Za kilka dni recenzja z wykonania Snu Geroncjusza Elgara w ramach jesiennej odsłony Cambridge Music Festival, później relacja z wileńskiego Don Giovanniego w reżyserii Johna Fulljamesa – a przed końcem roku czekają mnie jeszcze dwa bardzo ciekawe wyjazdy, o których wkrótce Państwu doniosę. Tymczasem pozwolę sobie zaanonsować mój debiut na internetowych łamach pisma literackiego „Pole”, które jest z nami już blisko trzy lata, dzięki niespożytej energii redakcji (Renata Bożek, Piotr Skalski, Adam Wiedemann) oraz wydawcy, czyli Związku Pisarzy ze Wsi. Najnowszy, dwunasty numer dwumiesięcznika jest w dużej części poświęcony osobie i twórczości Gertrudy Stein. Jak pisze we wstępie Wiedemann, „Zawsze chciałem zrobić taki numer jak ten. I jakoś się udało, zrobił się jakby sam, choć oczywiście kosztował mnie sporo pracy, ale chyba nawet sama Gertruda nie miała nic przeciwko, bo inaczej stawiałaby jakieś przeszkody, a tymczasem obyło się prawie bez przeszkód. Tekstów nadeszło dużo (…), jest to więc numer gruby, za co z góry przepraszam”. Nie ma za co przepraszać: gdyby można było wymacać objętość internetu, byłby to numer rozkosznie opasły. Samych esejów jest w nim aż dziesięć, w tym mój, w którym opowiadam o tym, jak Stein została librecistką oper Virgila Thomsona, i co z tego wynikło, nie tylko dla historii formy. Mam nadzieję, że rozhulają się Państwo po „Polu” i nie ograniczą do lektury wyłącznie mojego tekstu.
Pani Doroto,
a propos Don Giovanniego: nie wiem, czy widziała Pani (słuchała) ubiegłorocznego wystawienia tej opery w Wiedniu, z Andrzejem Filończykiem w roli głównej. Ja miałam szczęście oglądać tam tę operę w kwietniu 2024, rozkoszowałam się pięknym śpiewem, ale już ponad rok męczy mnie kwestia, co do której do tej pory nikt mi nie pomógł. Chodzi mi mianowicie o kwestię inscenizacji i koncepcję reżyserską. Scenografia minimalistyczna, przypominająca wybrzeże skaliste – OK, może być. Ale do tej pory nie rozumiem, dlaczego Don Giovanni i Leporello, przygotowując się do kolacji z komandorem, musieli wskoczyć do basenu (który był na tyłach tej scenografii), tam taplali się w wodzie i śpiewali, po czym wyszli, zaśpiewali, udali się za kulisy dla wysuszenia i poszli na kolację do Komandora. Kwestia tej wody/basenu męczy mnie niepomiernie, i znikąd wytłumaczenia ….. pozdrawiam serdecznie
Droga Pani Tereso – nie widziałam tego przedstawienia na żywo i obawiam się, że nie pomogę :) Przyznam się, że mam słabość do Kosky’ego, ale wiem, że potrafi nagmatwać. Na pocieszenie – za kilka dni będę pisać o innym „Don Giovannim”, z Opery Wileńskiej, też z polskim akcentem. Serdeczności!
Pani Doroto,
bardzo dziękuję za odpowiedź; będę poszukiwać odpowiedzi dalej. Jako „psycho-fanka” Don Giovanniego zazdroszczę wyprawy wileńskiej. Ścigam wystawienia tej opery gdzie mogę :); udało mi się w Wiedniu, ale 3 lata temu w Royal Opera House w Londynie, kiedy przed spektaklem „Don Giovanniego” razem z tłumem publiczności stałam przed wejściem do swojego sektora na widowni ogłoszono, że właśnie zmarła królowa Elżbieta II i przedstawienie odwołuje się. Pamiętam protest jednej z pań, że „przecież ona by nie chciała odwołania przedstawienia!”
Serdecznie pozdrawiam