W poszukiwaniu traconego czasu

Zanim Upiór pozbiera się po kolejnym wypadzie do Szkocji i napisze, co usłyszał i zobaczył w Glasgow, wróćmy na chwilę do marcowego Berlina. Tym razem nie będzie o operze, nie będzie nawet o śpiewaniu. Będzie o festiwalu, który toczy się coraz bardziej leniwie przez ponad tydzień i coraz dobitniej nam uzmysławia, jak ważne jest słuchać. Muzyki, ciszy, hałasu, innych ludzi i samego siebie. O Maerzmusik w nowej odsłonie, pod kierownictwem Berno Odo Polzera, na łamach „Tygodnika Powszechnego”.

W poszukiwaniu traconego czasu

Błazen Toscaniniego

Paul Bowles – „prorok, podróżnik, przyjaciel bitników”, jak pisał o nim Marcin Sendecki w jednym z ubiegłorocznych wydań GW – był także całkiem uzdolnionym kompozytorem i znanym z ciętego pióra krytykiem muzycznym. Pisywał między innymi na łamach „New York Herald Tribune”. W grudniu 1942 roku zrecenzował jedno z przedstawień Toski na scenie Metropolitan Opera. W charakterystycznym dlań zwięzłym stylu wytknął słabości wokalne i niedostatki warsztatu aktorskiego uwielbianej Grace Moore, kilka lat wcześniej nominowanej do Oscara za rolę w melodramacie muzycznym Noc miłości. Nieco łagodniej obszedł się z Cavaradossim w osobie Charlesa Kullmana, zarzucając mu tylko nadmierną skłonność do uderzania w płaczliwe tony. W ostatnim akapicie napisał: „Salvatore Baccaloni okazał się wyśmienitym Zakrystianem, zarówno pod względem wokalnym, jak i aktorskim; co więcej, popisał się najlepszą dykcją spośród wszystkich solistów. Większość ministrantów (chór pań w idiotycznych perukach) wyglądała jak Harpo Marx. Ich pląsy wokół pana Baccaloniego nie były ani zabawne, ani przyjemne dla oka. Orkiestra pod batutą pana Sodero osiągnęła dobre, wyrównane brzmienie”.

Kim był śpiewak, który najwyraźniej skradł przedstawienie ulubieńcom nowojorskiej publiczności? Urodził się w Rzymie, 14 kwietnia 1900 roku. Od wczesnych lat chłopięcych śpiewał w chórze Kaplicy Sykstyńskiej, nie snuł jednak marzeń o karierze muzyka. Wybitnie inteligentny i obdarzony ścisłym umysłem, zamierzał zostać architektem. Zamiłowanie do śpiewu w końcu przeważyło. Młody Salvatore zaczął brać prywatne lekcje u chorwackiego barytona Josipa Kašmana, znanego we Włoszech pod nazwiskiem Giuseppe Kaschmann, wybitnego niegdyś odtwórcy ról Verdiowskich i Wagnerowskich, który z czasem przerzucił się na lżejszy repertuar buffo. Baccaloni musiał być pojętnym uczniem, skoro już w wieku 22 lat zadebiutował w partii Doktora Bartolo na deskach rzymskiego Teatro Adriano. Dysponował potężnym, bogatym w brzmieniu basem i nadzwyczajną dykcją, które dawały mu szerokie pole do popisu, nie tylko w rolach komicznych. W mediolańskiej La Scali, gdzie występował od 1926 roku, śpiewał między innymi Hèvera w zapomnianej dziś operze Dèbora e Jaéle Pizettiego, Raimonda w Łucji z Lammermooru i Sparafucile w Rigoletcie. Słynął z pracowitości i ciekawości świata. Nie miał zadatków na gwiazdora. Z chęcią brał niewielkie role w niezbyt popularnych operach, żeby jak najczęściej przebywać na scenie i doskonalić umiejętności aktorskie. Był prawdziwym człowiekiem teatru, cyzelował kreowane przez siebie postaci w najdrobniejszych szczegółach, wkładał w nie własne serce i duszę.

Dostrzegł to Arturo Toscanini, ówczesny kierownik muzyczny La Scali. Zachwycony talentem aktorskim Baccaloniego i jego niepospolitą, odrobinę gorzką vis comica, przywodzącą na myśl skojarzenia z najczystszą commedią dell’arte, namówił śpiewaka, by zrezygnował z „wielkich” partii basowych, skupiając się na rolach charakterystycznych i drugoplanowych. Baccaloni miał głos dostatecznie okrągły i ruchliwy, żeby radzić sobie bez najmniejszego trudu z partiami Dulcamary i Falstaffa, a zarazem dostatecznie pełny i piękny w barwie, by wzbudzać zachwyt jako Warłam i Leporello. Lubił też budować swoich bohaterów od podstaw, nie oglądając się na skostniałą tradycję wykonawczą – dlatego z takim zapałem uczestniczył w prapremierach nowych oper, kreując postaci między innymi w dziełach Giordano, Zandonaia i Guerriniego. Nad konstrukcją swoich ról ślęczał po nocach. Nienawidził improwizacji, nazywając ją uciechą idiotów. Bez względu na to, czy wychodził na scenę jako Don Pasquale, czy jako Benoit w Cyganerii, pobudzał widownię do śmiechu, który często wiązł ludziom w gardle. Był przeraźliwie ludzki, nieodparcie wzruszający, przewrotnie tragiczny. Wielu znawców uważa go za najwybitniejszego basa buffo w historii XX-wiecznej opery.

digital.lib.buffalo.edu

Baccaloni jako Brat Melitone w Mocy przeznaczenia. Fot. z archiwum University at Buffalo.

Sukcesy w ojczystych Włoszech, pod czujną opieką artystyczną Toscaniniego, otworzyły mu wkrótce wrota międzynarodowej kariery. W 1928 roku Baccaloni zadebiutował w londyńskiej Covent Garden w roli Timura w Turandot. Dwa lata później zaśpiewał Brata Melitone w chicagowskiej Mocy przeznaczenia. W latach trzydziestych zaczął święcić triumfy w partiach Mozartowskich: w 1936 roku w Così fan tutte na Festiwalu w Glyndebourne (Alfonso), w 1938 w Don Giovannim w San Francisco (Leporello), w 1940 w nowojorskim Weselu Figara (Bartolo). Tą ostatnią rolą zadebiutował na scenie Metropolitan, z którą związał się aż do 1962 roku. W latach czterdziestych założył własny zespół operowy Baccaloni Co., po wojnie często występował w Filadelfii, najpierw w Civic Grand Opera, później w Grand Opera powstałej z połączenia poprzedniej z Philadelphia La Scala Opera, wreszcie w tamtejszej Lyric Opera.

Jego przebogaty repertuar objął z czasem ponad sto sześćdziesiąt ról operowych. W drugiej połowie lat pięćdziesiątych zaczął z powodzeniem grać w filmach fabularnych, między innymi w komedii Full of Life Richarda Quine’a (1956) i w nagrodzonym Złotym Globem Gołębiu, który ocalił Rzym (The Pigeon That Took Rome z 1962 roku, w reżyserii Melville’a Shavelsona, z udziałem m.in. Charltona Hestona). Wystąpił w roli samego siebie w jednym z odcinków popularnego sitcomu The Danny Thomas Show. Żył pełnią życia. Nie oszczędzał się w pracy, radośnie folgował przyziemnym rozkoszom. Rżnął w pokera z kolegami po fachu: australijskim barytonem Johnem Brownlee i rodakiem Ezio Pinzą. Objadał się bez opamiętania: przy niezbyt wybujałym wzroście doszedł do prawie stu pięćdziesięciu kilogramów wagi. Zmarł stosunkowo młodo, w wieku zaledwie sześćdziesięciu dziewięciu lat, świętując sylwestra na Manhattanie. Spoczął na zacisznym cmentarzu Gate of Heaven (Wrota Niebios) w Hawthorne w hrabstwie Westchester w stanie Nowy Jork.

W sylwestra 2011 roku ktoś złożył na jego grobie życzenia: „Szczęśliwego Nowego Roku w Niebie, kochany Salvatore”.

 

In caelum ascendite

Drodzy Czytelnicy, kochani przyjaciele, którzy cierpliwie obserwujecie nasze muzyczne wniebowstąpienia i zstąpienia do czeluści – Upiór jest z Wami i dzięki Wam już prawie pół roku. Bez względu na to, w jakim obrządku świętujecie i czy w ogóle świętujecie, niech w tę niedzielę wszystko zacznie Wam wzrastać, mnożyć się i kwitnąć: kolekcje nagrań, zachwyty i zadziwienia, Wasze osobiste kariery. Oby ta wiosna przyniosła nam jak najwięcej odkryć, obyście jak najczęściej tu zaglądali, toczyli równie piękne dyskusje, jak do tej pory, dzielili się z Upiorem swoją wiedzą i wzruszeniami. Życzę Wam jak najczęstszych wypraw w muzyczne niebo i jak najdłuższych w tym niebie pobytów. Dziękuję i proszę o jeszcze.

wielkanoc

(Tak, to jest nasze wielkanocne stadko)

Miłość niejedno ma imię

To już chyba ostatnie przedświąteczne porządki: wkrótce nowy odcinek Atlasu Zapomnianych Głosów, potem kolejna podróż operowa. Tymczasem felieton z marcowej „Muzyki w Mieście”, o rankingach, listach przebojów i bestsellerów. Naszym zdaniem niemiarodajnych, co nie znaczy, że należy z nich całkiem zrezygnować. Raz do roku się przydadzą, niekoniecznie koło Wielkanocy.

Miłość niejedno ma imię

Straussowska wieża Babel

Dziś Prima Aprilis, ale jakoś nie jesteśmy w nastroju do żartów, zwłaszcza upiornych. Wróćmy więc jeszcze raz do Ryszarda Straussa, który – owszem – miał skłonność do figli, zarówno z tekstem, jak materiałem muzycznym. I w swojej twórczości pozwalał sobie na erudycyjne igraszki, nie dla wszystkich zrozumiałe, nie przez wszystkich doceniane, do dziś jednak dostarczające materiałów do przemyśleń, także krytykom, znawcom i miłośnikom opery. O Rosenkavalierze jako pretekście do intelektualnych zabaw dwóch tytanów teatru modernistycznego – w marcowym numerze „Muzyki w Mieście”.

Straussowska wieża Babel

Maria Stuart bez głowy

W krótkiej przerwie między kolejnymi podróżami (ach, ta wiosna!) wracamy do całkiem niedawnej i pod pewnymi względami całkiem nieudanej premiery w TW-ON. Głosy na jej temat okazały się mocno podzielone, choć krytycy byli tym razem dość zgodni. Na łamach „Tygodnika Powszechnego”, już w nowej odsłonie internetowej, z płatnym dostępem, ale naprawdę warto wykupić którąś z opcji – dla każdego coś wygodnego i w sumie niedrogo. Zapraszamy do dyskusji.

Maria Stuart bez głowy

Alles was ist, endet

Tamtego dnia późnym wieczorem oglądaliśmy Latającego Holendra w reżyserii Pountneya. W berlińskim mieszkaniu mojego przyjaciela: na lewo lotnisko, na prawo cmentarz, w środku Wagner. Wstrząśnięci wiadomością o katastrofie, próbowaliśmy odreagować, śledząc reżyserskie tropy w tej nie do końca udanej inscenizacji. Zatrzymaliśmy się dłużej nad 2001: Odyseją kosmiczną Kubricka i sceną, w której komputer HAL 9000 popada w pętlę Hofstadtera-Möbiusa, powodującą swoistą cyberpsychozę u maszyn wyposażonych w sztuczną inteligencję. HAL morduje całą załogę z wyjątkiem dowódcy. W słynnym dialogu kapitan Dave Bowman prosi komputer o otwarcie włazu kapsuły. HAL odpowiada: ” I’m sorry, Dave. I’m afraid I can’t do that”.

Na pokładzie samolotu Germanwings 9525 był 54-letni bas-baryton Oleg Bryjak – a właściwie Bryżak – solista Deutsche Oper am Rhein, protodiakon cerkwi ukraińskiej w Krefeld. Była też 33-letnia Maria Radner, wyśmienicie rokująca na przyszłość niemiecka kontralcistka. Wracali z Barcelony, z Teatro Liceu, gdzie właśnie zaśpiewali Erdę i Alberyka w Zygfrydzie. Nie chcę robić z Upiora tablicy nekrologów. Trudno jednak przejść do porządku dziennego nad informacją, że w tym przypadku otwarcia drzwi odmówił tak zwany czynnik ludzki. I nie uratował się nikt. Trudno o tym zapomnieć. Zwłaszcza w Berlinie. Zwłaszcza w mieszkaniu, gdzie na lewo lotnisko, na prawo cmentarz, a w środku Wagner.

Raport z oblężonego (przez publiczność) miasta

Dziś króciutko, bo wrażeń moc. Berliński festiwal muzyki współczesnej Maerzmusik przeżywa właśnie metamorfozę pod nowym kierownictwem Berno Odo Polzera. Słuchamy i patrzymy z zaciekawieniem, czasem nawet z niekłamanym zachwytem. Na przykład wczoraj, kiedy w Berlinie po raz pierwszy zabrzmiały Récitations Georgesa Aperghisa z 1978 roku. I to w wykonaniu śpiewaczki, która powołała ten utwór do życia dopiero czternaście lat temu – wcześniej nikt się nie odważył wykonać go w całości. Donatienne Michel-Dansac, jedna z najwybitniejszych interpretatorek wokalnej muzyki współczesnej, uczestnicząca w prawykonaniach kompozycji m.in. Philippe’a Manoury’ego, Pascala Dusapina i Luki Francesconiego, jest żywym dowodem na potwierdzenie tezy, że śpiewacy nie powinni ulegać pokusie zbyt wąskiej specjalizacji. Wszystko jest kwestią nieskazitelnej techniki: Michel-Dansac z równym powodzeniem śpiewa muzykę barokową (choćby z zespołem Les Arts Florrisants) i romantyczną.

Świetny muzyk i doskonała aktorka – wymarzona odtwórczyni piekielnie trudnych utworów Aperghisa, cenionego przede wszystkim w dziedzinie eksperymentalnego teatru muzycznego. Na zachętę słynna Sequenza III Beria i fragment spektaklu Tourbillons Oliviera Cadiota z muzyką Aperghisa, w paryskim Théâtre du Rond-Point. Proszę słuchać. Można podziwiać.

O dzieciach i czarach w operze

Plon jeszcze jednej wędrówki, tym razem nie tak dalekiej, bo do Poznania, gdzie do repertuaru Teatru Wielkiego weszły dwie krótkie opery: Dziecko i czary oraz Słowik. Czy to na pewno utwory dla dzieci, co zrobić, żeby i dzieci miały z nich jakąś przyjemność, jak naprawić popełnione już błędy? O tych i o kilku innych sprawach na łamach marcowego „Teatru”.

O dzieciach i czarach w operze

O Lisiczce, która nauczyła mężczyznę kochać

Minęły już prawie cztery miesiące od naszego wypadu do Brna na Festiwal Janaczkowski, a my wciąż o Lisiczce. I nie przestaniemy, aż wreszcie doczekamy się tego arcydzieła na którejś z polskich scen. O historii powstania „leśnej idylli” Příhody lišky Bystroušky, o jej powikłanych dziejach scenicznych, o tym, co w libretcie namącił Max Brod, i o najnowszej inscenizacji Ondřeja Havelki dla Teatru Narodowego w Pradze – w lutowym numerze „Teatru”. I oczywiście u nas.

O Lisiczce, która nauczyła mężczyznę kochać