Niedoszła mistrzyni Callas

Tyle w Italii do zwiedzania, że mało kto decyduje się na krótką choćby wycieczkę do miasteczka Imola w regionie Emilia-Romagna – niespełna czterdzieści kilometrów od Bolonii i mniej więcej dwa razy dalej od kurortu Rimini. Z przewodników można się dowiedzieć, że miejsce jest, owszem, sympatyczne, nie ma jednak wiele do zaoferowania turystom – może poza Rocca Sforzesca, zamkiem wzniesionym za rządów Girolama Riario i jego żony Katarzyny Sforza, femina sangurinaria et tyranissa, znanej też z zamiłowania do alchemii i sztuki myśliwskiej. Stanęły tu niedawno dwa pomniki: żołnierzy 2. Korpusu Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, którzy wiosną 1945 roku przystąpili do natarcia na Bolonię, zdobyli Castel Bolognese, a po drodze wyzwolili Imolę; oraz niedźwiedzia Wojtka, który towarzyszył 22. Kompanii Zaopatrywania Artylerii i przeszedł z nią szlak bojowy od Syrii, przez Palestynę i Królestwo Egiptu aż do Włoch. Kibice wyścigów Formuły 1 do dziś ze zgrozą wspominają Grand Prix San Marino z 1994 roku na torze Imola: koszmarna passa zaczęła się od wypadku Rubensa Barrichello podczas treningu, dzień później w kwalifikacjach zginął Roland Ratzenberger, wreszcie w samym wyścigu poniósł śmierć Ayrton Senna, być może najlepszy kierowca F1 wszech czasów. Podczas reanimacji pod siedzeniem bolidu Brazylijczyka znaleziono flagę austriacką, którą Senna po przekroczeniu linii mety zamierzał rozpostrzeć w hołdzie dla zmarłego kolegi.

Więcej zatem w Imoli historii niż cennych zabytków. Choćby z tej przyczyny warto wspomnieć o tamtejszym teatro comunale, który trudno uznać za atrakcję dla miłośników architektury i sztuki operowej, dopóki nie wgłębimy się w jego powikłane dzieje. Otóż w 1810 roku, za mocy dekretów wydanych przez pozostające pod zwierzchnictwem napoleońskim Królestwo Włoch, zdesakralizowano XIV-wieczny przyklasztorny kościół św. Franciszka i wystawiono gmach na sprzedaż. Burmistrz Andrea Costa wpadł na pomysł, żeby w części budowli urządzić teatr. Projekt adaptacji powierzono architektowi Giuseppe Magistrettiemu oraz dwóm współpracującym z nim malarzom, Felice Gianiemu i Gaetano Bertolaniemu. Ukończony “Teatro dei Signori associati” został oddany pod opiekę Ceres, rzymskiej bogini wegetacji i urodzajów. Działalność teatru zainaugurowano w 1812 roku przedstawieniem I riti d’Efeso Giuseppe Farinellego, weneckiego kompozytora, który przyjął nazwisko w dowód wdzięczności dla swego nauczyciela i mentora, jednego z najsłynniejszych kastratów w historii opery. Pierwszy rozdział działalności teatru skończył się wraz z końcem rządów Napoleona, kiedy papież Pius VII zadecydował o zamknięciu “świętokradczego” przybytku. Mieszkańcy Imoli zareagowali pragmatycznie – dalszą przebudową gmachu, która niemal całkowicie zatarła jego pierwotne przeznaczenie. W latach 30. XIX wieku w reaktywowanym teatrze zagościły dzieła Rossiniego, następnie Belliniego i Donizettiego, wreszcie wschodzącej gwiazdy opery włoskiej – Giuseppe Verdiego. W 1855 roku repertuar rozszerzono o utwory dramatyczne – nie był to jednak krok z dobrą stronę, bo w niedługim czasie sztuki Szekspira i Goldoniego zaczęły walczyć o lepsze z pokazami iluzjonistów i kuglarzy, miejskimi balami i loteriami dobroczynnymi.

W początkach XX stulecia udało się powrócić do ambitniejszych planów – niestety, na krótko, bo za rządów Mussoliniego teatr został zamknięty ze względów bezpieczeństwa. Poważnie zniszczony w czasie II wojny światowej, doczekał się ponownego otwarcia dopiero w 1974 roku, po gruntownej renowacji. Trzy lata później wybrał sobie patronkę: od grudnia 1977 roku działa pod nazwą Teatro comunale Ebe Stignani.

Być może nigdy by do tego nie doszło, gdyby rodzice Ebe nie pochodzili z pobliskiej miejscowości Bagnacavallo, a słynna śpiewaczka nie zakochała się w swoim wielbicielu, którego ród także wywodził się z tamtych stron. Wielbiciel okazał się także domatorem: para wzięła ślub w Imoli i spędziła tam resztę życia, jeśli nie liczyć krótkiej przerwy wojennej. Zanim jednak to tego doszło, panna Stignani zdążyła rzucić na kolana publiczność największych teatrów operowych na świecie – od mediolańskiej La Scali, poprzez londyńską Covent Garden, skończywszy na San Francisco Opera i Teatro Colón w Buenos Aires.

Ebe Stignani urodziła się w Neapolu, 10 lipca 1903 roku, choć ówczesnym zwyczajem próbowała “poprawić” swoją metrykę, odmładzając się nawet o cztery lata. Rodzice zadbali o edukację uzdolnionej muzycznie jedynaczki: posłali ją do klasy fortepianu w Conservatorio di Musica San Pietro a Majella, gdzie pobierała obowiązkowe lekcje śpiewu u słynnego Agostino Roche, kompozytora i pedagoga, pod którego okiem kształciła się także Maria Caniglia. Ponoć to on zniechęcił Stignani do pójścia na łatwiznę i rozpoczęcia kariery w fachu sopranowym, odkrywszy jej niezwykłą skalę i potencjał barwowy w dolnym rejestrze. Większość źródeł podaje, że Ebe zadebiutowała w 1925 roku w Teatro di San Carlo, w partii Amneris w Aidzie, po ukończeniu studiów w konserwatorium. Wiele jednak wskazuje, że występowała na tej scenie już wcześniej, między innymi jako Maddalena w Rigoletcie, a jej faktyczny debiut w roli Amneris odbył się w Operze Florenckiej. Jakkolwiek było, w następnym sezonie – mimo przestróg swego mistrza – dała się słyszeć również w partii Normy, w Teatro Piccinni w Bari i w weneckiej La Fenice.

Przełomem w jej życiu zawodowym okazał się występ w roli Meg Page w Verdiowskim Falstaffie w Busseto, w kwietniu 1926 roku, pod batutą Artura Toscaniniego. Czarodziej batuty ponoć osłupiał, kiedy usłyszał jej śpiew. Z miejsca zaangażował ją do La Scali: w październiku tego samego roku Stignani zadebiutowała w IX Symfonii Beethovena pod jego dyrekcją, a po raz pierwszy na mediolańską scenę wyszła miesiąc później, jako Mara w nowej operze Pizzettiego Dèbora e Jaéle. Swój sukces przypieczętowała występem w partii Eboli w Don Carlosie, który zapewnił jej pozycję pierwszego mezzosopranu dramatycznego w La Scali, utrzymaną bez większych zawirowań do połowy lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Śpiewała u boku największych i pod batutą najwspanialszych: między innymi Victora de Sabaty, z którym święciła tryumfy jako Dalila w operze Saint-Saënsa. Stopniowo rozszerzała swój repertuar o partie z innych oper francuskich (tytułowa Carmen w dziele Bizeta), rosyjskich (Maryna w Borysie Godunowie) oraz niemieckich (Brangena w Tristanie i Izoldzie, Ortruda w Lohengrinie).

Ebe Stignani jako Amneris w Aidzie.

W maju 1927 jej sława dotarła za Ocean: Stignani porwała widownię argentyńskiego Teatro Colón jako Norma w spektaklu prowadzonym przez Gina Marinuzziego, w gwiazdorskiej obsadzie złożonej między innymi z Claudii Muzio, Giacoma Lauriego-Volpiego i Tancredi Pasero. W Buenos Aires nie miała jednak szans w starciu Luisą Bertaną, ulubienicą tamtejszej publiczności, która z kolei musiała jej oddać pola w tych samych partiach w La Scali. Ebe dała się za to kilka razy usłyszeć w Teatro Municipal w São Paulo oraz w Operze w San Francisco. Do Londynu zawitała po raz pierwszy w roku 1937, w ramach uroczystości koronacyjnych Jerzego VI – zadebiutowała wówczas jako Amneris na scenie Covent Garden, dokąd wracała jeszcze w latach pięćdziesiątych, wówczas już w partii Adalgisy u boku Marii Callas w Normie Belliniego. W 1957 roku bisowała z nią – zapewne po raz pierwszy w karierze – duet “Mira, o Norma”, pod batutą Johna Pritcharda.

Tuż przed wybuchem II wojny światowej Ebe Stignani wystąpiła jako Azucena w Trieście, jako tytułowa Faworyta w Mantui oraz w partii Santuzzy w Faenzy – nie licząc “szeregowych” przedstawień w La Scali oraz na scenach Rzymu, Neapolu, Florencji i Bolonii. Miała już podpisany kontrakt w Metropolitan Opera. Z oczywistych względów nie doszedł do skutku. W ferworze wojennym Stignani zaczęła poszerzać swój repertuar o partie z dawnych, zapomnianych wówczas oper, między innymi Lindy di Chamounix Donizettiego oraz Orfeusza i Eurydyki Glucka. W 1941 roku wreszcie znalazła miłość: w osobie Alfreda Scitiego, szczerego wielbiciela opery, a zarazem mądrego człowieka, który zdołał ją przekonać do ograniczenia liczby występów w tamtych niepewnych czasach. W maju 1944 roku przyszedł na świat ich jedyny syn. Wkrótce potem małżeństwo ewakuowało się z Imoli na przedmieścia Bolonii, zostawiając cały swój dobytek na pastwę losu.

Mimo kilku oszałamiających sukcesów po wojnie, Stignani nie zdołała w pełni odbudować swej poprzedniej pozycji. Zeszła ze sceny w roku 1958, w operze w Dublinie, żegnając się z publicznością partią Amneris w Aidzie. Zaszyła się na dobre w odzyskanej willi w Imoli. W jednym z nielicznych wywiadów udzielonych po zakończeniu kariery przyznała, że gdyby nie udane małżeństwo i narodziny ukochanego dziecka, przeżyłaby resztę swoich dni jak zakonnica. Zmarła 5 października 1974 roku – wspominana później jako jedna z największych mezzosopranistek swojej epoki, obdarzona potężnym, metalicznym w brzmieniu, fenomenalnie ustawionym głosem, który dawał jej szerokie pole do popisu także w rolach kontraltowych oraz przeznaczonych dla sopranów dramatycznych z lekką górą i ciemną, aksamitną barwą w dolnym rejestrze.

Chodzą słuchy, że Callas miała u niej brać lekcje śpiewu, ale ostatecznie uniosła się honorem i uznała, że primadonnie nie wypada doszkalać się u wykonawczyni ról drugoplanowych. Być może o to chodziło w gorzkim stwierdzeniu Ebe Stignani, że w jej karierze liczył się tylko głos.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *