Nakaz miłości

Coraz mi trudniej podsumowywać polski sezon w operze. Na świecie dzieje się tyle dobrego, że moje dalekie wędrówki odbywają się często kosztem wizyt w rodzimych teatrach. Smutno i przykro, kiedy muszę omijać instytucje ambitne, z zapałem zabiegające o widzów i słuchaczy. Jeszcze bardziej przykro, kiedy żmudny trud krytyków (w tym niżej podpisanej) spotyka się ze wzgardliwym lekceważeniem osób odpowiedzialnych za politykę artystyczną i repertuarową teatrów. Osłupiałam, dowiedziawszy się od kolegi po fachu, że dyrektor Gabriel Chmura poinformował uczestników konferencji prasowej w Teatrze Wielkim w Poznaniu, jakoby niedawna premiera Śpiewaków norymberskich nie doczekała się żadnego odzewu w polskich mediach. Pal sześć mój tekst do „Tygodnika Powszechnego” – jeden z dłuższych i bardziej wnikliwych. Oficjalny wortal Instytutu Teatralnego odnotował kilkanaście recenzji i materiałów publicystycznych. Wystarczy przeczesać zasoby internetu, żeby znaleźć co najmniej drugie tyle. Nie wiem, czym tłumaczyć takie zachowania dyrekcji: nieumiejętnością wyszukiwania informacji, lenistwem umysłowym, rozmyślnym działaniem propagandowym?

Chodzi raczej o to ostatnie, bo rosnąca liczba teatrów w Polsce, nie tylko operowych, za „odzew” uważa laurkę pod adresem twórców i realizatorów przedstawienia. Jako potwierdzenie mojej tezy zacytuję słowa „specjalisty ds. PR” pewnego teatru (znamienne, że ów teatr nie zatrudnia kierownika literackiego ani osoby odpowiedzialnej za biuro prasowe). Otóż specjalista podziękował „za współpracę i pomoc, której efektem byli widzowie wypełniający sale i korytarze opery”. Analizę tego potworka językowego zostawię sobie na inną okazję. Skupię się na sformułowaniu „pomoc”, które w tym kontekście sugeruje, że teatrowi nie zależy na opiniach fachowców, tylko na sprawnie przeprowadzonej kampanii promocyjnej, gwarantującej maksymalną sprzedaż biletów. Znawców opery nie trzeba przekonywać o krótkowzroczności takiego podejścia do sprawy.

Właściwie żaden teatr operowy w naszym kraju nie działa tak, jak działać powinien. Większość zmaga się z ciasnym budżetem, długotrwałymi skutkami błędnych decyzji personalnych, brakiem pomysłu na profil placówki – albo wszystkim naraz. Większość uprawia propagandę sukcesu, rozpaczliwie wyłuskując z recenzji frazesy o „znakomitych wykonawcach” i „światowym poziomie”, z reguły wyrwane z kontekstu i niepoparte przekonującymi argumentami. Zaklina rzeczywistość z takim zapałem, że nie starcza już czasu na prawdziwą promocję – skutkującą między innymi owocną współpracą międzynarodową. Zapewniam trwających w samozadowoleniu dyrektorów, że krytycy zagraniczni planują swoje wojaże z wielomiesięcznym wyprzedzeniem, a obsada i kierownictwo muzyczne spektakli interesują ich w równym stopniu, o ile nie bardziej, niż nazwisko reżysera. Tymczasem dwa rywalizujące ze sobą teatry warszawskie – Warszawska Opera Kameralna i Polska Opera Królewska – nie wiedzą jeszcze, co będą robiły w sierpniu, nie wspominając już o planach na nadchodzący sezon.

Zakaz miłości w Operze Wrocławskiej. Fot. Marek Grotowski.

Pozostaje więc kochać to, co się ma. O zwariowanym, zdaniem niektórych zaplanowanym na wyrost sezonie Opery Wrocławskiej pisałam już kilkakrotnie. Uwielbiam ten teatr, od 1841 roku działający z przerwami w bodaj najpiękniejszym gmachu, jakim może się pochwalić polski zespół operowy. Nic na to nie poradzę, że ilekroć się znajdę w tym wnętrzu, tylekroć stają mi przed oczyma sylwetki Liszta, Hansa von Bülowa, Wagnera, Ryszarda Straussa, Bruno Waltera i Wilhelma Furtwänglera, którzy pojawiali w tym kanale za pulpitem dyrygenckim, przyczyniając się walnie do znakomitej opinii Breslauer Oper na muzycznej mapie Niemiec. Dlatego nie będę dzielić włosa na czworo i dopytywać się, dlaczego planowana w koprodukcji z Operą Lipską inscenizacja Zakazu miłości skończyła się na dwóch wykonaniach koncertowych. Wolę się cieszyć, że młodzieńcza i wciąż niedoceniana „szekspirowska” opera Wagnera zawitała wreszcie do Polski – po stu osiemdziesięciu dwóch latach od niesławnej prapremiery w Magdeburgu.

Jestem niepoprawną wagneromaniaczką i przyznam bez bicia, że zamiast skupiać się na mieliznach dramaturgicznych i dziwnym stylów pomieszaniu w Das Liebesverbot, z dziecięcą radością odkrywałam w tej partyturze zapowiedzi przyszłego Tannhäusera, Tristana i Parsifala, tropiłam w niej żarty, które rozkwitły pełnią barw dopiero w Śpiewakach norymberskich, z zaintrygowaniem śledziłam ewolucję postaci Friedricha – prototypu późniejszych, znamiennie „pękniętych” bohaterów Wagnerowskich, począwszy od Holendra, poprzez Wotana, na Klingsorze skończywszy. Nie było to wykonanie doskonałe – dyrygent Volker Perplies, który cztery lata temu pomógł Stefanowi Solteszowi ogarnąć niesforne zespoły TW-ON w warszawskim Lohengrinie – dokonał w dziele wielu skrótów, „krojąc” je na miarę możliwości wrocławskiej orkiestry i wytrzymałości tutejszych słuchaczy. Zakaz miłości poprowadził w tempach żywych, choć może nie dość zróżnicowanych, czasem nie zdołał powściągnąć wolumenu instrumentalistów, nie zawsze też „dogadywał” się z solistami. Spośród pań najlepsze wrażenie wywarła na mnie Agnieszka Sławińska w partii Marianny, którą zdążyła ośpiewać już wcześniej w strasburskiej Opéra National du Rhin. Niezmordowany Aleksander Zuchowicz przekonująco wcielił się w rolę Claudia, Tomasz Rudnicki – za poprzedniej dyrekcji bezmyślnie wpychany w role basowe – w partii Friedricha odsłonił nie tylko nieprzeciętne walory swego pięknego, ujmującego „niemodnym” groszkiem barytonu, ale i rzadką u polskich śpiewaków umiejętność budowania postaci krok po kroku, z szacunkiem dla słowa i sugestii zawartych w samej partyturze. Osobne słowa uznania należą się Wojciechowi Parchemowi, który w rolę Luzia włożył całe serce, całą duszę i jeszcze coś więcej – głos nieoczywistej, a mimo to zniewalającej urody: ciemny, odrobinę nosowy, trochę brudny w średnicy, bardzo męski i rozpoznawalny już w pierwszych, potoczyście lejących się frazach. Bardzo się cieszę, że wkrótce usłyszę tego śpiewaka w warszawskiej inscenizacji Billy’ego Budda, gdzie powierzono mu partię Red Whiskersa. Trochę się martwię, że dyrektorzy teatrów zbyt lekką ręką wpychają go w role charakterystyczne, zamiast docenić jego indywidualność – lekceważoną w dzisiejszej rzeczywistości tenorów „sformatowanych”, którzy na każdej scenie i w każdej inscenizacji muszą brzmieć równie „ładnie” i okrągło.

Aleksander Zuchowicz (Claudio), Agnieszka Kuk (Isabella) i Volker Perplies. Fot. Marek Grotowski.

Przyszły sezon w Operze Wrocławskiej zapowiada się nieco spokojniej. Najważniejsze, że prawie wszystkie propozycje z roku ubiegłego znajdą się w stałym repertuarze teatru. Ten zespół potrzebuje nie tylko nowych wyzwań, ale i poczucia stabilizacji. Może kocham go trochę na wyrost, ale w coś trzeba wierzyć. W teatrze przy Świdnickiej czuję się na tyle dobrze, by swą miłość do opery przyjąć równie radośnie, jak biblijny nakaz miłości bliźniego.

Garibaldi’s Trovatore

I delayed my report from Winslow for so long that a bomb exploded – only somewhere completely different. Not even a month before the opening of the new season in Bayreuth, the news broke that Roberto Alagna had withdrawn from the title role in the new staging of Lohengrin under the baton of Christian Thielemann, directed by Yuval Sharon. Apparently because of too many other obligations, he had not succeeded in learning his role in time. The grotesque nature of these explanations only confirms the fears I had from the moment the French tenor’s name appeared in the cast. But that isn’t the point here. The management of the Bayreuther Festspiele made an announcement in a tone of mild panic, informing the audience that they were ‘intensively’ searching for a replacement. How did that happen? Did the performer of such a major role in a house of that stature not have any understudy? No doubt he did, but in today’s day and age, the understudy is there not to come out on stage in such a situation, but rather to do the dirty work for the star during rehearsals for the show. At the world’s most famous houses, it is more and more often names that appear, rather than singers. It is names – not vocal artistry – that drive ticket sales and guarantee the endeavour publicity, as measured by the number of articles in the media, likes on social media portals and comments by ecstatic fans posing for pictures alongside operatic celebrities.

Opera has often gone hand-in-hand with poor taste, but it never used to happen at such cost to the artistic side. We shall shortly find out who will replace Alagna. We can already take bets, because only a few singers are under consideration. Let us hope that they end up with someone who can handle the part. Over a dozen others are waiting in line who haven’t the slightest chance of appearing on opening night, though they often are every bit the equal of the sure bets, and sometimes even better. It is for this reason that I insist on encouraging my readers to visit theatres that are more modest, yet more committed to the idea of the operatic form – with its intrinsic requirement of care for style and dedicated work in a team directed by a wise conductor. A singer’s class is not attested by the ability to scream out their role on a stage the size of an aircraft hangar. The so-called big voices reveal the fullness of their values only when they can diversify the timbre throughout the dynamic scale. Vocalists should understand what they are singing about and be able to communicate without difficulty with the conductor, the orchestra and the rest of the cast.

Il Trovatore at the Winslow Hall Opera. Vasile Chişiu (Count di Luna). Photo: WHO.

Fortunately, there are still such musicians and such production teams, though they normally have to tighten their belts and fulfill their dreams on a shoestring budget. Sometimes they end up with results vastly superior to those of the expensive productions on the big-league stages. Today, however, I shall write about something else: an endeavour that does not even think of competing with either the giants or with a handful of ambitious idealists. The Winslow Hall Opera, which I visited for the first time last year, in many respects bears the marks of grand caprice, but it does serve the common good – more precisely, it satisfies the cultural and social needs of the local community, offering it a clear theatre experienced up close, at least decent singing, though in the rendition of young or lesser-known artists, but in general: an encouragement toward further contact with opera, for example in London, less than 100 km away.

Oliver Gilmour, the brother of Winslow Hall’s owner and the Opera’s artistic director, prepares only one show per year – every time, these are works from the standard repertoire that are sure to attract local music lovers. The performances take place on a tiny stage under a tarpaulin mounted straight on the lawn of the residence, which during the intermission turns into a picturesque field for a picnic – a favourite pastime of English open-air opera attendees. This year, the choice fell upon Il Trovatore, for which – aside from aspiring singers from England – Gilmour invited soloists with whom he had had the opportunity to work previously abroad, among other places at the Bulgarian National Opera in Sofia, where he held the post of principal conductor in the 1990s. Tsvetana Bandalovska, the fine Amelia from last year’s Un ballo in maschera, turned out to be an even more convincing Leonora; also performing better was Vasile Chişiu in the role of the Count di Luna, though he took as long to warm up as previously in the role of Anckarström. All of the supporting roles were worthily cast – and here I shall point out in particular the superb acting and beautiful baritone of Piran Legg (Ferrando). Argentinian tenor Pablo Bemsch, from 2011 to 2013 a member of the Jette Parker Young Artists Programme at the Royal Opera House, built Manrico’s character in a manner befitting a house considerably more ambitious than the Winslow Hall Opera: the singer has at his disposal a well-favoured, timbrally-balanced voice, produced freely with a large wind capacity. It is a pity that the phenomenally gifted Norwegian Siv Iren Misund didn’t put a little more effort into mastering the part of Azucena – her juicy, dense mezzo-soprano with a truly contralto low register would have made an electrifying impression on me, were it not for numerous textual errors. The reduced-size orchestra accompanied the soloists conscientiously, though without any special finesse – it is worth emphasizing, however, that Gilmour imposed faster tempi on them this year and put more work into organizing the harmonic verticals, to the benefit of the intonation and pulse of the whole.

The crowd scene with Piran Legg (Ferrando) in the middle. Photo: WHO.

The staging job again went to Carmen Jakobi. After Un ballo in maschera, with its plot set during the reign of the Swedish King Gustav III, the director shifted Il Trovatore into the realities of the Risorgimento, or more precisely, the Italo-Austrian war and the fierce conflicts between Garibaldi’s divisions and the armies of Major General Kuhn von Kuhnenfeld. And so the Count di Luna became an Austrian officer; and Manrico, a soldier in the Alpine Rifle Corps, whereby the competition of the two men for Leonora’s attentions gained an additional political dimension. On the other hand, Jakobi’s directorial maneuovre made the relationship between Manrico and Azucena more probable – a Garibaldi volunteer raised by a Roma woman does, after all, speak more powerfully to the imagination than a gypsy troubadour. The symbolism of the tragic conflict among the forces of vengeance, jealousy and love was highlighted by the stylish costumes, whose author (Penny Latter) had recourse to a certain anachronism: she dressed Manrico in the red shirt of the participants in the Expedition  of the Thousand, which is considerably more strongly associated with Garibaldi than are the Alpine Riflemen’s uniforms. The acting tasks – carried out, as usual with Jakobi, clearly and precisely – took place against the background of an abstract glow ‘borrowed’ from an etching by Francisco Goya entitled Escapan entre las llamas, from the cycle The Disasters of War (stage design by Paul Webb). Changes of scenery were suggested only by the lighting (Matt Cater) and the unveiling of individual panels of the background – in such a manner that the empty spaces reflected Leonora’s balcony, the monastery cross, the barred window of Manrico’s cell. Maximum theatre with minimal expenditures.

Tsvetana Bandalovska (Leonora), and Vasile Chişiu (Count di Luna). Photo: WHO.

It is difficult to compare the Winslow Hall Opera even with the unpretentious summer opera at Longborough. It is a truly neighbourly community theatre, evoking in me peculiar associations with the traveling cinemas of old. I well remember from my childhood those vans, thanks to which even the tiniest hamlet could – for a few hours – boast of its own cinema. Thanks to the Gilmour brothers’ initiative, for a few days a year Winslow – a town of a few thousand inhabitants in Buckinghamshire – can boast of its own opera house.

Translated by: Karol Thornton-Remiszewski

Trubadur Garibaldiego

Tak długo zwlekałam z relacją z Winslow, aż bomba wybuchła – tyle że zupełnie gdzie indziej. Niespełna miesiąc przed otwarciem nowego sezonu w Bayreuth gruchnęła wieść, że Roberto Alagna wycofał się z roli tytułowej w nowej inscenizacji Lohengrina pod batutą Christiana Thielemanna i w reżyserii Yuvala Sharona. Ponoć z nadmiaru innych obowiązków nie zdążył nauczyć się roli. Groteskowość tych wyjaśnień tylko potwierdza obawy towarzyszące mi od chwili, kiedy nazwisko francuskiego tenora pojawiło się w obsadzie. Nie w tym jednak rzecz. Dyrekcja Bayreuther Festspiele ogłosiła komunikat w tonie lekkiej paniki, informując publiczność, że „intensywnie” szuka zastępcy. Jak to? Czyżby wykonawca tak poważnej partii w teatrze tej rangi nie miał żadnego dublera? Zapewne miał, ale w dzisiejszych czasach dubler nie jest od tego, żeby w podobnej sytuacji wyjść na scenę, tylko żeby odwalić za gwiazdę czarną robotę podczas prób do spektaklu. W najsłynniejszych teatrach świata coraz częściej występują nazwiska, a nie śpiewacy. To nazwiska – nie kunszt wokalny – napędzają sprzedaż biletów i gwarantują przedsięwzięciu rozgłos, mierzony liczbą materiałów w mediach, lajków na portalach społecznościowych i komentarzy wniebowziętych fanów, pozujących do zdjęć u boku operowych celebrytów.

Opera często szła w parze ze złym smakiem, nigdy jednak nie odbywało się to aż takim kosztem artystycznym. Wkrótce się dowiemy, kto zastąpi Alagnę. Zakładać można się już dziś, bo w grę wchodzi raptem kilku śpiewaków. Oby trafiło na takiego, który da sobie z tą partią radę. W kolejce czeka kilkunastu innych, którzy nie mają najmniejszych szans na występ w wieczorze otwarcia, choć często w niczym nie ustępują pewniakom, a czasem są od nich lepsi. Właśnie dlatego uparcie nakłaniam moich Czytelników, żeby odwiedzali teatry skromniejsze, za to bardziej oddane idei formy operowej – z jej nieodłącznym wymogiem dbałości o styl i ofiarnej pracy w zespole kierowanym przez mądrego dyrygenta. O klasie śpiewaka nie świadczy umiejętność wykrzyczenia swej partii na scenie rozmiarów hangaru dla odrzutowców. Tak zwane duże głosy odsłaniają pełnię swych walorów tylko wówczas, kiedy mogą różnicować koloryt brzmienia w całej skali dynamicznej. Wokaliści powinni rozumieć, o czym śpiewają, bez kłopotu dogadywać się z reżyserem, orkiestrą i resztą obsady.

Trubadur w Winslow Hall Opera. Scena zbiorowa w obozie Cyganów. Fot. WHO.

Na szczęście są jeszcze tacy muzycy i tacy realizatorzy, choć zwykle muszą zaciskać pasa i spełniać swoje marzenia za psi grosz. Bywa, że z rezultatem o niebo lepszym niż w przypadku kosztownych produkcji na scenach pierwszej ligi. Dziś jednak napiszę o czymś innym: o przedsięwzięciu, które ani myśli ścigać się z gigantami ani z garstką ambitnych idealistów. Winslow Hall Opera, którą odwiedziłam po raz pierwszy w ubiegłym roku, pod wieloma względami nosi cechy wielkopańskiej fanaberii, służy jednak dobru wspólnemu – ściślej, zaspokaja kulturalne i towarzyskie potrzeby lokalnej społeczności, proponując jej teatr klarowny i doświadczany z bliska, śpiew co najmniej przyzwoity, choć w wykonaniu artystów młodych lub szerzej nieznanych, w ogólnym zaś rozrachunku: zachętę do dalszego obcowania z operą, na przykład w odległym o niespełna sto kilometrów Londynie.

Oliver Gilmour, brat właściciela Winslow Hall i dyrektor artystyczny Opery, przygotowuje tylko jeden spektakl rocznie – za każdym razem są to dzieła z żelaznego repertuaru, które z pewnością przyciągną tutejszych melomanów. Przedstawienia odbywają się na maleńkiej scenie pod brezentowym namiotem, zmontowanej wprost na trawniku rezydencji, który w przerwie przeistacza się w malownicze pole do piknikowania – ulubionej rozrywki bywalców angielskich oper w plenerze. W tym sezonie wybór padł na Trubadura, do którego – oprócz aspirujących śpiewaków z Anglii – Gilmour zaprosił solistów, z którymi miał okazję współpracować wcześniej za granicą, między innymi w Bułgarskiej Operze Narodowej w Sofii, gdzie w latach 1990. piastował funkcję pierwszego dyrygenta. Tsvetana Bandalovska, niezła Amelia z ubiegłorocznego Balu maskowego, okazała się jeszcze bardziej przekonującą Leonorą, lepiej sprawił się także Vasile Chişiu w roli hrabiego di Luna, choć rozśpiewywał się równie długo, jak poprzednio w partii Anckarströma. Wszystkie partie drugoplanowe zyskały godnych wykonawców – ze szczególnym wskazaniem na świetnego aktorsko i obdarzonego pięknym barytonem Pirana Legga (Ferrando). Argentyński tenor Pablo Bemsch, w latach 2011-13 stypendysta Jette Parker Young Artists Programme w ROH, zbudował postać Manrica na miarę sceny znacznie ambitniejszej niż Winslow Hall Opera: śpiewak dysponuje głosem urodziwym, wyrównanym w barwie i prowadzonym na swobodnym, szerokim oddechu. Szkoda, że fenomenalnie uzdolniona Norweżka Siv Iren Misund nie włożyła trochę więcej trudu w opanowanie partii Azuceny – jej soczysty i gęsty mezzosopran z prawdziwie kontraltowym dołem wywarłby na mnie piorunujące wrażenie, gdyby nie liczne wpadki tekstowe. Orkiestra w okrojonym składzie towarzyszyła solistom sumiennie, choć bez specjalnej finezji – warto jednak podkreślić, że Gilmour narzucił jej w tym roku ostrzejsze tempa i włożył więcej pracy w organizację pionów harmonicznych, z korzyścią dla intonacji i pulsu całości.

Siv Iren Misund (Azucena). Fot. WHO.

Inscenizacja znów przypadła w udziale Carmen Jakobi. Po Balu maskowym, z akcją osadzoną w czasie panowania szwedzkiego króla Gustawa III, reżyserka przeniosła Trubadura w realia Risorgimenta, ściślej zaś wojny włosko-austriackiej i zajadłych starć między oddziałami Garibaldiego a wojskami generała majora Kuhna von Kuhnenfelda. I tak hrabia di Luna został austriackim oficerem, a Manrico – żołnierzem Korpusu Strzelców Alpejskich, przez co rywalizacja dwóch mężczyzn o względy Leonory zyskała dodatkowy wymiar polityczny. Z drugiej strony, zabieg reżyserski Jakobi uprawdopodobnił relacje łączące Manrica z Azuceną – wychowany przez Cygankę ochotnik Garibaldiego przemawia jednak mocniej do wyobraźni niż cygański trubadur. Symbolikę tragicznego konfliktu między siłami zemsty, zazdrości i miłości podkreśliły stylowe kostiumy, których autorka (Penny Latter) uciekła się do pewnego anachronizmu: ubrała Manrica w czerwoną koszulę uczestników wcześniejszej o sześć lat wyprawy tysiąca, znacznie lepiej kojarzoną z Garibaldim niż stroje Strzelców Alpejskich. Działania aktorskie, jak zwykle u Jakobi poprowadzone czytelnie i precyzyjnie, rozegrały się na tle abstrakcyjnej łuny, „pożyczonej” z ryciny Francisca Goyi Escapan entre las llamas, z cyklu Okropności wojny (scenografia Paul Webb). Zmianę scenerii sugerowano jedynie światłem (Matt Cater) i odsłanianiem pojedynczych paneli tła – w taki sposób, by puste miejsca odzwierciedlały balkon Leonory, klasztorny krzyż, zakratowane okno celi Manrica. Maksimum teatru przy minimalnym nakładzie środków.

Scena w klasztorze. Na pierwszym planie Tsvetana Bandalovska (Leonora) i Mari Wyn Williams (Inez). Fot. WHO.

Trudno porównywać Winslow Hall Opera nawet z bezpretensjonalną letnią operą w Longborough. To teatr prawdziwie sąsiedzki, wspólnotowy, wzbudzający we mnie osobliwe skojarzenia z dawnymi kinami objazdowymi. Dobrze pamiętam z dzieciństwa te furgonetki, dzięki którym nawet najmniejsza osada przez kilka godzin mogła pochwalić się własną salą kinową. Dzięki inicjatywie braci Gilmourów kilkutysięczne Winslow w Buckinghamshire przez kilka dni w roku może pochwalić się własną operą.

Co za dzień, pewnie będzie padać…

Nie mieszkam za lasem. Nie mam szałasu z patyków. Nie żywię się ostem (z wyjątkiem kardów i karczochów). A mimo to lubię zimne, wilgotne i ponure miejsca, widząc w nich coś naprawdę ponętnego. Mam nadzieję, że starczy to za odpowiedź sceptykom, którzy nie wierzą w szczerość i bezinteresowność moich wypraw w zakątki, które na mapach większości miłośników opery są oznaczone napisem „ubi sunt leones”.

O powodach tegorocznej wyprawy do Winslow Hall Opera w Buckinghamshire napiszę za kilka dni. Znów spędziłam noc w prawdziwym angielskim pubie – dość zapyziałym, a mimo to uroczym – w którego krętych korytarzach gubią się nawet bywalcy, ale nad ranem bez trudu odnajdują drogę do sali śniadaniowej, kierując się zapachem kiełbasek z szałwią, tymiankiem i gałką muszkatołową. Jak zwykle przed spektaklem zapuściłam się w głąb tajemniczego ogrodu, gdzie rośnie jedyny w hrabstwie okaz dębu laurolistnego oraz dziesiątki innych drzew i krzewów oznaczonych na mapce tutejszego arboretum, dołączonej do książki programowej spektaklu Trubadura w reżyserii Carmen Jakobi.

O dziwo, kiedy porównywałam swoje zdjęcia z mapką ogrodu, nie udało mi się zlokalizować roślin, które wzbudziły moją największą uwagę. Arboretum w Winslow ujmuje malowniczym bałaganem zarośli, w których operoman z równym prawdopodobieństwem napotka eleganckich gości z koszami piknikowymi, jak zabłąkanych w gąszczu ogrodników w kaloszach, kraciastych koszulach i drelichowych spodniach na szelkach. Na trawniku żebrze o kąski znajomy pies, pogoda tak samo życzliwa, niebo równie pogodne, choć urozmaicone konturami obłoków niewidzianych na kontynencie.

Godzinę przed premierą zapuściłam się w ten sam zagajnik, co przed ubiegłorocznym przedstawieniem Balu maskowego:

Stanęłam twarzą w pień tej samej majestatycznej sekwoi olbrzymiej:

Nacieszyłam się widokiem tego samego perukowca:

Trafiłam na niezauważoną wcześniej kamelię olejodajną:

Wróciłam na piknikowy trawnik przez odrobinę zaniedbaną bramę:

Po czym oddałam się bez reszty uciechom prawdziwie wiejskiej opery pod brezentowym namiotem – o której blaskach i cieniach doniosę już wkrótce, wciąż mając w pamięci zapał realizatorów i wiarę muzyków w moc Verdiowskiego arcydzieła. Czuję się mniej więcej tak, jak ktoś, kto bujał w obłokach i nagle spadł: czyli mniej więcej jak Kłapouchy.

Two Tales of Transfiguration

‘And his raiment became shining, exceeding white as snow; so as no fuller on earth can white them,’ we read in Mark’s Gospel. The Transfiguration on Mount Tabor was a real Verklärung. A terrifying brightness blinded Jesus’ three disciples and filled them with fear mixed with awe. It took them into another dimension, the brilliance of which icon painters have brought out via contrast, juxtaposing it with an image of a black sun. Wagner’s Tristan arrives from the world of night. And Wagner’s Dutchman, from the mists of the past, on a ship with black masts and sails as red as blood. Neither of them will find happiness in the human world of daylight. Both will unite with their loved ones through death and transfiguration, thanks to the redeeming power of love. In the finale of Der fliegende Holländer – amended by the composer in 1860, a year after finishing work on Tristan – we shall hear a luminous cadence bringing to mind inevitable associations with the final bars of Isolde’s Liebesverklärung. The darkness recedes, the music pulsates with a blinding brilliance, the audience freezes in silent awe. At least that is how it should be.

This time, I decided to combine my annual pilgrimage to Longborough – that is, the ‘English Bayreuth’ – with a visit to the ‘Bayreuth on the Danube’. The Budapest Wagner Days – initiated in 2006 by Ádám Fischer at the newly-opened Palace of the Arts, the design of which alluded loosely to the premises of the Centre Georges Pompidou in Paris – have over the ensuing years built themselves a reputation as one of the major festivals of the German master’s music. From the beginning, Fischer set himself the goal of competing with the Wagnerian theatre on the Green Hill. At the Palace of Arts, since 2014 called Müpa Budapest, he has at his disposal the Hungarian National Philharmonic Orchestra (excellent, though not as good as the Budapest Festival Orchestra conducted by his younger brother Iván) and the Béla Bartók Concert Hall – with a concert stage that can be transformed into a quite expansive opera stage with orchestra pit, which permits Wagner’s works to be presented almost as if in a ‘real’ theatre. The big attraction for the audience is, above all, the names of the singers, which Fischer can take his sweet time choosing – though it is hard to call him an experimenter. Budapest is thus visited by often no-longer-young performers who have associated with this repertoire for years. This was also the case with this year’s Tristan, in which the title role was entrusted to Peter Seiffert, and the character of King Marke was portrayed by Matti Salminen. Anja Kampe (Isolde), announced in the original program, was replaced at the last minute by American soprano Allison Oakes, who among other things is preparing to appear in the dual role of Elisabeth and Venus in Tannhäuser next season on the stage of Deutsche Oper Berlin.

Tristan und Isolde at the Müpa. Allison Oakes (Isolde). Photo: Zsófia Pályi.

After last year’s Tristan with the Longborough Festival Opera, which will long – and perhaps forever – remain the model production for me, I traveled to Budapest full of anxiety. Some of them turned out to be justified, most of them turned out to be baseless, but most importantly: what awaited me was a short, unexpected and shocking experience on the order of my impressions from the little Bayreuth in the Cotswolds. I shall begin with the disappointments to put them behind me: the six creators of the staging (director Cesare Lievi, stage designer Maurizio Balò, costume designer Marina Luxardo and the three people responsible for the lighting and video projections) managed to litter the stage of the Müpa with a ton of distracting objects and images, while the singers were basically left to their own devices, at times indeed making it difficult for them to build dramatic tension. As a result, Tristan’s acting was limited to sitting and lying on an enormous purple sofa taken, as it were, straight from a Turkish lounge furniture catalogue (furthermore, the sofa gradually disintegrated: in Act II, it began to tip dangerously; and in Act III, all that was left of it was the frame), and the rest of the singers – though somewhat more mobile – did not enter into any relationships with each other. Furthermore, it would be tough to find that surprising, given that the protagonists had to perform their great duet against a background of colorful projections with jellyfish and seaweed, and Tristan’s death scene was dominated by a thicket of leafless trees undulating on the screen. Another thing that would have looked even worse in a real theatre, so I really shouldn’t complain.

Tristan und Isolde, the final scene. Boaz Daniel (Kurwenal), Peter Seiffert (Tristan), Allison Oakes, Atala Schöck (Brangäne), Matti Salminen (King Marke). Photo: Zsófia Pályi.

The playing of the Hungarian Philharmonic largely made up for the deficiencies in the staging. Ádám Fischer treats Wagner’s material completely differently from Krauss, Böhm or Negus – in terms of both the shaping of the architecture, and the building of the narrative as a whole. Instead of diversifying the colours, he consciously unifies them, avoids drastic expressive contrasts, ‘smooths’ the edges, doesn’t pour out the tale in a broad stream, but rather divides it up into smaller, self-contained mini-stories. But he has under his baton an ensemble sufficiently alert that such an interpretation is not disturbing to the ears, especially since the music flows forward quite fast, without getting bogged down in musical verbiage. In purely vocal terms, Fischer chose a dream cast: every role, even the most episodic, was assigned to a stylish performer with flawless technique. However, I would have preferred that Seiffert – astounding in the freshness of his tenor and very convincing in Act I – have taken more of an interest during Act III in his character’s inhuman suffering; and that Oakes – gifted with a dense and dark soprano – have really let us feel that she was experiencing a luminous transfiguration over the dead body of her beloved. I don’t know in what measure this is the stage director’s fault, and in what measure the conductor’s, because all of the soloists in the production struggled with similar problems in drawing their characters. With the sole, riveting exception of Matti Salminen, who managed to combine everything in King Marke’s monologue: imperious dignity, crushing disappointment and a desperate desire to understand something to which he has no access. The venerable Finnish bass gave us a creation complete in every inch which will long – if not forever – remain in my memory as an unattainable model of deep interpretation marked by the wisdom of age.

Two days after the Budapest Tristan, I landed in the bucolic scenery of the Longborough Festival Opera, which presented Der fliegende Holländer, the first of the season’s four productions, on an incomparably smaller budget. In all Wagnerian endeavours under Anthony Negus’ baton, one senses an extremely different approach to the matter: the music director of the LFO chooses the cast of his shows from among singers less well-known yet completely fitting into his vision of the work. And he works with them until they drop – as with the orchestra – polishing every phrase, bringing out all of the ‘peculiarities’ from the score, without trying to tailor them to the contemporary listener’s tastes. What I could expect from a Holländer in Negus’ interpretation, I already more or less knew after his appearance last year on the podium of the Philharmonisches Orchester der Hansestadt Lübeck. I got the same, but with interest. An overture in which – despite sporadic slip-ups in the brass – the wind basically smacked one in the face, the sails flapped, and the keel creaked under pressure from the water. The score’s Weberisms and Marschnerisms, highlighted with charm and all the more distinctly showing the contrast between the conventional world of ordinary mortals and the lushly Romantic, extremely individual musical language of the two protagonists. The superbly-prepared choral scenes, especially the beginning of Act III, in which Negus several times juxtaposed a deadly silence with a desperate fortissimo – thereby obtaining an effect worthy of the best horror films.

Der fliegende Holländer at the LFO. The Sailors’ Chorus. Photo: Matthew Williams-Ellis.

The revelation of the production turned out to be New Zealand’s Kirstin Sharpin in the role of Senta – a prizewinner at the Internationaler Wettbewerb für Wagnerstimmen in Karlsruhe and holder of a scholarship from the British Wagner Society, gifted with a sonorous soprano, of extraordinarily gorgeous timbre and beautifully open in the upper register. Simon Thorpe (Dutchman), phenomenal in terms of character, took a long time to warm up, to the detriment of the monologue ‘Die Frist ist um’ from Act I – nevertheless, in the ecstatic duet ‘Wie aus der Ferne’, he and Sharpin both reached the heights of vocal expression. A clear contrast with Thorpe’s gorgeous baritone was created by the deep and slightly gravelly bass of Richard Wiegold (Daland), set in the Singspiel convention. The indisposed Eric Stoughton had a few difficult moments in Act III: that said, it has been a long time since I have heard such a convincing Erik, telling his prophetic dream about the mysterious visitor (‘Auf hohem Felsen’) with such sensitivity and musicality. Separate words of praise are due to Carolyn Dobbin in the role of Mary, and especially to William Wallace, whose youthful, heartbreakingly lyrical Steersman brought to mind the Dutchman back in the days before he was cursed to wander eternally.

Simon Thorpe (The Dutchman) and Kirstin Sharpin (Senta). Photo: Matthew Williams-Ellis.

All of these musical miracles played out in an intimate space developed by stage director Thomas Guthrie, stage designer Ruth Patton and the inestimable Ben Ormerod, responsible for the stage lighting. Yet again, I have the impression that the creators of the Longborough productions are paying homage to the visionary ideas of Wieland Wagner from the golden seasons in Bayreuth. On a nearly empty stage painted with lighting, what reigns is theatrical illusion. Daland’s non-existent ship arrives on a non-existent coast, but despite this, we follow with suspense the sailors’ manoeuvres suggested by a slow parade of extras floating across the back of the stage, carrying the entire port city in their hands: miniature models of houses, a church, a lighthouse. The ghostly voices of the Dutchman’s sailors in Act III waft in on a primitive Bush transistor radio. Just before Senta’s ballad, when the musical narrative freezes in unbearable suspense, Mary nervously winds thread onto a spool – in the rhythm of the clearly accented, ostinato figures in the strings.

‘This is theatre. / And theatre exists / so that all will be different from before,’ wrote the recently-deceased Joanna Kulmowa in one of her poems. So that we will see in a ladder – a stairway to heaven; and in a bowl under the stairs – the moon. So that we will all experience transfiguration and rise above the earth in a dazzling blaze of rapture. Success again in Longborough. I have a feeling there will be success next year in Budapest too.

Translated by: Karol Thornton-Remiszewski

Dwie opowieści o przemienieniu

„A szaty jego stały się lśniące, i bardzo białe jako śnieg, jak ich blecharz na ziemi nie może wybielić” – czytamy w Ewangelii Marka. Przemienienie na górze Tabor było prawdziwą Verklärung. Przeraźliwa jasność oślepiła trzech uczniów Jezusa, napełniła ich lękiem pomieszanym z zachwytem. Wprowadziła ich w inny wymiar, którego blask malarze ikon uwypuklali przez kontrast, zestawiając go z obrazem czarnego słońca. Wagnerowski Tristan przybywa ze świata nocy. Wagnerowski Holender – z mroków przeszłości, na statku o czarnych masztach i żaglach czerwonych jak krew. Żaden z nich nie odnajdzie szczęścia w ludzkim świecie dnia. Obydwaj złączą się ze swymi ukochanymi przez śmierć i przemienienie, dzięki odkupicielskiej sile miłości. W finale Latającego Holendra – poprawionym przez kompozytora w 1860 roku, rok po ukończeniu prac nad Tristanem – zabrzmi świetlista kadencja, przywodząca na myśl nieuchronne skojarzenia z ostatnimi taktami Liebesverklärung Izoldy. Ciemność ustępuje, z muzyki bije oślepiający blask, słuchacze zastygają w niemym podziwie. Przynajmniej tak być powinno.

Doroczną pielgrzymkę do Longborough, czyli „angielskiego Bayreuth”, postanowiłam tym razem połączyć z wizytą w „Bayreuth nad Dunajem”. Budapeszteńskie Dni Wagnera, zainicjowane w 2006 roku przez Ádáma Fischera, w nowo otwartym Pałacu Sztuk, którego projekt nawiązywał luźno do założeń paryskiego Centre Georges Pompidou, przez kilkanaście lat zbudowały sobie renomę jednego z ważniejszych festiwali muzyki niemieckiego mistrza. Fischer od początku postawił sobie za cel rywalizację z wagnerowskim teatrem na Zielonym Wzgórzu. W Pałacu, w 2014 roku przemianowanym na Müpa Budapest, ma do dyspozycji Orkiestrę Węgierskiej Filharmonii Narodowej (znakomitą, choć nie tak dobrą, jak Budapeszteńska Orkiestra Festiwalowa, prowadzona przez jego młodszego brata Ivána) oraz Salę Koncertową im. Béli Bartóka – z estradą, którą można przekształcić w całkiem obszerną scenę z kanałem, co pozwala na prezentowanie dzieł Wagnera niemal jak w „prawdziwym” teatrze. Magnesem dla publiczności są przede wszystkim nazwiska śpiewaków, w których Fischer może przebierać jak w ulęgałkach, trudno go jednak nazwać eksperymentatorem. Do Budapesztu zjeżdżają wykonawcy kojarzeni z tym repertuarem od lat i często już niemłodzi. Tak też było w przypadku tegorocznego Tristana, w którym partię tytułową powierzono Peterowi Seiffertowi, a w postać Króla Marka wcielił się Matti Salminen. Anonsowaną w pierwotnym programie Anję Kampe (Izolda) w ostatniej chwili zastąpiła amerykańska sopranistka Allison Oakes, która w przyszłym sezonie szykuje się m.in. do występu w podwójnej roli Elżbiety i Wenus w Tannhäuserze na scenie Deutsche Oper Berlin.

Tristan i Izolda w Müpa. Matti Salminen (Król Marek), Allison Oakes (Izolda) i Peter Seiffert (Tristan). Fot. Zsófia Pályi.

Po ubiegłorocznym Tristanie z LFO, który na długo – o ile nie na zawsze – pozostanie dla mnie spektaklem wzorcowym, jechałam do Budapesztu pełna obaw. Kilka się sprawdziło, większość okazała się bezpodstawna, co jednak najistotniejsze – czekało mnie krótkie, niespodziewane i wstrząsające przeżycie na miarę wrażeń z małego Bayreuth w Cotswolds. Zacznę od rozczarowań, żeby mieć to już za sobą: sześcioro twórców inscenizacji (reżyser Cesare Lievi, scenograf Maurizio Balò, autorka kostiumów Marina Luxardo oraz trzy osoby odpowiedzialne za światła i wideoprojekcje) zdołało zaśmiecić estradę Müpa mnóstwem rozpraszających uwagę przedmiotów i obrazów, tymczasem śpiewaków zostawiło właściwie samopas, chwilami wręcz utrudniając im budowanie napięcia dramatycznego. W rezultacie gra aktorska Tristana ograniczała się do przysiadania i polegiwania na olbrzymiej fioletowej sofie, jakby żywcem wyjętej z katalogu tureckich mebli wypoczynkowych (sofa ulegała zresztą stopniowej dezintegracji: w drugim akcie złapała przechył, w trzecim zostało z niej tylko rusztowanie), a pozostali śpiewacy – choć nieco bardziej ruchliwi – nie wchodzili między sobą w żadne relacje. Trudno się zresztą dziwić, skoro protagoniści musieli wykonać swój wielki duet na tle kolorowych projekcji z meduzami i wodorostami, a scenę śmierci Tristana zdominował gąszcz falujących na ekranie bezlistnych drzew. Inna rzecz, że w prawdziwym teatrze wyglądałoby to jeszcze gorzej, więc właściwie nie powinnam narzekać.

Tristan i Izolda, duet miłosny z II aktu. Fot. Zsófia Pályi.

Gra Filharmoników Węgierskich w dużej mierze powetowała niedostatki inscenizacji. Ádám Fischer traktuje materię Wagnerowską zupełnie inaczej niż Krauss, Böhm albo Negus – zarówno pod względem kształtowania architektoniki, jak budowania całej narracji. Zamiast różnicować barwy, świadomie je ujednolica, unika drastycznych kontrastów wyrazowych, „wygładza” krawędzie, nie rozlewa opowieści szerokim strumieniem, tylko dzieli ją na mniejsze, zamknięte powiastki. Ma jednak pod sobą zespół na tyle czujny, że taka interpretacja nie razi, zwłaszcza że muzyka płynie naprzód w miarę wartko, nie grzęźnie na mieliznach muzycznego pustosłowia. W kategoriach czysto wokalnych Fischer dobrał obsadę jak z marzeń: każda, nawet najbardziej epizodyczna rola zyskała odtwórcę stylowego i nieskazitelnego pod względem technicznym. Wolałabym jednak, żeby Seiffert – zdumiewający świeżością swego tenoru i bardzo przekonujący w pierwszym akcie – w akcie trzecim trochę bardziej się przejął nieludzkim cierpieniem swego bohatera; żeby obdarzona gęstym i ciemnym sopranem Oakes naprawdę dała nam odczuć, że doznaje świetlistej przemiany nad trupem ukochanego. Nie wiem, ile w tym winy reżysera, ile zaś dyrygenta, bo z podobnymi kłopotami w rysunkach postaci borykali się wszyscy soliści spektaklu. Z jednym, porywającym wyjątkiem Mattiego Salminena, który w monologu Króla Marka zdołał zawrzeć wszystko: władcze dostojeństwo, druzgocące rozczarowanie i rozpaczliwą chęć zrozumienia rzeczy, do której nie ma dostępu. Sędziwy fiński bas dał kreację skończoną w każdym calu, która na długo – o ile nie na zawsze – pozostanie w mojej pamięci jako niedościgniony wzorzec interpretacji głębokiej i naznaczonej mądrością wieku.

Dwa dni po budapeszteńskim Tristanie wylądowałam w sielskiej scenerii Longborough Festival Opera, która nieporównanie mniejszym nakładem środków wystawiła Latającego Holendra, pierwszy z czterech spektakli sezonu. We wszystkich wagnerowskich przedsięwzięciach pod batutą Anthony’ego Negusa daje się odczuć skrajnie odmienne podejście do sprawy: dyrektor muzyczny LFO dobiera obsadę swoich przedstawień spośród śpiewaków mniej znanych, za to w pełni przystających do jego wizji dzieła. I pracuje z nimi do upadłego – podobnie jak z orkiestrą – szlifując każdą frazę, wydobywając z partytury wszelkie „dziwności” i nie próbując ich kroić pod gust współczesnego odbiorcy. Czego mogę się spodziewać po Holendrze w interpretacji Negusa, wiedziałam już z grubsza po jego ubiegłorocznym występie na podium Philharmonische Orchester der Hansestadt Lübeck. Dostałam to samo, ale z nawiązką. Uwerturę, w której – mimo sporadycznych wpadek blachy – wiatr istotnie smagał w twarz, żagle furkotały, a stępka trzeszczała pod naporem wody. Podkreślone z wdziękiem weberyzmy i marschneryzmy partytury, tym dobitniej ukazujące kontrast między konwencjonalnym światem zwykłych śmiertelników a rozbuchanym w swym romantyzmie, skrajnie indywidualnym językiem muzycznym dwojga protagonistów. Znakomicie przygotowane sceny chóralne, zwłaszcza początek III aktu, w którym Negus kilkakrotnie zderzył śmiertelną ciszę z desperackim fortissimo – zyskując efekt godny najlepszych filmów grozy. 

Latający Holender w LFO. Fot. Matthew Williams-Ellis.

Rewelacją spektaklu okazała się Nowozelandka Kirstin Sharpin w partii Senty – laureatka Internationales Wagnerstimmen Wettbewerb w Karlsruhe i stypendystka brytyjskiego Wagner Society, obdarzona sopranem dźwięcznym, niezwykle urodziwym w barwie i pięknie otwartym w górnym rejestrze. Fenomenalny postaciowo Simon Thorpe (Holender) rozśpiewywał się długo, na czym niestety ucierpiał monolog „Die Frist ist um” z I aktu – niemniej w ekstatycznym duecie „Wie aus der Ferne” oboje z Sharpin sięgnęli szczytów wokalnej ekspresji. Wyrazisty kontrast z urodziwym barytonem Thorpe’a stworzył głęboki i odrobinę chropawy, osadzony w konwencji singspielu bas Richarda Wiegolda (Daland). Niedysponowany Eric Stoughton miał kilka trudnych momentów w III akcie: mimo to dawno nie słyszałam na scenie tak przekonującego Eryka, z takim wyczuciem i muzykalnością opowiadającego swój wieszczy sen o tajemniczym przybyszu („Auf hohem Felsen”). Osobne słowa uznania należą się Carolyn Dobbin w partii Mary, zwłaszcza zaś Williamowi Wallace’owi, którego młodzieńczy, przejmująco liryczny Sternik przywiódł mi na myśl Holendra z czasów, gdy nie dosięgło go jeszcze przekleństwo wiecznej tułaczki.

Richard Wiegold (Daland), Kirstin Sharpin (Senta) i Simon Thorpe (Holender). Fot. Matthew Williams-Ellis.

Wszystkie te muzyczne cuda rozegrały się w kameralnej przestrzeni zagospodarowanej przez reżysera Thomasa Guthriego, scenografkę Ruth Patton i nieocenionego Bena Ormeroda, odpowiedzialnego za światła sceniczne. Po raz kolejny odnoszę wrażenie, że twórcy przedstawień z Longborough składają hołd wizjonerskim ideom Wielanda Wagnera ze złotych sezonów w Bayreuth. Na prawie pustej, malowanej światłem scenie króluje iluzja teatralna. Nieistniejący statek Dalanda dobija do nieistniejącego wybrzeża, a mimo to z napięciem śledzimy manewry żeglarzy, sugerowane powolnym korowodem sunących w głębi statystów, którzy niosą w rękach całe portowe miasteczko: miniaturowe makiety domów, kościoła, latarni morskiej. Upiorne głosy żeglarzy Holendra w III akcie dobiegają z prymitywnego tranzystorowego radia marki Bush. Tuż przed balladą Senty, kiedy narracja muzyczna zastyga w nieznośnym napięciu, Mary nerwowo nawija nici na szpulkę – w rytm wyraziście akcentowanych, ostinatowych figur w smyczkach.

„To jest teatr. / A teatr jest po to, / żeby wszystko było inne niż dotąd” – napisała w jednym ze swych wierszy niedawno zmarła Joanna Kulmowa. Żebyśmy w drabinie ujrzeli schody do nieba, a w misce pod schodami – księżyc. Żebyśmy wszyscy dostąpili przemienienia i unieśli się nad ziemię w olśniewającym blasku zachwytu. Znów się udało w Longborough. Mam przeczucie, że w przyszłym roku uda się też w Budapeszcie.

The Daughter of Fornication and the Awful Prophet

It appears that Opera North is able to turn any adverse situation to its own advantage. Because the orchestra pit at the Grand Theatre is not able to fit a large orchestral ensemble, during the last part of the season the musicians focus on only one work – and that, one of the most demanding in terms of the number of performers required – and tour England with it, starting at the impressive auditorium in Leeds City Hall. In order to satisfy an audience thirsty for theatre, they present the work in a semi-staged version, without expensive props and costumes, discreetly stage-directing the singers gathered in the foreground in front of the orchestra. This requires considerably more precision and imagination than a traditional opera staging, but it yields superb effects, as is attested by the successes of Der Ring des Nibelungen from two years ago and last year’s Turandot. It sometimes happens that Opera North puts its money on the wrong horse and wins despite that: I have in mind its last music director, who in April 2017 broke his contract in quite mysterious circumstances, thereby giving Turandot and the crowning work of the current season, Salome, into the hands of another conductor. But we shall speak about that in a moment.

As I write these words, Richard Strauss’ scandalous drama is still on tour with the Opera North ensemble. I managed to catch Salome at the Warwick Arts Centre on the University of Warwick campus. The university, located in suburban Coventry, numbers among the seven ‘plate glass universities’ erected at the beginning of the 1960s on the initiative of the University Grants Committee. The name ‘plate glass universities’ attached itself to them on account of their modernist architecture, sharply contrasting with the appearance of Oxford’s and Cambridge’s medieval buildings and with that of later brick layouts from Industrial Revolution times. The University of Warwick occupies a surface area of nearly three square kilometers, and is a self-sufficient campus with splendidly-functioning infrastructure. Anyone who gets bored of studying in the 24-hour library or lying out on the grass among the tamed wild geese can take advantage of the abundant offerings of the Arts Centre, the largest British ‘cultural combine’ after London’s Barbican. The building is also home to the freshly-renovated Butterworth Hall – with its intriguing pseudo-industrial decoration, superb acoustics and functionally-designed auditorium with over 1500 seats.

Jennifer Holloway (Salome) and Oliver Johnston (Narraboth). Photo: Robert Workman.

Even so, the orchestra – though still slimmed down by about a dozen instruments included by Strauss in this mammoth score – took up nearly the entire stage. In comparison with previous Opera North ‘semi-stagings’, the concept for Salome turned out to be even more economical (stage director: PJ Harris; lighting: Jamie Hudson). It was missing not only Jokanaan’s head, but also the dance of the seven veils. There was also a lack of clear interaction between the characters. Which is all well and good – because in this work, there is no such interaction. No one here converses or sympathizes with anyone. The only human figure in this bloody story – populated by degenerates ruled by animal instinct and by repulsive fanatics – seems to be the young, lovesick Narraboth. The stage director made the wise decision to leave these monsters to themselves and lay bare their emotions. Each one had to build their character from scratch: with singing, gesture and body language. In this Salome, there is no dirt, jewels or blood – but for all that, there is pure hatred, lust and desire for vengeance. And enough ambiguities to provoke the viewer to independently put the narrative together into a single whole.

PJ Harris’ concept would have misfired, were it not for the commitment of the soloists, who in most cases gave properly-finished creations. I did not expect to hear a world-class Salome at Butterworth Hall. The American Jennifer Holloway began her career as a mezzo-soprano, gradually involving herself in more and more difficult roles scored for dramatic soprano. Today, she has a voice that is ideally balanced, with a splendidly open top register and sonorous low notes (including the famous contralto G-flat in the final monologue), but above all, dark and sensuous, thanks to which she was able to create a princess close to Strauss’ ideal. This was no spoiled girl, but rather a passionate woman panting with sexual desire – to this day, my ears resound with the phrase ‘Ich habe deinen Mund geküsst, Jochanaan’, with the last syllable of the prophet’s name accented so lecherously that even I flinched with revulsion. Beyond this, Holloway is a wonderful actress and a beautiful, strong woman in ironclad vocal condition. Jokanaan in the person of Robert Hayward literally quaked at the sight of her, though I must admit that with his phenomenal acting, he was making up a bit for the deficiencies of his now slightly worn bass-baritone. Mezzo-soprano Katarina Karnéus likewise paled in comparison with Salome, though even so, her vengeful Herodias attained far-above-average heights. Arnold Bezuyen, a superb character tenor gifted with an unerring feel for the Strauss idiom, turned out to be a perfect Herodes. Basically, there were no weak points in this cast: separate words of praise, however, are due to Oliver Johnston (Narraboth), who sang out his unrequited love with one of the purest and most golden-toned lyric tenors I have heard in recent times.

Arnold Bezuyen (Herodes) and Katarina Karnéus (Herodias). Photo: Robert Workman.

The collective hero of the evening turned out to be the orchestra under the baton of Sir Richard Armstrong – playing with a beautiful, shimmering sound, in unity without smothering the individuality of the musicians, aptly bringing out the kaleidoscopic variety of this score. Much of the credit for this goes to the experienced conductor, a distinguished connoisseur of the scores of Verdi, Strauss, Janáček and Wagner who served as assistant to, among others, Solti, Kubelik and Klemperer during the golden years of the ROH. Armstrong also led last year’s Turandot, having substituted at the last minute for the Opera North music director, who had left his post a few months after being hired. But after the première of Der Rosenkavalier, with which he opened his first season, the critics predicted a superb career for him in the Strauss repertoire and awaited him impatiently on the podium in Salome. Is it the curse of the Fitelberg Competition, whose winners cannot later make a name for themselves on the music market? For the name of the conductor who disappeared was Aleksandar Marković, who took 1st place ex aequo with the Lithuanian Modestas Pitrėnas in Katowice in 2003. But let us not jump to conclusions; maybe he will hit the big time yet. The example of Sir Richard Armstrong appears to indicate, however, that real opera conductors should not be sought among competition winners, but rather among people whom opera once ‘hit right between the eyeballs’. I cite Armstrong’s own words with which, in an interview, he once summed up his first encounter with the queen of musical forms.

Translated by: Karol Thornton-Remiszewski

Córa występku i straszny prorok

Wygląda na to, że Opera North potrafi wykorzystać każdą niesprzyjającą sytuację na swoją korzyść. Ponieważ kanał w Grand Theatre nie jest w stanie pomieścić dużego zespołu orkiestrowego, w ostatniej części sezonu muzycy skupiają się na jednym tylko utworze – właśnie z tych najbardziej wymagających pod względem liczebności aparatu wykonawczego – i ruszają z nim w tournée po Anglii, począwszy od imponującej auli ratusza w Leeds. Żeby zadowolić złaknionych teatru widzów, przedstawiają dzieło w wersji półscenicznej, bez kosztownych rekwizytów i kostiumów, dyskretnie reżyserując śpiewaków zebranych na pierwszym planie przed orkiestrą. Wymaga to znacznie większej precyzji i wyobraźni niż tradycyjna inscenizacja operowa, ale daje znakomite efekty, o czym świadczą sukcesy Pierścienia Nibelunga sprzed dwóch lat oraz ubiegłorocznej Turandot. Zdarza się czasem, że Opera North postawi na złego konia i mimo to wygra: mam na myśli jej ostatniego dyrektora muzycznego, który w kwietniu 2017 zerwał kontrakt w dość niejasnych okolicznościach i tym samym oddał Turandot oraz wieńczącą ten sezon Salome w ręce innego dyrygenta. Ale o tym za chwilę.

Kiedy piszę te słowa, skandalizujący dramat Ryszarda Straussa wciąż jeszcze jest w trasie z zespołem Opera North. Salome udało mi się dopaść w Warwick Arts Centre na terenie kampusu University of Warwick. Uczelnia, usytuowana na przedmieściach Coventry, należy do grupy siedmiu „plateglass universities”, wzniesionych na początku lat sześćdziesiątych z inicjatywy Komitetu Grantów Uniwersyteckich. Nazwa „szklane uniwersytety” przylgnęła do nich ze względu na modernistyczną architekturę, ostro kontrastującą z wyglądem średniowiecznych zabudowań Oksfordu i Cambridge oraz późniejszych, ceglanych założeń z okresu rewolucji przemysłowej. University of Warwick zajmuje powierzchnię blisko trzech kilometrów kwadratowych i jest samowystarczalnym miasteczkiem ze świetnie funkcjonującą infrastrukturą. Komu się znudzi zakuwanie w całodobowej bibliotece albo wylegiwanie się na trawie wśród oswojonych dzikich gęsi, może skorzystać z bogatej oferty Arts Centre, największego brytyjskiego „kombinatu kulturalnego” po londyńskim Barbican. Gmach mieści też świeżo odnowioną salę koncertową Butterworth Hall – z intrygującym, pseudoindustrialnym wystrojem, znakomitą akustyką i funkcjonalnie zaprojektowaną widownią na ponad 1500 miejsc.

Robert Hayward (Jokanaan). Fot. Robert Workman.

Orkiestra i tak zajęła prawie całą estradę – choć wciąż uszczuplona o kilkanaście instrumentów uwzględnionych przez Straussa w tej mamuciej partyturze. W porównaniu z poprzednimi „półinscenizacjami” Opera North koncepcja Salome okazała się jeszcze bardziej oszczędna (reżyseria PJ Harris, światła Jamie Hudson). Zabrakło nie tylko głowy Jokanaana, ale i tańca siedmiu zasłon. Zabrakło też wyraźnych interakcji między postaciami. I bardzo dobrze – bo w utworze tych interakcji nie ma. Nikt tu z nikim nie rozmawia ani nie współodczuwa. Jedyną ludzką postacią w tej krwawej historii – zaludnionej przez owładniętych zwierzęcym instynktem zwyrodnialców i odrażających fanatyków – wydaje się młody, nieszczęśliwie zakochany Narraboth. Reżyser podjął trafną decyzję, by zostawić te potwory samym sobie i obnażyć do cna ich emocje. Każdy musiał zbudować swego bohatera od podstaw: śpiewem, gestem i mową ciała. W tej Salome nie ma brudu, klejnotów ani krwi – jest za to czysta nienawiść, żądza i pragnienie zemsty. I wystarczająco dużo niedopowiedzeń, by sprowokować widza do samodzielnego złożenia narracji w całość.

Koncepcja PJ Harrisa spaliłaby na panewce, gdyby nie zaangażowanie solistów, którzy w większości przypadków dali kreacje właściwie skończone. Nie spodziewałam się, że w Butterworth Hall usłyszę Salome światowego formatu. Amerykanka Jennifer Holloway zaczynała karierę jako mezzosopranistka, angażując się stopniowo w coraz trudniejsze partie przeznaczone na sopran dramatyczny. Dziś dysponuje głosem idealnie wyrównanym, ze świetnie otwartą górą i dźwięcznymi dołami (włącznie ze słynnym kontraltowym Ges z finałowego monologu), a przede wszystkim ciemnym i zmysłowym, dzięki czemu udało jej się stworzyć księżniczkę bliską Straussowskiego ideału. To nie było zepsute dziewczątko, tylko namiętna, dysząca chucią kobieta – do dziś dźwięczy mi w uszach fraza „Ich habe deinen Mund geküsst, Jochanaan”, z ostatnią sylabą imienia proroka zaakcentowaną tak lubieżnie, że nawet ja otrząsnęłam się z obrzydzenia. Holloway jest poza tym świetną aktorką i piękną, silną kobietą o żelaznej kondycji wokalnej. Jokanaan w osobie Roberta Haywarda dosłownie truchlał na jej widok, choć muszę przyznać, że fenomenalną grą trochę nadrabiał niedostatki swego mocno już wysłużonego bas-barytonu. W porównaniu z Salome zbladł też przepiękny mezzosopran Katariny Karnéus, choć i tak jej mściwa Herodiada wyrastała sporo ponad przeciętną. Doskonałym Herodem okazał się Arnold Bezuyen, znakomity tenor charakterystyczny, obdarzony celnym wyczuciem Straussowskiego idiomu. Właściwie nie było w tej obsadzie słabych punktów: osobne słowa pochwały należą się jednak Oliverowi Johnstonowi (Narraboth), który swą zawiedzioną miłość wyśpiewał jednym z najczystszych i najbardziej złocistych w barwie tenorów lirycznych, jakie ostatnio słyszałam.

Jennifer Holloway (Salome). Fot. Robert Workman.

Zbiorowym bohaterem wieczoru okazała się orkiestra pod batutą Sir Richarda Armstronga – grająca pięknym, rozmigotanym dźwiękiem, we wspólnocie nie zagłuszającej indywidualności poszczególnych muzyków, trafnie uwypuklając kalejdoskopową zmienność tej partytury. Wielka w tym zasługa doświadczonego dyrygenta, wybitnego znawcy partytur Verdiego, Straussa, Janaczka i Wagnera, w złotych latach ROH terminującego między innymi u Soltiego, Kubelika i Klemperera. Armstrong poprowadził też ubiegłoroczną Turandot, w ostatniej chwili zastąpiwszy dyrektora muzycznego Opera North, który zwolnił się kilka miesięcy po objęciu stanowiska. A przecież po premierze Rosenkavaliera, którym otworzył swój pierwszy sezon, krytycy wróżyli mu świetną karierę w repertuarze Straussowskim i wyczekiwali go niecierpliwie na podium w Salome. Czyżby klątwa Konkursu imienia Fitelberga, którego zwycięzcy nie mogą się później wybić na rynku muzycznym? Dyrygent, który znikł, nazywa się bowiem Aleksandar Marković i w 2003 roku zajął w Katowicach I miejsce ex aequo z Litwinem Modestasem Pitrenasem. Nie przesądzajmy sprawy, może jeszcze kiedyś wypłynie. Przykład Sir Richarda Armstronga zdaje się jednak wskazywać, że dyrygentów operowych z prawdziwego zdarzenia nie należy szukać wśród laureatów konkursów, tylko wśród ludzi, którym opera dała kiedyś „pięścią między oczy”. Cytuję słowa Armstronga, który w jednym z wywiadów tak właśnie podsumował swoje pierwsze zetknięcie z królową form muzycznych.

Dwa miesiące do mety

Ledwie wybrzmiały fanfary po finale International Opera Awards, w którym laur reżysera roku zdobył Mariusz Treliński, a Piotr Beczała został uznany najlepszym śpiewakiem roku, kiedy nad warszawskim TW-ON zebrały się czarne chmury. Po wielomiesięcznych negocjacjach zakładowa „Solidarność” weszła z dyrekcją w spór zbiorowy. Jutro odbędą się mediacje między stronami. Jeśli nie dojdzie do porozumienia, 7 maja związkowcy oflagują teatr i podejmą strajk. Dodajmy, że w wyjątkowo trudnym momencie, bo na 13 maja Treliński szykuje premierę Ognistego anioła Prokofiewa, a już 7 czerwca na afisz Opery ma wejść Carmen w reżyserii Andrzeja Chyry. Aż trudno uwierzyć, że teatr dysponujący najwyższą dotacją ministerialną w Polsce (ponad 80 milionów złotych) utrzymuje zarobki większości pracowników na poziomie niespełna trzech tysięcy PLN brutto. Warto jednak mieć na uwadze, że TW-ON jest instytucją budżetową i z tej racji musi przestrzegać limitów nałożonych na fundusz osobowy przez Ministerstwo Finansów. Podwyżek domagają się przede wszystkim „niewidzialni”: obsługa sceny, krawcy, szewcy, charakteryzatorzy, rzemieślnicy i pracownicy techniczni, czyli setki ludzi, bez których nie da się ani utrzymać tego molocha, ani tym bardziej czegokolwiek w nim wystawić. Urzędnicy ministerialni twierdzą, że nikt ich nie zaprosił do udziału w mediacjach. Związkowcy zachowują ciszę przed burzą. Besserwisserzy twierdzą, że spór można zażegnać nawet bez odblokowywania funduszu. Sytuacja wygląda poważnie. Trzymajmy kciuki.

A tymczasem rzućmy okiem, co dzieje się w Operze Wrocławskiej, której sezon – zaplanowany z rozmachem godnym Oper Frankfurt – podsumowałam w połowie, tuż po „sylwestrowej” premierze Kandyda Bernsteina. Pisałam wówczas, że w nadchodzących miesiącach podwładnym Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego szykuje się jeszcze więcej roboty. W rzeczy samej. Na dodatek nie obyło się bez nerwów: Wojewódzki Sąd Administracyjny orzekł, że konkurs na dyrektora Opery odbył się z naruszeniem przepisów. Żeby utrzymać status quo, Marszałek Województwa Dolnośląskiego musiał podjąć decyzję o nominacji w trybie pozakonkursowym, co ostatecznie uczynił, ale po tak długim namyśle, że nawet urodzeni optymiści zaczęli tracić nadzieję. Z tym większym podziwem odnotowuję, że szalony sezon we Wrocławiu prze do finiszu w równym tempie, choć widać już pierwsze oznaki zmęczenia. Przypomnijmy, że Opera Wrocławska jest teatrem repertuarowym, działającym pełną parą przy nieporównanie niższych funduszach i w nieporównanie mniejszym składzie niż TW-ON. Tutejsze zespoły i kilkoro solistów opanowali przez półtora roku więcej repertuaru niż muzycy jakiegokolwiek innego teatru w Polsce.

Nie dotarłam na koncertowe wykonanie Oberta – wczesnej i po wojnie nigdy u nas nie słyszanej opery Verdiego. Zaprzyjaźnieni i znający się na rzeczy wrocławianie wypowiadali się post factum bardzo życzliwie (dyrygował Paweł Przytocki), ubolewając jednak, że widownia świeciła pustkami. Mam nadzieję, że pierwsze koty za płoty: estradowe i półsceniczne prezentacje dzieł operowych cieszą się rosnącą popularnością na świecie, choćby dlatego, że pozwalają zapoznać odbiorców z rarytasami, których nie opłaca się wystawiać z pełnym dobrodziejstwem inwentarza. Zwłaszcza w teatrach dysponujących ograniczonym budżetem. Oswojenie wrocławskiej publiczności z podobnymi „nowinkami” może trochę potrwać, ale z pewnością warto uzbroić się w cierpliwość. Złaknieni wrażeń typowo teatralnych mogli sobie powetować ten niedosyt oratorium Pawła Łukaszewskiego Via crucis, wystawionym w Wielkim Tygodniu pod batutą Nałęcz-Niesiołowskiego, w oszczędnej, nawiązującej do średniowiecznych misteriów inscenizacji Tomasza Mana (reżyseria), Anetty Piekarskiej-Man (scenografia) i Artura Dobrzańskiego (choreografia). Najmłodsi widzowie dostali niedawno Najdzielniejszego z rycerzy Krzysztofa Pendereckiego i Marka Stachowskiego – operę, do której mam wyjątkowy sentyment z racji własnych doświadczeń w chórze dziecięcym warszawskiego Teatru Wielkiego. Tym bardziej się cieszę, że duzi i mali wykonawcy (kierownictwo muzyczne Adam Banaszak, przygotowanie chóru Hanna Marasz) zyskali uznanie młodocianej publiczności, zachwyconej też pięknymi kostiumami Natalii Kitamikado.

I Capuleti e i Montecchi, scena zbiorowa z I aktu, w głębi Aleksandra Opała (Romeo). Fot. Bartek Barczyk.

Wiele wskazuje, że premierą I Capuleti e i Montecchi Belliniego Opera Wrocławska otworzyła bardzo ciekawy rozdział w swojej historii. Po pierwsze, zaczęła zapełniać bolesną lukę w repertuarach polskich teatrów operowych, które z prawdziwą operą romantyczną mają generalnie na bakier. Po drugie, nawiązała współpracę z inteligentnym, wrażliwym i nowocześnie myślącym reżyserem – współpracę, na której obydwie strony mogą tylko skorzystać. Krystian Lada – librecista i dramaturg – przez kilka lat zdobywał szlify w La Monnaie, asystując między innymi przy spektaklach Ivo van Hove i Pierre’a Audiego. To nie jest arogancki postępowiec – to wnikliwy, choć czasem jeszcze błądzący po manowcach tropiciel pierwotnych sensów zawartych w tekście, które próbuje oddać językiem współczesnego teatru. Jego inscenizacja, przepiękna wizualnie (scenografia Didzis Jaunzems, kostiumy Magdalena Maciejewska, reżyseria świateł Maarten Warmerdam) i całkiem niegłupio pomyślana od strony interpretacyjnej (choć przydałoby się więcej napięcia między bojowymi Kapuletami w mundurach bractwa kurkowego a nazbyt „pacyfistyczną” drużyną Montekich), naprawdę przemawia do wyobraźni i celnie trafia w konwencję en travesti. Tak celnie, że oburzeni konserwatyści zaczęli się doszukiwać w koncepcji Lady wątków homoseksualnych – jako żywo tam nieobecnych, ale zwolennikom jedynie słusznego porządku trudno ostatnio dogodzić. Od strony muzycznej (całość przygotował Marcin Nałęcz-Niesiołowski) spektakl musi jeszcze nieco okrzepnąć, choć trafiło się kilka fragmentów wręcz zjawiskowej piękności (wspaniała romanca „Deh! tu, bell’anima” z trzeciej sceny II aktu). Bardzo się cieszę, że w ubiegłym roku nominowałam młodziutką Aleksandrę Opałę (Romeo) do Paszportu Polityki – fenomenalnie uzdolniona mezzosopranistka ma jeszcze trochę pracy przed sobą, przede wszystkim nad wyrównaniem barwy w rejestrach i opanowaniem zbyt rozległego wolumenu, tą rolą jednak dowiodła, że na scenie czuje się jak ryba w wodzie i doskonale rokuje na przyszłość, nie tylko we włoskim repertuarze.

Plany rozbudowy gmachu Opery Wrocławskiej. Wizualizacja zespołu Teller Architekci.

Co dalej? Już za kilka dni wrocławski teatr włączy się w obchody Europejskich Dni Opery, nęcąc widzów wycieczkami w plener, konkursami, wystawami i biletem na Opowieści Hoffmanna w cenie 300 groszy. We wtorek 15 maja skusi chyba wszystkich melomanów recitalem René Papego, który wystąpi w programie złożonym z fragmentów oper Verdiego i Wagnera (z towarzyszeniem orkiestry pod batutą Nałęcz-Niesiołowskiego). Dziesięć dni później Nabucco – widowisko w plenerze, ale inaczej niż zwykle: w reżyserii wspomnianego już Krystiana Lady, z ciekawymi gośćmi w obsadzie (Bułgar Krum Galabov w roli tytułowej i rosyjski bas Alexander Anisimov w partii Zachariasza), znów z Nałęcz-Niesiołowskim na podium dyrygenckim. A na koniec, na przełomie czerwca i lipca, dwa koncertowe wykonania Das Liebesverbot Wagnera pod dyrekcją Volkera Perpliesa – przewrotna niespodzianka dla zagorzałych wielbicieli twórcy Pierścienia Nibelunga, którzy nigdy nie mieli do czynienia z pierwszą przymiarką swego idola do opery komicznej.

Na okrasę – z dawna wyczekiwana obietnica rozbudowy Opery Wrocławskiej. Na razie skromna, związana z ogłoszeniem przetargu na budowę pomieszczeń podziemnych, w których znajdą się magazyny kostiumów i rekwizytów, biblioteka multimedialna oraz stacja transformatorowa z rozdzielnią, pomieszczenia przyłączy, węzeł cieplny, wentylatorownia, pompownia i zbiornik na wodę tryskaczową. Wszystko to zawrze się w budżecie niższym niż ćwierć rocznej dotacji ministerialnej na TW-ON. W dalszych planach – wzniesienie gmachu, o który teatr prosi się od lat: mieszczącego sale prób dla orkiestry i chóru oraz sale ansamblowe do prób z solistami. Wolałabym nie zapeszać. W styczniu 2015 prasa wrocławska szumnie zapowiedziała, że za rok rozpocznie się rozbudowa obiektu. W październiku doniosła skonfundowana, że zarząd województwa oraz Ewa Michnik zrezygnowali z planów rozbudowy. Bardzo bym chciała, żeby tym razem skończyło się inaczej. I głęboko wierzę, że tak będzie. Ci wspaniali muzycy, pracujący z zapałem w bardzo trudnych warunkach i za znacznie mniejsze pieniądze niż ich koledzy w lepiej finansowanych ośrodkach – zasłużyli na swój Teatr Ogromny.

The Virgin Queen and Her Last Lover

The most powerful men in the world – among them King Philip II Habsburg of Spain; Eric Vasa, later king of Sweden; and the archdukes of Austria – Ferdinand I Habsburg and his son Charles of Styria – vied for her hand.  She refused them all. The court was abuzz with gossip and her enemies called her ‘the whore of Europe’; meanwhile, Elizabeth I consistently cultivated her status as the Virgin Queen, a woman not subject to any man, thanks to which fact she could rule the country independently. It was more difficult for her to maintain a reputation as a woman immune to flights of feeling. She was always surrounded by favourites, from Robert Dudley, the ‘sweet Robin’ with whom she fell in love back in her childhood, and whose premature decease she mourned so long and painfully that her courtiers had to break down the door to her chamber. She was fascinated by beautiful, intelligent and ambitious men. Increasingly younger with the passing years. In 1587, she received Robert Devereux, Earl of Essex – Dudley’s godson and later stepson – into her group of favourites. Robert was captivatingly handsome… and rotten to the core. He whispered false compliments into the queen’s ear, danced the galliard with her, played cards and chess with her until all hours of the night, in an effort to relax her vigilance and attain a better position in the ruthless battle for power. In 1599, right in the middle of the Irish war against English rule, he convinced Elizabeth to put him at the head of an army of 16 000 and entrust him with the mission of quashing the rebellion. He squandered the campaign and entered into treasonous alliances, but when he realized his error, it was too late. This time, the queen did not forgive him. She divested him of all privileges, and finally sent him under the executioner’s hatchet. She died two years after the decapitation of her last favourite: numb, indifferent to the world, submerged in deep depression.

The tragic story of their relationship – viewed through the prism of Freudian psychoanalysis – was described by Lytton Strachey in his book entitled Elizabeth and Essex. It was this book which became the main source of inspiration for William Plomer, librettist for the opera Gloriana, the greatest failure Britten experienced in his lifetime. Elizabeth II, daughter of George VI, was proclaimed as queen on 7 February 1952. A few weeks later, Britten and Peter Pears went skiing in the company of the Earl of Harewood, at that time director of Covent Garden. Harewood, encouraged by the recent success of Billy Budd, suggested that the composer write an opera in honour of the coronation planned for the next year. Britten threw himself into a frenzy of work. In May 1953, a few weeks before the planned première, the players of the lead roles – Pears as Essex and Joan Cross as Elizabeth – presented selected fragments with piano accompaniment to the royal couple at the Harewoods’ London residence. Already then, the singers sensed an impending catastrophe. Cross was shocked by the complete lack of interest on the part of the audience, hidden beneath the mask of court etiquette. From the beginning, Pears had felt uncomfortable in the role of Robert – so much so that Britten reportedly considered transposing it for a bass voice and engaging Bulgarian singer Boris Christoff. The production was received icily. There was a shower of accusations that the creators had offended the queen even just with their selection of subject matter for the opera. The critics reproved the dramaturgical weaknesses of the libretto, as well as the imitative and pompous character of the music. Gloriana was omitted from the recording of Britten’s complete works conducted by composer. It has returned to the stage sporadically and often in unfortunate circumstances. A chance for it to take its place in the mainstream repertoire was seen only in 2013, on the occasion of Britten’s 100th birthday celebrations and the new staging prepared at the Royal Opera House as part of them.

Gloriana in Madrid, Act I. Photo: Javier del Real.

Sixty years after the world première, most of the charges leveled against the opera appear to be pointless. The supposedly imperfect libretto is astounding in the panache and psychological depth of its characters. The score holds true pearls – the wonderful monologue of the queen torn between feelings and duty, ending with an ardent prayer (‘Forgive and protect me, O God, my king, that I may rule and protect my people in peace’); the brilliant pastiches of court dances in Act II; the heartbreaking duet of the protagonists from Act III, shortly after Essex bursts into Elizabeth’s bedroom and is shocked to discover her shameful old age. The main axis of the drama is designated by the same motif as in Peter Grimes and Billy Budd – a forbidden love whose object must be gotten rid of or destroyed. Except that in this opera, the unfulfillable feeling concerns the queen: the personification of duty to the state and the nation, a providential being whose weakness it was unsuitable to display in the decade of the country’s rise from the ashes of wartime destruction. Gloriana had to wait for its chance. A few days ago, it made its entrance on the stage of the Teatro Real, conquering yet another barrier – the Spaniards’ aversion to the queen responsible for the defeat of the Spanish Armada.

Scottish stage director David McVicar organized the space around a gigantic mobile astrolabe, or more properly, armillary sphere – a device that in this conception appears to symbolize not only the power of the authority wielded by Elizabeth, but also its limitations. The sun never sets on the empire: it circles endlessly over the round map of the world appropriated by the queen and trod by her subjects. It does not set because it is imprisoned in this sphere. The circles of the astrolabe turn about their own axis and emerge in various planes, but the construction holds firmly together. The entire evil – the intrigues, the lies, the treasonous instigations – are born outside and mercilessly infiltrate the depths of the sphere. Robert Jones’ stage design is complemented by Brigitte Reiffenstuel’s costumes, clearly inspired by the portrait painting of the period, and above all, by the masterful light design (Adam Silverman), highlighting not so much the splendour as the thickening gloom of the final years of Queen Gloriana’s reign. McVicar played out his stage gesture with typically British solicitude, having found a very intelligent ally in the person of Colm Seery (choreography), who did his thing in the court masque and ball scenes. The singers did an excellent job with their acting tasks, and chief among them Anna Caterina Antonacci (Elizabeth), who moved about the stage with a stiffness characteristic of a sickly woman crushed beneath the weight of age.

Anna Caterina Antonacci (Elizabeth). Photo: Javier del Real.

Antonacci’s voice took on full expression only at the end of Act I; however, her colourful, beautifully-aging soprano was an ideal match for the role assigned to it by Britten. I was somewhat less convinced by Leonardo Capalbo in the role of Robert Devereux, who possesses a tenor of not particularly memorable sound, at times over-vibrated and not too secure in intonation. In the duet from Act III, however, both of them rose to the heights of interpretation, carrying on their dialogue in two different shades of despair – Essex’s laden with desperate fear; and the queen’s, with painful resignation. Wonderful supporting characters were created by Duncan Rock (Mountjoy), Leigh Melrose (Robert Cecil), Paula Murrihy (Frances), and especially Sophie Bevan (Penelope), whose terrifying scream after the queen signs the sentence upon Essex rings in my ears to this day. Deserving of separate mention is Sam Furness in the small role of the Spirit of the Masque – sung in a tenor bringing to mind associations with the first person to play this role, William McAlpine. A year ago on this stage, Furness portrayed the role of the Novice from Billy Budd, another character created by McAlpine. Every time I hear him, I have an impression of continuity in a beautiful vocal tradition, carried on by a singer intelligent enough to resist current fashions.

Anna Caterina Antonacci and Leonardo Capalbo (Robert Devereux). Photo: Javier del Real.

The true revelation of the Madrid première, however, turned out to be the conductor. Ivor Bolton led Gloriana completely differently from his few predecessors. Instead of highlighting the ‘Elgarisms’ contained in the score, of underlining its pathos and sharp rhythmic contours – he delved into the depths of Britten’s inspirations. And then, it suddenly turned out that all those madrigals, anthems and lute songs are there for a reason. That Britten’s composition is not a spectacular medley of pseudo-Elizabethan melodies, but rather a deeply thought-out, sometimes ironic, sometimes melancholic, every now and then brutally blunt pastiche. In the pavane played in this way, one heard a foreshadowing of the impending tragedy. In Elizabeth’s prayer presented in this way, the desire for a peaceful reign clashed with the spectre of a painful past. All the more forcefully that Bolton had under his baton alert, sensitive musicians who reacted to every nod of his head.

The ovation after the première was surprisingly restrained. Two days later – now in Warsaw – I heard a broadcast of the third showing, received considerably more warmly by the audience. The ‘slighted child’, as Britten himself called Gloriana, is slowly emerging from oblivion. Let’s hope no one scares it away again.

Translated by: Karol Thornton-Remiszewski