańce” – polecam zwłaszcza obszerny esej Jacka Kopcińskiego o krytyku w teatrze krytycznym. Ja na swoim poletku czuję się często w kropce, rzadko bywam w bańce. Między innymi dlatego mój felieton powstał wyjątkowo przed pewną premierą, nie zaś po niej. Proszę jednak o chwilę cierpliwości: „prawdziwa” recenzja już wkrótce, w numerze marcowym.

Listy do Eumenidesa

Jak krew z mlekiem

Przeszło dziesięć lat temu, kiedy do Polski dotarł spektakl Romea Castellucciego The Four Seasons Restaurant, Jacek Kopciński zżymał się na komentarz zamieszczony w książce programowej Malta Festival: przykład żenującego pustosłowia, „tolerowanej dziś mowy-trawy, która bujnie porasta programy teatralne, foldery i ulotki, pleni się w telewizji i oczywiście w Internecie (…), skąd następnie trafia do recenzji, a stamtąd do prac magisterskich i rozpraw doktorskich, cytowanych następnie w programach – i koło się zamyka”. Podobnie jak Kopciński, nie mam zwyczaju czytać zapowiedzi przed spektaklem, i podobnie jak on, często przecieram oczy ze zdumienia, kiedy zapoznam się z ich treścią po obejrzeniu przedstawienia. Mierząc się jednak z twórczością Castellucciego, co do którego znów zgadzam się z Kopcińskim, że jest tyleż znanym, co nierozumianym reżyserem przeczuć eschatologicznych, sama boję się wpaść w pułapkę pustosłowia. Teatr włoskiego artysty – nierzeczywisty, wywiedziony z logiki i estetyki snu – operuje taką liczbą symboli i odniesień kulturowych, że recenzja każdej jego inscenizacji może się rozrosnąć do rozmiarów doktoratu. I trafić kulą w płot, bo spektakle Castellucciego działają jak bomba z opóźnionym zapłonem. Poszczególne ich elementy wracają do widza jak odzyskane marzenia senne. Tworzą wspomnienia fałszywe, dzięki którym odbiorca doznaje czegoś w rodzaju objawienia – następstwo kilku onirycznych scen potrafi bowiem wygenerować w jego mózgu obraz, którego nie było, a który okaże się kluczem do interpretacji całości.

Twardo stoję na stanowisku, że teatr nie jest dziurką od klucza i nie służy do podglądania rzeczywistości: dlatego tak cenię spektakle Castellucciego i w ich opisie staram się oprzeć pokusie dzielenia włosa na czworo i pedantycznego wyłapywania nawarstwiających się znaków. Na Walkirię – drugą część tetralogii Wagnera w jego inscenizacji – wybrałam się do La Monnaie przede wszystkim ze względu na osobisty sentyment do tego utworu: doskonale skonstruowanego pod względem dramaturgicznym, a co za tym idzie, umożliwiającego odbiorcy głęboki wgląd w motywacje i uczucia bohaterów. Zaintrygowała mnie też deklaracja reżysera, że każde z ogniw brukselskiego Pierścienia potraktuje nie tylko jako integralny element cyklu, ale też dzieło osobne, rządzące się własną logiką teatralną.

Po generalnie świetlistym, biało-złotym Złocie Renu nastąpiła więc w przeważającej części mroczna, ziemista Walkiria – podobnie jak inne spektakle Castellucciego przemawiająca specyficznym językiem jego teatru, nastawionym bardziej na obraz niż słowo. Chwilami ten obraz balansował na granicy widzialności, tworząc ułudę pustej przestrzeni, którą dopiero widz musi wypełnić swoją energią i emocjami, uporządkować tę czerń, nadać jej znaczenie. Walkiria Castellucciego z aktu na akt staje się coraz bardziej minimalistyczna, konceptualna. Pod tym względem wzbudza dość oczywiste skojarzenia z inscenizacjami Wielanda Wagnera, stwarza jednak szersze ramy dla świata mitu, plasując go – podobnie jak uczynił to Pasolini w swojej Medei – w kontekście doświadczeń estetycznych najrozmaitszych kultur i epok. Stąd odniesienia do ikonografii chrześcijańskiej i buddyjskiej, stąd aluzje do Nietzschego i Dostojewskiego, stąd – moim zdaniem najistotniejsze – nawiązanie do Friedricha Hölderlina i jego Śmierci Empedoklesa.

Nadja Stefanoff (Zyglinda) i Peter Wedd (Zygmunt). Fot. Monika Rittershaus

Być może umknęłoby mi to skojarzenie, gdyby nie dojmujący finał, w którym Brunhilda znika pod oślepiająco białym ekranem, po czym ekran się unosi, odsłaniając parę pozostawionych przez nią butów. Skała Brunhildy okazuje się Etną, w której czeluść rzucił się Empedokles. Cały spektakl Castellucciego jest przesiąknięty myślą filozofa z Agrygentu, praojca filozofii miłości, twórcy koncepcji, że głównymi siłami porządkującymi są Miłość i Nienawiść, a nasz świat powstaje dopiero wtedy, gdy w świat doskonały wedrze się ta druga, mroczna siła. Wilcza skóra Zygmunta, czarny pies Hundinga, białe gołębie Fryki i ciemno umaszczone konie walkirii (Castellucci dawno już nie wprowadził na scenę takiej liczby żywych zwierząt) są nie tylko powtarzanym przez twórcę znakiem powrotu po początków teatru, ale też odwołaniem do wiary Empedoklesa w metempsychozę. Empedoklejskie są nawet barwy tego spektaklu, w którym poza nielicznymi wyjątkami dominują cztery barwy żywiołów: czerń, biel, czerwień i rozmaite odcienie ὠχρός, czyli koloru ziemi.

Przyznaję, że wizje Castellucciego nie zawsze są spójne z muzyką, niekiedy też przeszkadzają śpiewakom (dotyczy to zwłaszcza siatkowego ekranu w pierwszym i drugim akcie, ekwiwalentu zasłony z folii PCV, utrudniającej śledzenie akcji widzom wcześniejszych przedstawień artysty). Kilka obrazów zapadnie mi jednak w pamięć na długo: końskie oko w olbrzymim okręgu, obserwujące Zyglindę i Zygmunta w I akcie niczym wszechwiedzące zwierzęce bóstwo; śmierć Zygmunta, pochłoniętego przez rozdygotaną masę ziemi, a może wypływającej spod niej lawy; początek III aktu, w którym dziewięć ledwo widocznych koni wwozi na scenę nagie zwłoki poległych wojowników, a walkirie układają je w stosy, kładą rzędami, jednego z trupów rzucają na kolana towarzyszki, która przyjmuje go z bezradną apatią, godną watykańskiej rzeźby Michała Anioła.

Scena zbiorowa z III aktu. Fot. Monika Rittershaus

Istną burzę znaczeń niósł jednak z sobą obraz ślubowania kazirodczej miłości przez rodzeństwo Wölsungów. Scena stopniowo pustoszeje. Kochankowie zostają wśród śnieżnej bieli, ubrani także na biało, po czym Zygmunt (owszem, wcześniej niż w partyturze) dobywa miecz z łona Zyglindy i otwiera w jej ciele ranę: symbol nieszczęścia, cierpienia, ale w średniowiecznej ikonografii chrześcijańskiej także wulwy, z której przyjdzie na świat dziecko. Chwilę później następuje istna orgia płodności i transgresji. Kochankowie smarują się wypływającą z rany krwią – symbolizującą żeński element płodu – potem zaś oblewają się mlekiem, symbolem męskiej „białej krwi”, czyli spermy, z której wyrosną kości dziecka. Jesionu na scenie nie ma. Zygmunt wkłada Nothunga, element w tym kontekście zdecydowanie falliczny, do pustej białej lodówki – jakby w podświadomym zamiarze zakonserwowania owocu miłosnej nocy. Całą tę scenę można też zinterpretować w kategoriach ofiary z mleka i krwi. Albo starotestamentowego zakazu łączenia jednej substancji z drugą, czyli w podtekście – zakazu kazirodztwa. Towarzysząca tej inicjacji obfitość kwiatów przywodzi też na myśl jakiś pradawny rytuał chtoniczny. Dawno nie widziałam w teatrze tak odważnej, a zarazem olśniewającej urodą sceny erotycznej.

Kierownictwo muzyczne spektaklu sprawował Alain Altinoglu – dyrygent jak najdalszy od prób interpretowania Wagnera w bombastycznym stylu Baytreuth z lat trzydziestych – nietrudno się zatem domyślić, że dobrał obsadę według innego klucza niż spodziewało się wielu krytyków. Na ogół z dobrym skutkiem, choć trafiło się kilka rozczarowań, zwłaszcza dla mnie, która od lat obserwuje wagnerowski „gabinet cieni” w mniej eksponowanych teatrach europejskich. Bardzo spodobała mi się krucha, subtelna Zyglinda w ujęciu niemieckiej sopranistki Nadji Stefanoff, obdarzonej stosunkowo niedużym, lecz świetlistym i naturalnie prowadzonym głosem o ciepłym, odrobinę „staroświeckim” brzmieniu i wielkiej sile wyrazu. Niestety, nie dorównał jej Peter Wedd w partii Zygmunta – śpiewak niezwykle muzykalny, prowadzący frazę w swobodnej, rozlewnej manierze, przywodzącej na myśl sztukę wokalną jego rodaka Waltera Widdopa. Jego urodziwy, ciemny w barwie tenor zdradza jednak wyraźne oznaki zmęczenia. Dyrektorzy teatrów najwyraźniej przegapili moment, w którym Wedd zapowiadał się na jednego z ciekawszych jugendliche Heldentenorów swego pokolenia. Jego głos zmatowiał, stracił alikwoty, zszedł w głąb krtani, co zaowocowało także błędami emisyjnymi – szkoda wielka, zwłaszcza że w 2016 roku słyszałam jego debiut w tej partii w Karlsruhe, kiedy dźwięczne, spiżowe „Wälse! Wälse!” niosło się nad orkiestrą prawdziwym squillo. Żywym dowodem pożytku z dbałości o instrument wokalny okazała się za to Marie-Nicole Lemieux, śpiewaczka kojarzona na co dzień z całkiem innym repertuarem, która bez trudu dostosowała swój dźwięczny, ciepły i niezwykle bogaty w brzmieniu kontralt do wcale niełatwej partii Fryki. Nie do końca przekonała mnie Ingela Brimberg w partii Brunhildy – dysponująca sopranem potężnym, ale dość ostrym i moim zdaniem zanadto rozwibrowanym, co udało jej się na szczęście wynagrodzić dużą muzykalnością i fenomenalnym aktorstwem. Z ciekawością przyjrzę się dalszej karierze Gábora Bretza, Wotana wciąż jeszcze zbyt „młodzieńczego”, zdradzającego jednak zadatki na znakomitego odtwórcę tej partii w ujęciu lirycznym, co udowodnił zwłaszcza w finałowej scenie pożegnania z Brunhildą. Trochę mnie zawiódł Ante Jerkunica, obdarzony basem skądinąd pięknym, zbyt jednak lekkim do partii Hundinga. Doskonale zestrojony (choć czasem odrobinę zbyt krzykliwy) zespół walkirii stworzyły Karen Vermeiren, Tineke van Ingelgem. Polly Leech, Lotte Verstaen, Katie Lowe, Marié-Andrée Bouchard-Lesieur, Iris van Wijnen i Christel Loetzsch.

Ingela Brimberg (Brunhilda). Fot. Monika Rittershaus

Największym odkryciem wieczoru okazał się jednak Altinoglu, prowadzący całość z precyzją godną André Cluytensa i dbałością o spójność narracji, jakiej nie powstydziłby się sam Charles Munch. Po raz pierwszy usłyszałam na żywo prawdziwie „francuskiego” Wagnera, w tym ujęciu zdradzającego nieoczywiste pokrewieństwa choćby z twórczością Berlioza. Altinoglu trzyma puls w ryzach, nie przytłacza masą brzmienia, kontrastuje tempa wyraźnie, zawsze jednak w zgodzie z logiką muzyczną, przede wszystkim zaś imponuje niezwykłą dbałością o detal i wydobywanie z faktury zaskakujących efektów brzmieniowych, zwłaszcza w grupie drzewa (fenomenalne klarnety i oboje). Przydałoby się jeszcze kilku równie wrażliwych dyrygentów, by wreszcie dokonać przełomu w wykonawstwie muzyki Wagnera, z podziwu godnym uporem granej w całkiem ahistorycznej manierze.

Niektórzy przepowiadają, że brukselskie spektakle Castellucciego złożą się w pierwszy Ring na miarę naszego stulecia. Całkiem prawdopodobne, że mają rację. Żyjemy w cywilizacji obrazów, ale na szczęście wciąż potrafimy rozróżnić między artyzmem a hucpą. Sam Castellucci kiedyś powiedział, że dobry teatr ma moc. Potrafi tworzyć. Jest dowodem na istnienie innego, równoległego świata.

Mourning Does Not Become Elektra

Soon – if I don’t run out of steam – we will celebrate together the tenth anniversary of this website, and with this small jubilee various other anniversaries, both sad and happy. However, let me once again put my nose out of our backyard and point out that various eras are coming to an end across the operatic world: entire generations of musicians associated with a particular performance practice are passing away, the splendour of companies that were supposed to last forever is fading, great projects initiated years ago are coming to a close. What is also coming to an end is Antonio Pappano’s musical reign at the Royal Opera House. The conductor, in the prime of his life and at the height of his creative powers, is leaving the legendary Bow Street building after twenty-two years to take the helm of the London Symphony Orchestra in September. In January Pappano bid a symbolic farewell to the ROH audience, choosing for his final premiere a work by the same composer and prepared with the same director with whom he triumphed in 2002, when he opened his first London season as Covent Garden’s Music Director. From Ariadne auf Naxos to Elektra. From a magnificent, colourful staging of an opera the creators of which deliberately juxtaposed the world of Greek myth with Wagner’s ideal of boundless love, to a dark study of revenge derived from Sophocles’ tragedy. A brilliant closure of the collaboration with the German freelancer Christof Loy, with whom Pappano has come a long way – from the youngest-ever boss of the ROH to the acclaimed architect of the London company’s undisputed greatness.

This time I went to London in a semi-official capacity, making it a social occasion as well, and after the performance I was able to share my impressions about the musical and theatrical side of the farewell event as much as I wanted. I knew Ariadne – revived at the ROH four times, last time in 2015 – only from video recordings, but I always thought it was an outstanding production. I was surprised, like Pappano, that for so many years he had not decided to have his “own” Elektra, even though during his reign Strauss’ one-act opera had appeared on the London stage several times under different conductors and in staging by other directors. I expected from the very beginning that the production would attract extraordinary attention of both critics and music lovers. I decided to come to see the third of the six scheduled performances – after the general slackening and decline of form that usually accompanies the so-called second premiere, at a point when the singers are beginning to identify with their characters and the conductor is coming to a full understanding with the ensemble he is leading.

Nina Stemme (Elektra) and Sara Jakubiak (Chrysothemis). Photo: Tristram Kenton

However, I could not have predicted that Nina Stemme would withdraw already after the first performance to be replaced by the Lithuanian soprano Aušrinė Stundytė (in the end, the Swedish artist returned to the stage for the last two performances). The London audience, discouraged by the scathing reviews of Stemme’s performance at the premiere, was beside itself with joy. I was reserved, having seen Stundytė’s portrayal of Renata in Prokofiev’s Fiery Angel in Warsaw. It was nearly six years ago, the singer was just over forty, but already at that time her voice was tired, had too much vibrato and unattractive colour. Unfortunately, my fears were confirmed by the London Elektra, although I suspect that Stundytė’s intelligence and uncommon musicianship won the hearts of some English music lovers, who were charmed by her fragility and unexpectedly gentle take on the eponymous heroine of Strauss’ opera.

The problem is that this is probably not what Pappano and, especially, Loy had in mind. Loy this time created an unambiguously dirty staging, set in the static space of an unspecified bourgeois residence in Vienna during the Strauss-Hofmannsthal era. In this concept, Elektra – with her heart seething alternately with love, hatred and desire for revenge – does not wander around the palace in rags. Dressed in a modest black-and-white maid’s uniform, she coexists with the rest of the palace staff in the home of Klytaemnestra and her lover. She sneaks out into the coal-smeared courtyard with the Oversser and five Maids, for whom the ultimate freedom is to be able to crouch, even for a moment, on the steps of the staircase leading to the rear of the queen’s residence. We can only guess what happens inside the palace: the world lost by Elektra after Agamemnon’s death hides even deeper, behind one of the doors in the faintly yellowish-lit corridor. This space – positioned by the set designer Johannes Leiacker on a low mezzanine floor of the building surrounding the courtyard and perfectly lit by Olaf Winter – creates a striking impression of inaccessibility. Behind the high windows something is still going on, but in dead silence. The space of human relationships is suggested primarily by the costumes, especially of the three female protagonists: Elektra, relegated to the role of a servant; Chrysothemis, locked in a schoolgirl’s dream of normality (wearing a girlish, pale pink dress that looks as if it has aged with its owner); and Klytaemnestra, guilty of her two daughter’s misfortune  (wearing sapphire silks and a white fur stole, the sumptuousness of which cannot hide the passage of years or the inner ugliness of the character).

Karita Mattila (Klytaemnestra) and Nina Stemme. Photo: Tristram Kenton

Such a staging – minimalist, far from being literal, operating primarily with symbols – has no room for a fragile Elektra and Stemme probably did not portrayed her as such. It is difficult for me to objectively assess Loy’s concept, because I suspect that the weakening of dramatic tension may have been caused by the sudden cast change, rather than any shortcomings on the director’s part. With Stundytė in the title role, Elektra came across as more delicate and in some ways less determined than Chrysothemis. The scene in which she recognised Orestes was indeed touching, but it didn’t touch the hearstrings the way it should have; even the eerie waltz in the finale, when Elektra can no longer hear anything but the music coming from within her, seemed strangely cautious and shaky.

Of course, I can’t put all the responsibility on Stundytė, who was brought to London at the last minute and had to add Loy’s instructions to her experience of recent productions by Warlikowski and Tcherniakov. There is this snag though – the Lithuanian soprano should not have taken on the role of Elektra in the first place. In no way does her voice resemble that of a “twenty-year-old Brünnhilde” demanded for the part: instead, she is a mature Tosca who has strayed into an unsuitable repertoire, being cast in Strauss and Wagner operas thanks to her musicality combined with fine stage presence and good acting skills. Stundytė’s soprano has a limited colour palette and lacks not only volume, but also the necessary intensity, traits that put Inge Borkh – whose voice was relatively small, but had exceptional dramatic potential – among the greatest Elektras of all time. Much better than Stundytė was Karita Mattila, a singer with great charisma, with which she skilfully masks the limitations of her inevitably aging soprano: although in the mezzo-soprano part of Klytaemnestra she had trouble projecting her voice in the upper and lower registers, she nevertheless managed to maintain her characteristic consistency and smoothness of sound across the scale. The thankless role of Aegisth was well sung by Charles Workman, whom I appreciate not only for the beauty of his voice, but also for his complete freedom and lightness of phrasing. Łukasz Goliński made a very successful ROH debut as Orestes. His is a resonant and deep baritone, golden in tone and wonderfully developed in the lower register. If he can be faulted for anything, it would a few intonational lapses, which can be put down to the earnestness of his interpretation. At least decent performances came from the rest of the numerous cast, led by the five Maidens (Noa Beinart, Veena Akama-Makia, Gabrielė Kupšytė, Ella Taylor and Valentina Puskás) and Lee Bisset in the small role of the Overseer.

Nina Stemme. Photo: Tristram Kenton

I left Chrysothemis for last, because it’s been a long time since I had to deal with a singer who would take control the entire stage from her first entrance on the word “Elektra!”. Sara Jakubiak was superior to Stundytė in every respect: her commitment to the character she created, the beauty of her voice, her phenomenal vocal technique and her extraordinary freedom in carrying out the tasks assigned to her by the director. I only hope – judging from the American singer’s career so far – that Jakubiak will not listen to the remarks of some reviewers who, having recovered from the initial shock, would like to cast her in the title role. God forbid: hers is a dark, powerful, but still lyrical soprano, crystal clear, floating over the orchestra like a voice from another world, impeccable in terms of production, the only one in the entire cast thanks to which the audience was able to marvel at the elegance of phrasing combined with a clear, deeply thought-out delivery of Hofmannsthal’s text. Had it not been for Jakubiak, I would sum up the vocal side of the London performance as generally decent, but unmemorable with few exceptions. Her portrayal of Chrysotemis was a memorable experience, somewhat unfairly overshadowing the other qualities of this altogether successful staging.

Pappano conducted the whole in line with Strauss’ own original instruction: “as if it were Mendelssohn”. He resisted the temptation to go for an extremely modernist reading of the score in terms of a persistent dramatic crescendo, an overwhelming cacophony of sounds, which many conductors further emphasise with a deliberately “dirty” sound of the various orchestral groups. Instead of the contrast between black and white, we got myriads of shades of love and hate, revenge and chaos, doubt and hope – and with them unexpected layers of lyricism, so often disregarded by contemporary conductors and so longingly remembered by admirers of Georg Solti’s legendary interpretation with Birgit Nilsson in the title role.

We didn’t get a new Nilsson, but no one dared doubt that Pappano was saying goodbye to the ROH in a style worthy of his greatest predecessors. Another circle is coming to a close. And I will soon share with you my impressions from La Monnaie, to whose glory Pappano contributed greatly before taking over the reins at the Royal Opera House; and from the English National Opera, which will soon disappear from London’s musical map. Let’s hope that this year I will witness the birth of new delights more often than bury irretrievably lost hopes.

Translated by: Anna Kijak

Galeria muzycznych autoportretów

Zapowiadane relacje już wkrótce, a tymczasem powrót do koncertu, który odbył się w siedzibie NOSPR przedwczoraj, 9 lutego. Orkiestrą Gospodarzy dyrygowała Marin Alsop, partię solową we własnym Koncercie „Latynoskim” wykonała Gabriela Montero.

***

W średniowieczu senne Voiron, położone na północny zachód od Grenoble, wchodziło w skład hrabstwa Sabaudii. Jego początki sięgają XI stulecia, kiedy siedmiu wędrownych mnichów przemierzało okolice masywu Chartreuse w poszukiwaniu miejsca, w którym mogliby oddać się kontemplacji i modlitwie. Znaleźli je w sercu gór, w otoczonej skałami dolinie, gdzie założyli drewnianą osadę, ta zaś dała początek Wielkiej Kartuzji – macierzystemu klasztorowi kartuzów. Nieopodal wyrosło miasteczko, które w XVI wieku zasłynęło z manufaktur płótna i produkcji podobrazi malarskich, sprzedawanych w całej Europie na mocy przywileju króla Ludwika XII. Przywilej wygasł po rewolucji francuskiej, tradycja pozostała. Do tkaczy płócien z konopi, lnu i bawełny dołączyli wytwórcy najprzedniejszych jedwabi. Tuż przed I wojną światową w mieście osiedliła się pokaźna grupa imigrantów z Włoch, którzy wraz z miejscowymi robotnikami znaleźli zatrudnienie w nowo otwartej fabryce Abla Rossignola, zapalonego sportsmena, który z wyrobu wrzecion dla przemysłu tkackiego przerzucił się na produkcję nart.

Michał Spisak znalazł we Voiron schronienie na czas okupacji. Trafił tu w 1940 roku, po trzech latach pobytu w Paryżu, dokąd wyjechał na studia kompozytorskie. W podalpejskim miasteczku czynnie wspierał francuski Ruch Oporu (zdarzało mu się nawet szmuglować broń w futerale od skrzypiec), gościł u siebie wojennych zbiegów, organizował spotkania twórców, pisarzy i myślicieli. Przeżywał gwałtowny przypływ inwencji twórczej. Do końca wojny skomponował aż siedem utworów orkiestrowych, w tym pierwszą wersję Allegro de Voiron, powstałą w 1943 roku i wkrótce potem uznaną przez słynnego z perfekcjonizmu autora za dzieło nieudane, podobnie jak większość kompozycji z tamtego okresu.

Michał Spisak w swojej paryskiej pracowni, 1962. Fot. Władysław Slawny

Drugą wersję ukończył w roku 1957, już po powrocie do Paryża. Od czasu polskiej premiery w 1961 roku, w ramach Warszawskiej Jesieni, Allegro de Voiron słusznie uchodzi za wzorcowy przykład stylu neoklasycznego w dorobku ulubionego ucznia Nadii Boulanger. Roman Palester pisał o Spisaku, że neoklasykiem był od pierwszego do ostatniego utworu. Że w epoce, kiedy „zawalił się wiekowy system tonalny, przyszła do głosu dodekafonia, technika serialna”, pozostał całkowicie głuchy na wszystkie nowinki. Spisak sam kiedyś przyznał, że chce tworzyć muzykę, która sprawi wszystkim przyjemność. Sprawiła ją nawet Lutosławskiemu, który po śmierci Spisaka pisał w „Ruchu Muzycznym” o jego twórczości: „dojrzałej, pełnej jakby surowego piękna, a przy tym niezwykle przejrzystej”.

Spisak wyjechał z Polski na zawsze tuż po 23 urodzinach. Gabriela Montero opuściła rodzinne Caracas jako ośmiolatka – można przewrotnie powiedzieć, że w wieku słusznym jak na pianistkę, która swój pierwszy dziecięcy fortepian dostała jako siedmiomiesięczne niemowlę. Zdążyła jednak zapamiętać swoją ojczyznę jako krainę gwałtownych kontrastów, często idealizowaną przez przybyszów z zewnątrz. O napisanym w 2016 roku I Koncercie fortepianowym mówiła, że jest próbą oddania wenezuelskich sprzeczności językiem dźwięków, przełamania zmysłowych rytmów latynoskich mrokiem tutejszej niedoli, nie tyle manifestem, ile dobitnym oświadczeniem, że nie wszystko, co w tej muzyce świeci, jest złotem z hiszpańskiej legendy o El Dorado.

Gabriela Montero. Fot. Anders Brogaard

Ryszard Strauss w muzykę absolutną nie wierzył. Zawsze podkreślał, że utwór nie może się zatracić w kompozytorskiej samowoli, że potrzebuje rusztowań, ściśle określonych ograniczeń formalnych, które można mu narzucić najrozmaitszymi sposobami, począwszy od czerpania nauk z doświadczeń innych stylów, skończywszy na sformułowaniu odpowiednio nośnego programu literackiego. Zanim dwie jednoaktówki – Salome z 1905 roku i o cztery lata późniejsza Elektra – otworzyły w jego karierze długi i niezwykle owocny etap twórczości operowej, przez ponad dekadę opowiadał swoje muzyczne historie językiem poematów symfonicznych.

Ein Heldenleben (1897-98) jest ostatnim z ośmiu takich utworów w jego dorobku – skomponowaną do własnego programu metaforą najważniejszych etapów w życiu bohatera. Strauss zaznaczył w komentarzu, że poemat nie odnosi się do żadnej konkretnej postaci historycznej ani tym bardziej do bohatera literackiego, że nawiązuje raczej do pewnego archetypu, kulturowego wzorca herosa – z historią jego przyjaciół, wrogów i potyczek aż po kulminacyjne starcie dobra i zła, ostateczne spełnienie i pożegnanie ze światem. Wiele jednak wskazuje, że prawdziwym bohaterem tej wielopoziomowej syntezy orkiestrowego żywiołu, łączącej niebywałą inwencję kolorystyczną i klarowność faktury z postwagnerowską harmonią – jest on sam i jego własne życie, objawione w muzyce niczym w antycznym micie, jako ideał drogi w poszukiwaniu istotnej tożsamości. Wskazywałaby na to niezwykła nawet jak na Straussa liczba zawartych w utworze autocytatów, zwłaszcza w piątej z sześciu części poematu, zatytułowanej Des Helden Friedenswerke i odmalowującej walkę bohatera o pokój. Uważny słuchacz doszuka się w niej aż ośmiu odniesień do wczesnej opery Guntram, pięciu do poematu Don Kichot, po czterech do Don Juana oraz Śmierci i wyzwolenia, po trzech do Makbeta i Tako rzecze Zaratustra, a także pojedynczych cytatów z Dyla Sowizdrzała oraz pieśni Traum durch die Dämmerung i Befreit.

Troje kompozytorów, trzy opowieści o sobie samych, trzy dźwiękowe podróże: do Francji, Wenezueli i w tajemniczy świat mitu. Warto się wsłuchać w te muzyczne autoportrety, tworzone czasem na przekór własnym deklaracjom artystycznym.

Stąd do nieskończoności

Za kilka dni recenzja z londyńskiej Elektry w wersji angielskiej, potem przyjdzie czas na recenzje z Walkirii w inscenizacji Romea Castellucciego w La Monnaie oraz z Opowieści podręcznej Poula Rudersa w English National Opera. Zanim na dobre poukładam to sobie w głowie, zapraszam do kącika wspomnień o bożonarodzeniowej odsłonie festiwalu Actus Humanus. Bachowska Sztuka fugi zabrzmiała 15 grudnia w Dworze Artusa w interpretacji zespołu Accademia Bizantina pod dyrekcją Ottavia Dantone – w wersji na klawesyn, organy i kwartet smyczkowy

***

Mało kto pamięta, że Edward Said – Amerykanin pochodzenia palestyńskiego, wybitny krytyk i literaturoznawca, autor słynnego także u nas Orientalizmu, książki cytowanej obficie przez polskich humanistów, podpierających się wyrwanymi z kontekstu cytatami przy roztrząsaniu dylematów własnej tożsamości – zajmował się nie tylko teorią literatury, lecz także muzyką. Oraz znacznie szerszą, zachodzącą na obydwie dyscypliny refleksją nad autokreacją: „samostwarzaniem” autora w dziele i działaniem za pośrednictwem własnej twórczości. Mało kto wie, że muzyka była dlań punktem odniesienia we wszelkich badaniach tradycji i praktyk kulturowych.

Said – między innymi dzięki matce – znakomicie grał na fortepianie, pisywał recenzje muzyczne do prestiżowych czasopism, śledził najnowsze tendencje w muzykologii. Umiał słuchać, interpretować muzykę i o niej rozmawiać. Aparat pojęciowy do swoich studiów komparatystycznych czerpał ze świata dźwięków. Pisał między innymi o kontrapunktycznych, rozwijających się bez tematu przewodniego prądach współczesnej humanistyki: jakby w jego uszach nieustannie wybrzmiewała jedna z największych tajemnic muzyki europejskiej – ostatnia, nieukończona fuga poczwórna z Bachowskiej Kunst der Fuge, która urywa się nagle, po przeprowadzeniu tematu w trzecim głosie.

Strona tytułowa manuskryptu Sztuki fugi spisanego przez Johanna Christopha Altnikola. Ze zbiorów Staatsbibliothek zu Berlin

W swoich tekstach Said konsekwentnie przestrzegał przed nadmierną swobodą interpretacji, przed obsesyjnym poszukiwaniem „siebie” w utworach stworzonych przez kogoś innego. Najdobitniej uczynił to w esejach o stylu późnym, zainspirowanych wziętym od Theodora W. Adorna pojęciem Spätstil – „tym, co ma miejsce, gdy w obliczu rzeczywistości sztuka nie rezygnuje ze swoich praw”. Zbiór esejów pisanych przez Saida przed śmiercią po długiej walce z białaczką – porwanych, niedokończonych, nieuporządkowanych – ukazał się w Polsce w 2017 roku, w przekładzie nieodżałowanej Barbary Kopeć-Umiastowskiej. Said po mistrzowsku w nich rozwija – i dookreśla – myśl Adorna, że twórczość dojrzała manifestuje się często egzystencjalnym lękiem, niezgodą na świat zastany, świadomym powrotem do oswojonego systemu wartości. Pisze to wszystko jak wędrowiec zagubiony między dwoma światami, rozpięty między przeciwstawnymi biegunami paradoksu postrzegania, zakleszczony w pułapce odesłanej do lamusa erudycji, która jeszcze niedawno była chlebem powszednim każdego wykształconego człowieka. Kieruje swą refleksję do współczesnego humanisty, nie mając złudzeń, że trafia w próżnię, bo dziś „intelektualista właściwie nie wie nic o wykonawstwie muzycznym, rzadko grywa na jakimś instrumencie, nie uczył się solfeżu, nie studiował teorii”. Gorzko brzmią słowa człowieka, który zbudował swój warsztat badawczy na sztuce kontrapunktu i fugi, analizie tonalności funkcyjnej, roztrząsaniu muzycznych kategorii dysonansu i konsonansu.

Wszystkie jego przemyślenia prowadzą w gruncie rzeczy do jednej konkluzji: styl późny to swoiste wygnanie. Etap twórczości, na którym autor ostatecznie zdaje sobie sprawę, co zdołał osiągnąć, a z czym już nigdy się nie rozprawi. Moment pogodzenia się albo buntu. Chwila, w której artysta przestaje odnosić się do czegokolwiek poza własnym doświadczeniem i własną niemożnością.

Domniemany portret Jana Sebastiana Bacha. Rysunek srebrnym rysikiem, pierwsza połowa XVIII w. Z prywatnej kolekcji rodziny Fiala w Wiedniu

Badacze do dziś roztrząsają, do czego odnosił się Jan Sebastian Bach, tworząc Sztukę fugi, swoje ostatnie dzieło, złożone z dziewiętnastu „kontrapunktów” i po raz pierwszy wydane – jako Originalausgabe – niespełna rok po śmierci kompozytora, w roku 1751. Najwcześniejsze z zachowanych źródeł jest jednak wcześniejsze o blisko dekadę. Rękopis, spisany przez ucznia i zięcia Bacha, organistę Johanna Christopha Altnikola, pochodzi zapewne z czasów, gdy Altnikol studiował teologię na Uniwersytecie w Lipsku. Opatrzony tytułem Die Kunst der Fuga (sic!) di Sig. Joh. Seb. Bach i przechowywany do dziś w Bibliotece Państwowej w Berlinie, zawiera dwanaście fug i dwa kanony, ułożone w innej kolejności niż w pierwodruku, z pominięciem między innymi kontrapunktu czwartego oraz kanonów alla decima i alla duodecima.

Sztukę fugi przez wiele lat uznawano za kompozycję napisaną wyłącznie w celach dydaktycznych, swoisty podręcznik techniki fugowanej, ujawniający nieograniczone możliwości kontrapunktycznego przekształcenia tematu – poprzez inwersje, dyminucje i augmentacje oraz daleko idące modyfikacje w fugach lustrzanych, na przykład w Kontrapunkcie XVIII, gdzie temat główny z Kontrapunktu I powraca w zupełnie innym metrum. Nie doceniał jej najzdolniejszy z synów Bacha, Carl Philipp Emmanuel, widząc z niej coś w rodzaju bryku, zastępującego kosztowne lekcje kontrapunktu. Dziewiętnastowieczni teoretycy zarzucali dziełu akademizm, ułomność estetyczną, brak precyzji i skłonność do nadmiernej abstrakcji. Nikt nie mógł pojąć, dlaczego Bach nie zostawił żadnych wskazówek, na jaki instrument lub zespół przeznaczyć to niezwykłe kompendium, określone przez Manfreda Bukofzera mianem „wieczystego kodeksu wszelkich środków polifonicznych”.

Pytania zaczęły się mnożyć w latach trzydziestych ubiegłego wieku, kiedy Kunst der Fuge wróciła do łask muzykologów, teoretyków i wykonawców. Czy dzieło naprawdę jest ostatnią wolą i testamentem kompozytora, stopniowo tracącego wzrok i przeczuwającego nadchodzącą śmierć? Czy ostatnia fuga, w której Bach wprowadził jako temat dźwięki B-A-C-H, odpowiadające literom jego nazwiska, jest naprawdę nieukończona? Czy Bachowskie fugi zyskałyby większe uznanie potomnych, gdyby twórca nie zaciemnił ich piękna nadmiarem sztuki? Czy kompozytor naprawdę nie chciał określać składu wykonawczego utworu, czy po prostu uległ dawnej manierze zapisywania każdego głosu na osobnej pięciolinii, stosowanej wcześniej w jego utworach klawiszowych? A jeśli tak, czy Sztukę fugi powinno się wykonywać inaczej niż tylko na klawesynie albo organach?

Ostatnia strona rękopisu niedokończonej fugi. Staatsbibliothek zu Berlin

W XX wieku odpowiedzi na te pytania zaczęli udzielać sami muzycy. Pierwszego nagrania – w roku 1934 – dokonali dwaj amerykańscy pianiści, Richard Buhlig i Wesley Kuhnle. W tym samym roku Sztukę fugi zarejestrował budapeszteński Kwartet Rotha. Później – obok ujęć na klawesyn, organy i fortepian – pojawiały się wersje na orkiestrę, syntezatory, zespoły instrumentów dętych, duety gitarowe, konsorty viol da gamba i mnóstwo innych kombinacji instrumentów nieoczywistych. Accademia Bizantina prezentuje zbiór w wersji na klawesyn, organy i kwartet smyczkowy, trzymając się reguł wykonawstwa historycznego.

Czy Bach istotnie odszedł w tym utworze od młodzieńczej interpretacji subiektywnej, zwracając się w stronę dojrzałego obiektywizmu? Czy Sztuka fugi jest wyrazem działań celowo nieproduktywnych, idących na przekór duchowi czasu? A może należy ją traktować jako wyraz bezradności zwykłego człowieka w obliczu nieuchronnej śmierci? Zagadka późnego stylu Bacha wciąż czeka na rozwiązanie.

Żałoba nie przystoi Elektrze

Niedługo – jeśli sił starczy – będziemy wspólnie świętować dziesięciolecie tej strony, a wraz z tym maleńkim jubileuszem rozmaite inne rocznice, smutne i wesołe. Pozwolę sobie jednak po raz kolejny wychylić głowę zza rogu naszego podwórka i zwrócić uwagę, że ostatnio w całym świecie operowym kończą się jakieś epoki: odchodzą w niebyt całe generacje muzyków wiązanych z konkretnym nurtem wykonawczym, gaśnie świetność teatrów, które miały trwać wiecznie, domykają się wielkie, zainicjowane przed laty przedsięwzięcia. Kresu dobiega też muzyczne królowanie Antonia Pappano w Royal Opera House. Dyrygent, w sile wieku i w pełni sił twórczych, po dwudziestu dwóch latach kończy działalność w legendarnym gmachu przy Bow Street, by we wrześniu objąć stery w London Symphony Orchestra. W styczniu symbolicznie pożegnał się z publicznością ROH, na ostatnią premierę wybierając dzieło tego samego kompozytora i przygotowane z tym samym reżyserem, z którym we dwóch święcili tryumfy w 2002 roku, kiedy Pappano otwierał swój pierwszy londyński sezon jako dyrektor muzyczny opery w Covent Garden. Od Ariadny na Naksos do Elektry. Od pysznej, skrzącej się barwami inscenizacji opery, której twórcy świadomie zderzyli świat greckiego mitu z Wagnerowskim ideałem miłości bez granic, aż po mroczne, wywiedzione z tragedii Sofoklesa studium zemsty. Brawurowe domknięcie współpracy z niemieckim freelancerem Christofem Loyem, z którym Pappano przeszedł długą drogę – od najmłodszego w historii szefa ROH po odchodzącego w chwale architekta niekwestionowanej wielkości londyńskiego zespołu.

Tym razem wybrałam się do Londynu półoficjalnie, także w celach towarzyskich, by po spektaklu do woli dzielić się wrażeniami na temat muzycznej i teatralnej strony pożegnalnego przedsięwzięcia. Ariadnę – wznawianą w ROH czterokrotnie, ostatnio w 2015 roku – znałam tylko z rejestracji, zawsze jednak uważałam za przedstawienie wybitne. Dziwiłam się razem z Pappano, że przez tyle lat nie zdecydował się na „własną” Elektrę, choć za jego rządów jednoaktówka Straussa pojawiła się na londyńskiej scenie kilka razy pod inną batutą i w koncepcjach innych reżyserów. Spodziewałam się od początku, że spektakl zyska ponadprzeciętne zainteresowanie krytyki i melomanów. Postanowiłam przyjechać na trzecie z sześciu zaplanowanych przedstawień – po ogólnym rozluźnieniu i spadku formy, jakie z reguły towarzyszą tak zwanej drugiej premierze, w momencie, kiedy śpiewacy zaczynają już identyfikować się ze swoimi postaciami, a dyrygent dochodzi do pełni porozumienia z kierowanym przez siebie zespołem.

Nina Stemme (Elektra) i Sara Jakubiak (Chryzotemis). Fot. Tristram Kenton

Nie mogłam jednak przewidzieć, że obsadzona w partii tytułowej Nina Stemme wycofa się już po pierwszym spektaklu i zostanie zastąpiona przez litewską sopranistkę Aušrinė Stundytė (ostatecznie Szwedka wróciła na scenę w dwóch ostatnich przedstawieniach). Londyńska publiczność, zniechęcona miażdżącymi recenzjami z premierowego występu Stemme, nie posiadała się z radości. Ja zachowałam rezerwę po występach Stundytė w partii Renaty w warszawskim Ognistym aniele Prokofiewa. Było to prawie sześć lat temu, solistka ledwie przekroczyła czterdziestkę, ale już wówczas śpiewała głosem zmęczonym, nadmiernie rozwibrowanym i nieatrakcyjnym w barwie. Niestety, moje obawy potwierdziły się przy okazji londyńskiej Elektry, choć podejrzewam, że inteligencja i niepospolita muzykalność Stundytė podbiły serca części angielskich melomanów, zauroczonych jej kruchością i niespodziewanie łagodnym ujęciem tytułowej postaci opery Straussa.

Problem w tym, że chyba nie o to chodziło Pappano, zwłaszcza zaś Loyowi, który tym razem stworzył inscenizację jednoznacznie brudną, rozegraną w statycznej przestrzeni bliżej nieokreślonej mieszczańskiej rezydencji w Wiedniu epoki Straussa i Hofmannsthala. W tej koncepcji Elektra – z sercem kipiącym na przemian miłością, nienawiścią i żądzą zemsty – nie błąka się po pałacu w łachmanach. Ubrana w skromny, czarno-biały uniform służącej, koegzystuje w domu Klitemnestry i jej kochanka z resztą pałacowego personelu. Wymyka się na umorusane węglem podwórze wraz z Nadzorczynią i pięcioma Służebnymi, dla których szczytem swobody jest możliwość przycupnięcia choćby na chwilę na stopniach schodów, które prowadzą na tyły rezydencji królowej. Co dzieje się wewnątrz pałacu, możemy się tylko domyślać: świat utracony przez Elektrę po śmierci Agamemnona kryje się jeszcze głębiej, za którymiś z drzwi rozjarzonego mdłym, żółtawym światłem korytarza. Ta przestrzeń – umiejscowiona przez scenografa Johannesa Leiackera na niskim półpiętrze okalającej dziedziniec kamienicy i doskonale oświetlona przez Olafa Wintera – tworzy dobitne wrażenie niedostępności. Za wysokimi oknami wciąż coś się dzieje, ale w martwej ciszy. Przestrzeń relacji międzyludzkich sugerują przede wszystkim kostiumy, zwłaszcza trzech protagonistek: zdegradowanej do roli służącej Elektry, zatrzaśniętej w pensjonarskich marzeniach o normalności Chryzotemis (w dziewczęcej bladoróżowej sukni, która wygląda, jakby zestarzała się wraz z właścicielką), oraz winnej nieszczęścia obydwu córek Klitemnestry (w szafirowych jedwabiach i etoli z białego futra, których przepych nie jest w stanie pokryć ani upływu lat, ani wewnętrznej brzydoty postaci).

W takiej inscenizacji – minimalistycznej, dalekiej od dosłowności, operującej przede wszystkim symbolem – nie ma miejsca na kruchą Elektrę i zapewne nie w taką sierotę po Agamemnonie wcieliła się Stemme. Trudno mi obiektywnie oceniać koncepcję Loya, podejrzewam bowiem, że winę za osłabienie napięć dramaturgicznych ponosi nagła zmiana w obsadzie, nie zaś niedostatki roboty reżyserskiej. Ze Stundytė w roli tytułowej Elektra okazała się delikatniejsza i pod pewnymi względami mniej zdeterminowana niż Chryzotemis; scena rozpoznania Orestesa była, owszem, wzruszająca, nie chwytała jednak za gardło tak, jak chwytać powinna; nawet upiorny walc w finale, kiedy Elektra nie słyszy już nic poza muzyką płynącą z jej wnętrza, wypadł dziwnie ostrożnie i chwiejnie.

Nina Stemme i Karita Mattila (Klitemnestra). Fot. Tristram Kenton

Oczywiście nie można zrzucać całej odpowiedzialności na Stundytė, ściągniętą do Londynu w ostatniej chwili i nakładającą na wskazówki Loya doświadczenia z niedawnych produkcji Warlikowskiego i Czerniakowa. Szkopuł w tym, że litewska sopranistka w ogóle nie powinna się brać za rolę Elektry. Jej głos w niczym nie przypomina postulowanej w tej partii „dwudziestoletniej Brunhildy”: to raczej dojrzała, lecz zbłąkana w nieodpowiednim dla siebie repertuarze Tosca, obsadzana w operach Straussa i Wagnera dzięki muzykalności połączonej z doskonałą prezencją sceniczną i dobrym warsztatem aktorskim. Sopran Stundytė ma ograniczoną paletę barwną i brak mu nie tylko wolumenu, lecz i niezbędnej intensywności – cechy, dzięki której do panteonu największych Elektr wszech czasów trafiła między innymi Inge Borkh, dysponująca głosem stosunkowo niedużym, ale o wyjątkowym potencjale dramatycznym. Znacznie lepiej od Stundytė wypadła Karita Mattila, śpiewaczka obdarzona potężną charyzmą, którą umiejętnie maskuje ograniczenia nieuchronnie starzejącego się sopranu: choć w mezzosopranowej partii Klitemnestry miewała kłopoty z nośnością zarówno w górnym, jak i w dolnym rejestrze, udało jej się zachować charakterystyczną spójność i gładkość brzmienia w obrębie całej skali. W niewdzięcznej roli Egistosa dobrze spisał się Charles Workman, którego cenię nie od dziś nie tylko za urodę głosu, ale też pełną swobodę i lekkość w prowadzeniu frazy. Bardzo udanym debiutem w partii Orestesa w ROH może się pochwalić Łukasz Goliński, śpiewak obdarzony barytonem dźwięcznym i głębokim, złocistym w barwie, wspaniale rozwiniętym w dolnym rejestrze; jeśli cokolwiek można mu zarzucić, to kilka wahnięć intonacyjnych, które da się złożyć na karb żarliwości jego interpretacji. Reszta licznej obsady sprawiła się co najmniej przyzwoicie, na czele z grupą pięciu panien Służebnic (Noa Beinart, Veena Akama-Makia, Gabrielė Kupšytė, Ella Taylor i Valentina Puskás) oraz Lee Bisset w niewielkiej roli Nadzorczyni.

Chryzotemis zostawiłam sobie na koniec, bo dawno już nie miałam do czynienia ze śpiewaczką, która zagarnęłaby całą scenę od pierwszego wejścia na słowie „Elektra!”. Sara Jakubiak górowała nad Stundytė pod każdym względem: zaangażowaniem w wykreowaną przez siebie postać, urodą głosu, fenomenalną techniką wokalną i niezwykłą swobodą w realizowaniu zadań powierzonych jej przez reżysera. Mam tylko nadzieję – sądząc z dotychczasowego przebiegu kariery amerykańskiej śpiewaczki – że Jakubiak nie weźmie sobie do serca uwag niektórych recenzentów, którzy otrząsnąwszy się z pierwszego szoku najchętniej obsadziliby ją w partii tytułowej. Boże broń: to ciemny, potężny, wciąż jednak liryczny sopran, klarowny jak kryształ, niosący się nad orkiestrą niczym głos z innego świata, nieskazitelny emisyjnie, jedyny w całej obsadzie, dzięki któremu publiczność mogła zachwycać się elegancją frazy w połączeniu z dobitnym, głęboko przemyślanym przekazem tekstu Hofmannsthala. Gdyby nie Jakubiak, podsumowałabym stronę wokalną londyńskiego spektaklu jako na ogół porządną, lecz poza nielicznymi wyjątkami niezapadającą w pamięć. Jej ujęcie partii Chryzotemis zapisało się w kategorii przeżyć niezapomnianych, poniekąd niesprawiedliwie usuwając w cień inne walory tej w sumie udanej inscenizacji.

Łukasz Goliński (Orestes) i Nina Stemme. Fot. Tristram Kenton

Pappano dyrygował całością zgodnie z pierwotnym przykazaniem samego Straussa: „jakby to był Mendelssohn”. Oparł się pokusie skrajnie modernistycznego odczytania partytury w kategoriach uporczywego crescenda dramatycznego, przytłaczającej kakofonii dźwięków, którą wielu dyrygentów dodatkowo podkreśla rozmyślnie „zabrudzonym” brzmieniem poszczególnych grup orkiestrowych. Zamiast kontrastu czerni i bieli dostaliśmy miriady odcieni miłości i nienawiści, zemsty i chaosu, zwątpienia i nadziei – a wraz z nimi niespodziewane pokłady liryzmu, tak często lekceważone przez współczesnych mistrzów batuty, z taką tęsknotą wspominane przez wielbicieli legendarnej interpretacji Georga Soltiego z Birgit Nilsson w roli tytułowej.

Nowej Nilsson się nie doczekaliśmy, nikt jednak nie śmiał wątpić, że Pappano żegna się z ROH w stylu godnym swych największych poprzedników. Kolejny krąg się domyka. A ja na dniach podzielę się z Państwem wrażeniami z La Monnaie, do której chwały Pappano przyczynił się walnie przed objęciem Royal Opera House; oraz z English National Opera, która już wkrótce nieodwracalnie zniknie z muzycznej mapy Londynu. Obym w tym roku częściej mogła być akuszerką nowych zachwytów niż grabarzem bezpowrotnie straconych nadziei.