Obiecałam i słowa dotrzymam. Będę robić swoje, choć w otaczającej nas podło-absurdalnej rzeczywistości przychodzi mi to z coraz większym trudem. Wkrótce relacje z Londynu i Bazylei, dalsze plany znów pod znakiem zapytania, więc na pociechę pozwolę sobie podzielić się z Państwem felietonem do miesięcznika „Teatr” – na marginesie ulubionej nie tylko przeze mnie opery. W listopadowym numerze także blok tekstów o przemocy w szkołach artystycznych, rozmowy z Małgorzatą Szczęśniak i Tomaszem Koniecznym, esej Piotra Dobrowolskiego o twórczości szwajcarskiego reżysera Milo Raua i wiele innych ciekawych rzeczy. Czytajmy, póki jeszcze się da.
Ech, pisałam kiedyś o niesamowitej popularności „Roberta Diabła” w Warszawie. W strasznych czasacch paskiewiczowskic to było. Wedle zwyczanu oglądało się spektakl wielokrotnie. Najpierw całość, potem – jakiś ulubiony kawakek , arie lub balet. W karnawale młodzież męska przeplatała tańce na balu z wypadem do opery na „Roberta”.
Zresztą jeszcze Moniuszo „bywał na operze ” codziennie ,( już nie na „Robercie”). To już nie wróci. Tylko konkurs chopinowski przyciąga słuchaczy z taką częstotliwością i siłą, jak 180 lat temu.
Pamiętam, że pisałaś. I bardzo się cieszę, że teraz czytasz i komentujesz moją pisaninę. Ściskam mocno!