Jak pokonać prawdziwe zło
Nie ukrywam, że do Jasia i Małgosi mam stosunek nadzwyczaj osobisty. Ostatnia warszawska inscenizacja tej opery – firmowana nazwiskami dwóch legend polskiego teatru lalek, reżysera Jana Wilkowskiego i scenografa Adama Kiliana – miała premierę w Teatrze Wielkim w 1979 roku. Była to zarazem ostatnia warszawska premiera dla mnie i paczki moich rówieśnic, bo w sędziwym wieku piętnastu lat musiałyśmy się pożegnać z chórem dziecięcym. Wciąż miałyśmy kiełbie we łbie, byłyśmy jednak na tyle oswojone z muzyką Wagnera – między innymi dzięki uczestnictwu w kilkudziesięciu spektaklach Tannhäusera oraz niedawnym występom gościnnym innej opery z Tetralogią – by z roziskrzonej partytury Engelberta Humperdincka wyłowić nie tylko popularne niemieckie piosenki ludowe, ale też dosłowne cytaty z Ringu i splot motywów przewodnich organizujących narrację podobnie jak w dziełach mistrza z Bayreuth. Wcale nas też nie dziwiło, że przygotowaniem muzycznym Jasia i Małgosi zajął się sam dyrektor teatru, a zarazem wybitny wagnerysta Antoni Wicherek.
Tym bardziej było nam przykro, że premiera doczekała się zaledwie kilku recenzji, i to na ogół miażdżących. Dostało się przede wszystkim Humperdinckowi, nazwanemu przez jednego z krytyków „Wagnerem dla ubogich duchem”, oraz jego „dawno przebrzmiałej muzyce”. Oberwał też dyrygent i pomysłodawca przedsięwzięcia: za puszczanie w ruch gigantycznej machiny „pierwszej polskiej sceny muzycznej” tylko po to, żeby pokazać, jak „dwoje smarkaczy” ładuje czarownicę w ogień. Od tamtej pory nikt się nie odważył wystawić Jasia i Małgosi w Warszawie, choć gdzie indziej opera bije rekordy popularności, a w kilku krajach jest stałym punktem programu bożonarodzeniowego. Trzeba jednak przyznać, że melomani wciąż nie traktują jej całkiem serio, a nieśmiała propozycja sprzed kilku lat, żeby dzieło Humperdincka – bądź co bądź asystenta Wagnera i nauczyciela jego syna Siegfrieda – zaprezentować w ramach Bayreuther Festspiele, spotkała się z żywiołowym sprzeciwem strażników tradycji.
Na szczęście nie trzeba było długo czekać, aż na ten krok zdecyduje się „angielskie Bayreuth”, czyli Longborough Festival Opera. Miało ku temu ważkie argumenty: operę Humperdincka przyjęli z zachwytem najwięksi muzycy jego epoki, na czele z Ryszardem Straussem, który zadyrygował prapremierą w Weimarze, 23 grudnia 1893. Kolejne triumfy odniosły inscenizacje w Monachium i Karlsruhe, odpowiednio pod batutą Hermanna Leviego i Felixa Mottla, dwóch wielkich dyrygentów wagnerowskich. Ówcześni mistrzowie batuty nie mieli wątpliwości, że kompozytor dokonał genialnej syntezy dziecięcej baśni ze wzniosłością wagnerowskiego mitu, odniesień do niemieckiego folkloru z mistrzostwem wyuczonej od Wagnera roboty orkiestrowej.
Rosalind Dobson (Małgosia) i Joanna Harries (Jaś). Fot. Matthew Williams-Ellis
A zaczęło się tak niewinnie: od adaptacji Adelheid Wette, młodszej siostry Humperdincka, która w 1889 roku wpadła na pomysł, żeby w święta urządzić swoim córkom kukiełkowe przedstawienie Jasia i Małgosi. Brat miał tylko dopisać muzykę do czterech towarzyszących sztuce piosenek. Domowy teatrzyk zrobił taką furorę wśród gości, że rodzeństwo rozbudowało go do postaci pokaźnego singspielu z fortepianem. Dwa lata później Humperdinck kończył już prawdziwą trzyaktową operę Hänsel und Gretel – do libretta Adelheid, która pominęła w swej wersji najbardziej drastyczne sceny z baśni, dodając w zamian kilka dobrodusznych postaci, które wspomogą protagonistów w drodze do szczęśliwego finału.
Co się jednak w libretcie scukrzyło, zachowało pierwotną grozę i tajemnicę w partyturze. Fabularne korzenie słynnej baśni braci Grimm sięgają przecież czasów wielkiej klęski głodu, pierwszego z kryzysów, które dotknęły czternastowieczną Europę. Po serii surowych zim nastały chłodne wiosny i deszczowe lata. Ziemia nie chciała ani wyschnąć, ani się rozgrzać, ani tym bardziej rodzić. Ludzie zaczęli jeść psy i zwierzęta robocze. Resztki ziarna siewnego utłukli na mąkę. Polowali na żaby, gotowali korę, wydłubywali larwy ze spróchniałych pni. W desperacji pozbywali się słabszych dzieci, zostawiając je na pastwę losu i dzikich zwierząt – w leśnych ostępach, jak najdalej od domu, żeby nie udało im się odnaleźć drogi powrotnej. Jak w baśni o rodzeństwie porzuconym z woli macochy, ale za zgodą ich ojca drwala, który dał się przekonać, że w przeciwnym razie będzie musiał wyciosać deski na trumny dla całej czwórki.
Lucy Bailey, reżyserka Jasia i Małgosi w LFO, postanowiła przywrócić operze Humperdincka choć odrobinę tamtej frustracji i mroku. Przed przyjazdem do Anglii obawiałam się, że nie zachowa umiaru, że na koniec nie oprze się pokusie okrucieństwa pierwowzoru. Nazwisko Bailey, jednej z najważniejszych postaci współczesnego teatru brytyjskiego, wzbudzało we mnie automatyczne skojarzenia ze słynnym Tytusem Andronikiem, wystawionym w Shakespeare’s Globe dokładnie dwadzieścia lat temu – w inscenizacji tak wstrząsającej, że widzowie mdleli na każdym spektaklu. Uświadomiłam sobie dopiero w Longborough, że jej kariera zaczęła się od fascynacji operą, że Bailey uczyła się zawodu nie tylko w teatrach dramatycznych, ale i w Glyndebourne, a w Wexford debiutowała jeszcze w latach osiemdziesiątych.
Zapewne dlatego w Hänsel und Gretel żadnej granicy nie przekroczyła. Dostrzegła zarówno w libretcie, jak w partyturze, że z pierwowzoru literackiego ostała się głównie opowieść o dojrzewaniu do odpowiedzialności i wyciąganiu wniosków z popełnionych błędów, wciąż jednak naznaczona lękiem epoki – żeby dziecięcy bunt przeciw władzy rodzicielskiej nie przerodził się trwale w nienawiść. W przedstawieniu w Longborough rolę Czarownicy wykonuje ta sama śpiewaczka, która wciela się w Matkę – co jest praktyką stosowaną dość często w wykonaniach Jasia i Małgosi, przeważnie ze względów praktycznych. Bailey poszła jednak tropem braci Grimm, którzy w każdym kolejnym wydaniu baśni sugerowali coraz dobitniej, że zabijając czarownicę, dzieci w rzeczywistości zgładziły swoją złą macochę. Tam jednak historia rozgrywa się w szerszym planie czasowym. W złagodzonej wersji Humperdincka bliźnięta zostaną odnalezione przez rodziców po całonocnych poszukiwaniach w lesie. Co nie przeszkodziło Bailey przenieść motyw matkobójstwa w sferę dziecięcych fantazji, podsycanych zapewne strachem i głodem.
Scena z II aktu. Fot. Matthew Williams-Ellis
Atmosferę przerażającej nędzy reżyserka buduje sprawnie od samego początku spektaklu. Pierwsze dwa akty rozgrywają się w monochromatycznej przestrzeni (scenografię przygotowała Anisha Fields, projektantka kostiumów do znakomitej ubiegłorocznej inscenizacji Peleasa i Melizandy w LFO, całość – jak zwykle zjawiskowo – oświetlił Ben Ormerod). W akcie pierwszym przeważa brudna biel wnętrza chatki miotlarza, z podłogą umorusaną sadzą i ścianami pobazgranymi węglem przez dzieci. W drugim akcie koślawe rysunki rachitycznych, bezlistnych drzew zastępują las – w bardzo podobnej przestrzeni, jak w akcie poprzednim, tyle że przedstawionej w negatywie; tym razem dominuje czerń, na której tle majaczą szarobiałe gałęzie. Kolory, z przewagą intensywnej czerwieni, pojawiają się dopiero w trzecim akcie, którego akcja toczy się w domu Czarownicy.
Bailey buduje nastrój grozy z tego, co niewidzialne, czai się w głębi sceny albo pod nią. Czarownica wygląda jak Matka, tylko bogato ubrana: w czerwoną suknię jak żywcem wyjętą z planu filmu Cruella, w równie czerwone szpilki i białą perukę złej królowej z ilustracji do wiktoriańskich książek dla dzieci. Nie ma tu domu z piernika, nie widać pieca, w którym spłonie starucha, cały trzeci akt przypomina halucynację, w której obrazy niczym z Alicji w krainie czarów mieszają się ze strzępami dziecięcych wspomnień. Jaś i Małgosia budzą się pod wielką kołdrą wzbudzającą nieodparte skojarzenia z odświętnym obrusem w biało-czerwoną kratkę, uwięzionego Jasia, któremu tylko głowa wystaje znad sceny, Czarownica tuczy gęstą ryżową papką, której bliźniaki najadłyby się dzień wcześniej, gdyby nie potłukł się dzbanek z mlekiem. Kiedy już będzie po wszystkim, zniknie czerwień, lecz inny kolor się nie pojawi: odczarowane piernikowe dzieci, uratowane rodzeństwo i wciąż tak samo nędzni, ale szczęśliwi rodzice, odśpiewają radosny finał w mroku czarnego lasu i zapewne wrócą do swych okopconych chatek. Bogatsi jednak o doświadczenie, że lepiej trzymać się razem w tych strasznych czasach.
Lee Bisset jako Czarownica. Fot. Matthew Williams-Ellis
Wiele ukrytych skarbów wydobyła z tej partytury Karen Kamensek, prowadząc orkiestrę festiwalową w sile około pięćdziesięciorga muzyków z werwą, iskrą humoru, a gdzie było trzeba, stosowną powagą. Akcentując zarazem dobitnie, ale z wyczuciem, wszelkie „wagneryzmy” utworu – z tym lepszym skutkiem, że niespełna dwa tygodnie wcześniej w wykonaniu zespołu LFO wybrzmiały ostatnie akordy Tristana pod batutą Anthony’ego Negusa. Doskonale też poprowadziła śpiewaków, w większości dopiero rozpoczynających karierę, co dotyczy również pary dwojga głównych bohaterów, świetnie dobranych zarówno postaciowo, jak i wokalnie (przepiękny liryczny sopran Rosalind Dobson w partii Małgosi i tylko odrobinę cięższy, choć stosownie „bliźniaczy” sopran Jasia w osobie Joanny Harries). „Emerging artists” sprawili się też bez zarzutu w mniejszych rolach (Laura Fleur jako Piaskun, oraz brawurowa, także aktorsko, Kelli-Ann Masterson w partii Duszka Rosy). Lee Bisset, po tryumfach wagnerowskich na tutejszej scenie, zwłaszcza w partiach Izoldy i Brunhildy, wzięła na siebie podwójną, mezzosopranową rolę Matki/Czarownicy – kradnąc przedstawienie przede wszystkim jako fenomenalna aktorka, bo w jej przepięknym głosie słychać już wyraźne oznaki zmęczenia. Wspaniałym Ojcem okazał się Darren Jeffery, śpiewak niezwykłej kultury, dysponujący miękkim i ciepłym, idealnie wyrównanym w rejestrach bas-barytonem. Słowa uznania należą się też Davidowi Eatonowi – za przygotowanie Longborough Youth Chorus, złożonego w lwiej części z dzieci miejscowej wspólnoty.
I tylko jedno mnie zaskoczyło – że na widowni dzieci było jak na lekarstwo, mimo że operę wykonywano po angielsku, w bardzo zręcznym i przystępnym tłumaczeniu Davida Pountneya. Czyżby rodzice uznali, że zbyt okrutna to baśń? A może wstydzili się własnych wzruszeń, bo to przecież opowieść nie tylko o głodzie, lecz i zachwianym poczuciu bezpieczeństwa – jak najbardziej aktualnym koszmarze współczesnego świata?

























