O koniach i ludziach

Krzysztof Mikołaj Dorohostajski, marszałek wielki litewski Roku Pańskiego 1597, zawarł podstawy polskiej szkoły jazdy konnej w swoim monumentalnym dziele „Hippica to iest o koniach xięgi”. Tym samym, w którym napominał, że prawdziwy i dobry masztalerz „nie ma być żonaty, aby go żona z dziećmi ze stajnie nie wywabiała”. W tych dawnych i nie zawsze pięknych czasach o dobrego wierzchowca dbano nieraz lepiej niż o najzacniejszego żołnierza. Zanim młody koń poszedł pod siodło, przez siedem miesięcy w roku praktycznie nie schodził z pastwiska, a w zimie włóczył się po stajni luzem, opychając się do woli sianem i owsem przemieszanym z sieczką. Nawet się nie domyślał, co go czeka w przyszłości: Dorohostajski nie pozwalał źrebiąt oswajać, doradzał je przysposabiać dopiero jak skończą cztery lata i zżymał się na „pachołków, którzy na trzechletnim źrebięciu harce po bruku stroją”. A potem takie dryganty służyły jeźdźcom przez lata: rącze, wytrwałe, miękkie w pysku i czułe na ludzki dotyk.

Podobnie było w dawnych, nie zawsze pięknych czasach, z najwspanialszymi śpiewakami. Urodzony w 1888 roku Heinrich Schlusnus, siódme, najmłodsze dziecko Augusta, mazurskiego feldfebla i urzędnika kolejowego, trafił do świata wielkiej muzyki jako mężczyzna w pełni już dojrzały. W źrebięcych latach nikt go ze sceną nie oswajał. Po śmierci ojca poszedł się uczyć na poczmistrza i pewnie utrzymałby się w tym fachu, gdyby nie awansował i nie został przeniesiony do Frankfurtu, gdzie odebrał pierwsze systematyczne lekcje sztuki wokalnej. Wkrótce potem ruszył na Wielką Wojnę i miał to szczęście w nieszczęściu, że wrócił z frontu belgijskiego już w sierpniu 1914 roku: ciężko ranny, z nieuleczalną zadrą w sercu i tym razem już zdeterminowany, by związać swą przyszłość z operą. Zadebiutował w 1915 roku w Hamburgu, w niewielkiej roli Herolda w „Lohengrinie”, wkrótce potem dostał angaż w Norymberdze, dwa lata później, w 1917, trafił do berlińskiego Königliches Opernhaus, który po upadku Cesarstwa Niemieckiego przemianowano na Staatsoper Unter den Linden. I tak się zaczęło.

Schlusnus miał groźnych rywali wśród niemieckich barytonów lirycznych – choćby Josepha Schwarza i Herberta Janssena, święcących triumfy także na berlińskiej scenie. Schwarzowi nie dorównywał pełnią brzmienia, Janssen wyprzedzał go o kilka długości pod względem umiejętności aktorskich. A jednak Schlusnus górował nad nimi siłą wyrazu zawartego w samym śpiewie, swobodą prowadzenia frazy, maestrią techniki belcantowej, przede wszystkim zaś aksamitną, odrobinę przymgloną barwą głosu, która do dziś pozwala nieomylnie odróżnić jego nagrania w morzu innych archiwaliów z epoki. Interpretacje Schlusnusa są powściągliwe, a zarazem pełne napięcia, nacechowane przedziwnym smutkiem, doświadczeniem minionego bólu, przeczuciem – być może podświadomym – nadciągającej katastrofy. Był bożyszczem berlińskiej publiczności, za granicą występował niewiele, jako człowiek często gubił się w swoich decyzjach. W 1935 roku zaśpiewał na weselu Hermanna Göringa, w 1944 znalazł się na osławionej liście „obdarzonych łaską Bożą”, na której figurowali najważniejsi artyści III Rzeszy, wyłączeni spod obowiązku mobilizacyjnego za zasługi dla kultury i propagandy nazistowskiej. Muzyce jednak służył jak koń w wojennej potrzebie: niezmordowany, świadom swoich możliwości, sprawujący pełną kontrolę nad starzejącym się aparatem głosowym. Kiedy w 1950 roku, niespełna dwa lata przed śmiercią, śpiewał „Lieder eines fahrenden Gesellen” na koncercie z okazji 150-lecia urodzin Mahlera, w ostatniej pieśni, na słowach „O Augen blau”, głos mu się odrobinę załamał. Aż trudno uwierzyć, że to nie świadomy zabieg interpretacyjny, stłumiony szloch wędrowca zagubionego w belgijskich okopach Wielkiej Wojny, który wolałby wymazać z pamięci wszystko: radość, smutek, to co rzeczywiste, i to, co nieprawdziwe.

Gdyby Heinrich Schlusnus urodził się sto lat później, być może w ogóle nie rozpoznano by w nim barytona. Niewykluczone, że wyszedłby z którejś taśmowej fabryki śpiewaków jako nieco ciemniejszy tenor z niezbyt imponującą górą. Zebrałby baty za głuchość tonu w dolnym rejestrze, z pewnością nikt by go nie obsadził w pierwszoplanowych rolach z oper Verdiego i Wagnera, w których odnosił tak wielkie sukcesy na deskach Staatsoper. Jeśli nawet zyskałby uznanie w repertuarze pieśniowym, nie mógłby liczyć na współpracę z tak wrażliwymi akompaniatorami, jakich w swoim czasie znalazł w osobach Franza Ruppa i Sebastiana Peschko. Skończyłby karierę przedwcześnie, jak zajeżdżony koński trzylatek, którego zmuszono do pokonywania skomplikowanych parkurów.

Nie tylko koni żal. Szkoda też śpiewaków minionego czasu.

14 komentarzy

  1. Kan

    Przed wyjściem na scenę, co ja gadam, na Wielką Scenę, należy się na szczęście kopniaczek, kopniaczunio, w to… w tę…
    A i za to, żeście mi, oprawcy jedni, utrącili w Trybunale Belcea i Artemis.

  2. Kopniaczunio (zmilczmy już, w co) przyjęty z podziękowaniem. Panu zaś – tylko w swoim imieniu, bo koledzy swój głos i rozum mają – życzę w zamian więcej dystansu do rzeczywistości. Jeszcze się nie zdarzył taki Trybunał, żeby wszyscy byli zadowoleni z werdyktu.

  3. Kan

    No żartowałem przecie. Owszem, „koledzy swój głos i rozum mają”, ale to Pani Dorota, oprócz tego wszystkiego w nadmiarze, ma jeszcze ucho, bo najczęściej rozpoznaje nagrania.
    Artykuł o Schlusnusie przeciekawy i pouczający. Jeszcze raz najlepsze życzenia i nadzieje na rasową stadninę. Z czterotaktowego stępa do trzytaktowego galopu! I końskiego zdrowia!

  4. krakus

    Cieszy mnie ewolucja Pani stosunku do Callas – odwołuję się do artykułu spoza tej strony (w MWM) ale temat ten „leży” dobrze w problemach wokalistyki. Callas nie miała łatwego życia co słychać w jej głosie. Traviata jest świetnym przykładem. Można sobie wyobrazić jak czuje się odrzucenie, napiętnowanie, potem rezygnację z osobistego szczęścia (Violetta) kiedy jest się niechcianym, niekochanym dzieckiem, które przez niewolniczą pracę musi stać się artystką by zwrócić na siebie uwagę (matki i innych) Uważam że to słychać w każdej frazie… Callas jest fascynującym „przypadkiem” dla psychoanalityka ale jej dramat sięga znacznie głębiej. W jej słabości leżała jej siła ale jej siła skazana była na słabość, kiedy głos i szczęście zawiodły. Bardzo melodramatyczne ale to również fascynujące jak jej życie i „nieszczęścia” wpisują się znakomicie, wręcz upodabniają do melodramatycznych losów heroin, które odtwarzała…

    • Witam serdecznie Krakusa i wyżej Bobika. Krakusowi odpowiadam: to nie ewolucja, to obiektywizm. Nie mam prawa nie doceniać wielkiego artysty tylko dlatego, że za nim nie przepadam. Wkrótce nowy wpis, z trochę innej beczki, ogromnie się cieszę, że już pierwszy znalazł wśród Państwa tak szeroki oddźwięk.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *