Książę Monte Rotondo

Dziś będzie spoiler – zapowiedź płyty, która ukaże się wkrótce nakładem Stowarzyszenia Muzyki Polskiej, organizatora Festiwalu Muzyki Polskiej w Krakowie, który w ubiegłym roku przebiegał pod znakiem twórczości Józefa Michała Ksawerego Poniatowskiego. Niedawno trafił do sprzedaży krążek z nagranymi wówczas fragmentami jego opery Don Desiderio (więcej informacji pod linkiem: http://www.fmp.org.pl/pl/wydawnictwa/). Jeszcze chwila cierpliwości, a będzie można się nacieszyć także Mszą F-Dur, o której skreśliłam kilka słów w książeczce dołączonej do CD. Pod rozwagę miłośnikom rarytasów oraz ich bliskim, szukającym pomysłów na prezenty – niekoniecznie pod choinkę.

***

Trudno być prorokiem we własnym kraju. Tym trudniej kosmopolitom, którzy nie chcieli, nie mogli lub nie zdołali nigdzie zapuścić korzeni. Tak właśnie sprawy się miały z Józefem Michałem Poniatowskim, o którym można dziś przeczytać, że był księciem de Monte Rotondo herbu Ciołek i bliskim krewnym swego imiennika Józefa Poniatowskiego, głównego bohatera arcypolskiej wersji mitu napoleońskiego. Prawda – jak zwykle – jest bardziej skomplikowana.

Nasz książę-kompozytor był nieślubnym synem podskarbiego litewskiego Stanisława: postaci nadzwyczaj malowniczej, ulubieńca króla Stanisława Augusta, zausznika jego kochanki cesarzowej Katarzyny II, członka konfederacji targowickiej, uznanej z czasem za symbol zdrady narodowej. Po rozbiorach Stanisław Poniatowski osiadł wpierw w Austrii, a potem w Rzymie, gdzie kupił wspaniałą rezydencję przy Via Flaminia. Naprzeciwko willi mieszkała skromna Cassandra Luci, żona szewca-brutala, który znęcał się nad nią niemiłosiernie. Troskliwy książę zaopiekował się biedaczką. Z tej troski przyszło na świat pięcioro nieślubnych dzieci. Jednym z nich był Józef Michał Ksawery, urodzony w 1816 roku. Trzy lata później Stanisław ściągnął swą nieformalną rodzinę do nowo nabytych dóbr Monte Rotondo w Toskanii, w 1830 ożenił się wreszcie z owdowiałą Cassandrą, a w 1833 zmarł, jako ostatni arystokrata uprawniony do polskiego tytułu książęcego.

Józef Michał został uznany przez ojca już jako sześciolatek, na usankcjonowanie pochodzenia musiał jednak czekać aż do roku 1847, kiedy wstawił się za nim wielki książę Toskanii Leopold II – po to, by mianować go księciem Monte Rotondo. Poniatowski nie mówił po polsku w ogóle. Był wysłannikiem państwa toskańskiego do Brukseli, Londynu i Paryża, w 1854 został obywatelem Francji i otrzymał godność senatora z rąk Napoleona III. Po detronizacji cesarza udał się z nim na wygnanie do Chislehurst w angielskim hrabstwie Kent. Ostatni władca Francji zmarł w styczniu 1873 roku, co przyśpieszyło decyzję Poniatowskiego o emigracji do Stanów Zjednoczonych. W czerwcu poprzedniego roku pisano na łamach „The New York Times”, że jego pożałowania godna sytuacja jest „zdumiewającym przykładem zmienności ludzkich losów”. Niestety, książę przeżył Napoleona zaledwie o sześć miesięcy i zmarł przedwcześnie w wieku 57 lat. Spoczął na cmentarzu w Chislehurst, w granicach dzisiejszego Londynu.

Nieślubny syn Stanisława od dzieciństwa pasjonował się muzyką. Wciąż ciągnie się za nim fama kompozytora-samouka i domorosłego śpiewaka, a przecież było zupełnie inaczej. Poniatowski kształcił się pod kierunkiem Fernanda Zeccheriniego, maestra di cappella w katedrze florenckiej i wykładowcy tamtejszej Akademii, był cenionym tenorem, którego rzemiosło porównywano z kunsztem Giovanniego Battisty Rubiniego, jednego z ukochanych śpiewaków Belliniego. Był autorem dwunastu oper, pogardzanych wprawdzie przez Berlioza, wychwalanych jednak przez Rossiniego i Michele Carafę. Sir George Grove, pomysłodawca i edytor legendarnego Grove’s Dictionary of Music and Musicians, pisał w dodatku do pierwszego wydania słownika, że jego muzyka jest niebywale teatralna i świadczy o głębokim zrozumieniu potencjału i ograniczeń ludzkiego głosu. Wychwalał jej oryginalność i tlącą się w niej iskrę prawdziwego geniuszu – z tym większym entuzjazmem, że Poniatowski był też człowiekiem wykwintnych manier i ulubieńcem salonów.

Jego Mszę F-dur, skomponowaną w 1867 roku i dedykowaną królowi Portugalii Ludwikowi I Bragançy, odkryto w zbiorach British Library i wykonano w Polsce po raz pierwszy w Krakowie, w roku 2011, z inicjatywy Stowarzyszenia Muzyki Polskiej. Dzieło wyrasta z ducha Małej mszy uroczystej Rossiniego: powstało zaledwie cztery lata później i zostało rozpisane – podobnie jak pierwotna wersja Petite messe – na czworo solistów, mały chór oraz organy, fisharmonię lub fortepian. Intymne w wyrazie (co Poniatowski dodatkowo podkreślił użyciem tonacji F-dur, wyrażającej pokorę i rezygnację), z fragmentami olśniewającej piękności (sopranowa aria Et incarnatus, dialog barytonu z chórem w Agnus Dei, wirtuozowskie, przywodzące na myśl twórczość Chopina i Liszta wstępy instrumentalne do poszczególnych części), zdradza zarówno wpływy operowego stylu bel canto, jak przywiązanie do włoskiej tradycji wokalnej muzyki kościelnej (polifonizująca faktura finałowej, majestatycznej części Amen). Mimo wdzięku i lekkości kompozycja Poniatowskiego jest typowym klejnotem wieku dojrzałego: żarliwym muzycznym wyznaniem wiary w Boga i potęgę miłości.

Zdumiewające, że spod pióra tego samego kompozytora wyszła opera Pierre de Médicis (która w swoim czasie odniosła prawdziwy triumf w Paryżu), śpiewna i pełna ekspresji Msza F-dur, oraz popularna w Anglii ballada The Yeoman’s Wedding Song, z której dobrotliwie natrząsał się w swych humoreskach sam P.G. Wodehouse. Wygląda na to, że niepewna tożsamość narodowa księcia Monte Rotondo odcisnęła piętno także na jego twórczości.

Prorok bynajmniej nie fałszywy

Tyle już razy załamywałam ręce nad losem skrzywdzonych przez historię kompozytorów oraz ich oper – niesłusznie wyrugowanych z repertuaru i z trudem powracających na światowe sceny – że przy Meyerbeerze słów mi zabrakło. Ten Żyd urodzony w Niemczech, wykształcony we Włoszech, święcący triumfy w Paryżu w minionych czasach blasku grand opéra, padł ofiarą splotu wyjątkowo niefortunnych okoliczności. Do upadku Meyerbeera przyczynił się między innymi Wagner, jego niegdysiejszy protegowany, który wpierw deklarował, że jest mu winien umysł, serce i dozgonną wdzięczność za skierowanie własnej twórczości na zbawienną drogę, a po premierze Proroka raptownie zmienił front, czemu dał wyraz między innymi w osławionym pamflecie Żydostwo w muzyce. A przecież czerpał z tej muzyki pełnymi garściami, nie tylko w Rienzim i Latającym Holendrze: bez Meyerbeerowskich Hugenotów nie byłoby II aktu Śpiewaków norymberskich. Chopin obwołał Roberta Diabła arcydziełem tuż po paryskiej prapremierze, rok później zaś skomponował Grand Duo concertant na fortepian i wiolonczelę, jeden z nielicznych utworów kameralnych w swoim dorobku, oparty na motywach z opery Meyerbeera. Wkrótce po sukcesie Proroka Liszt stworzył monumentalną Fantazję i Fugę na temat „Ad nos, ad salutarem undam” – mrożącej krew w żyłach, stylizowanej na chorał pieśni anabaptystów. Meyerbeer – ojciec pełnokrwistego dramatu muzycznego, niezrównany mistrz orkiestracji, fenomenalny melodysta, wyciskający ze śpiewaków ostatnie poty, nigdy jednak na przekór naturalnym możliwościom głosu ludzkiego – popadł w zapomnienie wraz ze zmierzchem wielkiej opery historycznej, a że doprowadził ten gatunek do granic perfekcji, z upływem kolejnych dziesięcioleci malały nadzieje na wskrzeszenie jego twórczości. Opery Meyerbeera znikły ze scen jeszcze przed I wojną światową. Ostatnie polskie wystawienie Hugenotów odbyło się w 1903 roku we Lwowie.

Clémentine Margaine (Fidès). Fot. Bettina Stöß.

Prorok, który przyprawił kiedyś Wagnera o istny paroksyzm kompozytorskiej zawiści, jest dziś wspominany przede wszystkim w anegdocie: jako dzieło, na którego prapremierze w 1849 roku scenę Opery Paryskiej po raz pierwszy w historii oświetlono lampami elektrycznymi, a w rozpoczynającym III akt balecie na zamarzniętym jeziorze wzięli udział tancerze jeżdżący na wrotkach. O tym, że mezzosopranową partię Fidès Meyerbeer napisał z myślą o Pauline Viardot, wybitnej śpiewaczce i pianistce, uczennicy Liszta i Antonina Rejchy, który wprowadzał ją w arkana kompozycji, poliglotce i pisarce, przyjaciółce Turgieniewa i Klary Schumann; że twórcą libretta jest Eugène Scribe, jeden z najpłodniejszych i najbardziej wziętych autorów epoki, który przyczynił się także do sukcesów Roberta Diabła i Hugenotów; że tematyka opery wpisała się idealnie w klimat nastrojów po rewolucji lutowej i krwawo stłumionych dniach czerwcowych 1848 roku, których klęska położyła kres Wiośnie Ludów we Francji – wspomina się jakby rzadziej. Historia Jana z Lejdy, przywódcy anabaptystów, który po uwięzieniu Melchiora Hofmanna, zwiastującego nadejście Królestwa Bożego w 1533 roku, postanowił wziąć sprawy we własne ręce i ustanowić paruzję siłą – wzbudzała nieuchronne skojarzenia z poglądami głoszonymi przez utopijnych komunistów, domagających się uznania roli proletariatu i zaprowadzenia społeczeństwa bezklasowego. Libretto Proroka jest mroczne, wątek miłosny zepchnięty w tło, motyw matki kochającej wyrodnego syna wbrew wszelkim okolicznościom – wyeksponowany ponad zwykłą miarę, a postać głównego protagonisty – sprowadzona do roli antybohatera, przywodzącego na myśl skojarzenia ze znacznie późniejszymi operami wielkich Rosjan: Musorgskiego i Czajkowskiego. Prorok nastręcza mnóstwo problemów natury wykonawczej, a zarazem jest piekielnie skomplikowany pod względem dramaturgicznym. Nic dziwnego, że na współczesne sceny wracał sporadycznie i szybko z nich schodził. Ani to unowocześnić, ani wystawić z pierwotnym przepychem, nie wspominając już o trudnościach ze znalezieniem odpowiednich śpiewaków.

Gregory Kunde (Jan). Fot. Bettina Stöß.

O pierwszym wskrzeszeniu Proroka na deskach berlińskiej Deutsche Oper – w 1966 roku, z Sandrą Warfield jako Fidès i Jamesem McCrackenem w partii Jana – prawie wszyscy już zapomnieli. Inscenizację najnowszej premiery powierzono Olivierowi Py, francuskiemu reżyserowi znanemu z religijności oraz skłonności do wprowadzania w swoich produkcjach współczesnych aluzji politycznych. W jego słynnej paryskiej Aidzie sprzed czterech lat – ku przerażeniu części krytyków i publiczności – pojawili się bojownicy Ku Klux Klanu, ofiary Holokaustu, imigranci oraz okazały czołg w malowaniu maskującym. Jego koncepcja Proroka, aczkolwiek równie łopatologiczna, okazała się znacznie bardziej spójna: Py osadził akcję opery w realiach nieokreślonej, wstrząsanej niepokojami metropolii, w której ogniskują się wszelkie patologie rewolucji: przemoc fizyczna i psychiczna, rozpasany seks i równie rozbuchany fanatyzm religijny. Ogląda się to całkiem nieźle – o dziwo, także w słynnej scenie baletu łyżwiarzy, rozegranej pod postacią brutalnej pantomimy na wirującej w opętańczym tempie scenie obrotowej. Rażą jednak detale, przede wszystkim wprowadzane na siłę „podpisy” reżysera (półnagi anioł, jakby żywcem wzięty z Mateusza malarza w Opéra Bastille, finałowa orgia w burdelowej czerwieni, seks analny na masce samochodu – pomysł ograny do nudności, choć miłośnicy motoryzacji mieli przynajmniej frajdę z podziwiania czarnego Mercedesa W115, w Polsce zwanego pieszczotliwie „puchaczem”). Muszę jednak przyznać, że akcja toczyła się płynnie, gest sceniczny nie przeszkadzał śpiewakom, a w scenie uzdrowienia chorych – towarzyszącej koronacji Jana w IV akcie – wózki inwalidzkie nareszcie znalazły właściwe zastosowanie.

Gregory Kunde i Chór DOB. Fot. Bettina Stöß.

Pal sześć dyskusyjną koncepcję Oliviera Py – dostaliśmy spektakl tak znakomicie przygotowany pod względem muzycznym, że Wagner chyba znów dostał apopleksji, tym razem w zaświatach. Enrique Mazzola, włoski specjalista od belcanta, wydobył z tej partytury wszelkie możliwe smaczki: cudownie przejrzyste faktury, zaskakujące detale orkiestracji, głębokie kontrasty dynamiczne. Prowadził Proroka w żywych tempach, ani na chwilę nie gubiąc pulsu całości, umiejętnie podkreślając Meyerbeerowską grę tematami (fenomenalne wejście trzech anabaptystów z pseudochorałem, który w II akcie, kiedy Jan opowiada o swoim śnie, pojawi się w zniekształconej postaci, w III akcie przewali się jak burza w partii chóru, po czym znów wróci, jak złowieszcze memento, w scenie koronacji). Drugim, zbiorowym bohaterem wieczoru okazał się chór, przygotowany przez Jeremy’ego Binesa, śpiewający czujnie, piękną i potoczystą frazą, z wyśmienicie podanym tekstem. Trzecią, być może najjaśniejszą gwiazdą spektaklu była Clémentine Margaine: jej gęsty jak smoła i aksamitny w brzmieniu mezzosopran płynął przed siebie tak swobodnym strumieniem, że o legendarnych rafach i mieliznach arcytrudnej partii Fidès wszyscy słuchacze zgodnie zapomnieli. Nieźle współbrzmiał z nim lekki i świetlisty sopran Berty (Elena Tsallagova), choć w duetach, zwłaszcza wPour garder à ton fils le serment”, młodej Rosjance trafiło się kilka wpadek intonacyjnych. Gregory Kunde (Jan) rozśpiewywał się długo, czego ofiarą padła moja ukochana aria „Pour Berthe, moi je soupire”, ale już przy triumfalnym hymnie z finału III aktu („Roi du ciel et des anges”) miałam ochotę sama poderwać się z fotela i zawtórować fałszywemu prorokowi. Kunde ma znakomitą technikę, niemniej w górze brakuje mu swobody i niezbędnego w tej roli spintowego blasku – inna rzecz, że nie jestem pewna, czy ktokolwiek poza nim byłby dziś w stanie zaśpiewać tę partię bodaj przyzwoicie. Z trzech złowieszczych anabaptystów – znakomicie dobranych pod każdym względem – wyróżnił się Derek Walton (Zachariasz), obdarzony pięknym, okrągłym bas-barytonem, niestety, nie dość dźwięcznym w dole skali. Zawiódł mnie tylko Seth Carico w roli Hrabiego Oberthala – być może dlatego, że kilka miesięcy wcześniej tak mnie zachwycił w Śmierci w Wenecji. Tym razem zbyt często popadał w karykaturę, pokrywającą niedostatki w muzycznym przygotowaniu partii.

Wystawienie jakiejkolwiek opery Meyerbeera na takim poziomie wymaga ogromnych nakładów finansowych i mnóstwa rzetelnej pracy. Okazją do pozyskania tych pierwszych był z pewnością hucznie obchodzony jubileusz 500-lecia Reformacji. Zapału i profesjonalizmu muzyków nie da się jednak przecenić. Jest nadzieja. Szkoda że nie u nas, gdzie nawet profesorzy muzykologii boją się zdradzić ze swoją miłością do kompozytora, u którego – jak pisał Chopin w liście do Tytusa Wojciechowskiego – diabły przez tuby śpiewają, a dusze z grobów powstają.

Mówcie, komu czego braknie

To już definitywnie ostatni felieton do miesięcznika „Muzyka w Mieście” – ukazał się w listopadowym numerze. Czas odemknąć drzwi kaplicy. Wydawca nie przedłużył umowy z Upiorem, który teraz sobie odpocznie, a potem poszuka innych łamów, gdzie wskazywanie uciech i bolączek świata muzycznego spotka się z większym zrozumieniem. Poza tym wszyscy zdrowi: za kilka dni recenzja z berlińskiego Proroka, a potem w drogę, znów do Niemiec, ale tym razem troszkę dalej na południowy zachód. Niedługo zrobi się jaśniej: kto musi zostać w domu, niech wieczorami powywołuje operowe duchy.

***

Podobno wiara w duchy świadczy o prawidłowym funkcjonowaniu ludzkiego mózgu. W obrębie płata ciemieniowego leży tak zwana pierwszorzędowa kora czuciowa, odpowiedzialna za czucie powierzchowne, drugorzędowa kora czuciowa, która integruje bodźce z obydwu stron ciała i dzięki połączeniom z korą motoryczną wpływa na sterowanie ruchem, oraz kora asocjacyjna, umożliwiająca analizę wspomnianych bodźców. Gdyby któryś z tych ośrodków przestał działać, nie potrafilibyśmy trafić w otwarte drzwi. Za pamięć wyuczonych działań ruchowych oraz trzeźwą ocenę sytuacji odpowiada jednak płat czołowy. A ten czasem potrafi się wyciszyć albo całkiem wyłączyć: na przykład podczas snu, ale też w trakcie modlitwy, medytacji albo bardzo intensywnego skupienia myśli na jednym przedmiocie. Skutek? Zaczynamy widzieć, słyszeć i czuć coś, czego w istocie nie ma. Albo to sobie zracjonalizujemy i przejdziemy nad tym do porządku dziennego, albo uwierzymy w istnienie zjawisk nadprzyrodzonych.

Obcowanie ze sztuką uwalnia wyobraźnię, kształtuje zdolności twórcze i wpływa korzystnie na ogólny rozwój osobowości. Obcowanie z teatrem – także operowym – pozwala przekroczyć wszelkie granice wyobraźni. „Dziwnych rzeczy można się napatrzeć, na przykład, na przykład, niestety, w teatrze” – śpiewała Bożysława Kapica w niezapomnianym słuchowisku Lato Muminków z 1978 roku, w którym rolę narratora wziął na siebie sam Gustaw Holoubek. W operze napatrzyliśmy się widm co niemiara. W Damie pikowej Czajkowskiego opętany obsesją wygranej w faraona Herman wydziera rzekomy sekret trzech kart od ducha Hrabiny, która umarła ze strachu, kiedy zdesperowany oficer zaczął wygrażać jej pistoletem. Akcja Obrotu śruby Brittena rozgrywa się w domu nawiedzonym przez duchy guwernantki i jej tragicznie zmarłego kochanka, sekretarza ich pracodawcy. Zjawy prześladują nową guwernantkę, która bezskutecznie próbuje ochronić przed nimi powierzone jej dzieci gospodarza. Senta z Latającego Holendra Wagnera zakochuje się w widmowym żeglarzu, na którym ciąży przekleństwo kary za zuchwałość – od cierpień wielosetletniej tułaczki wyzwoli go dopiero miłość niewinnej dziewczyny. Don Giovanni ląduje w piekle, odmówiwszy ukorzenia się przed zjawą zamordowanego z jego ręki Komandora.

Duchy czają się jednak nie tylko w muzyce i librettach operowych arcydzieł. Lubią też dokuczać śpiewakom, aktorom i pracownikom sceny. W Springer Opera House w Columbus w stanie Georgia, jednym z najbardziej nawiedzonych teatrów amerykańskich, grasuje ponoć widmo dziewczynki stratowanej na śmierć w 1874 roku – przez konia, który spłoszył się i próbował uciec z pobliskiego targowiska. Dziewczynka, przez miejscowych nazywana pieszczotliwie Louisa May, pojawia się znienacka w damskich garderobach, przebiera w kostiumy do spektakli, zaczepia zza pleców tancerki, po czym znika z chichotem. Niektórzy utrzymują, że to nie żadna dziewczynka, tylko całkiem dorosły i zabójczo przystojny aktor szekspirowski Edwin Booth, którego karierę przerwał skandal w rodzinie: w 1865 roku jego brat John Wilkes, skądinąd również znakomity aktor, zastrzelił prezydenta Abrahama Lincolna. Edwin na kilkanaście miesięcy znikł ze sceny, po czym powrócił w glorii chwały jako tytułowy Hamlet w tragedii Szekspira. Jego występy na deskach Springer Opera House przyjęto z takim entuzjazmem, że Booth postanowił zostać w teatrze na zawsze. Czasem mu się nudzi, więc dla żartu bawi się drzwiami nieużywanych górnych balkonów, podkrada wino z teatralnego bufetu i podszczypuje co ładniejsze panie na widowni.

Może to zjawy, a może wytwór naszej rozbuchanej wyobraźni. Jeśli duchów nie ma, musimy czym prędzej je sobie wymyślić, choćby po to, żeby uciec przed lękiem, że śmierć unicestwia nas całkowicie. Dlatego kiedyś rozniecaliśmy ogień na rozstajach dróg i odprawialiśmy obrzęd dziadów, żeby wspomóc czyśćcowe duszeczki. Dlatego teraz odwiedzamy cmentarze i zapalamy znicze na grobach bliskich. Jesienią, kiedy przyroda zamiera, wyciszają się także płaty czołowe w naszych mózgach. Wywołujemy duchy, żeby poczuć się mniej samotnie.

A co z duchami, których anonimowe głosy rozbrzmiewają z ponadstuletnich płyt ebonitowych? Co z solistami, chórzystami i tancerzami dawnych filmów muzycznych, których nazwisk nie uwzględniono na tak zwanej liście płac? Kim była śpiewaczka, która tak sugestywnie wcieliła się w postać Azuceny w komedii Noc w operze z braćmi Marx? Kto dyrygował Tristanem w melodramacie Billy’ego Wildera Miłość po południu, z brawurowymi kreacjami Audrey Hepburn, Gary’ego Coopera i Maurice’a Chevaliera?

Kilka takich zagadek udało mi się już rozwiązać. Inne czyśćcowe dusze wciąż czekają na swoich wybawicieli. Szukajcie, sprawdzajcie, pytajcie innych miłośników. Niech przestaną się tułać między niebem pamięci a ziemią zapomnienia.