Raport z oblężonego miasta

Symfonia Szostakowicza, której poświęciłam ten esej, zabrzmiała 13 stycznia w siedzibie NOSPR, z udziałem Gospodarzy pod batutą Paola Bartolameolliego. Dziś ten koncert spadłby z programu każdej polskiej orkiestry – ze słusznych i oczywistych powodów. Tekst jednak zamieszczę już dziś, bo nawet w tak strasznych czasach warto mieć na względzie, że spustoszenie w ludziach i sztuce sieją nie tylko działania wojenne, ale też strach, propaganda i doraźne cele polityczne. Szostakowicza przetrąciły na resztę życia. Warto o tym pamiętać, podobnie jak o jego muzyce.

***

„Na początku wojny zgłosiłem się na ochotnika do Armii Czerwonej. Kazali mi jednak poczekać. Drugi raz złożyłem podanie, kiedy towarzysz Stalin wygłosił przemówienie o mobilizacji. Powiedzieli: przyjmiemy was, ale teraz sobie idźcie i pracujcie tam, gdzie do tej pory. Pracowałem więc dalej w Konserwatorium. Kończył się rok akademicki. Przyjmowałem studentów, promowałem prace dyplomowe. Urlopu nie wykorzystałem. Dniami i nocami siedziałem w Konserwatorium. Trzeci raz poszedłem do jednostki, bo myślałem, że o mnie zapomnieli. Powierzyli mi kierownictwo oddziału muzycznego w teatrze żołnierskim. Nie było łatwo, bo żołnierze umieli grać tylko na bajanie. Znów poprosiłem o wcielenie do armii. Komisarz powiedział, że w wojsku mnie nie chcą i że powinienem zająć się pisaniem muzyki. Potem odwołali mnie ze stanowiska kierownika w teatrze i wbrew mojej woli postanowili ewakuować z Leningradu. Uznałem, że bardziej się przydam w Leningradzie. Nie śpieszyłem się z wyjazdem. W mieście czuć było ducha walki” – wspominał Szostakowicz wkrótce po premierze VII Symfonii.

Szostakowicz na dachu leningradzkiego Konserwatorium

Armia państw Osi uderzyła na Związek Radziecki 22 czerwca 1941 roku. Niespełna miesiąc później Szostakowicz nakreślił pierwsze takty nowej kompozycji. Zaczęła się budowa umocnień wokół Leningradu, ruszyły ewakuacje uprzywilejowanych, między innymi muzyków miejscowej Filharmonii. We wrześniu Niemcy przekroczyli linię kolejową Moskwa-Leningrad. W kotle utknęło ponad dwa i pół miliona cywilów, wśród nich Szostakowicz, który w patriotycznym zapale tak długo ponawiał starania o przyjęcie do wojska, aż wreszcie, pod koniec sierpnia, doczekał się włączenia do grupy obrony przeciwlotniczej. Dzień w dzień – w pełnym umundurowaniu i w hełmie strażackim na głowie – dyżurował na dachu Konserwatorium, wypatrując pożarów od bomb zapalających. W pierwszych dniach października, mimo nieustających oporów moralnych, pozwolił się ewakuować wraz z rodziną do Moskwy, a stamtąd dalej pociągiem aż do Kujbyszewa. Właśnie w Kujbyszewie, 27 grudnia 1941 roku, ukończył pracę nad VII Symfonią, w pierwotnym zamyśle poświęconą pamięci Lenina, ostatecznie dedykowaną mieszkańcom oblężonego miasta i opatrzoną podtytułem „Leningradzka”.

Forma utworu krystalizowała się stopniowo. Z początku, jeszcze przed inwazją na ZSRR, Szostakowicz myślał o symfonii jednoczęściowej, z chórem i głosem solowym – do fragmentów tekstu dziewiątego Psalmu Dawidowego o zwycięstwie dobra nad złem, gdzie znalazł się słynny werset o „mścicielu krwi”, który nie zapomniał wołania ubogich. Kompozytor szybko zrezygnował z tego pomysłu, obawiając się – zapewne słusznie – że prośba o wybawienie z rąk wrogów zostanie zinterpretowana w kontekście stalinowskich czystek z lat trzydziestych. Z planowanej „Symfonii Dawidowej” pozostał relikt w postaci instrumentalnego requiem pamięci poległych. Całość, ujęta ostatecznie w schemacie czterech części, mocno jednak odbiegających od klasycznych reguł, rozrosła się do rozmiarów jednej z najdłuższych symfonii w dziejach muzyki. Z potężnym ładunkiem emocji i niecodzienną dramaturgią utworu odbiorcy muszą się zmierzyć już w pierwszej części (Allegretto), w której zamiast zwyczajowego przetworzenia pojawia się słynny „epizod inwazji” – groteskowe zderzenie arii hrabiego Daniły z Wesołej wdówki Lehára, tematu z własnej opery Lady Makbet mceńskiego powiatu i króciutkiego nawiązania do hymnu Deutschlandlied. Zaprzyjaźniony z Szostakowiczem krytyk Walerian Bogdanow-Bierezowski, który śledził na bieżąco postępy prac nad partyturą, nazwał VII Symfonię dziełem zdumiewającym, zwierciadłem owego czasu i odbiciem ówczesnych wypadków; kompozycją bogatą w treść i ujętą w niezwykle wyrafinowaną formę.

Karl Eliasberg dyryguje VII Symfonią 9 sierpnia 1942 roku

Zanim utwór dotarł do adresatów dedykacji, doczekał się premiery w Kujbyszewie (5 marca 1942 roku pod batutą Samuiła Samosuda) oraz kolejnych, entuzjastycznie przyjętych wykonań w Moskwie, Londynie i Nowym Jorku. Andriej Żdanow – członek Rady Wojennej Frontu Leningradzkiego, a zarazem nieudolny dowódca obrony, odpowiedzialny między innymi za chaos aprowizacyjny i bezładną ewakuację z rejonu blokady – dostrzegł w symfonii ostatnią propagandową szansę na podtrzymanie gasnącego ducha miasta. Koncert z Leningradzką miał stać się symbolem obywatelskiej dumy i gotowości do walki z najeźdźcą. Filharmoników już w Leningradzie nie było. Zostało kilkunastu wyniszczonych instrumentalistów Radiówki oraz ich dyrygent Karl Eliasberg, zmagający się z zaawansowaną chorobą głodową. Dostał od władz rower i jeździł od drzwi do drzwi, werbując muzyków do straceńczego zadania. Dżaudata Ajdarowa dosłownie wyciągnął z kostnicy, dokąd zajechał w desperacji już po rozpoczęciu prób, żeby zweryfikować pogłoskę o śmierci perkusisty. Kiedy się przekonał, że jeszcze oddycha, odstawił go z powrotem do Filharmonii. Muzycy mdleli, kilku naprawdę umarło. Zagrali Leningradzką 9 sierpnia 1942: w dniu, w którym Hitler planował triumfalny bankiet zwycięstwa w hotelu Astoria. Nikomu nie przeszkadzało, że zagrali fatalnie. Owacja trwała ponoć godzinę, prawie tyle, co sama symfonia. Cel propagandowy został osiągnięty: po zakończeniu blokady rząd radziecki chętniej rozpamiętywał legendarny koncert niż śmierć blisko miliona mieszkańców oblężonego Leningradu.

Ci z muzyków, którym udało się przetrwać wojnę, wzięli udział we wstrząsającej rekonstrukcji leningradzkiego koncertu 27 stycznia 1964 roku, w obecności Szostakowicza. Znów dyrygował Eliasberg, zagrało 22 członków orkiestry, na pustych krzesłach po zmarłych ułożono osierocone instrumenty. W podobnym wydarzeniu w roku 1992 uczestniczyło już tylko czternastu ocaleńców. VII Symfonia przeżyła i po latach wraca do łask – w burzliwym XXI wieku, kiedy nie ma już Hitlera ani Stalina, za to jest Putin, cierpienia wciąż pod dostatkiem, a ludzie zapominają, że są tylko ludźmi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.