Pianino, palnik naftowy i jedno zdjęcie

W nadziei, że nowy sezon potoczy się już bez przeszkód i z aktywnym udziałem Upiora, dzielę się z Państwem kolejnym z esejów towarzyszących pandemicznym koncertom NOSPR. Ten odbył się 22 października ubiegłego roku, z udziałem jednej czwartej publiczności, bez Lawrence’a Fostera, którego na podium dyrygenckim w ostatniej chwili zastąpił Lionel Bringuier. W partiach solowych wystąpili Piotr Tarcholik (skrzypce), Natalia Kurzac-Kotula (wiolonczela) i Tymoteusz Bies (fortepian).

***

Bohuslav Martinů długo wchodził w dorosłość. Nieśmiały syn szewca z Polički – zamknięty we własnym świecie i z trudem nawiązujący przyjaźnie – zasiadł przy pulpicie drugich skrzypiec Filharmonii Czeskiej w 1919 roku, w wieku bez mała trzydziestu lat, wciąż bez dyplomu absolwenta konserwatorium. Gdyby nie wsparcie dyrygenta Václava Talicha i zachęta ze strony Josefa Suka, być może nigdy nie zająłby się na dobre sztuką kompozycji. Kiedy dostał niewielkie stypendium od ministra edukacji, miał już w dorobku kwartet smyczkowy i partytury dwóch baletów. Był rok 1923. Martinů ruszył po nowe doświadczenia do Paryża. Przez trzy lata tułał się, gdzie popadnie, aż znalazł swoje wymarzone lokum – maleńki pokoik przy ulicy Delambre w dzielnicy Montparnasse, a w nim wszystko, co jego zdaniem wystarczało do szczęścia: pianino, palnik naftowy i zdjęcie pięknej automobilistki Eliški Junkovej za kierownicą wyścigowego Bugatti.

Martinů i jego kot

Na towarzyszkę życia trafił przypadkiem, w cyrku Medrano, dokąd wybrał się w listopadzie 1926 roku w poszukiwaniu muzycznej inspiracji. Tamtego dnia skupił się jednak na całkiem czymś innym. W przystępie odwagi wsunął w rękę siedzącej przed nim dziewczyny karteczkę ze swoim nazwiskiem i adresem. Charlotte – bo tak jej było na imię – przyjęła propozycję spotkania. Po kilku udanych niedzielnych randkach postanowiła wprowadzić się do Bohuslava. Pomagała mu szlifować francuski, gotowała dla niego i cerowała mu ubrania. Była nim tak oczarowana, że de facto wzięła go na utrzymanie. Jako zdolna krawcowa zarabiała dość dla obojga, dzięki czemu Martinů mógł bez reszty poświęcić się pracy kompozytorskiej. W marcu 1931 roku para zalegalizowała swój związek w paryskim ratuszu.

Tuż po ślubie Martinů rzucił się w wir twórczości i wreszcie mógł w spokoju podsumować dotychczasowe doświadczenia z pobytu w Paryżu. Stopniowo odchodził od eksperymentów z atonalnością i serializmem, kładąc podwaliny pod własny, indywidualny styl neoklasyczny. Pisanie Koncertu na trio fortepianowe i orkiestrę smyczkową – w 1933 roku, na zamówienie Tria Węgierskiego – zajęło mu raptem kilka tygodni. Spod pióra kompozytora wyszedł brawurowy, soczysty brzmieniowo utwór, łączący modernistyczną chromatykę i politonalność z barokowym konrapunktem i elementami techniki koncertującej. Gdyby Bach zmartwychwstał w XX wieku, tak mógłby wyglądać jego kolejny Koncert brandenburski – zwarty i zdyscyplinowany formalnie, a zarazem pełen zaskoczeń rytmicznych i harmonicznych.

Absurdalnym zrządzeniem losu Koncert doczekał się prawykonania dopiero w sierpniu 1963 roku – wszystko przez to, że Martinů zgubił obiecaną muzykom partyturę. Żeby wywiązać się z umowy, w jeszcze krótszym czasie skomponował Concertino na ten sam skład, przez długi czas utożsamiane przez muzykologów z zaginionym rękopisem. Do odkrycia nieznanego utworu Martinů znów przyczyniła się Charlotte, która odnalazła zgubę w papierach po zmarłym mężu i przekazała ją belgijskiemu muzykologowi Harry’emu Halbreichowi, wybitnemu znawcy twórczości Martinů. Halbreich potwierdził autentyczność dzieła i oznaczył je w swoim katalogu numerem 231 – dla odróżnienia od wspomnianego już Concertina H. 232.

Dvořák na szczęście nie zgubił rękopisu świeżo ukończonej Serenady E-dur, choć pisał ją w bardzo podobnych okolicznościach. Dwa lata wcześniej ożenił się z Anną Čermákovą, której udzielał kiedyś lekcji gry na fortepianie. Rok po ślubie para doczekała się pierwszego z dziewięciorga swoich dzieci – ukochanego syna Otakara. Kompozytor, otoczony rodzinnym ciepłem i miłością, wkroczył w jeden z najbardziej produktywnych okresów w karierze. W 1875 – roku powstania Serenady – światło dzienne ujrzały też jego Duety morawskie, V Symfonia, II Kwintet smyczkowy i opera Wanda. Dvořák zyskał nie tylko uznanie, ale też długo wyczekiwaną stabilizację finansową. Otrzymał całkiem intratną posadę organisty w jednym z praskich kościołów. Cesarsko-królewski minister edukacji w Wiedniu przyznał mu bardzo wysokie stypendium – decyzją komisji, w której pracach uczestniczyli między innymi krytyk Eduard Hanslick, dyrektor Staatsoper Johann Herbeck oraz Johannes Brahms. Całe szacowne gremium wskzywało na „wyjątkowy i niepowtarzalny talent” obiecującego Czecha. Dvořák nie zawiódł oczekiwań – dzięki hojności rządu austriackiego powstało kilkanaście utworów, które z czasem weszły do ścisłego kanonu koncertowego.

Dvořák i jego gołębie

Serenada powstała nie tylko w dogodnych warunkach, ale i w porywie nagłego natchnienia. Dvořák poświęcił na jej skomponowanie zaledwie dwanaście majowych dni. Prawykonanie odbyło się w grudniu 1876 roku w Pradze, pod batutą Adolfa Čecha – śpiewaka, tłumacza librett i dyrygenta, a zarazem niestrudzonego promotora twórczości Dvořáka. Wdzięczny i stosunkowo łatwy w odbiorze utwór powitano huraganową owacją. Ludevít Procházka pisał w recenzji do „Národní listów”, że „nie sposób rozsądzić, która z pięciu części zasługuje na najwyższe uznanie: wszystkie są równie interesujące, tak pod względem ogólnego zakroju formy, jak i pracy tematycznej”. Niespełna rok później berlińska oficyna Bote & Bock wydała Serenadę w autorskim układzie na duo fortepianowe. W kwietniu 1877 roku kompozycja powtórzyła swój sukces w Brnie, tym razem pod dyrekcją Leoša Janáčka. Partyturę w oryginalnej instrumentacji opublikowano w 1879 roku.

Tryskająca radością życia Serenada E-dur do dziś uwodzi słuchaczy – śpiewnością Moderato, elegancją Tempo di valse, przewrotnym humorem Scherza, liryzmem Larghetto i żywiołowością ujętego w luźną formę sonatową finału. Nie zdradza jeszcze oznak indywidualnego stylu, ale już imponuje rzetelnością roboty kompozytorskiej w dziedzinie małych form symfonicznych, przede wszystkim zaś uwodzi „czystą, beztroską dobrocią” materiału muzycznego – jak ujął to rosyjski dyrygent Misza Rachlewski, rozkochany w twórczości Dvořáka.

Program dzisiejszego wieczoru zadaje kłam tezie, jakoby niezbywalnym warunkiem wielkiej sztuki było cierpienie twórcy. Dwa niewątpliwe arcydzieła – Koncert Martinů oraz Serenada Dvořáka – są dziećmi spokoju i poczucia bezpieczeństwa. Światło nie zawsze czai się w mroku. Czasem rozlewa się blaskiem po bezchmurnym niebie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.