Wędrówki malutkie

Właściwie powinnam już teraz zabrać się do recenzji pewnego koncertu w londyńskiej sali Barbican, który dzięki uprzejmości tamtejszego biura prasowego mogłam obejrzeć i usłyszeć w streamingu. Uznałam jednak, że nie ma co dłużej zwlekać z przeglądem wędrówek minionych, tych prawdziwych, których w ostatnim sezonie nie nazbierało się zbyt wiele. Z powodów oczywistych, które do dziś kładą się cieniem na europejskim życiu muzycznym. Trudniej się podróżuje, trudniej układa plany na przyszłość, dochodzi też do głosu zdrowy rozsądek, który zabrania pchać się we wciąż nieopanowane ogniska pandemii. Tym większą trzeba czerpać radość z dobrego towarzystwa, pięknej pogody i wrażeń pozamuzycznych. Upiór niestrudzenie drepcze po śladach Marka Twaina. Wędruje. Śni. Odkrywa.

Berlin, wrzesień 2020. Pierwsza ucieczka na wolność po pierwszej fali zarazy, która zdaniem naiwnych optymistów miała okazać się ostatnią. Między Warszawą a stolicą Niemiec krążyłam jak wahadłowiec, po trzykroć, za każdym razem podziwiając profesjonalizm muzyków oraz wrażliwość i pokorę słuchaczy ubiegłorocznego Musikfest, karnie przestrzegających surowego reżimu sanitarnego i nagradzających wykonawców długimi, żarliwymi owacjami w sali Filharmonii wypełnionej w niespełna jednej czwartej. Wiatr hulał po widowni, w sercach paliła się wdzięczność. Nie tylko za mistrzowsko ułożony program festiwalu i znakomite interpretacje, ale też za rozmowy i spacery z długo niewidzianymi przyjaciółmi. Wyostrzonymi zmysłami chłonęliśmy każdy znak nadziei – choćby ten pęd winobluszczu, któremu mieszkańcy pewnej berlińskiej kamienicy pozwolili wpełznąć na klatkę schodową.

Bayreuth, wrzesień 2020 i sierpień 2021. Zaczęło się od wyprawy nietypowej – na pierwszy festiwal Bayreuth Baroque w Operze Margrabiów, w którego programie znalazło się także wykonanie estradowe dramma per musica Leonarda Vinciego Gismondo, Rè di Polonia, z udziałem solistów oraz {oh!} Orkiestry Historycznej pod dyrekcją Martyny Pastuszki. Rok wcześniej zwiedzałam ten teatr przy okazji wyprawy na Bayreuther Festspiele. Tym razem dane mi było rozsiąść się w barokowej loży i przez kilka godzin napawać się atmosferą i bajeczną akustyką miejsca. Losy festiwalu Wagnerowskiego w roku następnym ważyły się do ostatniej chwili. Udało się – znów w dużej mierze dzięki dyscyplinie i współodpowiedzialności wszystkich zaangażowanych w sprawę, i to po obydwu stronach słynnego krytego orkiestronu. Mimo utrudnień humor nas nie opuszczał, o czym świadczy między innymi swoboda w doprowadzaniu do porządku przemoczonych części garderoby, gdy nad Zielonym Wzgórzem przeszła raptowna ulewa. W przyszłym sezonie oba festiwale mają już ruszyć pełną parą. Trzymajmy kciuki.

Wiedeń, wrzesień 2020 i czerwiec 2021. Dwie wyprawy w to samo miejsce, do jednego z najmniejszych teatrów operowych Europy, urządzonego w dawnej sali balowej „Czeskiego Domu”, skąd w 1918 roku Janaczek zawiadywał przygotowaniami do wiedeńskiej premiery Jenufy. Dziś mieści się tam Kammeroper, od blisko dziewięciu lat zarządzana przez Theater an der Wien jako studio operowe młodych, dające też pole do popisu reżyserom, którzy muszą się wykazać nie lada umiejętnościami, rozgrywając swoje wizje na scenie wielkości podestu w prowincjonalnym kinie. Przy okazji premiery Bajazeta Vivaldiego w ujęciu Krystiana Lady skorzystałam z gościnności Instytutu Polskiego. Przed wyjazdem na Tristan Experiment w inscenizacji Günthera Groissböcka zarezerwowałam pokój w budynku opery, gdzie od czasów wojny mieści się Hotel Post: niedawno pieczołowicie odnowiony, z zachowaniem większości wystroju z czasów Janaczka, włącznie z windą, która przez kilka dni woziła mnie na trzecie piętro i z powrotem.

Monachium, lipiec 2021. Można powiedzieć – wakacje, czyli nagła i niespodziewana wycieczka za namową zaprzyjaźnionego operomana, który kupił po dwa bilety na Ptaki Braunfelsa i Rusałkę Dworzaka w Bayerische Staatsoper, wychodząc ze słusznego założenia, że nie odmówię mu towarzystwa. Dziwne uczucie wybrać się do opery ot tak, bez żadnych zobowiązań. Wprawdzie napisałam recenzję, ale przez cały pobyt w Monachium miałam poczucie, że wreszcie nic nie muszę, za to mogę przesiadywać całymi godzinami w zalanych słońcem ogródkach restauracji ze specjałami kuchni bawarskiej. Oczy też było czym nakarmić. Podczas jednego z leniwych spacerów zwiedziliśmy prawdziwą perłę architektury późnobarokowej i południowoniemieckiego rokoka: kościół św. Jana Nepomucena, wzniesiony przez słynnych braci Asamów jako prywatna kaplica z dobudowaną plebanią i domem mieszkalnym. Młodszy z braci, Egid Quirin, urządził w nim sypialnię z wewnętrznym oknem na główny ołtarz. Kto wie, może dożyję kiedyś wyjazdu z noclegiem w operze: oczywiście w pokoju z widokiem na scenę.

Paryż, wrzesień 2021. O niespecjalnie udanym przedstawieniu Fidelia w Opéra-Comique doniosłam przed tygodniem. Jeśli pominąć ten drobny szczegół, pobyt w Paryżu udał się nad podziw. Począwszy od przepysznej kolacji u Szeherezada, czyli Piotra Kamińskiego i jego nieocenionej żony Wandy, przez późnowieczorne operomanów rozmowy w kawiarni przy Rue de Richelieu i noclegi w hotelu, gdzie kiedyś mieścił się ulubiony burdel Toulouse-Lautreca, aż po sentymentalną wycieczkę do Dzielnicy Łacińskiej. Z obowiązkową wizytą w kościele św. Szczepana ze Wzgórza, a co za tym idzie – na grobach Pascala i Racine’a. Kto jeszcze nie odkrył, że za drzwiami prowadzącymi do zakrystii, w krużgankach kościelnego wirydarza, można podziwiać świeżo odrestaurowane witraże z przełomu XVI i XVII wieku, niech o tym nie zapomni przy okazji kolejnej wizyty w stolicy Francji.

Budapeszt, październik 2021. O tej wyprawie będę dopiero pisać. Na razie nie zdradzę szczegółów: podzielę się tylko z Państwem fotografią Mátyás kútja, czyli fontanny Macieja Korwina, neobarokowej grupy rzeźbiarskiej dłuta Alajosa Stróbla, nazywanej nie bez racji budapeszteńską Fontanną di Trevi. Król Maciej I był wybitnym mecenasem sztuk i nauk, a zarazem bezwzględnym politykiem, twórcą mocarstwowej potęgi Węgier, która rozpadła się jak domek z kart ledwie kilka miesięcy po jego śmierci, między innymi za sprawą niejakiego Władysława II Jagiellończyka, władcy tyleż gnuśnego, co niezbyt rozgarniętego. Pisać będę właściwie o czym innym, ale tak się tylko zadumałam nad prawdą historyczną i stereotypami. Od tych drugich coraz trudniej nam uciec w codziennym życiu. Tym bardziej zachęcam do podróży: w świat opery, w słowo pisane, w głąb siebie, byle dalej od wszechobecnego zgiełku, który coraz skuteczniej odbiera nam zdolność racjonalnego myślenia. Co złego, to my. Ale i do czynienia dobra jesteśmy zdolni. Trzeba sobie tylko przypomnieć, jak to się robi.

Wszystkie zdjęcia: Dorota Kozińska

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.