Droga do wolności

Dobra wiadomość – choć wygląda na to, że tylko dla Czytelników mieszkających na Wyspach. Opisane przeze mnie przedstawienie wraca (w ścisłym reżimie sanitarnym) do Ratusza w Leeds, skąd później wyrusza w trasę do centrum kulturalnego The Lowry w Salford Quays i do Royal Concert Hall w Nottingham. Spektakl pójdzie cztery razy między 9 a 19 czerwca, w Leeds biletów już nie ma. O tym, jak to wyglądało i jak było słychać w streamingu, piszę w najnowszym, kwietniowym numerze „Teatru”.

***

Od dawna wiadomo, nie tylko czytelnikom Pana Tadeusza, że strzelców zebrać, rzecz łatwa. Wiara, że jakoś to będzie, jest jednym z głównych narzędzi konsolidacji wspólnoty w czasach kryzysu. Sęk w tym, że sztuka przetrwania wymaga także nowych rozwiązań – a w wynajdywaniu tychże celuje niewielka grupka sceptyków, którzy nie widzą sensu ani w wychodzeniu w pole, ani w wyciąganiu armatek z plebanii.

Kiedy świat się zatrzymał, dyrektorzy oper zaczęli porządkować wideoarchiwa. Wyszło na jaw, kto ma największe szanse przeczekać pierwszą falę bez strat wizerunkowych i utrzymać publiczność w nadziei rychłego powrotu. Jednym udało się doszperać tylko do migawek z prób i przesłuchań, inni – choćby Opera Wiedeńska – dysponowali zapisem wszystkich spektakli z minionych sezonów, jeszcze inni sięgnęli po archiwalia, na przykład realizowane tuż po otwarciu Deutsche Oper Berlin telewizyjne wersje przedstawień. Z początku odbiorcy intensywniej uczestniczyli w życiu operowym niż przed wybuchem pandemii. Zatrząśniętym w lockdownie rekordzistom zdarzało się oglądać po trzy opery dziennie, zestawiać ze sobą kilka obsad solowych, porównywać różne wizje reżyserskie tego samego dzieła.

Fidelio w Leeds. Na pierwszym planie Toby Spence jako Florestan. Fot. Richard H. Smith

A potem wyszło na jaw, że kryzys potrwa dłużej – i zaczęły się kłopoty. Najpierw zaprotestowali artyści, słusznie domagając się wynagrodzeń za retransmisje. Pojawiły się wątpliwości natury prawnej. Większość teatrów wprowadziła bilety na wirtualne przedstawienia. Wreszcie się okazało, że jedyną szansę utrzymania muzyków w aktywności i zrealizowania przynajmniej części przedsięwzięć zapewniają streamingi spektakli granych przed pustą widownią.

Niektórzy operomani, nie do końca świadomi, że porządnie zrobiony streaming jest potężnym wyzwaniem natury finansowej, artystycznej i logistycznej, potraktowali to jako rozwiązanie tymczasowe. Na przeciwnym biegunie znaleźli się widzowie, którzy nie chcą jeszcze wracać do żywego teatru i oczekują w streamingu spektakli realizowanych „jak przed wojną”, w pełnej obsadzie i spektakularnej oprawie scenicznej. Innowatorzy, sceptycznie nastawieni wobec oczekiwań obydwu grup, zwiastują narodziny nowej formy. Tradycjonaliści, sceptycznie nastawieni do innowatorów, zwracają uwagę, że rozkwit streamingu może zniszczyć dotychczasowy model funkcjonowania teatru. Nie tylko operowego.

Moim zdaniem streaming niesie z sobą więcej korzyści niż zagrożeń. Trzeba jednak podejść do sprawy z otwartą głową, podobnie jak kiedyś do rejestracji oper na DVD. Streaming nie może być ani kopią „żywego” przedstawienia, ani jego marnym surogatem – choćby w postaci osławionych „wersji koncertowych” z wyfraczonymi solistami, którzy gapią się jak sroka w gnat w ledwie naczytaną partyturę. Musi stać się formą dramaturgicznie odrębną, pobudzającą zmysły inaczej niż teatr, ale też inaczej niż film, telewizja i sztuka wideo. W przeciwnym razie umrze śmiercią naturalną wraz z wyplenionym wirusem: i być może zostawi po sobie trudną do zapełnienia lukę, tym razem naprawdę już zagrażającą dalszej egzystencji teatru.

Rachel Nicholls jako tytułowy Fidelio. Fot. Richard H. Smith

Przykłady streamingów nowatorskich, a przez to porywających, da się policzyć na palcach jednej ręki. Znamienne, że streaming, który do tej pory zrobił na mnie największe wrażenie, dotyczy opery niedocenianej. Okazją, by wprowadzić ją na dobre do repertuaru, miał być celebrowany w 2020 Rok Beethovenowski. Przyszła jednak pandemia, pokrzyżowała wszystkim plany, ale całkiem niespodziewanie uczyniła z Fidelia symbol obecnej rzeczywistości. I to na kilku poziomach – jako metaforę zatrzaśnięcia w lockdownie, figurę nadziei wbrew wszystkiemu, co podpowiada rozsądek, wreszcie – pochwałę wytrwałości i empatii, największych sojuszników w walce z globalnym kryzysem. Z afisza spadały inne tytuły, tymczasem w Wielkiej Brytanii, gdzie wirus poczynił w kulturze niewyobrażalne straty, jedyną operę Beethovena wystawiono w pandemii dwukrotnie. Warto przy tym dodać, że Fidelio był też ostatnią premierą w Royal Opera House, przed zamknięciem wszystkich teatrów na Wyspach.

Zdaniem nielicznych – do których i ja się zaliczam – Fidelio jest arcydziełem. Większość zżyma się na rzekome dłużyzny, dysproporcje między naiwnością libretta a głębią wizji muzycznej, przede wszystkim zaś „niewokalność” tej partytury. Sam Beethoven wyznał ponoć w rozmowie ze swym sekretarzem Antonem Schindlerem, że „ze wszystkich dzieciąt mojego natchnienia to jest mi najdroższe – bo przychodziło na świat najbardziej opornie”. Schindler wielbił mistrza bezgranicznie i naginał rzeczywistość do wyidealizowanej wizji jego życia i twórczości. Mimo to, jeśli nawet zmyślał i przypisywał kompozytorowi wypowiedzi, które nigdy nie padły z jego ust, z reguły trafnie odczytywał jego intencje. Można więc przyjąć na wiarę, że Beethoven naprawdę kochał Fidelia, choć przerabiał go tyle razy, jakby miał go za najbardziej niewydarzony płód swojej wyobraźni. Bilans tych przeróbek jest imponujący: prawie dziesięć lat pracy, cztery uwertury, trzy wersje samej opery i trzech dłubiących przy tekście librecistów.

Powiedzmy sobie szczerze: nawet ci, którzy Fidelia kochają, budzą się na dobre dopiero w połowie I aktu. Za to jak już się obudzą, siedzą na brzeżku fotela aż do finału. Pod jednym wszakże warunkiem: że usłyszą Fidelia w znakomitym wykonaniu, o jakie nigdy nie było łatwo. Tym bardziej w pandemii. Pierwsza z wymienionych przeze mnie produkcji została zrealizowana przez zespół Garsington Opera, pod batutą Douglasa Boyda, specjalisty od muzyki Beethovena, z udziałem czołówki brytyjskich śpiewaków. Obejrzałam ją na platformie OperaVision – wspomniałam zresztą o niej w jednym z felietonów na łamach „Teatru”. Miejscowi krytycy prawie bez wyjątku ocenili ją na pięć gwiazdek. Obiektywnie – na wyrost; zważywszy na okoliczności – w pełni zasłużenie. Mnie też wzruszenie chwytało za gardło, kiedy obserwowałam zmagania znakomitych przecież artystów z zespołem okrojonym do rozmiarów ansamblu kameralnego, ze „zdalnym” chórem, z zachowaniem odstępów między solistami – i to na maleńkiej scenie. Tamtego Fidelia odczytałam nie tylko jako przenośnię izolacji i samotności czasów zarazy, ale też przestrogę, jak może zmienić się teatr, jeśli nie uda się stłamsić pandemii.

Losy kolejnego Fidelia, którego premierę w wersji półscenicznej planowano na koniec listopada w Leeds, ważyły się do ostatniej chwili. Ku rozgoryczeniu widzów, spektakl odwołano. Mniej więcej tydzień później nastąpił zwrot akcji: dyrekcja Opera North zapowiedziała streaming wykonania bez udziału publiczności, z monstrualnego gmachu Town Hall. Inicjatywa spotkała się z tak gorącym odzewem, że streaming przez pewien czas był jeszcze dostępny w sieci, i to za niewielką opłatą. Recenzenci znów prześcigali się w komplementach, mało kto jednak zwrócił uwagę, że Fidelio z Leeds nie tylko zostawił spektakl z Garsington o kilka długości w tyle pod względem muzycznym, lecz także wyznaczył nowy standard streamingu. Dostaliśmy widowisko, w którym niemal każde ograniczenie zmieniło się w atut. Przemyślane w detalach, dopracowane w każdym geście, rozegrane po mistrzowsku w przepastnym wnętrzu architektonicznego pomnika zdobyczy angielskiej rewolucji przemysłowej.

Toby Spence. Fot. Richard H. Smith

Orkiestrę pod dyrekcją Marka Wiggleswortha i tym razem zredukowano, ale już do rozsądnej liczby 33 muzyków. Na estradzie, w bezpiecznych odstępach, udało się pomieścić 24-osobowy chór. Śpiewacy zachowywali przepisowe odległości, ale odpowiedzialny za dramaturgię Matthew Eberhardt dopilnował, by ich lęki, frustracje, radości i nadzieje malowały się dobitnie na twarzach, w poruszeniach rąk i w postawie całego ciała – skądinąd świetnie uchwycone przez kilka kamer, ustawionych często pod nieoczekiwanym kątem, filmujących wykonawców w zbliżeniach i szerokich planach.

Napięcie zaczęło się budować już w uwerturze, kiedy Leonora ściągnęła ślubną obrączkę wymownym gestem, zwiastującym nadchodzącą przemianę w tytułowego Fidelia. Sięgnęło zenitu we wstępie orkiestrowym do II aktu, na złowieszczych dźwiękach kotłów, które wybrzmiały w niemal kompletnej ciemności, ewokując złowieszczą atmosferę strachu i chłodu przenikającego ciało Florestana. Finał niósł z sobą taki ładunek emocji, jakby sławił nie tylko tryumf małżeńskiej miłości, ale uniwersalne zwycięstwo nad ludzką małością, egoizmem i głupotą.

Może nie jestem do końca obiektywna. Może w oczach Rachel Nicholls ujrzałam miłosną ekstazę jej Izold z Longborough i Frankfurtu; może w śpiewie Toby’ego Spence’a wyczułam udrękę jego Vere’a z madryckiego Billy’ego Budda, a w grze aktorskiej Brindleya Sheratta dostrzegłam tragizm wcześniejszych kreacji z oper Brittena i MacMillana. Jeśli nawet, w tym streamingu miałam szansę to dostrzec, usłyszeć i przeżyć. Wyrwałam się na wolność: przede wszystkim od obaw, że przez najbliższe lata będę musiała wybierać między wirtualnym muzeum sztuki operowej a spektaklami kleconymi w pośpiechu ze zużytych pomysłów reżyserskich i strzępów dawnej muzycznej świetności.

Hell Was Shut Off and Heaven Was Opened

The hated lockdown has never been associated in Poland with what it should be associated with – a tool for fighting the pandemic in a comprehensive manner based on Erasmus’ principle that prevention is better than cure. A tool requiring integrity and consistency from governments, insight and humility in the face of the unknown from experts, and ethical sensibility, solidarity and empathy from societies. The restrictions – annoying and incomprehensible to most Poles – have proved ineffective for a variety of reasons. Instead of giving us hope, they have left us believing that they undermine our freedom, that they become an element of a ruthless political fight, that they – and not the disease – lead to thousands of human tragedies and unprecedented crisis of our healthcare system.

Above all, however, they have destroyed in us the vestiges of our already underdeveloped communal thinking – a prerequisite of survival, thanks to which the United Kingdom is now exiting from a lockdown no one in Poland can even imagine. It emerges from lockdown not only healthier and more prudent, but also equipped with a range of skills developed in the most difficult moments of isolation. I’ve been watching the Brits’ musical initiatives from the beginning of the pandemic – with growing admiration. Culture in the British Isles has not frozen even for a moment: it has simply become locked in people’s homes, connecting with the world by means of modern technology, which makes it possible not only to stay in touch with the audience, but also to continue earlier projects and make constructive plans for the future.

The fruits of such painstaking preparations include the first, still virtual, Easter Festival of the Oxford Bach Soloists – an ensemble founded in 2015 by Tom Hammond-Davies and from the very beginning operating as a musical community, bringing together renowned singers and orchestral musicians, students, amateurs, educators as well as scholars representing a variety of disciplines, from history and theology to literature studies and philology. The ensemble and its boss have set a rather extraordinary goal for themselves: to present Johann Sebastian Bach’s entire vocal legacy in chronological order and in combination with the context and purpose of each work. They have planned the venture for twelve years – who knows, the seemingly lost year of the great pandemic may have equipped them with interesting tools which might be used successfully in future seasons.

Tom Hammond-Davies. Photo: Nick Rutter

The programme of this year’s festival featured Cantatas BWV 4 and BWV 31 as well as the Easter Oratorio. Yet for a variety of reasons I will focus on St John Passion, a masterpiece which for some time has been winning back the performers and listeners by storm. Hans-Georg Gadamer writes in The Relevance of the Beautiful that the phenomenon of Passion music ranges “from the highest claims of artistic, historical and musical culture to the openness of the simplest and most heartfelt human needs”. It is indeed a communal phenomenon: it explains the meaning and purpose of suffering, teaches compassion, helps carry the burden of one’s fears and misfortunes. In their remarkable undertaking the Oxford Bach Soloists managed to fulfil all the conditions detailed by Gadamer and elevate St John Passion to the rank of a powerful metaphor for the current crisis.

Both of Bach’s surviving Passions date from his late period, after he became cantor at Leipzig’s St Thomas’ Church in 1723. His predecessor there was Johannes Kuhnau, an organist and music theorist, composer of a Passion According to St. Mark which had been performed alternately during Good Friday Vespers at St. Thomas’ and St. Nicholas’ in Leipzig since 1721. As he was writing his St John Passion, Bach expected it to be performed in his own church, yet as the practice observed in Leipzig would have it, the premiere of the new passion was to take place at St Nicholas’ Church. The misunderstanding came to light just four days before the event. At the last minute the cantor had to bring together a huge vocal-instrumental ensemble featuring musicians from both churches: his new piece was larger than any previous cantatas and the Magnificat, his first significant composition for Leipzig’s main churches. Despite these perturbations Bach’s St John Passion was heard in its original version on 7 April 1724. The starting point for the libretto was the Gospel of John, to which were added individuals verses from, among others, the Brockes Passion, a popular work at the time. The inconsistencies in the text later prompted Bach to introduce a number of modifications. This may be why St John Passion has been labelled an incomplete work, interrupted in the middle of its conception.

Just how undeserved the label is can be seen in the growing number of interpretations by the most distinguished specialists in historical performance. With their own experience of last year’s “St John Passion from isolation”, the Oxford Bach Soloists decided to add another dimension to their venture, inviting Thomas Guthrie to direct it. Guthrie, an English director, singer and actor, has for years been fascinated by the idea of staging a musical work not only through a dialogue between the artists and the audience, but also in terms of communal experience – being part of the narrative of the work, experienced bodily and sensually by the performers.

Nick Pritchard as the Evangelist. Photo: Helena Cooke

Guthrie the director is like an honest and ingenuous child: he knows that miracles happen in the theatre and he knows how to convince his audience of that. In 2017 I experienced this first-hand during a performance of The Magic Flute in Longborough, when he stepped into the role of performance creator to such an extent that he directed an unexpected technical break in the first act, addressing the audience as if they were a bunch of overgrown nursery school kids: much to those kids’ delight. Guthrie once compared the expression of singers to the cry of an infant who would not rest until it had conveyed its weighty message to all those present. I didn’t expect, however, that in St John Passion inside Oxford’s Christ Church Guthrie would look at the drama of Jesus, his judges, disciples and torturers through the eyes of a precocious child who understands more from this tragedy than many adults.

This was already felt in the opening chorus “Herr, unser Herrscher”, based on musical and rhetorical antitheses and making us realise the paradox of Jesus’ glory and humiliation. In his staging Guthrie plays with literally every gesture, colour and prop. Wherever in the music we have earth and the temporal world, the image sparkles with bright colours. When Bach transports us to Heaven, Guthrie paints it using pastel, even unreal hues. Christ’s Passion is black and white, shrouded in a grey mist of pain. The masterful camerawork brings to mind associations with old painting, in which artists smuggled elements of their own world into the biblical landscape. In Guthrie’s staging our rightful companions in the Way of the Cross include microphones on sliding tripods, flashing  camera lights, clothes abandoned in the aisle and instrument cases.

Peter Harvey (Christ) and Hugh Cutting.

The director was just as meticulous in making sure that there would be inner tension between all the participants in the dramatic action, from the main characters to the individual orchestral musicians (needless to say, all involved in the performance fully respected the rules of physical distancing). The Oxford Passion is equally an open allegory and a deeply lived experience of community – with the narrated story, with the other performers, with oneself. This is hugely thanks to Nick Pritchard as the Evangelist – sung with a light and superbly articulated tenor, beautifully open in the upper register – who supported his vocal artistry with excellent acting, creating an unforgettable portrayal of a fragile, often helpless witness to a tragedy, overwhelmed with despair. Just as memorable was Peter Harvey’s Christ: subdued, bitter, fearful in the face of impending death. I think that some shortage of volume in his beautiful and technically assured voice worked fine in such a concept of the role. Alex Ashworth was a movingly human, dithering Pilate, singing with a baritone that was robust, agile and spot-on when it came intonation. Worthy of note among the other soloists were Lucy Cox with her luminous, truly joyful soprano (a riveting “Ich folge dir gleichfalls mit freudigen Schritten”), the countertenor Hugh Cutting, whose rendition of “Von den Stricken meiner Sünden” sent shivers down my spine, and, especially, the velvety-voiced Ben Davies, who impressed with his cultured singing and extraordinary sensitivity in the bass arioso “Betrachte, meine Seel, mit ängstlichem Vergnügen” from the scourging scene.

When it comes to the singing of the chorus I was impressed above all by their understanding of the text, delivered with ardour, pain and compassion, and at the same time exemplary voice projection and a touch of individuality, which I value highly in performances of Baroque music. In the instrumental ensemble every musician was in a class of his or her own. I am also full of admiration for the elegance and effectiveness of the conducting of Tom Hammond-Davies, who directed the whole performance in the rather difficult acoustic conditions of Christ Church, with the musicians placed rather untypically and widely apart at times.

I keep thinking about this Passion and constantly hope to hear it live one day performed by these artists in Guthrie’s staging: simple, economical, painfully thought-provoking. Is it really necessary to die so many times in order to finally rise from the dead? Hasn’t there been enough of this suffering?

Translated by: Anna Kijak

Zamyka się piekło, otwiera się niebo

Znienawidzony w Polsce „lockdown” nigdy nam się nie kojarzył z tym, co trzeba – czyli narzędziem kompleksowej walki z pandemią, opartym na Erazmiańskiej maksymie wyższości profilaktyki nad leczeniem. Narzędziem wymagającym od władz uczciwości i konsekwencji, od ekspertów – wnikliwości i pokory w starciu z nieznanym, od społeczeństw – wrażliwości etycznej, solidarności i empatii. Uciążliwe i niezrozumiałe dla większości Polaków restrykcje okazały się z wielu powodów nieskuteczne. Zamiast dać nam nadzieję, zostawiły w przeświadczeniu, że godzą w naszą wolność, stają się elementem bezwzględnej walki politycznej – że to one, nie sama choroba, prowadzą do tysięcy ludzkich tragedii i bezprecedensowego kryzysu opieki zdrowotnej.

Przede wszystkim jednak zniszczyły w nas resztki i tak niezbyt rozwiniętego myślenia wspólnotowego – nieodzownego warunku przetrwania, dzięki któremu Wielka Brytania wychodzi właśnie z lockdownu, o jakim się w Polsce nikomu nie śniło. Wychodzi nie tylko zdrowsza i bardziej rozważna, ale też wyposażona w szereg umiejętności rozwiniętych w najuciążliwszych chwilach odosobnienia. Inicjatywy muzyczne Brytyjczyków obserwuję od początku pandemii – z narastającym podziwem. Kultura na Wyspach nie zamarła ani na chwilę: po prostu zamknęła się w domach, łącząc się ze światem za pośrednictwem nowoczesnych technologii, umożliwiających nie tylko kontakt z publicznością, ale też kontynuację wcześniejszych przedsięwzięć i snucie konstruktywnych planów na przyszłość.

Owocem takich żmudnych przygotowań jest pierwszy, wciąż jeszcze wirtualny festiwal wielkanocny Oxford Bach Soloists – zespołu założonego w 2015 roku przez Toma Hammonda-Daviesa i od początku działającego w duchu muzycznej wspólnoty, jednoczącej uznanych śpiewaków i muzyków orkiestrowych, studentów, amatorów, edukatorów oraz badaczy reprezentujących najrozmaitsze dyscypliny, od historii i teologii począwszy, skończywszy na literaturoznawstwie i naukach filologicznych. Zespół i jego szef postawili przed sobą cel dość niezwykły: przedstawienie całości spuścizny wokalnej Jana Sebastiana Bacha w porządku chronologicznym i w powiązaniu z kontekstem oraz przeznaczeniem każdego dzieła z osobna. Na realizację przeznaczyli sobie dwanaście lat – kto wie, czy pozornie stracony rok wielkiej zarazy nie wyposażył ich w tym ciekawsze narzędzia, które uda się spożytkować z sukcesem w kolejnych sezonach.

Nick Pritchard (Ewangelista)

W programie tegorocznego festiwalu znalazły się kantaty BWV 4 i BWV 31 oraz Oster-Oratorium; z rozmaitych względów skupię się jednak na Pasji Janowej, arcydziele, która od pewnego czasu szturmem wraca do łask wykonawców i słuchaczy. Hans-Georg Gadamer pisał w Aktualności piękna, że fenomen muzyki pasyjnej „sięga swym zakresem od najwyższych wymogów kultury artystycznej, muzycznej i historycznej po najprostsze potrzeby i wrażliwość serca ludzkiego”. Jest właśnie zjawiskiem wspólnotowym: tłumaczy sens i cel cierpienia, uczy współczucia, pomaga udźwignąć brzemię własnych strachów i nieszczęść. W niezwykłym przedsięwzięciu Oxford Bach Soloists udało się spełnić wszelkie warunki wyszczególnione przez Gadamera i wynieść Johannes-Passion do rangi potężnej metafory obecnego kryzysu.

Obydwie zachowane pasje Bacha pochodzą z późnego okresu jego twórczości, po objęciu posady kantora lipskiego kościoła świętego Tomasza w 1723 roku. Poprzednikiem mistrza był Johannes Kuhnau, organista i teoretyk muzyki, twórca Pasji według świętego Marka, od 1721 roku wykonywanej na przemian podczas nieszporów wielkopiątkowych u świętego Tomasza i świętego Mikołaja w Lipsku. Pisząc Pasję Janową BWV 245, Bach spodziewał się jej wykonania w macierzystej świątyni, tymczasem zgodnie z lipską praktyką premiera nowej pasji miała przypaść w kościele świętego Mikołaja. Nieporozumienie wyszło na jaw zaledwie cztery dni przed uroczystym nabożeństwem. Kantor musiał w ostatniej chwili skompletować potężny zespół wokalno-instrumentalny z muzyków obydwu świątyń: utwór przewyższał rozmiarami zarówno wcześniejsze kantaty, jak i Magnificat, pierwszą znaczącą kompozycję dla głównych kościołów Lipska. Mimo perturbacji Pasja Janowa w wersji pierwotnej zabrzmiała 7 kwietnia 1724 roku. Jako punkt wyjścia libretta posłużyła Ewangelia według świętego Jana, uzupełniona kompilacją pojedynczych wierszy, między innymi z popularnej w owym czasie Brockes Passion. Niespójność warstwy tekstowej skłoniła Bacha do szeregu późniejszych modyfikacji dzieła. Być może dlatego do Pasji Janowej przylgnęła etykieta utworu niekompletnego, przerwanego w połowie zamysłu.

Jak bardzo niezasłużona to etykieta, dowodzą coraz liczniejsze interpretacje najwybitniejszych specjalistów od wykonawstwa historycznego. Oxford Bach Soloists, wzbogaceni także o własne doświadczenia Pasji Janowej, realizowanej w ubiegłym roku w ścisłej izolacji, postanowili nadać swemu przedsięwzięciu dodatkowy wymiar. Zaprosili do współpracy Thomasa Guthriego, angielskiego reżysera, śpiewaka i aktora, od lat zafascynowanego inscenizacją dzieła muzycznego nie tylko przez dialog artystów z odbiorcą, ale wręcz w kategoriach wspólnotowości – wpisanej w narrację utworu, doświadczanej cieleśnie i zmysłowo przez samych wykonawców.

Peter Harvey (Jezus). W głębi Hugh Cutting.

Guthrie-reżyser jest jak szczere i prostoduszne dziecko: wie, że w teatrze dzieją się cuda i umie o tym przekonać swoich widzów. W 2017 roku doświadczyłam tego na własnej skórze, na przedstawieniu Czarodziejskiego fletu w Longborough, kiedy do tego stopnia wszedł w rolę twórcy spektaklu, że wyreżyserował nawet niespodziewaną przerwę techniczną w pierwszym akcie, zwracając się do publiczności jak do gromady przerośniętych przedszkolaków: ku wielkiej owych przedszkolaków uciesze. Guthrie porównał kiedyś ekspresję śpiewaków do płaczu niemowlęcia, które nie spocznie, aż przekaże otoczeniu swój ważki komunikat. Nie spodziewałam się jednak, że w Pasji Janowej we wnętrzu oksfordzkiego Christ Church spojrzy na dramat Jezusa, jego sędziów, uczniów i oprawców, oczami dziecka przedwcześnie dojrzałego i rozumiejącego z tej tragedii więcej niż niejeden dorosły.

Dało się to odczuć już w początkowym, opartym na muzycznych i retorycznych antytezach chórze „Herr, unser Herrscher”, uzmysławiającym paradoks chwały i upodlenia Jezusa. Guthrie gra w swojej inscenizacji dosłownie każdym gestem, kolorem i rekwizytem. Tam, gdzie w muzyce jest ziemia i świat doczesny, obraz skrzy się jaskrawymi barwami. Kiedy Bach przenosi nas w sferę Niebios, Guthrie maluje ją w pastelowych, wręcz nierealnych odcieniach. Męka Chrystusa jest czarno-biała, spowita szarą mgłą bólu. Mistrzowska robota operatorska przywodzi na myśl skojarzenia z dawnym malarstwem, w którym artyści przemycali w pejzaż biblijny elementy własnego świata. W inscenizacji Guthriego pełnoprawnymi towarzyszami drogi krzyżowej są umieszczone na przesuwnych statywach mikrofony, migające diodami kamery, porzucone w bocznej nawie ubrania i futerały na instrumenty.

Scena zbiorowa

Z równą pieczołowitością reżyser zadbał o wewnętrzne napięcie między wszystkimi uczestnikami akcji dramatycznej, począwszy od głównych postaci, skończywszy na pojedynczych muzykach orkiestrowych (nie muszę dodawać, że spektakl zrealizowano z pełnym poszanowaniem obowiązujących reguł dystansu fizycznego). Oksfordzka Pasja jest w równej mierze otwartą alegorią, jak i głęboko przeżytym doświadczeniem wspólnoty – z opowiadaną historią, z innymi wykonawcami, z samym sobą. Ogromna w tym zasługa Nicka Pritcharda w partii Ewangelisty – realizowanej leciutkim, pięknie otwartym w górnym rejestrze i znakomitym artykulacyjnie tenorem – który podparł swój kunszt wokalny wybornym aktorstwem, tworząc niezapomnianą postać kruchego, często bezradnego, przejętego rozpaczą świadka tragedii. Równie głęboko w pamięć zapadł mi Chrystus w ujęciu Petera Harveya: przygaszony, rozgoryczony, pełen lęku w obliczu nadciągającej śmierci. Myślę, że pewne niedostatki wolumenu w jego pięknym i świetnie prowadzonym głosie wyszły akurat na korzyść takiej koncepcji roli. Wstrząsająco ludzkim, przejętym rozterką Piłatem okazał się Alex Ashworth, dysponujący barytonem jędrnym, ruchliwym i bardzo pewnym intonacyjnie. Z pozostałych solistów warto wspomnieć o obdarzonej świetlistym, prawdziwie radosnym sopranem Lucy Cox (porywające „Ich folge dir gleichfalls mit freudigen Schritten”), kontratenorze Hugh Cuttingu, który tak śpiewa arię „Von den Stricken meiner Sünden”, że ciarki chodzą po plecach, zwłaszcza zaś o aksamitnogłosym, imponującym kulturą śpiewu i niepospolitą wrażliwością Benie Daviesie w basowym arioso „Betrachte, meine Seel, mit ängstlichem Vergnügen” ze sceny biczowania.

W śpiewie chóru ujęło mnie przede wszystkim zrozumienie tekstu, podawanego z żarliwością, bólem i współczuciem, a przy tym wzorową emisją i z zachowaniem pewnego rysu indywidualności, co akurat w wykonawstwie muzyki barokowej cenię nadzwyczaj wysoko. W zespole instrumentalnym właściwie każdy muzyk reprezentował klasę samą dla siebie. Jestem też pełna podziwu dla elegancji i skuteczności rzemiosła dyrygenckiego Toma Hammonda-Daviesa, który prowadził całość w dość trudnych warunkach akustycznych Christ Church, z muzykami rozmieszczonymi nietypowo i w dużych nieraz odstępach.

Wciąż wspominam tę Pasję i nieustannie mam nadzieję usłyszeć ją kiedyś w tym wykonaniu i zobaczyć w inscenizacji Guthriego: prostej, oszczędnej, boleśnie dającej do myślenia. Czy naprawdę trzeba tyle razy umrzeć, żeby wreszcie zmartwychwstać? Czy nie wystarczy już tego cierpienia?

Śmierć i wyzwolenie

Obiecywałam sobie i Państwu, że nie będę recenzować streamingów wydarzeń muzycznych czasu pandemii – ze względu na unoszące się nad nimi widmo przymusu chwili, przez szacunek do artystów, którzy pracują w warunkach wykluczających zarówno pełne skupienie właściwe sesjom nagraniowym, jak i możliwość wzbogacenia swoich interpretacji żywym kontaktem z publicznością, wreszcie dlatego, że krytyce wciąż brakuje doświadczenia i narzędzi do rzetelnej oceny takich wykonań. Dziś zrobię kolejny wyjątek, choć obietnicy poniekąd dotrzymam. Od początku przeczuwałam, że warunkowe otwarcie instytucji kultury skończy się wkrótce ponownym zamknięciem, i to w tym boleśniejszej atmosferze niespełnionych oczekiwań. Mimo to miałam wątłą nadzieję, że jubileuszowy, 25. Wielkanocny Festiwal Ludwiga van Beethovena, tym razem z wyjątkowo dla mnie ciekawym programem, obędzie się jednak „w realu”. Zaplanowałam sobie nawet kilka bardzo ostrożnych wypadów poza Warszawę – jak wiadomo, nic z tego nie wyszło, korzystam więc z dobrodziejstw transmisji i retransmisji. I coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że pandemia pogłębia przepaść między bezkompromisowymi zwolennikami powrotu do utraconej przeszłości – w przypadku muzyki, zwłaszcza operowej, z całym jej blichtrem, przepychem, kultem gwiazd i drobnomieszczańską otoczką towarzyską – a nielicznymi orędownikami wyciągnięcia trwałej nauki z tego kryzysu: wyprowadzenia sztuki wykonawczej na całkiem nowe albo dawno zapomniane tory, ucieczki od dyktatu tłumu w stronę intymnego przeżycia muzycznego: wolnego od banału, zmuszającego do refleksji, wymagającego sporej wrażliwości i jeszcze większego wysiłku intelektualnego.

Kolejny odcinek cyklu „Nieznane opery” spełnił moje oczekiwania z nawiązką. Łukasz Borowicz zestawił ze sobą dwie króciutkie jednoaktówki, powstałe w odstępie kilkunastoletnim, wystawione jednak po raz pierwszy niemal w tym samym czasie, kiedy Europa dźwigała się poraniona z koszmaru Wielkiej Wojny. Dwa dzieła niezwykle oryginalne, a zarazem skrajnie odmienne pod względem muzycznym, prowadzące wyrafinowany dialog z przeszłością, choć całkiem innymi środkami. Sāvitri Holsta powstała jeszcze przed katastrofą, Sancta Susanna Hindemitha, kiedy stary świat już wybuchł, żeby odwołać się do słów samego kompozytora. Twórcy obydwu oper odwołują się do źródeł, które najdobitniej przemawiały do findesieclowej wrażliwości – między innymi do muzyki Wagnera – z tą jednak różnicą, że Holst składał przeszłości hołd, tymczasem Hindemith bezlitośnie z niej szydził.

Sāvitri wyrosła z fascynacji Holsta literaturą i duchowością Indii, z drugiej zaś strony – z kolejnych, mniej lub bardziej nieudanych prób zmierzenia się z formą operową. Po kilku podejściach do operetek w stylu Gilberta i Sullivana Holst poświęcił sześć długich lat na realizację wyjątkowo ambitnego przedsięwzięcia: trzyaktowej, na wskroś wagnerowskiej opery Sita na motywach z Ramajany, ukończonej w 1906 roku, przyjętej dość życzliwie przez kolegów po fachu, ale ostatecznie nigdy niewystawionej. W roku 1908, być może uskrzydlony nagrodą dla Siti w konkursie wydawnictwa Casa Ricordi, Holst postanowił pójść za ciosem i napisać jednoaktówkę z własnym librettem na podstawie opowieści o wiernej żonie, której udało się przechytrzyć śmierć i wyrwać z jej objęć ukochanego męża. Tym razem sięgnął do Mahabharaty, drugiego z najważniejszych hinduistycznych poematów epickich. Ale stało się coś dziwnego: Holst, który do tej pory, jak wspominała jego córka Imogen, „jadł Wagnera, pił Wagnera i w każdym oddechu zachłystywał się Wagnerem” – tym razem podszedł do mistrza z Bayreuth niejako z dystansu. Wciąż w Wagnera zasłuchany, zaczerpnął od niego pewne koncepcje i wzorce wokalne, ale poza tym odwrócił się do niego plecami. Odwołujący się do podobnej idei Tristan nieustannie dąży do rozwiązania; w „modalnej” Sāvitri tego ciążenia nie ma. Zamiast rozbudowanego wstępu orkiestrowego opera zaczyna się niezwykłym, politonalnym dwugłosem głównej bohaterki i Śmierci – i podobnie się kończy, choć spokojna ekstaza wychwalającej miłość Sāvitri znów nasuwa dziwne skojarzenia z finałowym monologiem Izoldy. Holst stworzył dzieło skrajnie intymne, zrealizowane skrajnie intymnymi środkami (troje solistów, śpiewający bez słów chór żeński i kilkanaście instrumentów). Opera doczekała się równie intymnego, amatorskiego prawykonania dopiero w roku 1916, w środku wojennej zawieruchy, kiedy po angielskiej ziemi chodziła niejedna Sāvitri, której nie udało się przywrócić do życia poległego w okopach Satyavāna. Jednoaktówka Holsta wreszcie trafiła w swój czas. Pięć lat później, w 1921 roku, została wystawiona z sukcesem w londyńskim Lyric Theatre, w fenomenalnej obsadzie, pod batutą Arthura Blissa, kompozytora młodszego od twórcy o pokolenie.

Justyna Ołów (Sāvitri). Kadr z transmisji internetowej w serwisie YouTube

W tym samym roku dwudziestosześcioletni Hindemith, który po powrocie z wojny zamieszkał we Frankfurcie i podjął pracę w tamtejszej operze, przedstawił w Stuttgarcie pierwszy człon ekspresjonistycznego tryptyku: jednoaktówkę Mörder, Hoffnung der Frauen z librettem Oskara Kokoschki na motywach jego własnej sztuki o walce płci. Kilka miesięcy później odbyła się prapremiera Das Nusch-Nuschi – brutalnego muzycznego slapsticku z odwołaniami do commedii dell’arte i birmańskiego teatru marionetek. Hindemith w obydwu utworach natrząsał się bezlitośnie nie tylko z Wagnera, ale także Straussa, Regera i Mahlera. Po mistrzowsku operował groteską, ironią, parodią i cytatem, pastwił się nad umarłym światem z okrucieństwem i rozpaczą przedstawiciela pokolenia, któremu tragiczny konflikt zbrojny zabrał najlepsze lata młodości. Jego wielki talent z miejsca docenił Fritz Busch, który poprowadził premiery obu przedstawień. Nawet on jednak nie zdzierżył skandalizującego wydźwięku trzeciej części tryptyku – jednoaktówki Sancta Susanna z librettem wojennego poety Augusta Schramma, skupionym wokół fantazji erotycznych młodej mniszki. Zbulwersowany wizją zakonnicy, która w przystępie niepowstrzymanej chuci zdziera przepaskę biodrową z krucyfiksu, kategorycznie odmówił stanięcia za pulpitem. Pierwszym spektaklem Susanny, tym razem już we Frankfurcie, 26 marca 1922 roku, zadyrygował Ludwig Rottenberg. Premiera zakończyła się spodziewanym skandalem, ale nawet najbardziej oburzeni krytycy nie byli w stanie powstrzymać zachwytów nad geniuszem kompozytorskim Hindemitha. Bogactwo kolorystyczne faktury, odważna chromatyka, ekspresja sięgająca granic systemu tonalnego przywodzą na myśl wstrząsające opery Franza Schrekera, liryzm niektórych fraz nasuwa paradoksalne skojarzenia z twórczością Szymanowskiego, skondensowana dramaturgia bezlitośnie obnaża muzyczne wielosłowie poprzedniej epoki. Sancta Susanna do dziś wzbudza skrajne emocje, niejednokrotnie gorętsze niż w przypadku wystawień Ognistego anioła Prokofiewa.

Anna Bernacka (Klementia w jednoaktówce Sancta Susanna). Kadr z transmisji internetowej w serwisie YouTube

Holst w Sāvitri próbuje dojść do ładu z muzyczną przeszłością, Hindemith w Susannie karczemnie się z nią awanturuje. Jestem pełna podziwu dla Borowicza i jego muzyków, że zdołali ten kontrast dobitnie podkreślić, a przy tym utrzymać zbliżoną temperaturę narracji w wykonaniach obydwu utworów. Orkiestra Filharmonii Poznańskiej i Poznański Chór Kameralny mają już spore doświadczenie w pracy pod tą batutą w pandemicznym dystansie, między innymi po ubiegłorocznych doświadczeniach wyniesionych z Faniski. To samo dotyczy solistów, którym udało się stworzyć przekonujące postaci zarówno w Susannie (Katarzyna Hołysz w partii tytułowej, Anna Bernacka jako Klementia i Anna Lubańska w partii Starej Zakonnicy), jak i w Sāvitri. Bardziej mi jednak przemówiła do wyobraźni obsada jednoaktówki Holsta, z olśniewająco swobodnym, urodziwym mezzosopranem Justyny Ołów, potoczystą tenorową frazą Krystiana Krzeszowiaka w partii Satyavāna i wybitnie „fonogenicznym” barytonem Mariusza Godlewskiego, który wcielił się w pokonaną Śmierć.

Może i dlatego, że Sāvitri okazała się w ogólnym rozrachunku bliższa mojej wrażliwości. Była kiedyś poetka, zapomniana nie tylko przez czytelników, ale i wielu literaturoznawców. Nazywała się Anna Zahorska i część swoich utworów podpisała pseudonimem Savitri. W 1924 roku w „Moim pisemku” opublikowała wiersz dla dzieci O królu leśnym. Poetycki dialog między synkiem a mamą zaczyna się tak: „Mamusiu, nudno; na wojnie ostatni padł szeregowiec. Nie dasz mi pisać spokojnie? Nie, lepiej bajkę opowiedz”. W trudnych czasach warto opowiadać trudne i okrutne bajki: o śmierci, niespełnionych pragnieniach, ale i potędze miłości. Kiedy zgroza przeminie, łatwiej będzie zrozumieć nowy, oby mądrzejszy i bardziej współczujący świat.

Goldene Zwanziger w cieniu lockdownu

Zanim ruszę z Państwem w kolejną podróż po zamkniętych europejskich teatrach i salach koncertowych, podzielę się gorzko-słodką refleksją o wciąż trwającym – choć wyłącznie w sieci – festiwalu Filharmoników Berlińskich. Miało być naprawdę przepięknie: zgodnie z pierwotnym planem Berlińczycy zamierzali hucznie świętować stulecie „złotych lat dwudziestych”, których początek w znamienny sposób zbiegł się z historycznym przełomem w orkiestrze. Wielka Wojna zredefiniowała porządek świata, obaliła monarchie, wyznaczyła granice nowych i zmartwychwstałych państw – tymczasem w 1920 roku węgierski dyrygent Arthur Nikisch świętował ćwierćwiecze muzycznych rządów w berlińskiej placówce. Stery Filharmonii przejął w 1895 roku, po śmierci Hansa von Bülowa, zmarłego w wieku 64 lat w Kairze, dokąd – o ironio – wyjechał dla poratowania zdrowia. Nie była to jedyna instytucja, jaką Nikisch kierował w tym burzliwym czasie. Równolegle z Filharmonią Berlińską został pierwszym dyrygentem lipskiego Gewandhausu, dwa lata później – również po Bülowie – odziedziczył analogiczne stanowisko w Filharmonii w Hamburgu. Słynny z doskonałej współpracy z instrumentalistami i niezwykle emocjonalnego podejścia do materii muzycznej, po jubileuszowym koncercie w Berlinie doczekał się burzliwej owacji na stojąco. Zmarł w roku 1922, równie niespodziewanie, jak jego poprzednik. Na czele berlińskiej orkiestry stanął najzdolniejszy z jego uczniów, Wilhelm Furtwängler.

Arthur Nikisch i Fritz Kreisler. Fot. Archiv Berliner Philharmoniker

Od tamtej pory na renomę Berlińczyków pracowali dwaj mistrzowie batuty: oprócz Furtwänglera także Bruno Walter, niedoszły pretendent do schedy po Nikischu. Na stołecznej estradzie królowały największe gwiazdy epoki – Edwin Fischer, Artur Schnabel, Fritz Kreisler, Joseph Szigeti, Bronisław Huberman, Richard Tauber, Maria Ivogün. Tutaj torowali sobie drogę do sławy inni wybitni dyrygenci, między innymi Otto Klemperer i Erich Kleiber. Furtwängler przeszedł do historii przede wszystkim jako niedościgniony interpretator spuścizny Beethovena, Brahmsa, Brucknera i Wagnera. Rzadziej się o nim wspomina jako o promotorze twórczości współczesnej, choć berlińskie prawykonanie Wariacji na orkiestrę Schönberga, w grudniu 1928 roku, skończyło się spektakularnym skandalem: gwizdy rozsierdzonej publiczności nie ustawały przez ponad kwadrans. Niewielu polskich melomanów zdaje sobie sprawę, że pod rządami Furtwänglera w Filharmonii Berlińskiej regularnie rozbrzmiewały kompozycje innych modernistów: Bartóka, Schrekera, Busoniego, Korngolda, Hindemitha, Janaczka i Kodálya.

Goldene Zwanziger to nie tylko czas budowania trwającej po dziś dzień renomy Berlińczyków. To także lata rozpaczliwej walki o przetrwanie orkiestry, występującej do upadłego na koncertach muzyki popularnej, festynach ludowych i młodzieżowych akademiach – czasem i sześćset razy w sezonie. Gdyby nie upór i wytrwałość Furtwänglera, który w 1929 roku doprowadził do całkowitej reorganizacji zespołu, dzięki której Berlińczycy mogli wreszcie skorzystać z hojnych subsydiów miasta i rządu federalnego – być może Filharmonia nie zdołałaby odbudować swojej pozycji po II wojnie światowej. A już z pewnością nie wróciłaby po latach do wspomnień „złotych lat dwudziestych”, kiedy z głośników radiowych płynęły dźwięki tanga Ich küsse Ihre Hand, Madame w wykonaniu Richarda Taubera; kiedy Metropolis, ekspresjonistyczna superprodukcja filmowa w reżyserii Fritza Langa, doprowadziła wytwórnię UFA na skraj bankructwa; kiedy w niemieckiej sztuce i literaturze królował nurt Nowej Rzeczowości, a na estradzie Filharmonii – w białej koszuli, wełnianych pończochach i krótkich spodenkach – debiutował dwunastoletni Yehudi Menuhin.

Igor Strawiński i Wilhelm Furtwängler, rok 1925. Fot. Archiv Berliner Philharmoniker

Z wielkiego festiwalu planowanego w stulecie tamtej szalonej epoki ostało się raptem pięć koncertów, transmitowanych bez udziału publiczności i dostępnych później – za naprawdę symboliczną opłatą – na stronie Digital Concert Hall: w doskonałych technicznie, profesjonalnie przygotowanych streamingach. Nie mogłam odmówić sobie przyjemności obcowania z berlińskim „filharmonicznym” debiutem Krystiana Adama Krzeszowiaka, który wystąpił w inaugurującym całość koncercie pod batutą Kirilla Petrenki – w partii Pasterza w operze-oratorium Król Edyp. Dwuczęściowa kompozycja Strawińskiego – skrajnie obiektywna, z pozoru wyzuta z emocji, niestroniąca od nawiązań do śpiewów cerkiewnych i spuścizny Bacha – uchodzi za jedno z najdoskonalszych dzieł wczesnego okresu neoklasycznego w twórczości kompozytora, a zarazem wyznacza niezmiernie istotny etap w dziejach muzycznego modernizmu: powrót do narracji zawieszonej między dramatem a rytuałem. Historię Edypa, potomka przeklętego rodu Labdakidów, który na próżno próbuje oszukać swoje przeznaczenie, trudno dziś sobie wyobrazić w ujęciu bardziej wartkim i zamaszystym niż to, które w opustoszałej, tonącej w półmroku sali Filharmonii zaproponował Petrenko. Przede wszystkim zaś trudno wymarzyć ją sobie wyśpiewaną w lepszej obsadzie: w postać tytułowego Edypa wcielił się fenomenalny Michael Spyres, pretendujący coraz śmielej do miana najlepszego, a w każdym razie najbardziej wszechstronnego tenora epoki. Kreację samą w sobie stworzyła Jokasta w osobie Ekateriny Semenchuk, obdarzonej mięsistym, idealnie kontrolowanym mezzosopranem, który po raz pierwszy na żywo dane mi było podziwiać dwa lata temu, w Chowańszczyźnie na scenie mediolańskiej La Scali. Partie Kreona i Tejrezjasza brawurowo zrealizowali – odpowiednio – Derek Welton i Andrea Mastroni, mówioną rolę Narratora nietypowo przejęła Bibiana Beglau, znana polskim kinomanom przede wszystkim z nagrodzonej Srebrnym Niedźwiedziem kreacji Rity Vogt w filmie Die Stille nach dem Schuss Volkera Schlöndorffa.

Kirill Petrenko na podium Filharmoników Berlińskich. Fot. Monika Rittershaus

Koncert 13 lutego uzupełniła I Symfonia Weilla, po raz pierwszy zagrana z edycji krytycznej Jamesa Holmesa. Trzy dni później Marie Jacquot poprowadziła uczestników Karajan-Akademie w programie złożonym z utworów Eislera i Weilla. Wieczorem 20 lutego, z suitą orkiestrową z Miłości do trzech pomarańczy Prokofiewa, VI Symfonią Sibeliusa oraz suitą z opery Rozkwit i upadek miasta Mahagonny Weilla, zadyrygował Thomas Søndergård, który w ostatniej chwili zastąpił uwięzionego w lockdownie Donalda Runniclesa. Dziś, w repertuarze, który przed bez mała stu laty rozbrzmiewał w zadymionym wnętrzu greckiej kawiarni Moka Efti am Tiergarten, wystąpi śpiewająca aktorka Dagmar Manzel. Okrojony przez pandemię festiwal zakończy Christian Thielemann, pod którego batutą usłyszymy między innymi kompozycje Hindemitha, Busoniego i Ryszarda Straussa.

Chyba po raz pierwszy w tym kryzysie dziękuję losowi, że mam dostęp do elektronicznych archiwów Filharmonii Berlińskiej. Znam to miasto i ten gmach jak własną kieszeń. Czego nie dosłyszę, dopowiem sobie ze wspomnień koncertów wysłuchanych na żywo przez minione dwadzieścia lat. Mam spokojną pewność, że sto lat po rządach Nikischa wciąż trwają złote lata Berlińczyków. Oby ten kruszec już wkrótce zajaśniał pełnym blaskiem – przed widownią wypełnioną publicznością po brzegi.

Das Antipodengold

Last season I cried bitterly over the cancellation of Die Walküre at the Longborough Festival Opera. I expected – naïvely – that in our (not just operatic) life we would follow the famous “hammer and dance” strategy proposed by Tomas Pueyo as early as last March. According to this strategy, in the first stage we would try to suppress the epidemic as much as possible and then gradually “unfreeze” some areas of activity, introducing short lockdowns if necessary. This was to be done consistently and without any compromises: with the hope of returning to the pre-crisis era as quickly as possible. Time has shown that the model, seemingly so rational and obvious, requires cooperation on the local and international level. We now know that the cooperation has been a failure and that the various countries – for a variety of reasons among which public health was pushed aside with priority being given to the interests of some groups within society – have implemented their own “strategies” often standing in stark contrast with the latest information about the SARS-CoV-2 virus.

I did not expect that Anthony Negus would nevertheless take the risk and set off for Australia to conduct Das Rheingold, the first part of Wagner’s Ring, for Melbourne Opera. He plucked up his courage at a point when Australia’s state of Victoria had announced victory over the virus, bringing down the level of infections to almost zero and making it possible for local institutions to take on cultural challenges unimaginable to the Europeans as yet. This is worthy of note all the more so given the fact that Melbourne Opera is an organisation which can rely on the support of only its friends and sponsors – despite its impressive history, beginning in 2002, when the company was set up thanks to the efforts of individuals like Zelman Cowen, expert on constitutional law of the Commonwealth and former Governor-General of Australia; Richard Divall, a pupil of Harnoucourt, Mackerras and Goodall, music director of the hugely successful 1987 Sydney Alcina with Joan Sutherland as well as earlier performances of Lohengrin and Les Troyens at the Victoria State Opera featuring the phenomenal Alberto Remedios; Sir Rupert Hammer, member of the Australian Liberal Party; and Joan Sutherland herself. In 2018 Rossini’s Otello was directed for Melbourne Opera by Bruce Beresford, the director of Driving Miss Daisy, a film that was popular in Poland as well.

At the entrance to the Regent Theatre. Photo: Melbourne Opera

If we add to that the Richard Divall Emerging Artists Programme, established less than three years ago to support the professional careers of the most talented local singers, Melbourne Opera can aspire to be called one of Australia’s most thriving operatic institutions. Most of the company’s activities focus on the Melbourne Athenaeum, a building erected in 1839 and altered many times since. The recent premiere of Das Rheingold was presented across the street, at the Regent Theatre, where in 1929 the most impressive picture palace in the state’s capital was opened, boasting over three thousand seats, a Wurlitzer organ, a Neo-Gothic lobby, a Louis XVI-style auditorium and a Neo-Baroque “Spanish” ballroom. In April 2019 a major renovation of the building began and was completed in January 2020.

Soon after the re-opening with the famous production of War Horse from London’s Royal National Theatre – the first stage production in the ninety-year history of the Regent Theatre – the building had to close its doors because of the attack of the COVID-19 virus. When the pandemic was suppressed, the theatre reopened again with a production of Das Rheingold, a prologue to Wagner’s Der Ring des Nibelungen, initially planned for mid-2020 and eventually premiered on 3 February 2021. Everything went according to plan, although almost till the very last moment Negus had to take into account the possibility of not being able to leave the United Kingdom and having to pass the baton to David Kram, who had conducted a production of Tannhäuser in Melbourne. And so, almost imperceptibly to European opera fans, a breakthrough in “pandemic” Wagner performances took place. A privately funded company presented the world’s first pandemic staging of Wagner’s opera and at the same time a foretaste of the entire Ring, which should be presented in Melbourne in 2023.

Rebbecca Rashleigh (Woglinde), Louise Keast (Wellgunde), Simon Meadows (Alberich), Karen van Spall (Flosshilde), and Strange Fruit Performers Emily Ryan and Lily Paskas Goodfellow. Photo: Robin Halls

How Das Rheingold sounds under Negus’ inspired direction was something I could experience already in 2019 in Longborough. I did not expect that Melbourne Opera would decide, on the spur of the moment, to stream the last performance. When it did, I jumped at the opportunity fully aware that Negus was working in Australia in conditions less favourable than at the LFO: without an orchestra pit, with some musicians placed in the stalls of the Regent Theatre, with a cast made up largely of young singers not necessarily experienced as Wagnerians, with a staging put together on a shoestring and in accordance with the aesthetics of the earlier productions by Suzanne Chaundy, who has collaborated with Melbourne Opera on a majority of its project in recent years.

The result exceeded my wildest expectations. Negus’ interpretation has settled and despite some shortcomings in the orchestra it has become even more distinctive. For Negus the key to Wagner’s narrative is pulse –incessant, permeating each phrase, turning all, including the smallest, elements of the macroform into a whole. The “music of the beginning” praised by Thomas Mann begins to sway already in the first bars of the prelude, polished intricately in every instrument part separately only to gradually pile up in a relentless mass of successive passages and then subside like a dead wave, giving way to Woglinde’s first phrase “Weia! Waga! Woge, du Welle”. Negus chisels the various leitmotifs confidently: he doesn’t shy away from seemingly excessive roughness of the structure heralding the coming of the giants or from the intense lyricism of the musical symbol of the curse of love, or the ecstatic energy of the rainbow motif. Everything in this score breathes, laughs, cries, calls for help and mercy, and tells the story so swiftly that in the final procession of the gods we can already hear echoes of the following parts of the Ring. The unassuming master of Longborough possesses a skill which eludes a majority of today’s Wagner conductors: he gives formal cohesion to what otherwise would be only a formless stream of musical events.

James Egglestone (Loge), Lee Abrahmsen (Freia), Jason Wasley (Froh), Eddie Muliaumaseali’i (Wotan), Sarah Sweeting (Fricka), and Darcy Carroll (Donner). Photo: Robin Halls

No wonder that in such a narrative the soloists moved with an assurance of stage actors, portraying their characters with full commitment and conviction. It is hard to assess the skills of the various singers on the basis of the imperfect streaming quality. Yet I wouldn’t hesitate to say that there were virtually no weak links in the cast of the Australian Rheingold, with several artists managing to create outstanding interpretations. This applies particularly to Simon Meadows’ Alberich, Shakespearean in his tragedy; James Egglestone’s Loge, seductive in his cunning and dangerous charm; and Lee Abrahmsen’s movingly vulnerable Freia. Suzanne Chaundy provided the whole with a rather conventional though at times striking stage setting – in terms of theatrical imagination, however, it was inferior to the modernist simplicity I got used to during my annual visits to Longborough.

I watched the streaming… and I grieved even more, as Norwid writes in his poem „My song”. In order for Wagner to return to European stages in full glory, we need governments as wise and indomitable as that of Australia, which is fighting the pandemic by means of the model “hammer and dance” strategy. A few days after the last performance in Melbourne and slightly more than a week before a performance in Bendigo, the state of Victoria announced another strict and short lockdown – after  only thirteen (!) new cases had been diagnosed. Hopefully by Wednesday the restrictions will be lifted and everything will get back to normal. I’m quite seriously considering a trip to Melbourne to see the entire Ring des Nibelungen in 2023. I’m afraid that Negus’ Australian venture has more chances of success than the Longborough Ring planned for the following year. Would that I were wrong this time!

Translated by: Anna Kijak

Złoto Antypodów

W ubiegłym sezonie gorzko opłakałam odwołanie Walkirii w Longborough Festival Opera. Spodziewałam się – jakże naiwnie – że w życiu, nie tylko operowym, będziemy kierować się słynną strategią „młota i tańca”, zaproponowaną przez Tomasa Pueyo już w marcu ubiegłego roku, zgodnie z którą mieliśmy w początkowej fazie maksymalnie tłumić pandemię, by potem stopniowo „odmrażać” niektóre obszary działalności, a w razie niepowodzeń znów wprowadzać krótkotrwałe lockdowny. Konsekwentnie i bezkompromisowo: w nadziei jak najszybszego powrotu do stanu sprzed kryzysu. Czas pokazał, że ów model, z pozoru racjonalny i oczywisty, wymaga solidarnej współpracy na poziomie lokalnym i międzynarodowym. Już wiemy, że współpraca zawiodła i poszczególne kraje – z najrozmaitszych powodów, wśród których zdrowie publiczne zeszło na dalszy plan wobec partykularnych interesów niektórych grup społecznych – wdrożyły własne „strategie”, często stojące w rażącej sprzeczności z aktualną wiedzą na temat wirusa SARS-CoV-2.

Nie spodziewałam się, że Anthony Negus mimo wszystko podejmie ryzyko i wyruszy na antypody, by poprowadzić Złoto Renu – pierwszą część Wagnerowskiego Ringu – z zespołem Melbourne Opera. Zebrał się na odwagę: w momencie, kiedy australijski stan Wiktoria ogłosił zwycięstwo nad zarazą, zbijając poziom zakażeń praktycznie do zera i otwierając przed tamtejszymi instytucjami możliwość zmierzenia się z niepojętymi dla Europejczyków wyzwaniami kulturalnymi. Rzecz tym bardziej warta uwagi, że Melbourne Opera jest organizacją zdaną wyłącznie na wsparcie miłośników i sponsorów – mimo imponującej historii, rozpoczętej w 2002 roku, kiedy do powołania zespołu przyczynili się między innymi Zelman Cowen, znawca prawa konstytucyjnego Wspólnoty Narodów i były gubernator generalny Australii; przedwcześnie zmarły Richard Divall, uczeń Harnoncourta, Mackerrasa i Goodalla, kierownik muzyczny doskonale przyjętej Alciny Händla z Joan Sutherland z 1987 roku w Sydney oraz dyrygent wcześniejszych przedstawień Lohengrina i Trojan w Victoria State Opera, z udziałem fenomenalnego Alberta Remediosa; sir Rupert Hammer, członek Liberalnej Partii Australii; a także wspomniana już Sutherland. W 2018 roku Rossiniowskiego Otella dla Melbourne Opera wyreżyserował Bruce Beresford, twórca popularnego także w Polsce filmu Wożąc panią Daisy.

Wnętrze Regent Theatre w Melbourne

Jeśli dodać do tego Richard Divall Emerging Artists Programme, stworzony niespełna trzy lata temu dla wsparcia kariery zawodowej najzdolniejszych miejscowych śpiewaków, Melbourne Opera może pretendować do rangi najprężniejszych instytucji operowych w Australii. Większość działań zespołu skupia się wokół wzniesionego w 1839 roku i wielokrotnie przebudowywanego gmachu Melbourne Athenaeum. Niedawna premiera Złota Renu odbyła się po drugiej stronie ulicy, w budynku Regent Theatre, gdzie w roku 1929 otwarto najbardziej reprezentacyjne kino stolicy stanu, wyposażone w ponad trzy tysiące miejsc dla publiczności, organy Wurlitzera, neogotyckie lobby, widownię  w stylu Ludwika XVI i neobarokową „hiszpańską” salę balową. W kwietniu 2019 roku budynek poddano gruntownej renowacji, zakończonej w styczniu następnego roku.

Wkrótce po inauguracji słynnym przedstawieniem War Horse z londyńskiego z Royal National Theatre – pierwszą produkcją sceniczną w dziewięćdziesięcioletniej historii Regent Theatre – gmach zatrzasnął podwoje, przytłoczony ubiegłorocznym atakiem wirusa. Kiedy zarazę udało się wstępnie zdusić, znów się otworzył dla publiczności: spektaklem Złota Renu, prologu do Wagnerowskiego Pierścienia Nibelunga, którego premierę, przewidzianą pierwotnie w połowie 2020, przesunięto ostatecznie na 3 lutego 2021 roku. Wszystko poszło zgodnie z planem, choć Negus niemal do ostatniej chwili liczył się z niemożnością wyjazdu z Wielkiej Brytanii i przekazaniem batuty w ręce Davida Krama, odpowiedzialnego między innymi za wcześniejszą produkcję Tannhäusera w Melbourne. I tak, niemal niepostrzeżenie dla operomanów z Europy, dokonał się przełom w dziejach „pandemicznego” wykonawstwa Wagnera. Prywatnie finansowana kompania sfinalizowała pierwszą na świecie inscenizację Wagnerowskiej opery w czasach zarazy, a zarazem zapowiedź kontynuacji Pierścienia, który w 2023 roku powinien doczekać się pełnego wystawienia w Melbourne.

Złoto Renu w Melbourne Opera. Alberyk (Simon Meadows) i Córy Renu (Rebecca Rashleigh, Louise Keast i Karen van Spall). Fot. Robin Halls

Jak brzmi Złoto Renu pod natchnioną dyrekcją Negusa, przekonałam się już w 2019 roku w Longborough. Nie przypuszczałam, że zespół Melbourne Opera, kierując się impulsem chwili, zdecyduje się na streaming ostatniego spektaklu. Skorzystałam z okazji niezwłocznie, w pełni świadoma, że Negus pracuje w Australii w warunkach mniej sprzyjających niż przedtem w LFO: bez kanału orkiestrowego, z zespołem rozlokowanym częściowo na parterze Regent Theatre, w obsadzie złożonej w większości ze śpiewaków młodych i nie zawsze doświadczonych w repertuarze wagnerowskim, w inscenizacji przygotowanej minimalnym nakładem środków i w zgodzie z tradycyjną estetyką wcześniejszych produkcji Suzanne Chaundy, współpracującej z Melbourne Opera przy większości przedsięwzięć z ostatnich lat.

Rezultat przeszedł najśmielsze oczekiwania. Interpretacja Negusa okrzepła i mimo pewnych niedociągnięć w orkiestrze jeszcze bardziej zyskała na wyrazistości. W jego ujęciu kluczem do Wagnerowskiej narracji jest puls – nieustępliwy, przenikający na wskroś każdą frazę, spajający w całość wszelkie, choćby najdrobniejsze elementy makroformy. Sławiona przez Tomasza Manna „muzyka początku” kołysze się już w pierwszych taktach preludium, misternie cyzelowana w partii każdego instrumentu z osobna, by stopniowo nawarstwić się niepowstrzymaną nawałą kolejnych pasaży, po czym się cofnąć jak martwa fala i oddać pole pierwszej frazie Woglindy „Weia! Waga! Woge, du Welle”. Negus rzeźbi poszczególne lejtmotywy pewnymi uderzeniami dłuta: nie wzdraga się ani przed nadmierną z pozoru kanciastością struktury zwiastującej nadejście olbrzymów, ani przed dojmującym liryzmem muzycznego symbolu przekleństwa miłości, ani przed ekstatyczną energią motywu tęczy. Wszystko w tej partyturze oddycha, śmieje się, płacze, woła o pomoc i zmiłowanie, toczy opowieść tak wartko, że w finałowej procesji bogów słychać już nieuchronną zapowiedź dalszych członów Pierścienia. Skromny mistrz z Longborough dysponuje umiejętnością, która umyka większości współczesnych dyrygentów wagnerowskich: nadaje formalną spójność czemuś, co w przeciwnym razie byłoby tylko bezkształtnym strumieniem zdarzeń muzycznych.

Adrian Tamburini (Fasolt), James Egglestone (Loge) i Steven Gallop (Fafner). Fot. Robin Hall

Nic dziwnego, że w tak zarysowanej narracji soliści poruszali się ze swobodą aktorów dramatycznych, kreśląc sylwetki swoich postaci z pełnym zaangażowaniem i przekonaniem. Trudno oceniać rzemiosło poszczególnych śpiewaków na podstawie ułomnych wrażeń ze streamingu: nie zawaham się jednak stwierdzić, że w obsadzie australijskiego Złota Renu nie było właściwie słabych punktów, a kilkorgu artystom udało się stworzyć kreacje wybitne, co dotyczy zwłaszcza szekspirowskiego w swoim tragizmie Alberyka w ujęciu Simona Meadowsa, uwodzącego sprytem i niebezpiecznym wdziękiem Logego (James Egglestone) i wzruszająco bezbronnej Frei w interpretacji Lee Abrahmsen. Suzanne Chaundy nadała całości dość konwencjonalną, choć chwilami przykuwającą uwagę oprawę inscenizacyjną – pod względem wyobraźni teatralnej ustępującą wszakże modernistycznej prostocie, do jakiej zdążyłam nawyknąć podczas corocznych wizyt w Longborough.

Obejrzałam… i jeszcze mi smutniej, jak w Mojej piosnce Norwida. Żeby Wagner wrócił na sceny europejskie w pełnej krasie scenicznej, trzeba tak mądrych i nieustępliwych rządów, jak w Australii, która walczy z zarazą modelową strategią „młota i tańca”. Kilka dni po ostatnim przedstawieniu w Melbourne i nieco ponad tydzień przed spektaklem w Bendigo stan Wiktoria wszedł w kolejny ścisły i krótki lockdown – po wykryciu trzynastu (!) przypadków nowych zakażeń. Jest nadzieja, że do środy restrykcje przestaną obowiązywać i wszystko wróci do normy. Całkiem poważnie rozważam wyprawę do Melbourne na całość Pierścienia Nibelunga w 2023 roku. Obawiam się, że australijskie przedsięwzięcie Negusa ma większe szanse powodzenia niż planowany rok później Ring w Longborough. Obym się wreszcie myliła.

High on the Freezing Cotswold

Tyle już razy pisałam o Longborough Opera i ludziach stojących za zwariowanym przedsięwzięciem w byłym kurniku, że właściwie mogłabym na tym poprzestać – gdyby nie obawa, że w 2021 roku festiwal ruszy, a ja tam nie dotrę z przyczyn obiektywnych. Jakby nie dość było Brexitu, przyplątała się pandemia, która na Wyspach Brytyjskich wciąż zbiera przerażające żniwo. Jeśli do czerwca sytuacja się poprawi, niewykluczone, że angielskie teatry otworzą się przede wszystkim dla miejscowej publiczności. Nie każdy przybysz z zagranicy podejmie ryzyko ugrzęźnięcia w samoizolacji albo kwarantannie – chyba że ma bardzo dużo czasu i jeszcze więcej pieniędzy, bo hotele i pensjonaty w dystrykcie Cotswolds do najtańszych nie należą. Mówiąc otwarcie, plasują się zdecydowanie wśród najdroższych. Jedyna nadzieja w szczepionkach i – być może – paszportach immunologicznych. Poczekamy, zobaczymy: a nuż wydarzy się cud i uda się przełamać ten nieznośny impas.

Osobiście o tym marzę. Pięć lat temu z okładem Longborough stało się moją Ziemią Obiecaną, miejscem, gdzie nawet w mniej sprzyjających okolicznościach udawało się odzyskać równowagę psychiczną i otuchę na cały nadchodzący sezon. Tutaj, i to dwukrotnie, przeżyłam największe olśnienie w całej mojej recenzenckiej karierze: Tristana pod batutą Anthony’ego Negusa i w reżyserii Carmen Jakobi. W mojej „głównej kwaterze” w pobliskim Stow-on-the-Wold czuję się już jak w domu. Wiem, gdzie podają najlepsze scones z gęstą śmietaną i dżemem truskawkowym (w tym samym miejscu, za „co łaska” na rzecz Royal Society for the Prevention of Cruelty to Animals, można też zaopatrzyć się w przepiękne metalowe znaczki z wizerunkiem miejscowych roślin i zwierząt). Wiem, gdzie serwują rybę z frytkami w tak pysznej panierce i w tak ogromnych porcjach, że lepiej usiąść na tarasie z książką i delektować się daniem całe popołudnie. W miasteczku jest wspaniale urządzona i zaopatrzona księgarnia, w której zawsze spędzam kilka godzin i zostawiam w niej więcej pieniędzy, niż zdołam zarobić przez miesiąc. Znam już na pamięć rozkład jazdy autobusów i wiem, że w dni targowe zatrzymują się podstępnie za węgłem ratusza. Kompletując koszyczek piknikowy na dużą przerwę po drugim akcie, maszeruję jak po sznurku do regału w sklepie spożywczym, gdzie stoi moja ulubiona sałatka z zielonej soi. Kiedy czuję się samotnie, idę się powykłócać z siłą wyższą w kościele św. Edwarda i sprawdzić, czy dwa sędziwe cisy, które przed laty zainspirowały J. R. R. Tolkiena, jeszcze bardziej zarosły północne wejście świątyni.

Pluszowe misie w oknie jednego z domów w Longborough. Fot. Dorota Kozińska

Z ubiegłoroczną stratą pogodziłam się w pokorze. W tym roku będzie mi trudniej, bo zespół LFO – na czele z nową dyrektor artystyczną Polly Graham – dokłada wszelkich starań, by program festiwalu zrealizować w całości i z pełnym poszanowaniem reżimu sanitarnego, jaki na Wyspach będzie zapewne obowiązywał jeszcze przez kilka sezonów. Na zielonych błoniach w sąsiedztwie teatru powstanie The Big Top – pandemiczna scena pod namiotem, mieszcząca nieco ponad 190 widzów rozmieszczonych bezpiecznie w trzech sektorach wokół kolistej sceny, z niewielkim zespołem instrumentalnym uplasowanym w sektorze czwartym. Takie rozwiązanie wymaga rzecz jasna przearanżowania wszystkich partytur na mniejsze składy, ale w tym (jak pisałam już wielokrotnie) Brytyjczycy mają godne podziwu doświadczenie. Żeby nikt z melomanów nie czuł się pokrzywdzony, organizatorzy zwiększyli liczbę przedstawień. Nowa inscenizacja Così fan tutte kusi przede wszystkim udziałem Anny Patalong w partii Fiordiligi i partnerującej jej w roli Despiny Lizzie Holmes. Wielbiciele filmowego Czarodziejskiego fletu w reżyserii Kennetha Branagha już ostrzą sobie zęby na Monteverdiański Powrót Ulissesa z Tomem Randle’em w roli tytułowego bohatera – na tym zresztą nie kończą się obietnice uniesień, bo spektakl wyreżyseruje sama Polly Graham. W mojej ukochanej Lisiczce Chytrusce wystąpią prawie wyłącznie debiutanci, za to pod batutą Justina Browna, kierownika muzycznego Badische Staatstheater Karlsruhe i dyrygenta pamiętnego Pierścienia Nibelunga, który zaprowadził do Bayreuth dwóch młodych gniewnych reżyserów: Yuvala Sharona i Tobiasa Kratzera.

Schemat wnętrza The Big Top. Fot. Longborough Festival Opera

Z zapowiadaną na ubiegły sezon Walkirią, drugim członem nowej inscenizacji Ringu w LFO, będzie trochę więcej kłopotu. Spektakle odbędą się w gmachu głównym, ale z jeszcze mniejszą liczbą słuchaczy na widowni. Anthony Negus słusznie sprzeciwił się sugestii dalszego „przetrzebienia” składu orkiestrowego. Część muzyków zostanie bezpiecznie rozlokowana w krytym kanale, część zajmie miejsca na scenie i być może w opustoszałych bocznych lożach teatru. Negus, spiritus movens wszystkich przedsięwzięć Wagnerowskich w Longborough, postanowił poprzestać w tym sezonie na wersji półscenicznej, przygotowanej przez tę samą reżyserkę Amy Lane, która dwa lata temu opracowała tutejszą inscenizację Złota Renu. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, premiery Zygfryda i Zmierzchu bogów odbędą się odpowiednio w 2022 i 2023 roku, a w roku 2024 – sezon później, niż przewidywano przed nadejściem pandemii – Wagner zapanuje niepodzielnie na wzgórzach Cotswolds, czuwając z zaświatów nad Pierścieniem w pełnej wersji scenicznej.

W rezydencji założycieli LFO. Anthony Negus kroi urodzinowy tort z podobizną Wagnera po premierze Złota Renu w 2019 roku. U jego boku Lizzie Graham, dyrektor festiwalu. Fot. Dorota Kozińska

Oby się udało. Obym dotarła w to niezwykłe miejsce już w czerwcu 2021 roku. Jeśli nawet tegoroczna Walkiria przejdzie mi koło nosa, niech nic nie stanie na przeszkodzie we wspólnym świętowaniu całości Ringu za trzy lata. Pieszą trasę ze Stow-on-the-Wold do Longborough przetarliśmy z Jakubem Puchalskim tuż przed wznowieniem Tristana. Niech będzie dobrze. Niech nie spełnią się słowa Camusa z Dżumy, że „zaraza nie jest na miarę człowieka, więc powiada się sobie, że zaraza jest nierzeczywista, to zły sen, który minie. Ale nie zawsze ów sen mija i, od złego snu do złego snu, to ludzie mijają”. Niech ci ludzie – i ja z nimi – nie miną, aż ziści się dobre marzenie.

W cieniu getyńskich platanów

Miałam nadzieję nie wracać do cyklu „zastępczych” wędrówek operowych, ale wciąż nie zanosi się na poprawę sytuacji w naszej ulubionej branży. W Polsce jak zwykle nic nie wiadomo, tymczasem największe i najbardziej cenione teatry w Europie ogłaszają już teraz hiobowe wieści. Opery berlińskie nie otworzą się przed Wielkanocą, Semperoper odwołała cały sezon, rząd austriacki rozważa wprowadzenie obowiązku testowania widzów przed każdym spektaklem. Czekamy dalej. Żeby zachować świeży umysł i krzepę w ciele – zamiast narzekać, ćwiczymy jedno i drugie. Powspominać jednak i potęsknić nie zawadzi, co zwłaszcza dotyczy miejsc, z którymi wiąże się pamięć wyjątkowych doświadczeń.

Do takich należy Getynga w Dolnej Saksonii, miasto z piękną historią, jeden z prężniejszych ośrodków naukowych w Niemczech, a zarazem kolebka najstarszego festiwalu händlowskiego na świecie. Odrodzenie muzyki Il caro Sassone dokonało się za sprawą Oskara Hagena, uniwersyteckiego historyka sztuki i muzyka-amatora, który 26 czerwca 1920 roku, połączonymi siłami studentów i wykładowców getyńskiej uczelni, doprowadził do pierwszego współczesnego wykonania Rodelindy. W roku 2020 z wielką pompą szykowano festiwal jubileuszowy, w stulecie tamtych pamiętnych wydarzeń. Organizatorzy zamierzali w takiej bądź innej formie zaprezentować wszystkie 42 opery Händla, w tym Ariodantego, Kserksesa, Mucjusza Scewolę, Rinalda i Publiusza Korneliusza Scypiona w wykonaniach koncertowych oraz – dla ukoronowania całości – Rodelindę w pełnej oprawie scenicznej, na deskach tutejszego Deutsches Theater. Jak wiadomo, nic z tego nie wyszło.

Szkoda tym większa, że wcześniejsza o rok premiera Rodriga, z mocnym polskim akcentem w postaci dekoracji Doroty Karolczak, wykonanych w pracowniach Teatru Wielkiego w Poznaniu, okazała się prawdziwą ozdobą festiwalu, zarówno pod względem inscenizacyjnym, jak i muzycznym. Oraz kolejnym kamyczkiem do mojego ogródka, że największych uniesień operowych należy szukać w teatrach maleńkich, w ramach przedsięwzięć realizowanych z udziałem prawdziwych, znających się na rzeczy entuzjastów.

Deutsches Theater w Getyndze. Fot. HB-Verlag

Inna sprawa, że mieszkańcy Getyngi mogliby się poczuć urażeni umniejszaniem rangi swojego przybytku sztuk dramatycznych. Historia obecnej instytucji, jak to kiedyś bywało, zaczęła się od pożaru miejskiego teatru przy Nowym Rynku, w mroźną noc z 10 na 11 stycznia 1887 roku. Kilka miesięcy później rajcy podjęli decyzję o wzniesieniu całkiem nowego gmachu w innej lokalizacji, która z początku wzbudziła kontrowersje wśród urzędników odpowiedzialnych za edukację: teatr miał bowiem stanąć w bezpośrednim sąsiedztwie Gimnazjum Królewskiego, co zdaniem ministra groziło deprawacją nieletnich wychowanków. Na szczęście przeważyły inne argumenty i teatr w Getyndze do dziś pozostaje jednym z najbardziej malowniczo usytuowanych budynków użyteczności publicznej w Niemczech: przy tonącym w zieleni placyku, tuż obok dawnych murów miejskich, wzdłuż których rozpościerają się ogólnodostępne tereny uniwersyteckiego ogrodu botanicznego.

Gmach skonstruowano na wzór nowego Großherzogliches Hoftheater w Oldenburgu, tyle że w znacznie mniejszej skali – według neorenesansowego projektu tego samego dworskiego architekta Gerharda Schnitgera. Uroczyste otwarcie odbyło się 30 września 1890 roku: w programie wieczoru znalazł się dramat Schillera Wilhelm Tell, poprzedzony grywaną wówczas w takich okolicznościach Uwerturą jubileuszową Webera. Pierwszym dyrektorem teatru, na szesnaście długich sezonów, został austriacki aktor Norbert Berstl, po którym schedę w 1907 roku odziedziczył aktor teatralny i filmowy Willi Martini, znany między innymi z występów w kilku niemych dreszczowcach Hitchcocka. Pierwszy poważny kryzys w działalności getyńskiej sceny nastąpił w końcowej fazie Wielkiej Wojny, kiedy teatr trzeba było zamknąć z powodu braku funduszy na utrzymanie infrastruktury – bezradny Martini złożył rezygnację w 1917 roku.

Wnętrze teatru. Fot. Michaela Hurdertmart, Michael Mehle

Lepsze czasy nastały wkrótce potem: w roku 1919, po objęciu dyrekcji przez Ottona Wernera. Tym razem u steru stanął nie aktor, lecz śpiewak, który w porozumieniu z władzami miasta gruntownie zmodernizował zaplecze teatru i wzbogacił jego ofertę o przedstawienia oper, baletów i operetek. Dzieło rozpoczęte przez Wernera z powodzeniem kontynuował jego następca Paul Stiegler, za którego rządów (1929-1936) Stadttheater Göttingen zasłynął przede wszystkim jako scena operowa. Przed wybuchem II wojny światowej w Getyndze wystawiono między innymi aż dziewięć oper Händla (m.in. Radamista, Ottona i Juliusza Cezara). W latach 1943-53 – z dwuletnią przerwą wywołaną konfliktem z władzami nazistowskimi – kierownictwo muzyczne Händel-Festspiele sprawował dyrygent Fritz Lehmann, żarliwy orędownik muzyki dawnej. Od roku 1946 przez cztery sezony piastował też stanowisko dyrektora generalnego teatru: i przeszedł do annałów jako ostatni szef instytucji, któremu udało się harmonijnie połączyć jej działalność dramatyczną z kultywowaniem repertuaru operowego i baletowego.

Nową epokę w historii sceny – przemianowanej w 1950 roku na Deutsches Theater Göttingen – otworzył aktor i reżyser Heinz Hilpert, długoletni kierownik Deutsches Theater w Berlinie, gdzie zastąpił legendarnego Maksa Reinhardta, który w obawie przed hitlerowską nagonką wyemigrował do Francji. Mimo dwuznacznej karty w życiorysie Hilpertowi udało się całkiem przeprofilować charakter placówki i uczynić zeń jedną z najbardziej „postępowych” i wpływowych scen dramatycznych w całych Niemczech. Linię programową Hilperta kontynuowali między innymi Günther Fleckenstein i Heinz Engels. Od 2014 roku dyrektorem teatru jest Szwajcar Erich Sidler.

Scena z przedstawienia Imenea w 2016 roku. Fot. Theodoro da Silva

I tak od siedemdziesięciu lat z okładem opera wraca do Deutsches Theater tylnymi drzwiami – przeważnie raz w roku, przy okazji festiwalu händlowskiego i spektakli urządzanych na największej z trzech obecnie funkcjonujących scen. Przy czym Großes Haus – z przepięknie odrestaurowanym pierwotnym wystrojem z końca XIX wieku – i tak mieści na widowni niespełna pięćset osób. Za to pudełkowa scena, choć niewielka, kryje w kulisach ultranowoczesną maszynerię i system oświetlenia teatralnego, które umożliwiają realizację najwymyślniejszych operowych wizji.

Aż się prosi, żeby wystawiać tam częściej i nie tylko arcydzieła Händla. Aż strach pomyśleć, czy program odwołanego w zeszłym roku festiwalu uda się choć w części zrealizować w tym sezonie. A jeśli tak, czy organizatorzy wprowadzą do Deutsches Theater nową inscenizację Rodelindy, czy ze względu na obostrzenia będą musieli poprzestać na zaaranżowaniu koncertów w innych, obszerniejszych wnętrzach. Może więc lepiej nie myśleć. Może bezpieczniej poprosić któregoś z getyńskich znajomych, żeby stanął pod rozłożystym platanem nieopodal Theaterplatz i cichutko zanucił arię Kserksesa. „Per voi risplenda il fato” – a przy okazji niech się ten los wreszcie i do nas uśmiechnie.

Droga do saliny

Dziś uzupełnienie noworocznych życzeń sprzed czterech dni: żebyśmy nie zapomnieli, do jakich przedstawień tęsknimy, których artystów i jakich dzieł naprawdę nam brakuje, z jakim zapałem chcielibyśmy o nich myśleć, pisać i czytać. W lipcu 2011 roku relacjonowałam premierę Matsukaze w TW-ON na łamach dawnego „Ruchu Muzycznego”. Minęło prawie dziesięć lat, a żaden z twórców i uczestników tamtego przedsięwzięcia nie zawiódł mnie do dziś. Nie chcę, byśmy przez pandemię wpuścili w nasze życie muzyczne kicz, tandetę i prowizorkę. Niech teatr operowy odrodzi się inny, ale przynajmniej na takim poziomie – w Polsce i na całym świecie. Jeszcze raz do siego roku: może mimo wszystko okaże się łaskawszy.

***

Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Znudzeni swojskością współmieszkańców i własnej kultury uciekamy do innego świata, by po pewnym czasie dojść do zdumiewającego wniosku, że oswoiliśmy się z obcym miejscem, i znów zacząć tęsknić za jakąś odmianą. W niektórych budzi się wówczas nostalgia. Odkrywają na nowo swoją tożsamość, przefiltrowaną przez doświadczenia z podróży. Taki jest właśnie Toshio Hosokawa, wychowany na sennych przedmieściach Hiroszimy, wykształcony w Niemczech pod kierunkiem koreańskiego azylanta Isanga Yuna, zafascynowanego kulturą arabską Szwajcara Klausa Hubera i niepoprawnego angielskiego modernisty Briana Ferneyhough. Ten Japończyk, który przysypia z nudów na przedstawieniach teatru , wraca do najcenniejszych wartości tradycyjnej muzyki japońskiej – swobody metrycznej i przepysznej kolorystyki dźwięków przejściowych – wzbogacając je środkami stosowanymi w muzyce europejskiej. Komponuje kolejne opery na motywach sztuk , sprawia jednak wrażenie, jakby zajął strategiczną pozycję na moście hashigakari, który w teatrze klasycznym łączy scenę z garderobą aktorów. Bliżej mu wprawdzie do tej garderoby niż Brittenowi albo nawet Stockhausenowi, wciąż jednak na tyle daleko od pierwowzoru, że przeciętnie wykształcony człowiek Zachodu może śledzić narrację bez większych kłopotów.

Nad ziemią unosi się duch Matsukaze (Barbara Hannigan). Fot. Krzysztof Bieliński

W spektaklu Matsukaze dla widza z Polski właściwie wszystko jest nowe. Począwszy od wielostronnej koprodukcji z zespołem Sasha Waltz & Guests, Théâtre Royal de la Monnaie z Brukseli, Les Théâtres de la Ville de Luxembourg i Berliner Staatsoper, przez międzynarodowy zespół, do którego dołożyliśmy „tylko” orkiestrę TW-ON, samą muzykę Hosokawy, znaną prawie wyłącznie bywalcom „Warszawskich Jesieni”, aż po tworzywo dramatyczne jego opery. Libretto Hannah Dübgen nawiązuje do XIV-wiecznej sztuki Kanamiego, zrewidowanej sto lat później przez Motokiyo Zeamiego, która opowiada historię dwóch sióstr trudniących się warzeniem solanki. W domu Matsukaze i Murasame gościł przez pewien czas Ariwara no Yukihira, skazany na wygnanie urzędnik dworski (skądinąd postać historyczna), w którym siostry zakochały się bez pamięci. Kiedy odszedł, ich miłość nie wygasła – nawet po śmierci Yukihiry i obydwu nieszczęsnych kobiet, które odtąd błądziły wśród żywych, skazane na pobyt w doczesnym świecie za naganne przywiązanie do rzeczy przemijalnych. Kilkaset lat po tragedii wędrowny mnich spostrzega nad morzem sosnę z wyrytymi w pniu imionami sióstr i prosi rybaka o wyjaśnienia. Pod wieczór znajduje schronienie w warzelni, gdzie nawiedzają go duchy Matsukaze i Murasame. Zakończenie opery różni się od finału sztuki – w pierwowzorze Matsukaze dostrzega w sośnie ukochanego i popada w szaleństwo, tymczasem Murasame udaje się wyleczyć z przetrwałej miłości i opuścić świat żywych. W operze Hosokawy obydwie siostry jednoczą się z naturą i dostępują wybawienia przez śpiew i taniec. Zupełnie nie po buddyjsku i nie po japońsku, raczej w konwencji katharsis, zdecydowanie bardziej czytelnej dla widza europejskiego.

Już sama zmiana zakończenia zdaje się sugerować, że Hosokawa – a wraz z nim niemiecka choreografka Sasha Waltz – nie trzymają się kurczowo żadnej tradycji. Czerpiąc pełnymi garściami z dorobku kultur Wschodu i Zachodu, tworzą jakość odrębną: dostatecznie oszczędną w wyrazie, by kojarzyła się z ojczyzną kompozytora, wystarczająco linearną pod względem narracyjnym, by przekonała odbiorcę z Zachodu. Hosokawa posługuje się zespołem złożonym z dwudziestu kilku instrumentalistów, ośmioosobowym chórem i czworgiem solistów. Jak na operę – nawet kameralną – niewiele. Jak na teatr nō, obsada zdecydowanie zbyt liczna, zwłaszcza że na scenie pojawia się też kilkanaścioro tancerzy. W partyturze są partie przeznaczone zarówno na tradycyjne instrumenty orkiestrowe, jak instrumenty japońskie, ale misternie tkana materia kompozycji opiera się w dużej mierze na interwałach czystych, długich stojących dźwiękach w dolnym rejestrze i raptownych wejściach perkusji. Wyraźną linię melodyczną i konsonanse da się wysłyszeć nawet w elektronicznie przetworzonych odgłosach przelewania solanki przez czerpak. Z drugiej strony, mimo „europejskiej” barwy głosów solowych, frazy są po „azjatycku” rozpoczęte, wyprowadzone i zakończone, często też finezyjnie ornamentowane.

Podobnie niejednoznaczna jest koncepcja Sashy Waltz. Choć Niemka zdążyła już przyzwyczaić swoich wielbicieli do tańca mocnego, nieledwie akrobatycznego, przeczącego tradycyjnym podziałom na role żeńskie i męskie, do tego spektaklu wybrała solistów miękkich, eterycznych, przedkładających ekspresję gestu nad ekspresję ciała. W jej choreografii próżno jednak szukać abstrakcyjnego gestu nō, kształtowanego na niemal pustej scenie, naładowanego symboliką i tak sugestywnego, że aktor zostawia za sobą jakby smugę własnego ruchu. Matsukaze to kolejny etap na drodze do odrębnego stylu Waltz, która ciało traktuje jak tworzywo, myśli o tańcu jak o elemencie scenografii, wpisuje gest taneczny w partyturę. Pia Meier Schriever i Chiharu Shiota stworzyły na jej potrzeby dwa skrajnie odmienne rodzaje przestrzeni: ażurowy szkielet domu japońskiego i gęstą sieć ze sfilcowanej wełny, symbolizującą już to świat duchów, już to płytką salinę, już to gałęzie rosnącej nad morzem sosny. Tancerze poruszają się w tych ramach jak żywe symbole, śpiewacy uczestniczą w działaniach tanecznych i realizują swoje partie w skomplikowanych, przeczących grawitacji pozach.

Gęsta sieć wyznacza granicę między światem realnym a nadprzyrodzonym. Fot. Krzysztof Bieliński

W tej dziwnej rzeczywistości scenicznej – zbyt wystawnej na tradycję japońską, zbyt surowej na przyzwyczajenia Europejczyków – rozgrywa się teatr z prawdziwego zdarzenia. Nie zabrakło typowych dla Waltz gier z płaszczyzną (tancerz miota się na pionowej sieci, jakby przedzierał się przez gąszcz morskich wodorostów). Interakcje między wykonawcami – bohaterami opowieści, tłumem niemych duchów i komentującym na grecką modłę chórem – są dopracowane w najdrobniejszych szczegółach. W przejmującej scenie Snu pojawia się postać bez twarzy, wzorowana na demonie noppera-bō – niezwykle sugestywne odzwierciedlenie ułudy, w jakiej żyją obydwie siostry, bo ten przerażający stwór upodabnia się do ludzi znanych i kochanych, żeby w najmniej spodziewanej chwili odsłonić przed nimi martwe, pozbawione jakiegokolwiek wyrazu oblicze. Scena oczyszczającej nawałnicy przywodzi na myśl skojarzenia z abstrakcyjną kaligrafią japońską: z teatralnego nieba, zamiast kropel deszczu, lecą szeleszczące patyki. Wspólne dzieło Hosokawy i Waltz pod pewnymi względami ucieleśnia kluczową dla teatru koncepcję yugen: idealnej harmonii treści zawartych w muzyce, tańcu, śpiewie i przekazie tekstowym.

Po raz pierwszy od lat miałam poczucie, że uczestniczę w wydarzeniu muzycznym i teatralnym najwyższej rangi. Że obserwuję owoc współpracy, który dojrzewa na moich oczach. Że nie duszę się w atmosferze prowincjonalnego pseudonowatorstwa, tylko podziwiam kunszt artystów cenionych na całym świecie. W partii Matsukaze wystąpiła fenomenalna Barbara Hannigan, znana z pysznych kreacji w operach Strawińskiego, Andriessena i Michela van der Aa. W roli Murasame usłyszeliśmy mezzosopranistkę Charlotte Hellekant, jedną z najwybitniejszych odtwórczyń repertuaru Mahlerowskiego. Jako Mnich wystąpił rozchwytywany przez dyrygentów i reżyserów bas Frode Olsen. Znakomity Kai-Uwe Fahnert (Rybak) współpracował już z Sashą Waltz przy Medei Dusapina. O sztuce Waltz pisałam nieraz, o jej wspólnych działaniach z Vocalconsort Berlin i wydanej przez zespół płycie z motetami Bacha krytyka donosi w samych superlatywach. Na tym tle instrumentaliści TW-ON pod batutą Pabla Herasa-Casado spisali się więcej niż dobrze.

W imieniu Matsukaze kryje się gra słów: dosłownie znaczy „wiatr w sosnach”, człon matsu można jednak zinterpretować jako podszyte tęsknotą oczekiwanie. Tak właśnie się czuję, czytając plany repertuarowe warszawskiego Teatru na najbliższy sezon. Niech mi buddyści wybaczą.