Uważajcie na marzenia

Drodzy Kochani, zdaniem niektórych już weszliśmy, zdaniem tych, którzy mieli piątkę z matematyki, dopiero za rok wejdziemy w lata dwudzieste naszego wieku. Jeśli te sprzed stulecia były szalone, nie znajduję określenia na zbliżającą się dekadę. Mam dla Państwa dwie wiadomości: dobrą i złą. Wiadomość dobra: kolejne arcydzieła przeszły do domeny publicznej. Wiadomość zła: kolejne arcydzieła przeszły do domeny publicznej. Z jednej strony, można już cieszyć się do woli komediami Bustera Keatona, Czarodziejską górą Tomasza Manna oraz Błękitną rapsodią Gershwina. Z drugiej strony, teraz każdy będzie mógł zrobić z tymi arcydziełami, co mu się żywnie podoba. Podłożyć dubbing pod Generała, zaaranżować Rhapsody in Blue na komplet klaksonów do Audi Q7, albo usunąć kilka rozdziałów z powieści Manna, wstawić w środek przepis na zupę kalafiorową i wydać bez żadnego komentarza pod niezmienionym tytułem.

W sumie nic to nikomu nie zaszkodzi, dopóki wszystkie wymienione utwory będą nadal funkcjonować w obiegu społecznym, a twórcy i pomysłodawcy adaptacji będą odsyłać zainteresowanych do oryginałów. Miłośnicy opery już dawno się z tym oswoili. Prawa majątkowe ich ulubionych kompozytorów i librecistów wygasły przed laty albo – w przeważającej liczbie przypadków – ich twórczość nigdy nie była przedmiotem prawa autorskiego. Ale dopiero niedawno zaczęliśmy zbierać dość smutne żniwo tego stanu rzeczy. Młody operoman musi się nieźle napocić, żeby się dowiedzieć, o czym właściwie ta Carmen. Internetowi nie zawsze można ufać, w książce programowej – esej zootechnika specjalizującego się w hodowli bydła rasy toro bravo, a do biblioteki daleko. Obejrzy gdzieś zapis inscenizacji Leo Muscato i już będzie wiedział: kiedy Carmen ukatrupi Don Joségo z broni palnej.

(Proszę kliknąć i sobie powiększyć, wtedy Państwo zobaczą, co w tym śmiesznego. © Punch Limited, 1954)

Ja sobie tu dworuję, ale właśnie dobiegł kresu Rok Moniuszkowski, a my dalej ni dudu, o czym ta Halka i jak się kończy Straszny dwór. Tymczasem strony i fanpejdże teatrów operowych za granicą pękają w szwach od quizów, zagadek, konkursów i bardzo czasem zabawnych memów z odwołaniami do przebojów scen. Więc niezależnie od życzeń tradycyjnych powinszuję też Państwu, żebyśmy i my – a nie tylko ci nadęci, ponurzy Anglicy – nie zapomnieli, co jest śmiesznego w noworocznych postanowieniach operowych, publikowanych co roku przez teatr w Leeds (w minionych latach Siostra Angelica obiecywała sobie nauczyć się dostrzegać pozytywy w każdej sytuacji, Zygmunt – poważnie przemyśleć swoją relację z siostrą, a Cherubin – popracować nad techniką skoku w dal).

A tak poważnie: życzę wszystkim moim Czytelnikom, żeby było się czym wzruszać i zachwycać w te szalone lata dwa tysiące dwudzieste. Może jeszcze nie wszystko stracone!

7 komentarzy

  1. alfath

    Wszystkiego najlepszego w nowym roku!

    Nie będzie tak źle. Ten medal ma tylko jedną stronę. Po 70 latach od śmierci twórcy wygasają tylko autorskie prawa majątkowe. Osobiste (dotyczące relacji twórcy z utworem) są nieograniczone w czasie. Co więcej, nie można z nich zrezygnować ani ich przekazać. W szczególności autor ma prawo do integralności swoich utworów i rozpowszechniania ich pod takim nazwiskiem lub pseudonimem, jaki sam wybrał. Po jego śmierci o tę ochroną dbać mogą jego krewni, stowarzyszenie twórców właściwe ze względu na rodzaj twórczości lub organizacja zbiorowego zarządzania. Na kolejnych wydaniach „Czarodziejskiej góry” Thomas-Mann-Archiv z Zurychu już nie zarobi, ale każdemu odradzałbym usuwanie z niej rozdziałów i dodawanie przepisów, nawet gdyby zupa kalafiorowa miała okazać się przepyszna. Z czegoś żyć muszą, więc tym chętniej będą sądzić się o odszkodowania.

  2. Kan

    Ja też na te ułatwienia w dostępie do źródeł patrzę z optymizmem, bo należę do pokolenia, które do roboty – teraz to się nazywa research – używało tzw. fiszek. Kopaliński swoje znakomite słowniki zanosił do wydawnictwa w pudełku po butach na takich właśnie „nośnikach”. Pewnie będą się zdarzały różne ekstrema i zalecam Upiorowi niezwłoczne opatentowanie „zupy kalafiorowej” z rozszerzeniem patentu na wszystkie „zupy” – to kosztuje, ale trzeba – bo a nuż jakiś „realizator” ukradnie tę koncepcję. Życzę zatem Upiorowi optymizmu, powiedzmy, kontrolowanego, bo będzie dobrze, ale nie tragicznie. Uszy do góry!

  3. Ewa

    Trochę mniej apokaliptycznie to wszystko wygląda. Owszem, wejście do domeny publicznej grozi wykorzystaniem dzieła w reklamie, parafrazach, użyciem jako tworzywa do nowego dzieła. Z pewnością jednak nie usprawiedliwi wydania Czarodziejskiej Góry pomniejszonej o kilka rozdziałów i powiększonej o przepis na zupę kalafiorową – jako dzieła Thomasa Manna.
    Trudno w ramach krótkiego komentarza kompletnie przedstawić problem, jednakowoż wejście do domeny publicznej nie przekreśla OSOBISTYCH praw twórców i ich ochrony.

  4. Przekazuję życzenia noworoczne Kanowi i Ewie :) Palnęłam sobie felietonik, a tu problem okazał się śmiertelnie poważny. Ja niby to wszystko wiem, ale tak mi po głowie chodzi, że skoro dowolnemu kompozytorowi można z opery wyciąć i wstawić coś innego, to dlaczego z Mannem miałoby być inaczej? A jeśli miałoby, to znów – dlaczego? Serdeczności wszystkim!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *