W mieście, gdzie zoncna też wschodzi

No i rozsypał mi się worek z zaproszeniami od teatrów i propozycjami od przyjaciół. Skorzystam – może nie ze wszystkich, ale z większości, kierując się wdzięcznością dla tych, którzy towarzyszyli mi od początków Upiora, a pewnie i wcześniej, którzy wbrew mojej mizantropii, na przekór protestom – nie ustawali i nie ustają w wysiłkach, żeby wciągnąć mnie w swój świat, pokazać coś więcej niż tylko muzykę, odbieraną szkiełkiem i uchem krytyka. Wszystkim dziękuję, a tymczasem zapowiadam, że recenzja z fenomenalnej inscenizacji Alciny Händla w Národním divadle w Brnie ukaże się nieco później niż zwykle: w jednym z najbliższych numerów miesięcznika „Teatr”. A potem pójdzie w świat w tłumaczeniu na angielski. Tymczasem, z miłości do Brna i szacunku dla moich Czytelników, proponuję kilka fotograficznych impresji z ostatniej wyprawy do miasta, gdzie w tutejszym dialekcie na niebie nie świeci slunce, tylko zniekształcone z niemiecka zoncna.

.

Od tego się zaczęło. Od nocnego spotkania z czeskim szczepionkobusem, który stoi na jednym z głównych placów Brna. Nie spodziewałam się, że przepaść cywilizacyjna między Polską a resztą Europy odsłoni się aż tak dobitnie podczas wizyty u naszych południowych sąsiadów. Restrykcje ostrzejsze i mądrzej przestrzegane niż u nas, ba, nawet niż w Austrii – a poczucie bezpieczeństwa, swobody i współodpowiedzialności za los słabszych po wielekroć silniejsze niż w Polsce, gdzie złe prawo coraz częściej próbujemy zastąpić bezprawiem.

Nie wiem, czy gdziekolwiek poza Brnem utrzymała się tradycja dekorowania biskupich nagrobków trzema najważniejszymi atrybutami tej godności: mitrą, biblią i parą rękawiczek. Jakkolwiek bądź, w Brnie przybrała ona postać kamiennych przedstawień biskupów „a kuku”, w tym przypadku nagrobka Vincenca Josefa, księcia von Schrattenbach. Wokół brneńskiej katedry jest ich więcej i w ich poczet zalicza się także monument biskupa Karla Nötiga, wzniesiony w warsztacie Marie Loos, wdowy po kamieniarzu Adolfie, która mimo osobistej tragedii i bezwzględnej konkurencji ze strony innych mistrzów fachu zdołała utrzymać rodzinną pozycję na rynku.

A to wąż Uroboros, zastępujący klamkę przy wejściu do jednej z nowo odrestaurowanych kaplic w katedrze św. Piotra i Pawła – słynnej także z tego, że w czasie wojny trzydziestoletniej, kiedy w sierpniu 1645 roku dowódcy szwedzkich wojsk zdecydowali, że w razie trudności w południe odstąpią od oblężenia miasta, dzwonnicy postanowili wybić godzinę dwunastą wcześniej i w ten sposób uratowali swój gród. Uroboros odzwierciedla jedność duchową i fizyczną wszechrzeczy, która nigdy nie przepadnie i będzie trwać w nieskończoność: wiele wskazuje, że ten symbol zrośnie się z Brnem na zawsze.

Nieopodal katedry, na tyłach Divadla Husa na provázku, czyli Teatru Gęś na Postronku, wypatrzyłam graffiti Timo, poety i jednego z najbardziej rozpoznawalnych artystów czeskiego street-artu. Wiersz o tym, że trzeba cierpliwości wędkarza, żeby uśpić dziecko, położyć śniegiem kropkę… i tak dalej, resztę pozostawiam obeznanym z językiem czeskim i potrafiącym docenić przekaz graficiarza, który w tym zwięzłym czterowierszu wyraził więcej niż niejeden polski poeta laureatus.

I na zakończenie tablica z fasady tegoż teatru, od strony Zelnýho trhu, czyli targu na warzywa. Obyśmy nigdy nie musieli zabiegać o wsparcie naszej gasnącej, coraz mniej niezależnej kultury, u naszych sąsiadów. Oby nasi sąsiedzi – w razie czego – uznali, że warto nas wspierać. Niepoprawnym optymistom oraz tym, którzy wciąż sądzą, że nic się nie stało, zazdroszczę otuchy. A wszystkim – także niepoprawnym Kłapouchym – polecam brneńską wycieczkę śladami Janaczka: od dawnego klasztoru augustianów, przez karczmę U Polenků i Chleborádovą vilę, aż po Ústřední hřbitov, gdzie ostatecznie pochowano szczątki kompozytora.

Wszystkie zdjęcia Dorota Kozińska

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.