Łabędzi śpiew żywych

Zapowiada się bardzo pracowity czerwiec: już wkrótce pierwsza w tym roku wyprawa do ukochanego Longborough, a potem kilka niespodzianek, o których będę sukcesywnie donosić. Tymczasem zapraszam do lektury eseju na marginesie koncertu, który odbył się 3 lutego w siedzibie NOSPR. Partię solową w Koncercie Elgara wykonał Łukasz Frant, orkiestrą Gospodarzy dyrygował Antonello Manacorda.

***

Po rozpoczęciu walk nad Sommą – jednego z najkrwawszych starć w dziejach ludzkości – Elgar pisał w liście do przyjaciela, że „tyle piękna i wzniosłości dawnego świata ginie bezpowrotnie i nic nie przychodzi w zamian. Boże, serce mi pęka”. Rozmiar tamtej tragedii istotnie przechodził ludzkie pojęcie. Przez całą drugą wojnę burską zginęły dwadzieścia dwa tysiące żołnierzy brytyjskich. Tylko w pierwszym dniu bitwy nad Sommą, 1 lipca 1916 roku, Imperium straciło prawie sześćdziesiąt tysięcy ludzi – w większości ochotników, którzy dali się ponieść fali patriotycznych uniesień. Do 18 października, kiedy szala zwycięstwa przechyliła się ostatecznie na stronę Brytyjczyków, liczba ofiar po ich stronie urosła do blisko czterystu tysięcy. Wśród poległych byli też koledzy Elgara, między innymi młodszy o więcej niż pokolenie kompozytor George Butterworth. Jego ciała nigdy nie odnaleziono.

Elgar, który z początku też uległ wojennym nastrojom, zmagał się z rosnącymi wyrzutami sumienia. Cierpiał na niemoc twórczą, podupadał na zdrowiu. W marcu 1918 przeszedł powikłany zabieg usunięcia migdałków. Przez kilka dni zwijał się z bólu. Po czym któregoś ranka, nie wstając z łóżka, poprosił o papier nutowy, żeby nakreślić szkic wstępu do późniejszego Koncertu. I na tym poprzestał. W maju wrócił do Brinkwells, wiejskiego domu w hrabstwie Sussex, gdzie zamieszkał wraz z rodziną w 1917 roku. Tam zaczął odzyskiwać wiarę we własne siły kompozytorskie – kojąc oczy szafirowym błękitem kwitnących hiacyntowców, wsłuchując się w świergot gnieżdżących się w żywopłotach szczygłów i karmiąc łabędzie nad rzeką Rother, nieopodal zajazdu o wymownej nazwie Swan. W sierpniu zażądał sprowadzenia do Brinkwells fortepianu. Kolejne miesiące poświęcił przede wszystkim pracy nad trzema utworami kameralnymi: Sonatą skrzypcową, Kwintetem fortepianowym i Kwartetem smyczkowym. Przyjaciele dostrzegli w nich coś, co uznali za zalążek nowego stylu: oszczędniejszego, bardziej introwertycznego, w miejsce patosu naznaczonego melancholią.

Edward Elgar i jego Troje Muszkieterów: spaniel Marco oraz terierki Meg i Mina. Zdjęcie z końca lat 20. ubiegłego wieku

Wszystko to – tylko w dobitniejszej postaci – znalazło się w partyturze Koncertu, dzieła szczególnie intymnego i bliskiego sercu Elgara. Kompozytor pisał je etapami, pozwalał myślom dojrzewać w spokoju: aż do chwili, kiedy zaprezentował szkice wiolonczeliście Feliksowi Salmondowi, który w maju 1919 roku uczestniczył w prawykonaniach Kwintetu i Kwartetu. Uskrzydlony jego entuzjazmem, rzucił się w wir pracy. Pod koniec lipca utwór był gotów. Elgar ujął go w nietypową, czteroczęściową formę. Wiolonczela jest w nim zarówno narratorem, jak i protagonistą – snuje swą podwójną opowieść w subtelnym dialogu z orkiestrą, ewokując wszelkie możliwe nastroje tych burzliwych czasów, od rozpaczy, przez czułe reminiscencje minionej przeszłości, aż po gwałtowne starcie emocji, do którego dochodzi dopiero w części czwartej. Po muzycznej bitwie następuje rozbudowana kadencja solowa, niosąca obietnicę pojednania – jak się okazuje, złudną. Narracja zwalnia, zacicha, wiolonczela przywołuje śpiewny temat Adagia, ostatecznie jednak wraca do lamentu z części pierwszej. Jej przenikliwy, żałobny krzyk podejmuje orkiestra, kończąc utwór równie raptownie, jak skończył się świat w okopach.

Dziś trudno uwierzyć, że prawykonanie 19 października – z udziałem Salmonda i LSO pod batutą kompozytora – przeszło niemalże bez echa. Resztą programu dyrygował Albert Coates, który przedłużał swoje próby z orkiestrą kosztem czasu przeznaczonego na dopracowanie nowego dzieła Elgara. Koncert, wprawdzie doceniony przez fachowców, nie zyskał szerszego uznania za życia twórcy. Renesans zawdzięcza młodziutkiej Jacqueline du Pré, która w roku 1965 nagrała go z tą samą orkiestrą, ale pod kierunkiem Johna Barbirollego – w 1919 roku jej równolatka, który w Queen’s Hall uczestniczył w premierze utworu przy jednym z pulpitów wiolonczel.

W chwili wybuchu tamtej wojny Wielkie Księstwo Finlandii wchodziło w skład Imperium Rosyjskiego. Nie miało własnej armii ani nawet obowiązku służby wojskowej, borykało się jednak z innymi problemami, z których na pierwszy plan wysunęła się kwestia rosnących obciążeń finansowych. Wieść o zamachu w Sarajewie dosięgła Sibeliusa w podróży powrotnej z Ameryki. Zanim dotarł do kraju, władze zablokowały mu dostęp do wpływów z zagranicznych tantiem. Lata wojenne kompozytor spędził w Finlandii, zarabiając na życie pisaniem krótkich, niewiele znaczących utworów. Na początku 1915 roku rząd złożył mu zamówienie na symfonię, której wykonanie w Helsinkach miało uświetnić narodowe obchody pięćdziesiątych urodzin kompozytora.

Jean Sibelius przed swoim domem Ainola. Lata trzydzieste

Tak jak Elgar szukał utraconego natchnienia w Brinkwells, tak Sibelius – który wciąż nie mógł dojść do ładu z niezbyt przychylnym przyjęciem jego poprzedniej, IV Symfonii – próbował odnaleźć inspirację w swym leśnym domu Ainola nad brzegiem jeziora Tuusula. W kwietniu zapisał w dzienniku, że czuje się, jakby Bóg zrzucił mu z nieba kawałki mozaiki i kazał złożyć je w całość. Olśnienie nadeszło kilka dni później, kiedy wyszedł przed dom i ujrzał krążące mu nad głową stado łabędzi. Krążyły długo. „Znikły w słonecznej poświacie jak srebrna wstążka”. Obudziły melodię, która stała się podstawą słynnego Łabędziego Hymnu w Misterioso z ostatniej części V Symfonii – potężnego ostinato blachy, które ewokuje nie tyle głos ptaków, ile ludzki zachwyt nad doskonałością podpatrzonego w naturze ptasiego wzorca.

Utwór przeszedł dwukrotną rewizję, zanim Sibelius nadał mu ostateczną, trzyczęściową formę, w której toku narracja zatacza coraz ciaśniejsze kręgi wokół myśli centralnej, a całość zmierza do zaskakującego finału z sześciu krótkich, przedzielonych ciszą akordów. Pierwotna, czteroczęściowa wersja, przyjęta owacją na koncercie urodzinowym 8 grudnia 1915 roku, rozczarowała samego twórcę. Druga, o rok późniejsza, nie przypadła do gustu krytykom. Premiera trzeciej, w roku 1919, zadowoliła wszystkich, także Sibeliusa, który do tego czasu zdążył znów się rozpić i schudł dwadzieścia kilogramów.

Zarówno Koncert wiolonczelowy Elgara, jak i V Symfonia Sibeliusa uchodzą za ostatnie wybitne osiągnięcia w dorobku swych twórców. Obaj wkrótce potem przestali komponować. Obydwu na starość dopadł demon smutku. Sibelius miał jednak więcej szczęścia: na dwa dni przed śmiercią ujrzał nad Ainolą klucz dawno niewidzianych żurawi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.