Mikołaja Niedoświadczyńskiego przypadki

No i proszę – rok temu, kiedy snuliśmy plany na przyszły sezon, też był straszny upał. W sumie niewiele się zmieniło. Upiór wciąż jest Włóczykijem i wciąż woli pomnażać doświadczenia niż majątek. Czyni to tak mozolnie i uparcie, że prócz skojarzeń z bohaterem Muminków przywodzi też na myśl protagonistę powieści Krasickiego: w tym roku jego przypadki przybierały już to postać robinsonady, już to powiastki filozoficznej z niezbędnymi elementami utopii. Obiecujemy się nie poprawiać, albo poprawiać powoli, żeby Czytelnicy mieli tym większą uciechę z naszych wzlotów i upadków.

Na początek małe podsumowanie. Z ubiegłorocznych założeń udało nam się wywiązać częściowo – jak zresztą było do przewidzenia. Dopadliśmy Welsh National Opera w sezonie jesiennym; dolecieliśmy do Glasgow na Rusałkę, która nie tylko okazała się jednym z piękniejszych i mądrzejszych przedstawień, jakie widzieliśmy w życiu, ale też pozwoliła nam odkryć talent Natalyi Romaniw – i to zanim brytyjska krytyka obwołała ją nową Netrebko po olśniewającym występie w partii Tatiany w Onieginie z Garsington Opera; przekonaliśmy się po Tannhäuserze w Longborough, że na każdą kolejną premierę pod batutą Anthony’ego Negusa trzeba będzie pielgrzymować choćby na czworakach. Plany związane z Europą Wschodnią chwilowo nie doszły do skutku, wpadliśmy za to na kilka świetnych koncertów w Berlinie i Leeds, odkryliśmy też blaski i cienie londyńskiej Opera Holland Park – przy okazji nie wolnej od potknięć, niemniej wstrząsającej inscenizacji Damy pikowej, która pod względem wokalnym zdecydowanie przeszła nasze oczekiwania.

345020-465x800

Rycina wielce sposobna z „Magazynu Warszawskiego” (1784).

Niedługo Upiór znów ruszy w podróż, i to dość długą. Już we wrześniu zapędzi się aż do Jekaterynburga, na rosyjską premierę Pasażerki Wajnberga pod batutą Olivera von Dohnányiego i w reżyserii Thaddeusa Strassbergera. Wkrótce potem zjedzie do Berlina na kilka ostatnich dni MusikFest, gdzie po raz pierwszy usłyszy na żywo Jonasa Kaufmanna, który wraz z Sarah Connolly i Thomasem Hampsonem zaśpiewa we Śnie Geroncjusza Elgara, z miejscową Staatskapelle pod dyrekcją Daniela Barenboima. Zamierza zostać w Berlinie kilka dni dłużej, żeby zestawić wrażenia ze znacznie skromniejszym i mniej szumnie zapowiadanym koncertem z Pieśnią o ziemi Mahlera. Jeśli się uda, doniesie sumiennie. W październiku poleci do Leeds na premierę Billy’ego Budda w Opera North – po pierwsze dlatego, że kocha ten utwór, po drugie dlatego, że stracił już nadzieję na jego wystawienie w Polsce, po trzecie, ze względu na Rodericka Williamsa w partii tytułowej. W listopadzie dopadnie Fidelia w obsadzie z Garsington, ale w Paryżu, w wykonaniu półscenicznym na estradzie nowej Filharmonii. W grudniu postara się dotrzeć do Badisches Staatstheater w Karlsruhe na Walkirię w nowej inscenizacji Ringu – w ramach dalszych badań terenowych nad fenomenalnie rozwijającym się głosem Petera Wedda. Będzie to jego debiut wagnerowski w Niemczech: w spektaklu pod batutą Justina Browna, w reżyserii bardzo obiecującego Amerykanina Yuvala Sharona, Wedd wystąpi w partii Zygmunta, mając u boku między innymi Katherine Broderick (Zyglinda) i Heidi Melton – Izoldę z ENO – w roli Brunhildy. Upiór mocno trzyma kciuki.

A potem dopiero się zacznie, więc nie uprzedzajmy wypadków. Dylematów, czy wybrać się do Glasgow na Peleasa i Melizandę w reżyserii Davida McVicara, w scenografii Rae Smith i ze światłami scenicznymi Paule Constable (obydwie panie są współtwórczyniami oszałamiającego sukcesu przedstawienia War Horse w National Theatre), czy może odczekać miesiąc i pojechać na Zamek Sinobrodego w inscenizacji Matthew Lentona i z udziałem jego teatru Vanishing Point, który kilkanaście lat temu wywołał furorę zagraną w kompletnych ciemnościach adaptacją Ślepców Maeterlincka – będzie coraz więcej. Bo z każdego upiornego wypadu przywozi się zachwyt nad kolejnym śpiewakiem, dyrygentem, rasowym człowiekiem teatru operowego. A potem trzeba dokonywać bolesnych wyborów.

„Tyle razy doznawszy najosobliwszych fortuny odmian, ledwom mógł z początku wierzyć, że to, co widziałem i czułem, było na jawie” – wyznał Mikołaj Doświadczyński. A cóż dopiero ma powiedzieć Mikołaj Upiór Niedoświadczyński, który nieprędko ujrzy kres swoich podróży.

 

Herman Gone Mad

Anyone who has read Pushkin’s Queen of Spades is aware of how far Modest’s libretto departs from the prototype of Pyotr Tchaikovsky’s opera. Pushkin’s Hermann is a repulsive cynic who merely pretends to love Lizavyeta Ivanovna in order to find out the Countess’ secret. His operatic counterpart hits bottom, torn between his feelings for Liza and his obsessive desire to get rich – in which he sees the only recipe for happiness and freedom. The one does not sit down at the table at the casino because he does not want to ‘sacrifice the essential in the hope of obtaining the superfluous’; the second does not play because he simply does not have the money to do so. The cowed Lizavyeta from the novella is only the old lady’s poor ward: having realized her own naïveté, her eyes fill with tears, she kicks the scoundrel out of the boudoir, proceeds to faint at the funeral and then disappear from the narrative, reappearing only during the epilogue, where the author explains that she ‘has married a very nice young man, who holds such-and-such a post and possesses a quite sizeable fortune.’ The proud Liza from the opera is the Countess’ granddaughter, engaged to a real, live prince, but despite that madly in love with the mysterious Herman, who divests her of all her illusions and drives her to suicide in the current of the Neva. Pushkin’s Hermann goes mad and spends the rest of his life in an insane asylum muttering the magic card formula under his breath. Tchaikovsky’s Herman shoots himself in the heart and dies with Liza’s image before his eyes, begging for forgiveness from Prince Yeletsky, whom the two of them had betrayed. The novella’s plot takes place in Pushkin’s era; the opera’s time frame has been moved back to the reign of Catherine the Great.

The divergences could be further multiplied, superficially to the disadvantage of the libretto of Queen of Spades, which many researchers have accused of dramaturgical incoherence and trivialization of the message of Pushkin’s novella. For the latter is indeed a masterpiece bespeaking masterful play with literary convention and with the reader, who remains in suspense to the very end as to what really happened, and what is a figment of the protagonist’s sick imagination. The reader must make a personal decision as to whether Tomsky’s story summing up the plot is a fairytale, a metaphor for the randomness governing human fortunes, a sharper’s anecdote about playing with marked cards, or perhaps all of the above at once. Besides, Pushkin knew what he was writing about: he himself was a passionate pharaoh player and, if we are to believe the reports of his contemporaries, he came a hair’s breadth one night from losing the fifth chapter of Eugene Onegin in a game with General Zagrazhsky.

unspecified

The finale of Scene III. Photo: Robert Workman.

It is no wonder, then, that the first attempts to ‘re-Pushkinize’ the opera were made less than forty years after Queen of Spades’ St. Petersburg world première. It is interesting, however, that in all of these attempts, a thread appeared that had nothing to do even with Pushkin’s narrative, let alone Tchaikovsky’s. Konstantin Stanislavsky – in his staging from 1928 – made Herman the victim of a ‘politically hostile’ idea that finally led him to madness and ruin. Vsevolod Meyerhold’s concept (1935 production) was born amid the atmosphere of the Stalinist great terror: his Herman is from the beginning a reject on the verge of a breakdown, going around the bend under the influence of his obsession with cards. Each era in theatrical history is governed by its own order (or law of chaos, depending on one’s viewpoint). Even though Queen of Spades has made its way into the worldwide repertoire against much more resistance than Onegin, one could write entire volumes about its interpretations by stage directors, including the most recent one by Stefan Herheim, who turned it into an autobiographical tale about a musician imprisoned in the cage of his own sexuality.

However, before we set out to correct Tchaikovsky’s opera, it is worthwhile to realize that Queen of Spades is a separate work and, in certain respects, even more multilayered than Pushkin’s prototype. The librettist and composer took on the risky task of combining the antihero of an Enlightenmentesque anecdote with a red-blooded human being – specifically, a Russian Romantic hero. The lishniy chelovek – a superfluous, worthless man – is the collective victim of repression by Tsar Nikolai I after the suppression of the Decembrist revolt, a young nobleman with no prospects in life, motivated by a delusive feeling of superiority and equally vain faith in the power of his own intellect. The protagonist of Eugene Onegin – but also of later works by Turgenev, Goncharov and Dostoyevsky – with whom most of the 19th-century Russian intelligentsia sympathized, including Tchaikovsky. This is why the composer sobbed over ‘poor Herman’ as he finished writing the scene in which the suicide’s former friends bid him farewell with mournful song.

Appearances notwithstanding, the original idea of moving the narrative back to the era of Catherine the Great brings with it just as many incoherencies as later attempts to ‘restore’ Pushkin’s context to the opera (for example, the arietta from Grétry’s opera is at least half a century removed from the raptures of youth mentioned by the Countess). Tchaikovsky’s Queen of Spades draws on the treasury of tradition as much as it charges off into the future. Herman – even in an officer’s costume – is closer to Stavrogin and Verkhovensky from Dostoyevsky’s Demons than to the handsome boys as perfect as a painting of the great empress’ era. The musical narrative – despite the Mozartean pastiche in Act II – at times moves beyond Tchaikovsky’s era, for instance in Scene IV, where the composer builds up a mood of terror by using whole-tone scales. Let us add to this an entire arsenal of quotes, crypto-quotes and paraphrases, and spice it up with numerological symbolism (among other things, three acts, seven scenes and one Herman singing tirelessly throughout the entire work – in other words, a structural counterpart to the ‘three, seven, ace’ formula); and we get a work so complex that it is really not worthwhile to ‘enrich it’ via attempts to superimpose new meanings upon it.

The Queen of Spades - Pyotr Ilyich Tchaikovsky - Opera Holland Park - 2nd August 2016 Conductor - Peter Robinson Director - Rodula Gaitanou Designer - Cordelia Chisholm Lighting Designer - Simon Corder Choreographer - Jamie Neale Herman - Peter Wedd Lis

Three, seven, ace. Herman (Peter Wedd) finds out the secret of the three cards. Photo: Robert Workman.

Fortunately, it is this path that young stage director Rodula Gaitanou has followed in her debut on the stage of London’s Opera Holland Park in an atmosphere of great expectations (the creator of the previous staging in 2006 was Martin Lloyd-Evans). Her task was all the more difficult in that this summer theatre – excellently-designed, but nonetheless open-air, separated from a public park only by a thin layer of tent canvas – is not particularly friendly to performers, who must constantly struggle with noises from the wind, helicopters flying over the city and moorhens rooting about in the bushes wafting in from offstage. The conditions also distract the audience, who observe most of the show from an ‘auditorium’ enveloped in waning daylight. The decision to play out the entire action in a semicircular space highlighted by the rhythm of Classical arches, in which simple props appear sporadically (stage design by Cordelia Chisholm), turned out to be extraordinarily apt – especially in combination with the sensibly-placed lighting (Simon Corder) and dazzling beauty of the costumes. Gaitanou did not carry out any ‘re-Pushkinization’ of Queen of Spades, but rather set the narrative in the framework of our collective imagination of 19th-century Russia, naturally approaching chronologically the time when the opera was written. Despite everything, however, it is evident that she read Pushkin’s novella carefully and with understanding, and then proceeded to utilize this knowledge for the benefit of the production. First of all, she disoriented the audience, skillfully disrupting the superficially realistic theatrical convention with a growing number of interventions ‘from the hereafter’, to which no one paid any attention at the beginning, only to awaken in Scene V in a world of truly Goyaesque visions and nightmares. Secondly, she alluded to the memories of Pushkin fans who remember how Hermann grabbed Lizavyeta by the hand and then disappeared before the girl managed to recover from her terror; how he later imagined the ace (queen of spades?) in the form of a giant spider; how the door slammed in the entrance hall – all of these gestures and images found a convincing theatrical counterpart in her concept.

Unfortunately, she did not manage to play out the scenes that are absent from Pushkin in an equally flawless manner. The initial episode in the summer garden dragged on mercilessly; the ball in Act II did not manage to take on sufficient panache; the otherwise wittily-conceived ‘pastoral scene’ clearly stood out from the rest of the concept. The production only really swung into action after the intermission, placed by the organizers before the second scene of Act II. One of the most beautiful moments was Herman’s oneiric dance with the half-conscious Countess, whom the young officer caresses first from a distance, himself horrified, not knowing whether the old lady recognizes in him an old lover, an illegitimate son, or only her nemesis. Liza’s suicide looked equally promising until the director decided that the tormented lady-love would shoot herself with a pistol taken away from Herman – it would have sufficed to make do with the even so already-utilized ‘engulfing’ of the heroine by undulating draperies that, with the aid of skillfully-placed lighting, would have given a convincing illusion of the waves of the Neva closing over the suicide. This disappointment was recompensed by the daring scene in the gambling den, from the players’ decadent dances straight through to Herman’s death in the finale carried out on a tilted table in the worrisome company of two ghosts: Liza, dressed in a white wedding dress; and her saturnine guardian angel, in the person of the Countess.

The Queen of Spades - Pyotr Ilyich Tchaikovsky - Opera Holland Park - 2nd August 2016 Conductor - Peter Robinson Director - Rodula Gaitanou Designer - Cordelia Chisholm Lighting Designer - Simon Corder Choreographer - Jamie Neale Herman - Peter Wedd Lis

Liza (Natalya Romaniw) looks out for Herman on the banks of the Winter Canal. Photo: Robert Workman.

Gaitanou was clearly inclined towards the concept of Meyerhold, who imprinted his Herman with insanity from the very beginning of his production. Peter Wedd – after the beautifully-sung aria ‘Ya imyeni yeyo nye znayu’ – descended into madness too quickly, which weakened the internal tension of the later ‘Prosti, nyebesnoye sozdanye’, which in an ideal rendition lays bare the contrast between lyrical manipulation and the triumphal, indeed ecstatic feeling of a goal achieved. Fortunately, the man is an intelligent and tireless singer who, starting in Scene IV, built the dramaturgy of the character basically alone – with a voice consciously ‘dirtied’ in the middle register, overwhelming at the top of his range, as sonorous as a baritone in the low register, terrifying at the turning points in the plot. In the person of Natalya Romaniw (Liza), he found the perfect partner – the phenomenally-gifted Welsh singer has a true spinto soprano voice, full, round and dark in colour; she manages her phrasing with equal passion and musicality to that of her onstage lover, which found arresting expression in the duet from Act III, preceded by the heartbreaking monologue ‘Akh! istomilas ya goryem’, a resignation-laden lullaby for herself, a woman taking leave of an unfulfilled dream. The superbly-characterized Rosalind Plowright in the role of the Countess did not, unfortunately, manage to avoid falling into caricature: I grew up on the legendary performances of the Russian contraltos, among them Fayina Petrova and Nadezhda Obukhova, and I know that singing this role in a secure voice with balanced registers builds up considerably more terror than the most superb display of acting ability. Richard Burkhard (Tomsky), vocally accurate and conscious of his role, made a very good impression on me; Grant Doyle (Yeletsky) – none-too-authoritative, though impressive in his cultivated phrasing – somewhat less so. The scene in the gambling den was ‘stolen’ by Chekalinsky in the person of Aled Hall, one of the best British character tenors. Which does not change the fact that all previous impressions were eclipsed by Herman’s last aria ‘Shto nasha zhizn’ and the final scene of the protagonist’s death, filled out by a short, poignant a cappella chorus that literally closed the dead man’s eyes and left us with a feeling that in another world, the whole thing could have ended entirely differently.

For the superb choir, singing with vocal production worthy of the Bolshoi Theatre ensemble in Moscow in its best years under music director Rozhdzhestvensky, I shall spare no compliments. It was somewhat more difficult to get used to the orchestra’s playing under the baton of Peter Robinson, which made a wonderful impression in the ‘Classical’ pastiche passages, but lacked fullness of sound in the strings, the peculiarly ‘Russian’ breathing in long phrases and sufficient balance of proportions between the individual sections. I must admit, however, that in Scene IV – in musical terms probably the best in the entire performance – the woodwinds brought out details from this score that are not often heard on the world’s stages, and the obstinate sough of the violas against the background of the ominous pizzicato in the ’celli and double basses in the initial measures of the scene recompensed me even the anemic cantilena of the violins.

I was at the second performance of six – running with the same cast every two days, in immeasurably difficult acoustic conditions, at a summer opera ignored by most of my Polish professional colleagues. Featuring singers who give their all onstage. Most of them considerably better than the soloists in the aforementioned production from De Nationale Opera in Amsterdam under stage director Herheim. I shall allude again to Dostoyevsky and his Bobok in the translation of Constance Garnett: ‘I shall go to other tombs, I shall listen everywhere. Certainly one ought to listen everywhere and not merely at one spot in order to form an idea. […] But I shall certainly go back to those.’

Translated by: Karol Thornton-Remiszewski

Herman dostał pomieszania zmysłów

Ktokolwiek czytał Damę pikową Puszkina, ten zdaje sobie sprawę, jak dalece libretto Modesta odbiega od pierwowzoru opery Piotra Czajkowskiego. Puszkinowski Herman jest odrażającym cynikiem, który tylko udaje miłość do Lizawiety Iwanowny, żeby posiąść sekret hrabiny. Jego operowy odpowiednik sięga dna, rozdarty między uczuciem do Lizy a obsesyjnym pragnieniem wzbogacenia się – w którym widzi jedyną receptę na szczęście i wolność. Jeden nie siada do stołu w kasynie, bo nie chce „poświęcić tego, co niezbędne, w nadziei zdobycia tego, co zbyteczne”, drugi nie gra, bo po prostu nie ma za co. Zahukana Lizawieta z noweli jest tylko ubogą wychowanką staruchy: uświadomiwszy sobie własną naiwność, zaleje się łzami, wyprowadzi łotra z buduaru, potem jeszcze zemdleje na pogrzebie i zniknie z narracji, pojawiając się dopiero w epilogu, gdzie autor wyjaśnia, że „wyszła za mąż za bardzo miłego młodzieńca, który zajmuje jakiś tam urząd i posiada niezgorszy majątek”. Dumna Liza z opery jest wnuczką hrabiny, zaręczoną z najprawdziwszym księciem, a mimo to zakochaną do szaleństwa w tajemniczym Hermanie, który odbierze jej wszelkie złudzenia i doprowadzi ją do samobójstwa w nurtach Newy. Herman Puszkina zwariuje i spędzi resztę życia w szpitalu dla obłąkanych, mamrocząc pod nosem karciane zaklęcie. Herman Czajkowskiego strzeli sobie w serce i umrze z obrazem Lizy przed oczyma, błagając o wybaczenie zdradzonego przez oboje księcia Jeleckiego. Akcja noweli dzieje się w czasach Puszkina, akcję opery cofnięto w lata panowania carycy Katarzyny.

Rozbieżności można by dalej mnożyć, pozornie na niekorzyść libretta Damy pikowej, któremu wielu badaczy zarzucało niespójność dramaturgiczną i trywializację przesłania Puszkinowskiej noweli. Bo ta istotnie jest arcydziełem, przejawem mistrzowskiej gry z konwencją literacką i samym czytelnikiem, który do końca zostaje w niepewności, co wydarzyło się naprawdę, a co jest wytworem chorej wyobraźni protagonisty. Sam musi zdecydować, czy zawiązująca akcję opowieść Tomskiego jest bajką, metaforą rządzącego ludzkim losem przypadku, szulerską anegdotą o grze znaczonymi kartami, a może wszystkim naraz. Poza tym Puszkin wiedział, o czym pisze: sam rżnął namiętnie w faraona i jeśli wierzyć relacjom współczesnych, którejś nocy o mały włos przegrałby piąty rozdział Eugeniusza Oniegina w partii z generałem Zagrażskim.

cw-11986-medium

Toaleta Hrabiny. W środku Rosalind Plowright. Fot. Robert Workman.

Nic więc dziwnego, że pierwsze próby „repuszkinizacji” opery podjęto niespełna czterdzieści lat po petersburskiej prapremierze Damy pikowej. Ciekawe jednak, że w każdej z tych prób pojawiał się wątek, który nie miał nic wspólnego ani z narracją Puszkina, ani tym bardziej Czajkowskiego. Konstanty Stanisławski – w inscenizacji z 1928 roku – uczynił z Hermana ofiarę wrogiej idei, która ostatecznie przywiodła go do szaleństwa i zguby. Koncepcja Wsiewołoda Meyerholda (spektakl z 1935 roku) rodziła się w atmosferze wielkiego terroru stalinowskiego: jego Herman jest od początku wyrzutkiem stojącym na granicy załamania nerwowego, którą przekracza pod wpływem karcianej obsesji. Każda epoka w dziejach teatru kieruje się własnym porządkiem (bądź prawem chaosu, zależy od punktu widzenia). Mimo że Dama pikowa przebija się do repertuaru światowego znacznie oporniej niż Oniegin, o jej interpretacjach reżyserskich, włącznie z najnowszą Stefana Herheima, który uczynił z niej autobiograficzną opowieść o muzyku uwięzionym w klatce własnej seksualności, można by napisać całe tomy.

Zanim się jednak zabierzemy do poprawiania opery Czajkowskiego, warto sobie uświadomić, że Dama jest dziełem odrębnym i pod pewnymi względami jeszcze bardziej wielowarstwowym niż Puszkinowski pierwowzór. Librecista i kompozytor podjęli karkołomny trud połączenia antybohatera oświeceniowej anegdoty z człowiekiem z krwi i kości, specyficznie rosyjskim bohaterem romantycznym. Lisznij cziełowiek – człowiek zbędny, bezwartościowy – to zbiorowa ofiara represji cara Mikołaja I po stłumionym powstaniu dekabrystów, młody szlachcic bez żadnych perspektyw życiowych, powodowany złudnym poczuciem wyższości i równie płonną wiarą w moc własnego intelektu. Protagonista Eugeniusza Oniegina, ale też późniejszych utworów Turgieniewa, Gonczarowa i Dostojewskiego, z którym sympatyzowała większość XIX-wiecznej inteligencji rosyjskiej, Czajkowskiego nie wyłączając. Właśnie dlatego kompozytor szlochał nad „biednym Hermanem”, kończąc pisać scenę, w której dawni przyjaciele żegnają samobójcę żałobnym śpiewem.

Wbrew pozorom oryginalne cofnięcie narracji w epokę Katarzyny Wielkiej pociąga za sobą równie wiele niespójności, jak późniejsze próby „przywrócenia” operze kontekstu Puszkinowskiego (na przykład ariettę z opery Grétry’ego dzieli co najmniej pół wieku od wspominanych przez Hrabinę uniesień młodości). Dama pikowa Czajkowskiego tyleż czerpie ze skarbnicy tradycji, ile wybiega w przyszłość. Hermanowi – nawet w oficerskim kostiumie – bliżej do Stawrogina i Wierchowieńskiego z Biesów niż do chłopców malowanych z epoki wielkiej carycy. Narracja muzyczna – mimo Mozartowskiego pastiszu w II akcie – fragmentami wyprzedza czasy Czajkowskiego, choćby w scenie czwartej, gdzie kompozytor podbudował nastrój grozy użyciem skal całotonowych. Dodajmy do tego cały arsenał cytatów, kryptocytatów i trawestacji, przyprawmy symboliką numerologiczną (między innymi trzy akty, siedem scen i jeden Herman, śpiewający niezmordowanie przez cały utwór, czyli konstrukcyjny odpowiednik formuły „trójka, siódemka, as”), a otrzymamy dzieło tak złożone, że doprawdy nie warto „wzbogacać” go próbami nakładania nań nowych znaczeń.

The Queen of Spades - Pyotr Ilyich Tchaikovsky - Opera Holland Park - 2nd August 2016 Conductor - Peter Robinson Director - Rodula Gaitanou Designer - Cordelia Chisholm Lighting Designer - Simon Corder Choreographer - Jamie Neale Herman - Peter Wedd Lis

Trójka, siódemka, as. Herman (Peter Wedd) poznaje sekret trzech kart. Fot. Robert Workman.

Na szczęście tym tropem poszła młoda reżyserka Rodula Gaitanou, debiutująca na scenie londyńskiej Opera Holland Park w atmosferze dużych oczekiwań (twórcą poprzedniej inscenizacji w 2006 roku był Martin Lloyd-Evans). Zadanie miała tym trudniejsze, że ten letni teatr – owszem, doskonale zaprojektowany, ale jednak plenerowy, oddzielony od publicznego parku tylko cienką warstwą płótna namiotowego – nie jest szczególnie przyjazny dla wykonawców, zmagających się nieustannie z dobiegającymi z zewnątrz odgłosami wiatru, przelatujących nad miastem helikopterów i buszujących w krzakach kurek wodnych. Warunki rozpraszają też odbiorców, obserwujących większość spektaklu z widowni spowitej światłem dogasającego dnia. Decyzja, żeby rozegrać całość w półkolistej, podkreślonej rytmem klasycystycznych łuków przestrzeni, w której sporadycznie pojawiają się proste rekwizyty (scenografia Cordelia Chisholm), okazała się nadzwyczaj trafna – zwłaszcza w połączeniu z rozumnie ustawionymi światłami (Simon Corder) i olśniewającą urodą kostiumów. Gaitanou nie przeprowadziła „repuszkinizacji” Damy pikowej, raczej osadziła narrację w ramach naszych wspólnych wyobrażeń o XIX-wiecznej Rosji, siłą rzeczy zbliżając się chronologicznie do czasu powstania opery. Mimo wszystko jednak widać, że nowelę Puszkina przeczytała uważnie i ze zrozumieniem, po czym wykorzystała tę znajomość z pożytkiem dla sprawy. Po pierwsze, zdezorientowała widzów, umiejętnie zaburzając pozornie realistyczną konwencję teatralną narastającą liczbą interwencji „z zaświatów”, na które z początku nikt nie zwracał uwagi, żeby w piątej scenie ocknąć się już świecie iście goyowskich zwidów i koszmarów. Po drugie, odwołała się do wspomnień wielbicieli Puszkina, którzy pamiętają, jak Herman chwycił Lizę za rękę i znikł, zanim dziewczyna zdążyła ochłonąć z przestrachu, jak później wyobrażał sobie asa (damę pikową?) pod postacią olbrzymiego pająka, jak trzasnęły drzwi w sieni – wszystkie te gesty i obrazy znalazły w jej koncepcji przekonujący ekwiwalent sceniczny.

Niestety, nie udało jej się równie celnie rozegrać scen, których u Puszkina nie ma. Początkowy epizod w letnim ogrodzie dłużył się niemiłosiernie, bal w II akcie nie zdążył nabrać dostatecznego rozmachu, dowcipnie skądinąd pomyślana „pastorałka” wyraźnie odstawała od reszty koncepcji. Przedstawienie rozkręciło się na dobre dopiero po przerwie, wyznaczonej przez organizatorów przed drugą odsłoną II aktu. Jednym z piękniejszych momentów był oniryczny taniec Hermana z półprzytomną Hrabiną, którą młody oficer pieści wpierw na odległość, sam przerażony, nieświadom, czy starucha rozpoznaje w nim dawnego kochanka, nieślubnego syna, czy tylko swoją nemezis. Równie pięknie zapowiadała się scena samobójstwa Lizy, dopóki reżyserka nie zdecydowała, że udręczona kochanka zastrzeli się z pistoletu odebranego Hermanowi – a wystarczyło poprzestać na i tak wykorzystanym „pochłonięciu” bohaterki przez rozfalowane draperie, które przy umiejętnie ustawionych światłach dałyby przekonującą ułudę zamykających się nad samobójczynią fal Newy. Rozczarowanie wynagrodziła brawurowa scena w szulerni, przeprowadzona od rozpasanych tańców graczy aż po finałową śmierć Hermana na przekrzywionym stole, w niepokojącym towarzystwie dwóch duchów: odzianej w ślubną biel Lizy i jej mrocznego anioła-stróża w osobie Hrabiny.

spades1-large_trans++D3d2dmOlWYuQkR76XZjLQLXU7gd1mWUCWbCauCXAOdc

Liza (Natalya Romaniw) wygląda Hermana nad brzegiem Kanału Zimowego. Fot. Robert Workman.

Gaitanou wyraźnie skłoniła się ku koncepcji Meyerholda, który naznaczył swojego Hermana piętnem szaleństwa od samego początku spektaklu. Peter Wedd – po pięknie zaśpiewanej arii „Ja imieni jejo nie znaju” – zbyt szybko osunął się w obłęd, co osłabiło wewnętrzne napięcie późniejszej „Prosti, niebiesnoje sozdanije”, która w wykonaniu idealnym bezlitośnie obnaża kontrast między liryczną manipulacją a triumfalnym, wręcz ekstatycznym poczuciem osiągniętego celu. Na szczęście trafiło na śpiewaka inteligentnego i niezmordowanego, który począwszy od czwartej sceny budował dramaturgię postaci właściwie sam – głosem świadomie „zabrudzonym” w średnicy, dojmującym w górze skali, dźwięcznym jak baryton w dole, przerażającym w momentach zwrotnych akcji. W osobie Natalyi Romaniw (Liza) znalazł partnerkę wymarzoną – fenomenalnie uzdolniona walijska śpiewaczka dysponuje prawdziwym sopranem spinto, pełnym, okrągłym i ciemnym w barwie; prowadzi frazę równie żarliwie i muzykalnie, jak jej sceniczny kochanek, co znalazło wstrząsający wyraz w duecie z III aktu, poprzedzonym łamiącym serce monologiem „Ach, istomiłas’ ja goriem”, pełną rezygnacji kołysanką dla samej siebie, kobiety rozstającej się z niespełnionym marzeniem. Znakomita postaciowo Rosalind Plowright w roli Hrabiny nie uchroniła się, niestety, przed popadnięciem w karykaturę: wychowałam się na legendarnych wykonaniach rosyjskich kontralcistek – z Fajiną Pietrową i Nadieżdą Obuchową na czele – i wiem, że odśpiewanie tej partii głosem pewnym i wyrównanym w rejestrach budzi znacznie większą grozę niż najświetniejszy popis aktorstwa. Bardzo dobre wrażenie wywarł na mnie rzetelny wokalnie i  świadom swej roli Richard Burkhard (Tomski), nieco mniejsze – niezbyt autorytatywny, choć imponujący kulturą frazy Grant Doyle (Jelecki). Scenę w szulerni „skradł” Czekaliński w osobie Aleda Halla, jednego z najlepszych brytyjskich tenorów charakterystycznych. Co nie zmienia faktu, że wszelkie wcześniejsze wrażenia przyćmiła ostatnia aria Hermana „Szto nasza żyzń” i finałowa scena śmierci bohatera, dopełniona krótkim, przejmującym chórem a cappella, który dosłownie zamknął umarłemu oczy i zostawił nas w poczuciu, że w innym świecie mogłoby to wszystko skończyć się całkiem inaczej.

Dla znakomitego chóru, śpiewającego emisją godną zespołu Teatru Wielkiego w Moskwie w najlepszych latach dyrekcji muzycznej Rożdżestwienskiego, komplementów szczędzić nie będę. Nieco trudniej było się oswoić z grą orkiestry pod batutą Petera Robinsona, która wypadła świetnie w „klasycznych” ustępach pastiszowych, zabrakło jej wszakże pełni brzmienia w smyczkach, specyficznie „rosyjskiego” oddechu w długich frazach i dostatecznego wyważenia proporcji między poszczególnymi sekcjami. Muszę jednak przyznać, że w scenie czwartej – pod względem muzycznym chyba najlepszej z całego spektaklu – drzewo wydobyło z tej partytury detale nieczęsto słyszane na światowych scenach, a uporczywy poszum altówek na tle złowieszczego pizzicato wiolonczel i kontrabasów w początkowych taktach odsłony wynagrodził mi nawet anemiczną kantylenę skrzypiec.

Byłam na drugim przedstawieniu z sześciu – idących w tej samej obsadzie co drugi dzień, w niezmiernie trudnych warunkach akustycznych, w letniej operze lekceważonej przez większość polskich kolegów po fachu. Z udziałem śpiewaków, którzy na scenie dają z siebie wszystko. W większości znacznie lepszych niż soliści głośnego, wspomnianego już spektaklu z amsterdamskiej De Nationale Opera w reżyserii Herheima. Odwołam się znów do Dostojewskiego i do jego Boboka w przekładzie Marii Leśniewskiej: „Odwiedzę inne kwatery, posłucham wszędzie. O to właśnie chodzi, że trzeba wszędzie ucha nadstawić, nie tylko w jednym miejscu, żeby sobie wyrobić jakieś pojęcie. (…) A do tamtych na pewno powrócę”.

Odgrzewany peppermint

Wkrótce po premierze Zagubionej autostrady Davida Lyncha (w kwietniu 1997 roku) jeden z krytyków napisał, że oglądanie tego filmu przypomina całowanie się z własnym odbiciem w zwierciadle. Obraz jest wyraźnie zaangażowany i oddaje pocałunek, ale przyjemność ze zbliżenia wątpliwa, poza tym to lustro jakieś zimne. Muszę przyznać, że i ja poczułam się rozczarowana – zwłaszcza po graniczącym z ekstazą zachwycie Miasteczkiem Twin Peaks (ukochany serial ojca, który wychował mnie na twórczości symbolistów i surrealistów). Mając w pamięci mrożącą krew w żyłach Głowę do wycierania, niejednoznaczny Blue Velvet i przejmującą, choć wtórną Dzikość serca, spodziewałam się czegoś więcej – tajemnicy trzymającej w nieznośniejszym napięciu, narracji bardziej zapętlonej, konkluzji jeszcze bardziej dezorientującej. Wbrew pozorom, nielinearność i fragmentaryczność narracji wcale nie zbiła mnie z tropu. Nie zmyliły mnie też Lynchowe igraszki z tożsamością bohaterów. Nie takie rzeczy oglądałam u mistrzów kina lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych – choćby Geraldine Chaplin w podwójnej roli blond-wampa i pozornie tylko uległej ciemnowłosej pielęgniarki w Mrożonym peppermincie Carlosa Saury (1967), albo dwie genialne aktorki – Carole Bouquet i Ángelę Molinę – grające jedną i tę samą kobietę w późniejszym o jedenaście lat Mrocznym przedmiocie pożądania, ostatnim arcydziele Luisa Buñuela. Dla wielbicieli prozy Ambrose’a Bierce’a i Pierre’a Louÿsa – do których się również zaliczam – Zagubiona autostrada była symptomem pierwszego poważnego kryzysu w twórczości Lyncha. Dla wielu innych, w tym także austriackiej kompozytorki Olgi Neuwirth, stała się filmem kultowym. W 2016 roku, trzynaście lat po prapremierze w Grazu w ramach Styryjskiej Jesieni, mogliśmy wreszcie zapoznać się z kompozycją Neuwirth na żywo, w sali głównej NFM we Wrocławiu, na XVI Międzynarodowym Festiwalu Filmowym „Nowe Horyzonty”.

Świadomie wzdragam się przed użyciem określenia „opera”. Neuwirth, twórczyni pięciu jak dotąd dzieł teatru muzycznego, również opiera się pokusie jednoznacznego zaszufladkowania swojej Zagubionej autostrady. To raczej forma pośrednia między akcją sceniczną a uzupełnioną projekcjami instalacją – forma, która paradoksalnie zubożyła przesłanie obrazu Lyncha. „Dziwne to, ale można powiedzieć, że w opracowaniu Neuwirth Lynch stał się jakby bardziej dosłowny, choć muzyka jest przecież asemantycznym medium” – pisał w 2008 roku Krzysztof Kwiatkowski na łamach „Ruchu Muzycznego”. Kilka miesięcy wcześniej, w tym samym piśmie, utyskiwałam na Kloing! and A songplay in 9 fits. Hommage à Klaus Nomi – muzyczny wieczór z „gwiazdą z pogranicza satyry i wodewilu, istotą bez płci i wieku, poza wszelką tradycją – ni to elfem, ni to pierrotem, ni to aktorem teatru kabuki”. Moje zastrzeżenia pod adresem tego utworu pokrywały się w pełni z wątpliwościami Krzysztofa w odniesieniu do Zagubionej autostrady. Neuwirth – we współpracy z Elfriede Jelinek – stworzyła partyturę nieledwie inwazyjną, zastępującą ścieżkę dźwiękową filmu rozległym, pieczołowicie zakomponowanym pejzażem akustycznym, w którym nie ostało się prawie nic z Lynchowskiej tajemnicy. Rozmigotane chmury dźwiękowe, z rozpoznawalnymi odniesieniami do muzyki Berga, Monteverdiego i Kurta Weilla, improwizacji Milesa Davisa i piosenek Perry’ego Como, osadzają tę enigmatyczną narrację w jednym tylko, boleśnie oczywistym kontekście – przywołanej przez reżyserkę Natalię Korczakowską „fugi dysocjacyjnej”, czyli zaburzenia nerwicowego, polegającego na ucieczce od traumatycznego doświadczenia. To, co w filmie Lyncha pozostało w sferze niedopowiedzeń – kim jest Alice wobec Renée, czy Fred naprawdę zabił swoją żonę, czy tylko uległ halucynacji, jaką rolę w tym wszystkim odegrali demoniczny Mr. Eddy i Mystery Man – rozwiązało się w prostą w gruncie rzeczy opowieść o mężczyźnie-mordercy, który ze strachu przed odpowiedzialnością „ucieka do własnej głowy”.

13717477_10210167375363465_593607688836847299_o

Widok ogólny. Na ekranie Barbara Kinga Majewska. Fot. Krzysztof Bieliński.

O inscenizacji Korczakowskiej, Anny Met (scenografia), Marka Adamskiego (kostiumy), Tomasza Wygody (choreografia), Marka Kozakiewicza (wideo) i Jacqueline Sobiszewski (światła) będę pisać obszerniej w recenzji do miesięcznika „Teatr”. Tymczasem słów kilka na temat muzycznej strony przedsięwzięcia, które było zarazem pierwszą pełnospektaklową produkcją na estradzie NFM. Od strony logistycznej i akustycznej zakończoną pełnym powodzeniem, co daje niepłonną nadzieję, że w nadchodzących sezonach duża sala pomoże melomanom przetrwać kryzys narosły wokół Opery Wrocławskiej. To przestrzeń w pełni przystosowana do okazjonalnych wystawień dzieł teatru muzycznego, od baroku po operę współczesną – podobnie jak londyński Royal Albert Hall. Doprawdy, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby w mieście działały dwie dopełniające się „sceny” operowe – jedna repertuarowa, druga zarezerwowana dla efemerycznych inscenizacji z udziałem międzynarodowych ekip wykonawczych. Zwłaszcza że NFM współpracuje na co dzień z muzykami otwartymi na wszelkie nowości: w tym przypadku z zespołem złożonym z 21 instrumentalistów Filharmonii Wrocławskiej, którzy pod batutą Marzeny Diakun bez trudu udźwignęli brzemię gęstej i skomplikowanej technicznie partytury Neuwirth.

Jeszcze w styczniu tego roku ogłaszano nabór wykonawców do Zagubionej autostrady, „otwartych na formalne eksperymenty”, gotowych spróbować swych sił w partiach wymagających nieustannego lawirowania między śpiewem, recytacją i rozszerzonymi technikami wokalnymi oraz użycia live electronics. W rozmowie Kuby Mikurdy z Natalią Korczakowską, opublikowanej w książeczce programowej spektaklu, kryje się bałamutna sugestia, że powierzenie ról Freda i Pete’a jednemu śpiewakowi (skądinąd znakomity baryton Holger Falk, pamiętny Lenz z warszawskiej inscenizacji opery Rihma) było świadomą decyzją reżyserki, „pozwalającą na uruchomienie środków performatywnych w miejsce filmowej iluzji”. Wygląda jednak na to, że organizatorzy nie znaleźli godnego odtwórcy partii Pete’a, co zmusiło Falka do wcielenia się w obydwie postaci – ze świetnym skutkiem muzycznym i zupełnie nieprzekonującym efektem dramaturgicznym. Z założenia podwójną rolę Renée/Alice wzięła na siebie Barbara Kinga Majewska, którą aż głupio mi porównywać z brylującą w podobnym repertuarze Barbarą Hannigan, bo jest od niej o klasę lepsza – zarówno pod względem urody głosu, jak techniki wokalnej, olśniewającej muzykalności i przekonującej prezencji scenicznej. Do partii Mr. Eddy’ego udało się pozyskać legendarnego Davida Mossa, współzałożyciela Institute for Living Voice w Antwerpii, pierwszego odtwórcę tej roli z Grazu, wymarzonego przez samą Neuwirth. Zaskakująco trafną decyzją było obsadzenie kontratenora Piotra Łykowskiego w partii Mystery Mana – doświadczony śpiewak stworzył w niej porywający ekwiwalent filmowej kreacji Roberta Blake’a. W pozostałych rolach brawurowo sprawili się aktorzy Teatru Polskiego we Wrocławiu Marta Zięba (Candace), Dariusz Maj (Bill), Rafał Kronenberger (Naczelnik więzienia/Arnie) i Andrzej Olejnik (Ed/Strażnik/Detektyw Hank); oraz Dariusz Bronowicki (Al/Lekarz/Detektyw Lou) i Ewa Szewczyk (Dita).

13732052_10210167384043682_6454813274232887012_o

Na kanapie Mystery Man (Piotr Łykowski). Fot.Krzysztof Bieliński.

Publiczność i krytycy reagowali żywiołowo. Część widzów wyszła w trakcie spektaklu (byłam na drugim przedstawieniu). Recenzenci podzielili się w swoich opiniach niemal równie ostro, jak po premierze filmu Davida Lyncha. Ja jestem dobrej myśli. Mimo mieszanych uczuć, z jakimi przyjęłam pierwsze polskie wykonanie Zagubionej autostrady Neuwirth, utwierdziłam się w przeświadczeniu, że na tej estradzie zobaczę i usłyszę inscenizacje godne prawdziwie entuzjastycznych recenzji. Tym razem wprawdzie miałam wrażenie, że popijam z kieliszka trochę ciepławy peppermint, ale już wkrótce spodziewam się sączyć w moje uszy eccellente Marzimino. Nie żebym cokolwiek komukolwiek sugerowała. Pomarzyć zawsze można.

Rękopis znaleziony w Paryżu

„Nie miałem jeszcze dwunastu lat, siostra zaś ośmiu, kiedy umieliśmy już po hebrajsku, po chaldejsku, po syrochaldejsku, znaliśmy mowy Sarmatów, Koptów, Abisyńczyków i różne inne umarłe lub umierające języki” – wyjaśnia osiemnastoletni Alfons van Worden, bohater Rękopisu znalezionego w Saragossie Jana Potockiego. Tutaj w przekładzie Edmunda Chojeckiego, albowiem autor, syn jednego z przywódców konfederacji radomskiej, wyjechał z ojczyzny w wieku lat siedmiu, biegle władał francuskim i jeszcze kilkoma innymi językami (może nie aż tyloma co Alfons), z polszczyzną miał jednak na bakier, mimo że z czasem wrócił, „przywdział strój polski” i został nawet posłem na Sejm Czteroletni. Tymczasem Józef Michał Ksawery Poniatowski, nieślubny syn podskarbiego litewskiego Stanisława i włoskiej mieszczki Cassandry Luci, nie mówił po polsku w ogóle. Urodził się w 1816 roku w Rzymie, został uznany przez ojca sześć lat później, na usankcjonowanie pochodzenia musiał czekać aż do roku 1847, kiedy wstawił się za nim wielki książę Toskanii Leopold II – po to, by mianować go księciem Monte Rotondo. Poniatowski był wysłannikiem państwa toskańskiego do Brukseli, Londynu i Paryża, w 1854 został obywatelem Francji i otrzymał godność senatora z rąk Napoleona III, po detronizacji cesarza udał się z nim na wygnanie do Chislehurst w angielskim hrabstwie Kent. Ostatni władca Francji zmarł w styczniu 1873 roku, co przyśpieszyło decyzję Poniatowskiego o emigracji do Stanów Zjednoczonych. Już w czerwcu poprzedniego roku pisano na łamach „The New York Times”, że jego pożałowania godna sytuacja jest „zdumiewającym przykładem zmienności ludzkich losów”. Niestety, książę przeżył Napoleona zaledwie o sześć miesięcy i zmarł przedwcześnie w wieku 57 lat. Spoczął na cmentarzu w Chislehurst, w granicach dzisiejszego Londynu.

Jeśli więc odkrywać w Polsce jego spuściznę kompozytorską, to raczej nie ze względów patriotycznych, lecz z uwagi na jej obiektywne walory. Od wielu lat zajmuje się nią garstka polskich muzykologów, na czele z Ryszardem Danielem Goliankiem, autorem wydanej w 2012 roku monografii Opery Józefa Michała Ksawerego Poniatowskiego. Rok wcześniej, na Festiwalu Muzyki Polskiej w Krakowie, odbyło się pierwsze w Polsce wykonanie francuskiej opery Poniatowskiego Pierre de Médicis, która w swoim czasie odniosła w Paryżu triumf równie wielki, jak straszna była tam klęska Wagnerowskiego Tannhäusera (o czym pisał kiedyś Grzegorz Zieziula). Odkurzone po półtora wieku dzieło wzbudziło umiarkowany entuzjazm naszych krytyków, którzy pochwalili inwencję melodyczną kompozytora, zganili go jednak za nieudolność roboty orkiestrowej i w sumie uznali jego muzykę za wtórną i anachroniczną, nie wróżąc jej dalszej kariery estradowej ani tym bardziej scenicznej. O ile mi wiadomo, na Zachodzie twórczość Poniatowskiego wzbudza znacznie większe zainteresowanie (Marc Minkowski regularnie włącza fragmenty jego utworów do swego repertuaru), nikomu też nie przyjdzie do głowy, żeby nazywać go samoukiem albo kompozytorem-amatorem. Bo to skądinąd nieprawda: Poniatowski kształcił się pod kierunkiem Fernanda Zeccheriniego, maestra di cappella w katedrze florenckiej i wykładowcy tamtejszej Akademii, był cenionym tenorem, którego rzemiosło porównywano z kunsztem Giovanniego Battisty Rubiniego, jednego z ukochanych śpiewaków Belliniego, i autorem dwunastu oper, pogardzanych wprawdzie przez Berlioza, wychwalanych jednak przez Rossiniego i Michele Carafę. A jeśli już jesteśmy przy porównaniach, wcale nie jestem pewna, czy twórczość operowa księcia Monte Rotondo nie zasługuje bardziej na wyciągnięcie z lamusa niż dzieła sceniczne Mercadantego.

fmp_09_07_16_fil-4_resize

Don Desiderio na estradzie Filharmonii Krakowskiej. W partii tytułowej Stanisław Kuflyuk, po prawej Krzysztof Szumański (Don Curzio), dyryguje Krzysztof Słowiński. Fot. Anna Kaczmarz.

Owszem, Poniatowski pisał pod publiczkę i rzeczywiście można pójść tropem Golianka, dzielącego jego dorobek na przykłady swoistego „recyklingu” bądź parodii ówczesnych konwencji operowych. Co w żadnym razie nie umniejsza wartości tej muzyki. Paweł Orski, szef Festiwalu Muzyki Polskiej, znów postanowił wziąć byka za rogi i przedstawić słuchaczom Don Desideria, kompozycję z okresu „włoskiego”, jedyną w twórczości Poniatowskiego operę buffa. Dzieło przetrwało w oryginalnym manuskrypcie ze zbiorów paryskiej Bibliothèque Nationale i w kilku odpisach – opracowania źródeł i orkiestracji materiału podjął się Krzysztof Słowiński, któremu przypadło też w udziale kierownictwo artystyczne przedsięwzięcia, zakończonego 9 lipca koncertem w Filharmonii Krakowskiej. Don Desiderio (1840), dość błaha i miejscami absurdalna historyjka o poczciwcu, który przedwcześnie ogłosił śmierć swojego przyjaciela i w związku z tym narobił strasznego zamieszania przy jego testamencie, zawiera mnóstwo odniesień do stylu wcześniejszych oper komicznych Donizettiego, Rossiniego, a nawet Mozarta, co przejawia się zarówno w konwencjonalnej budowie arii i ansambli, jak w karkołomnym parlando recytatywów secco. Wyobraźnia wokalna pozwoliła jednak Poniatowskiemu uczynić z tych „klasycznych” numerów prawdziwe perełki, wymagające od śpiewaków nieskazitelnej techniki, krystalicznie czystej dykcji i ogromnego poczucia humoru.

W zestawieniu ze śpiewnością kantyleny i wirtuozerią pasaży koloraturowych w śpiewie partia orkiestry istotnie sprawiła wrażenie stereotypowej, czasem wręcz dziwnie nieposkładanej, co najdobitniej dało o sobie znać w uwerturze. Inna sprawa, że Słowiński miał do dyspozycji orkiestrę Sinfonia Iuventus, zespół znany z dość przyciężkiej gry, na dodatek zupełnie nieoswojony z idiomem operowym. Siłą rzeczy skonstruowanie przekonującej narracji spadło na barki solistów, którzy wywiązali się z tego zadania ze zmiennym szczęściem. Najmocniejszym ogniwem obsady okazał się Stanisław Kuflyuk w partii tytułowej, realizowanej potoczystą frazą, pięknie podpartym barytonem i z należytą vis comica. Godnie partnerowali mu Krzysztof Szumański (Don Curzio) i Sebastian Szumski (Matteo), gorzej spisał się Ondrej Šaling (Federico), obdarzony tenorem „rzadkim”, z niedostatecznie rozwiniętą górą i dość chwiejną intonacją. Joanna Woś w roli Angioliny, ukochanej Federica, zaprezentowała świetną technikę i jak zwykle duży wolumen – moim zdaniem jednak zbyt duży jak na tę partię, zabrakło mi też typowo belcantowej swobody w prowadzeniu koloratur i „dziewczęcej” świeżości w barwie samego głosu. Vera Baniewicz przekonująco wcieliła się w postać niedoszłej wdowy Placidy, której mąż Riccardo (pełen wdzięku Wojciech Parchem) wpada na estradę w finale, właściwie tylko po to, by pobłogosławić młodym i wybaczyć roztargnionemu przyjacielowi. W recytatywach solistom akompaniował Marcin Świątkiewicz – z ogromnym wyczuciem i bardzo stylowo, choć z braku odpowiedniego pianoforte zdecydował się ostatecznie zagrać na instrumencie współczesnym.

fmp_10_07_16_marcin-7_resize

Msza F-dur w kościele św. Marcina. Od lewej Juraj Hollý, Lukáš Zeman, Anna Lubańska i Monika Mych-Nowicka. Fot. Anna Kaczmarz.

Nazajutrz w kościele św. Marcina usłyszeliśmy Mszę F-dur Poniatowskiego, odkrytą w zbiorach British Library i wykonaną w Krakowie z inicjatywy Stowarzyszenia Muzyki Polskiej już pięć lat temu. To dzieło wyrasta z ducha Małej mszy uroczystej Rossiniego: powstało zaledwie cztery lata później i zostało rozpisane – podobnie jak pierwotna wersja Petite messe – na czworo solistów, mały chór oraz organy, fisharmonię lub fortepian. Intymne w wyrazie (co Poniatowski dodatkowo podkreślił użyciem tonacji F-dur, wyrażającej pokorę i rezygnację), z fragmentami olśniewającej piękności (sopranowa aria Et incarnatus, dialog barytonu z chórem w Agnus Dei, wirtuozowskie, przywodzące na myśl twórczość Chopina i Liszta wstępy instrumentalne do poszczególnych części) – aż się prosi o wykonanie w gronie zasłuchanych w siebie nawzajem, wrażliwie muzykujących kameralistów. Mogło tak być 10 lipca, gdyby dyrygujący całością Mateusz Walach wziął poprawkę na szeroką akustykę świątyni i oparł się pokusie forsowania dynamiki. Rozwagę i umiar zachował doskonały Chór Polskiego Radia (przygotowanie Szymon Wyrzykowski), trochę poniosło Grzegorza Biegasa przy koncertowym fortepianie, zwłaszcza zaś tenora Juraja Hollý, który chwilami sprawiał wrażenie, jakby próbował zatuszować braki techniczne ogłuszającym fortissimo. Szkoda, że przy okazji zdarzało mu się zakrzyczeć Monikę Mych-Nowicką, której prześliczny sopran zdecydowanie zyskiwał na sile wyrazu w bardziej lirycznych fragmentach. Brawa dla mezzosopranistki Anny Lubańskiej i obdarzonego zmysłowym, lekko „ziarnistym” barytonem Lukáša Zemana – za kulturę budowania frazy i czułą zgodność w ansamblach.

Cóż dalej począć z tak pięknie odkrytym Poniatowskim? Zakryć i zapomnieć? Boże uchowaj. Grać i śpiewać dalej, skupiając się jednak nie tylko na tym, co w nutach, lecz na wszelkich aspektach wykonawstwa zgodnego z duchem epoki. Niekoniecznie na instrumentach dawnych, za to z pewnością w gronie muzyków pełnych zapału, skłonnych poświęcić długie tygodnie na zgrywanie poszczególnych głosów, doskonalenie specyficznych technik, przekładanie najnowszych odkryć muzykologicznych na język praktyki. Jak powiedziałby Rossini: „Trochę wiedzy, trochę serca – i to wszystko”. Naprawdę wystarczy, żeby przetrzeć Poniatowskiemu szlak do koncertowego raju.

Burzliwy koniec sezonu

Już po wszystkim. Czuję się, jakbym wpadła w bagno, po czym ktoś mnie z tego trzęsawiska nie tylko wyciągnął, ale jeszcze przebrał w suche i czyste ubranie, pogłaskał po głowie i zapewnił, że nic się nie stało. Po warszawskim Tristanie – najgorszej premierze ostatnich kilku, ba, kilkunastu sezonów – jechałam do Poznania z duszą na ramieniu. Tymczasem Borys Godunow w reżyserii debiutującego w operze Iwana Wyrypajewa, ze scenografią Anny Met i kostiumami Katarzyny Lewińskiej, okazał się przedstawieniem równie dobrym, jak Tristan był przedstawieniem złym. I zapewniam Czytelników, że trudno o większy komplement.

O zaprzepaszczeniu kolejnej szansy na przywrócenie Wagnera do żywego obiegu kulturalnego w Polsce opowiem już wkrótce na łamach „Tygodnika Powszechnego”. O rewelacyjnej inscenizacji Wyrypajewa – ascetycznej, precyzyjnej, wymagającej od widza maksymalnego skupienia na samym utworze, nie zaś na życiu wewnętrznym reżysera – napiszę do miesięcznika „Teatr”. Obszernie, bo pełen rezerwy, czasem nawet niechętny odbiór tej koncepcji przez krytykę świadczy nie tylko o zerwaniu ciągłości pewnej tradycji, ale też o tym, że zanikają w nas instynkt i wrażliwość, dzięki którym to, co się dzieje na scenie, może przeżywać nawet osoba całkiem nieprzygotowana merytorycznie. A to znacznie istotniejsze niż umiejętność rozpoznania wszystkich odniesień Wyrypajewa do ludowego teatru rosyjskiego, twórczości pieredwiżników i malarstwa ikonowego.

6_b_godunow_180616_mosko

Katarzyna Włodarczyk (Fiodor) i Rafał Siwek (Borys). Fot. Magdalena Ośko.

Tymczasem skreślę kilka słów o stronie muzycznej poznańskiego Borysa. Otóż nie spodziewałam się w najśmielszych snach, że już w dniu premiery usłyszę na scenie obsadę, którą można by śmiało „wystawić” w dowolnym teatrze na świecie. Chyba najbardziej obawiałam się o Rafała Siwka w partii tytułowej, bo nasz „królewski” bas śpiewa ostatnio zbyt dużo i w jego głosie dają się czasem odczuć pewne oznaki zmęczenia. Nie tym razem: Siwek wchodził w rolę stopniowo, lecz w scenie śmierci Borysa osiągnął pełnię wyrazu, niedoścignioną dla większości artystów wcielających się w tę tragiczną postać. Światowego formatu kreację Pimena stworzył Krzysztof Bączyk, obdarzony okrągłym, ciemnym, niebywale urodziwym basem, którym potrafi operować mądrze i z wyczuciem tekstu. Znakomicie spisał się Stanisław Kuflyuk w partii przewrotnego nuncjusza Rangoniego, nadspodziewanie dobrze wypadł Warłaam w interpretacji Rafała Korpika. Na tle pozostałych niskich głosów męskich stosunkowo blado zaprezentował się Andrzej Filończyk (Szczełkałow), który na razie woli eksponować swoje bezsprzeczne walory głosowe, niż zająć się budowaniem przekonującej interpretacji – w jednym z ostatnich wywiadów wyznał, że „nie trawi” Mozarta. No cóż, niestety słychać to w jego śpiewie. Rafał Bartmiński (Grigorij/Dymitr) ku mojemu zdumieniu rozwija się w piękny, rasowy tenor spinto, czasem jeszcze trochę wysilony w górnym rejestrze i przez to niepewny intonacyjnie, ale będę go bacznie obserwować. Piotr Friebe w partii Szujskiego skutecznie zamaskował niedostatki wolumenu inteligentnym prowadzeniem frazy. W roli Jurodiwego celnie obsadzono Bartłomieja Szczeszka, śpiewającego zaskakująco „rosyjskim” tenorem, bez tendencji do przechodzenia w płaski falset na górnych dźwiękach skali. Z przyjemnością słuchałam Magdaleny Wachowskiej (Maryna), której chłodny i świetlisty mezzosopran zachwycił mnie w partii Ewy na prapremierze Space Opera Aleksandra Nowaka; doskonałe wrażenie wywarła też Katarzyna Włodarczyk (Fiodor), zachwalana półtora roku wcześniej po występie w roli Dziecka w jednoaktówce Ravela.

Mniej usatysfakcjonowała mnie orkiestra pod batutą Gabriela Chmury, który nie zdołał dopieścić w szczegółach koncepcji całości – co tym istotniejsze, że zdecydował się na wykonanie Borysa w wersji z 1872 roku, wypierającej stopniowo najpopularniejszą niegdyś wersję Rimskiego-Korsakowa, wymagającej jednak precyzyjnie dopracowanej artykulacji, dyscypliny agogicznej, przede wszystkim zaś umiejętności dynamicznego cieniowania fraz. Nie podzielam też zachwytów nad chórem, którego zasadniczym „atutem” wydaje się zdolność stawiania w miarę klarownych pionów harmonicznych (im głośniej, tym lepiej) – bez prób podejmowania wewnętrznego dialogu między głosami ani dbałości o retorykę frazy.

13_b_godunow_170616_mosko

Scena finałowa. Pod krzyżem Bartłomiej Szczeszek (Jurodiwy). Fot. Magdalena Ośko.

Co nie zmienia faktu, że Teatr Wielki w Poznaniu dał chyba najlepszą premierę ostatniego sezonu w Polsce – z udziałem śpiewaków występujących regularnie na naszych scenach, obsadzonych z wyraźnym znawstwem, a nie „w poprzek” swoich predyspozycji głosowych, w inscenizacji, która pod względem warsztatowym dorównuje pięciogwiazdkowym produkcjom najbardziej prestiżowych scen europejskich, a niektóre nawet przewyższa. I to za nieporównanie mniejsze pieniądze niż te, którymi dysponuje nasza scena narodowa. I nie po to, żeby zdjąć spektakl po tygodniu: w przyszłym sezonie będzie okazja obejrzeć go w październiku i w marcu. Kto wie, czy nie wybiorę się po raz drugi i trzeci. Z rozpaczliwej tęsknoty za pięknym śpiewem i mistrzowską robotą reżyserską.

A Sentimental Journey

I love to wade many times into the same river. Perhaps because I was paying attention during my classes in ancient philosophy and I know that there is basically no way to wade into the same river even once, because by the time we are up to our knees in water, everything will already be different – the current will have flowed forward, the stones on the bottom will have shifted, our bodies will be covered in goose bumps. Observing these subtle Heraclitean changes has always attracted me more than wandering around the world in search of more and more new rivers, so I decided  – after last year’s enlightenment by Tristan – to return to Longborough for Tannhäuser and see what would happen this time.

It was a doubly sentimental journey for me, for it was thanks to Tannhäuser that I fell madly in love with Wagner and with opera in general. With the pure and naïve love of a fourth-grader who has signed up for the children’s choir at Warsaw’s Grand Theatre and, shortly thereafter, gone out onstage with the pilgrims’ choir in Act III. From that show, above all, I remembered my amazement that the rocks were made of some weird foam and gave way beneath each step. After that, I began to listen (this was back in the days when Poles were still able to, or at any rate wanted to play and sing Wagner). After the première, we purposely came to the theatre early to cheer on our colleague in the role of the Shepherd in Act I. After two years, I got a tiny role as a Page, so I got to know Act II inside out. Tannhäuser played 34 times in Warsaw, which meant an average of 8 shows per season. Enough to catch the Wagner bug and, by the end of primary school, hear the entire Ring on the same stage – and that, in the captivating rendition of Kungliga Operan in Stockholm, which appeared in Warsaw under the baton of none other than Berislav Klobučar. Those shows – visually tasteful, extraordinarily economical in form, growing out of the spirit of German Modernism – also formed my theatrical taste. Annelies Corrodi, the stage designer for the Warsaw Tannhäuser, learned her craft with Helmut Jürgens, who was associated with the Bayerische Staatsoper after the war. The stagers of the Swedish Tetralogy – Folke Abenius and Jan Brazda –  turned out to be imitators as faithful as they were intelligent of Wieland Wagner, the great reformer of Bayreuth.

So one can say that in my childhood, I had the good fortune of contact with authentic Wagner, interpreted in accordance with the composer’s intentions and with trust in the power of the music itself. No doubt this is why I yielded completely to the charm of the Longborough Festival Opera, a venue so modest that there is no way to imagine any kind of director’s orgy there; but most importantly, an opera led by the hand of a master who has many times now proven that he is one of the most superb Wagner conductors on the planet. Unfortunately (or perhaps fortunately), Anthony Negus is entirely content with his position at Longborough; he makes no recordings, chooses the (often unknown) singers himself, and counts on a handful of enthusiasts who will come out to the Cotswolds to acquaint themselves with the fleeting effect of his work at a countryside Bayreuth converted from a chicken farm.

Neal Cooper and Alison Kettlewell in Tannhauser c. Matthew Williams-Ellis

Alison Kettlewell (Venus) and Neal Cooper (Tannhäuser). Photo: Matthew Williams-Ellis.

Tannhäuser, despite being placed chronologically between Der fliegende Holländer and Lohengrin, touches upon themes characteristic of Wagner’s mature œuvre: deliverance through love, conflict between the earthly world of the senses and the transcendent world of ideas, between religion and the sphere of the profane. The composer made corrections to the opera several times, and reportedly even so died in the conviction that he still owed the world the ‘real’ Tannhäuser. Tracking the sometimes small, but sometimes essential differences among the original Dresden version, the Paris version of 16 years later and the hybrid Viennese version of 1875 opens up a broad field for interpretation. With whom did Wagner actually identify? With the mysterious title character whose fervent ‘Busslied’, i.e. ‘Song of Atonement’, became a point of departure for the later legend of the knight seduced by Venus? With Wolfram von Eschenbach, one of the greatest masters of medieval epic poetry, who provided him with the inspiration for LohengrinParsifal and indirectly also Tristan? Or perhaps with the peerless lyric poet Walther von der Vogelweide, the most distinguished representative of Minnesang, whom Wagner for some reason pushed into the background of the singers’ contest at Wartburg Castle? Why does the innocent Elisabeth choose Tannhäuser, not Wolfram, who so beautifully sets forth the essence of courtly love in his song ‘Blick ich umher in diesem edlen Kreise’? A certain clue is tossed out by the composer himself in removing Walther’s solo from the Paris version of Act II, as if it were important to him to emphasize the contrast between spiritual and sensual desire, and to load the entire conflict onto the shoulders of the two main male protagonists. Tannhäuser is equally as fractured and ambiguous as the life story of Wagner himself; the characters appearing in it, multidimensional; the music accompanying them, full of contradictions and harshly conflicting symbols.

Erika Mädi Jones and Neal Cooper in Tannhauser, c. Matthew Williams-Ellis

Erika Mädi Jones (Elisabeth) and Neal Cooper (Tannhäuser). Photo: Matthew Williams-Ellis.

I came to Longborough for a dress rehearsal that went reasonably smoothly, not counting the forced technical break in Act I and the ensuing slight nervousness among the performers, who pulled themselves together in a flash after two decisive interventions by the conductor. The musical narrative pressed inexorably forward from the first measures of the overture, not at all because of brisk tempi – rather because of lyrical motifs meticulously brought into the foreground and clear tutti chords, all underlined by exquisite articulation, especially in the strings. Negus conducts the Wagnerian orchestra like a chamber ensemble, not hesitating to use ‘old-fashioned’ portamenti, subtle tempo fluctuations, expression-laden changes in dynamics, bringing to mind the legendary recordings under the baton of Willem Mengelberg and Bruno Walter.

He requires a similar passion – which should in no way be confused with a forcing of the volume – from his singers, who are meticulously selected not only in terms of vocal capabilities, but also voice colour and skill in building convincing characters. The title role was played by Neal Cooper, who a few weeks before had gone onstage in Act III of Tannhäuser at Covent Garden as an emergency substitute for the indisposed Peter Seiffert. Cooper has a powerful voice of characteristic colour – quite rough and gravelly, sometimes indeed aggressive, sometimes shockingly seductive – in short, ideally fitting for the role of an internally inconsistent man inspiring extreme emotions. His trump card is exquisite German and a perfect feel for the text, thanks to which the ‘Rom-Erzählung’ was transformed into a monologue based on an ideal unity of music and word, evolving from complaint to derisive fury to dull despair. The only other thing I needed for complete satisfaction was a softer polishing of phrases and a certain dose of lyricism, which I got with interest from Hrólfur Saemundsson in the role of Wolfram. The Icelandic singer had a not-too-big, but very wisely used, deep-sounding baritone – it had been a long time since I had heard an ‘O du mein holder Abendstern’ in which nothing was lacking either at the top or at the bottom. The true revelation of the evening turned out to be Erika Mädi Jones (Elisabeth) – a dark, purebred jugendlich dramatischer Sopran, still a tad insecure in terms of intonation, but with such power of expression that after her ‘Haltet ein!’ in Act II, half the audience was sobbing. It took Alison Kettlewell (Venus) a little longer to hit her stride; her singing annoyed me a bit at the beginning with its too-harsh transitions between registers; but I have to admit that her authoritative, sensual voice creates a superb contrast with the vocal image of the innocent Elisabeth. There were basically no weaknesses in the cast; the 20-odd-person choir sounded cleaner and more powerful than not a few jaded opera ensembles three times its size.

Neal Cooper as Tannhauser, Hrólfur SĹmundsson c. Matthew Williams-Ellis

Hrólfur Saemundsson (Wolfram) and Neal Cooper. Photo: Matthew Williams-Ellis.

The staging was prepared by the same team that had previously been involved in the production of the entire Ring at Longborough: Alan Privett (stage director), Kjell Torriset (stage designer) and Ben Ormerod (lighting designer). British critics, enamored of more visually spectacular presentations, again grumbled about the cottage character of this production, which sometimes indeed gave one the impression that the working people of the surrounding cities and villages had been employed for it. I myself have to admit that in comparison with the ascetic vision of Tristan, built basically just with lighting, the concept for Tannhäuser was lacking in coherence and consistency. I also was not convinced by the pantomime played to the sounds of the overture, featuring Wagner submerged in a creative ferment and his wife Minna trying unsuccessfully to make contact with him. The singers’ contest at Wartburg Castle, however, was seductive not only in the beauty of its imagery, but also in its excellent handling of the characters. I also forgave the creators the lack of a pilgrim’s walking stick turned green when an enormous thurible began to swing across the stage – a clear and legible sign of the protagonist’s final transfiguration.

Now all I can do is dream. That I will live to hear Die Meistersinger von Nürnberg, Parsifal or Lohengrin under the baton of this wizard. Anthony Negus restores the human dimension to Wagner’s music, stripping it of dull pomposity, revealing its relationships with tradition and perverse play with 19th-century contemporaneity. He recreates live what was lost in the technically imperfect recordings, destroyed by the passing years, of earlier masters. He awakens dormant faith in the power of the score, in the truth of the feelings contained therein. In a year, Tristan will be revived. Yet again, it will be necessary to wade into the same river. As Szymborska wrote (here in translation by Stanisław Barańczak): ‘Nothing can ever happen twice. / In consequence, the sorry fact is / that we arrive here improvised / and leave without the chance to practice.’

Translated by: Karol Thornton-Remiszewski.

Podróż sentymentalna

Uwielbiam wchodzić po wielekroć do tej samej rzeki. Być może dlatego, że uważałam na zajęciach z filozofii starożytnej i wiem, że na dobrą sprawę nie da wejść do tej samej rzeki choćby raz, bo zanim staniemy po kolana w wodzie, wszystko już będzie inne – nurt popłynie naprzód, kamyki na dnie się przesuną, ciało pokryje się gęsią skórką. Obserwowanie tych subtelnych heraklitejskich zmian zawsze bardziej mnie pociągało niż wędrowanie po świecie w poszukiwaniu coraz to nowych rzek, postanowiłam więc – po ubiegłorocznym olśnieniu Tristanem – wrócić do Longborough na Tannhäusera i zobaczyć, co się tym razem wydarzy.

Była to dla mnie podróż podwójnie sentymentalna, bo właśnie dzięki Tannhäuserowi zakochałam się na zabój w muzyce Wagnera i w teatrze operowym w ogólności. Czystą i naiwną miłością czwartoklasistki, która zapisała się do chóru dziecięcego przy warszawskim Teatrze Wielkim i wkrótce potem wyszła na scenę z chórem pielgrzymów w III akcie. Z tamtego spektaklu zapamiętałam przede wszystkim zdumienie, że skały są z jakiejś dziwnej pianki i uginają się pod każdym krokiem. Potem zaczęłam słuchać (były to czasy, kiedy Polacy jeszcze umieli, a w każdym razie chcieli grać i śpiewać Wagnera). Po premierze specjalnie przychodziliśmy do teatru wcześniej, żeby w I akcie kibicować naszej koleżance w partii Pasterza. Po dwóch latach dostała mi się maleńka rola Pazia, więc poznałam od podszewki akt drugi. Tannhäuser poszedł w Warszawie trzydzieści cztery razy, co dało przeciętnie osiem przedstawień w sezonie. Wystarczająco dużo, żeby złapać wagnerowskiego bakcyla i jeszcze pod koniec podstawówki „zaliczyć” cały Ring na tej samej scenie, i to w porywającym wykonaniu zespołu Kungliga Operan ze Sztokholmu, który wystąpił w Warszawie pod batutą samego Berislava Klobučara. Tamte spektakle – wysmakowane plastycznie, niezwykle oszczędne w formie, wyrastające z ducha niemieckiego modernizmu – ukształtowały też mój gust teatralny. Annelies Corrodi, scenografka warszawskiego Tannhäusera, uczyła się rzemiosła u Helmuta Jürgensa, związanego po wojnie z Bayerische Staatsoper. Inscenizatorzy szwedzkiej Tetralogii – Folke Abenius i Jan Brazda – okazali się tyleż wiernymi, co inteligentnymi naśladowcami Wielanda Wagnera, wielkiego reformatora z Bayreuth.

Można więc rzec, że miałam w dzieciństwie szczęście obcować z Wagnerem nieprzekłamanym, odczytanym zgodnie z intencjami kompozytora i z ufnością w moc samej muzyki. Zapewne dlatego bez reszty poddałam się urokowi Longborough Festival Opera, teatru tak skromnego, że orgii reżyserskiej wyobrazić sobie w nim nie sposób, co jednak najistotniejsze, prowadzonego ręką mistrza, który już wielokrotnie dowiódł, że jest jednym z najwybitniejszych dyrygentów wagnerowskich na świecie. Niestety (a może na szczęście) Anthony Negus zadowala się w pełni swoją posadą w Longborough, płyt nie nagrywa, śpiewaków dobiera sobie sam, często nieznanych, i liczy na garstkę entuzjastów, którzy wybiorą się do Cotswolds, żeby zapoznać się z ulotnym efektem jego pracy w wiejskim Bayreuth przerobionym z kurnika.

Tannhauser, c. Matthew Williams-Ellis

Turniej śpiewaczy na Wartburgu. Fot. Matthew Williams-Ellis.

Tannhäuser, mimo że chronologicznie plasuje się między Holendrem Tułaczem a Lohengrinem, porusza wątki charakterystyczne dla dojrzałej twórczości Wagnera: wybawienia przez miłość, konfliktu między ziemskim światem zmysłów a transcendentnym światem idei, między religią a sferą profanum. Kompozytor poprawiał operę kilka razy, a ponoć i tak zmarł w przekonaniu, że wciąż jest winien światu „prawdziwego” Tannhäusera. Prześledzenie czasem drobnych, czasem jednak istotnych różnic między pierwotną wersją drezdeńską, późniejszą o szesnaście lat wersją paryską a hybrydową wersją wiedeńską z 1875 roku otwiera szerokie pole interpretacji. Z kim właściwie utożsamiał się Wagner? Z tajemniczym bohaterem tytułowym, którego żarliwa Busslied, czyli Pieśń odkupienia, stała się punktem wyjścia dla późniejszej legendy o rycerzu uwiedzionym przez Wenus? Z Wolframem von Eschenbach, jednym z największych mistrzów średniowiecznej poezji epickiej, który dostarczył mu natchnienia do LohengrinaParsifala i pośrednio również Tristana? A może z niezrównanym lirykiem Waltherem von der Vogelweide, najwybitniejszym przedstawicielem minnesangu, którego Wagner z jakichś powodów zepchnął na dalszy plan turnieju śpiewaczego na Wartburgu? Dlaczego niewinna Elżbieta wybiera właśnie Tannhäusera, nie zaś Wolframa, który tak pięknie wykłada esencję dwornej miłości w swojej pieśni „Blick ich umher in diesem edlen Kreise”? Pewien trop podrzucił sam kompozytor, usuwając solo Walthera z wersji paryskiej II aktu, jakby zależało mu na podkreśleniu kontrastu między pożądaniem duchowym a zmysłowym i przerzuceniu całego konfliktu na barki dwóch głównych męskich protagonistów. Tannhäuser jest równie pęknięty i niejednoznaczny jak historia życia samego Wagnera, występujące w nim postaci – wielowymiarowe, towarzysząca im muzyka – pełna sprzeczności i ścierających się ostro symboli.

Nal Cooper as Tannhauser, c. Matthew Williams-Ellis

Neal Cooper (Tannhäuser). Fot. Matthew Williams-Ellis.

Przyjechałam do Longborough na próbę generalną, która przebiegła w miarę gładko, jeśli nie liczyć wymuszonej przerwy technicznej w I akcie i spowodowanego nią lekkiego rozprzężenia wśród wykonawców, którzy pozbierali się w mig po dwóch stanowczych interwencjach dyrygenta. Narracja muzyczna parła niepowstrzymanie naprzód od pierwszych taktów uwertury, bynajmniej nie za sprawą ostrych temp, tylko pieczołowicie wydobywanych na pierwszy plan śpiewnych motywów i klarownych pionów harmonicznych, podkreślanych wyśmienitą artykulacją, zwłaszcza w smyczkach. Negus dyryguje wagnerowską orkiestrą jak zespołem kameralnym, nie wzdragając się przed użyciem „staromodnych” portamenti, subtelnych wahnięć agogicznych, pełnych ekspresji zmian dynamiki, przywodzących na myśl legendarne nagrania pod batutą Willema Mengelberga i Bruno Waltera. Podobnej żarliwości – której w żadnym razie nie należy mylić z forsowaniem wolumenu – wymaga od swoich śpiewaków, dobranych pieczołowicie nie tylko pod kątem możliwości wokalnych, ale też barwy głosu i umiejętności budowania przekonujących postaci. W tytułowego bohatera wcielił się Neal Cooper, który kilka tygodni wcześniej wszedł w III akcie Tannhäusera na scenę Covent Garden, w nagłym zastępstwie za niedysponowanego Petera Seifferta. Cooper ma głos potężny i charakterystyczny w barwie – dość ostry i chropawy, czasem wręcz agresywny, czasem zaskakująco uwodzicielski – krótko mówiąc, idealnie pasujący do roli wzbudzającego skrajne emocje, niespójnego wewnętrznie mężczyzny. Jego atutem jest wyśmienita niemczyzna i doskonałe wyczucie tekstu, dzięki którym Rom-Erzählung przeistoczyła się w monolog oparty na idealnym zjednoczeniu muzyki ze słowem, ewoluujący od skargi poprzez szyderczą furię aż po tępą rozpacz. Do pełni szczęścia zabrakło mi tylko miększego wykańczania fraz i pewnej dozy liryzmu, które dostałam z naddatkiem od Hrólfura Saemundssona w partii Wolframa. Islandzki śpiewak dysponuje niedużym, ale bardzo mądrze prowadzonym, głębokim w brzmieniu barytonem – dawno już nie słyszałam „O du mein holder Abendstern”, w którym niczego nie zabrakło ani w górze, ani w dole. Prawdziwym objawieniem okazała się młodziutka Erika Mädi Jones (Elżbieta) – ciemny, rasowy jugendlich dramatischer Sopran, odrobinę jeszcze niepewny intonacyjnie, ale o takiej sile wyrazu, że po jej „Haltet ein!” w II akcie rozszlochało się pół widowni. Nieco dłużej wchodziła w rolę Alison Kettlewell (Wenus), w której śpiewie raziły mnie z początku zbyt ostre przejścia między rejestrami, muszę jednak przyznać, że jej władczy, zmysłowy głos tworzył świetny kontrast z wokalnym obrazem niewinnej Elżbiety. W obsadzie solowej właściwie nie było słabych punktów, dwudziestokilku-osobowy chór brzmiał czyściej i potężniej niż niejeden zblazowany zespół operowy w trzykrotnie większym składzie.

Botafumeiro in Tannhauser c. Matthew Williams-Ellis

Finał III aktu. Fot. Matthew Williams-Ellis.

Inscenizację przygotowała ta sama ekipa, która zajęła się wcześniej wystawieniem całego Ringu w Longborough: Alan Privett (reżyseria), Kjell Torriset (scenografia) i Ben Ormerod (światła sceniczne). Rozmiłowani w efektowniejszych spektaklach krytycy brytyjscy znów sarkali na chałupniczość tej produkcji, która chwilami istotnie sprawiała wrażenie, jakby zatrudniono przy niej lud pracujący okolicznych miast i wsi. Sama muszę przyznać, że w porównaniu z ascetyczną, zbudowaną właściwie tylko światłem wizją Tristana, koncepcji Tannhäusera zabrakło spójności i konsekwencji. Nie przekonała mnie też rozegrana na dźwiękach uwertury pantomima z udziałem pogrążonego w twórczym szale Wagnera i bezskutecznie próbującej nawiązać z nim kontakt żony Minny. Turniej śpiewaczy na Wartburgu uwodził jednak nie tylko pięknem obrazu, ale i doskonałym poprowadzeniem postaci. Wybaczyłam też twórcom brak zazielenionej laski pielgrzymiej, kiedy w finale rozhuśtał się nad sceną potężny trybularz – dobitny i czytelny znak ostatecznego przeistoczenia bohatera.

Teraz zostaje już tylko marzyć. Że doczekam kiedyś Śpiewaków norymberskich, Parsifala albo Lohengrina pod batutą tego czarodzieja. Anthony Negus przywraca ludzki wymiar muzyce Wagnera, odziera ją z tępej bombastyczności, odsłania jej związki z tradycją i przewrotną grę z XIX-wieczną współczesnością. Odtwarza na żywo to, co zgubiło się w niedoskonałych technicznie, zniszczonych upływem lat nagraniach dawnych mistrzów. Budzi uśpioną wiarę w moc partytury, w prawdziwość zawartych w niej uczuć. Za rok wznawia Tristana. Znów trzeba będzie wejść do tej samej rzeki. Jak pisała Szymborska: „Nic dwa razy się nie zdarza / i nie zdarzy. Z tej przyczyny / zrodziliśmy się bez wprawy / i pomrzemy bez rutyny”.

Die Aussicht frei, der Geist erhoben

Gustav Mahler wrote his Symphony no. 8 as if the Creator Spirit itself had filled him. He composed it in the peace and quiet of his ‘hut’ near the hamlet of Maiernigg, at the edge of the Carinthian Wörthersee – in the same place where his Rückert-Lieder, Kindertotenlieder and previous symphonies starting with no. 4 had been written. This time, however, he worked at an insane tempo. He arrived in Maiernigg in June 1906 to make essential corrections to the orchestration of Symphony no. 7. In a sudden burst of inspiration, however, he ended up focusing on a new piece which he intended from the very beginning to open with the 9th-century hymn ‘Veni Creator Spiritus’, which is performed during the liturgy for Pentecost, among other occasions. The original plan to create a reasonably traditional four-movement symphony quickly gave way to the idea of a work ‘so peculiar in content in form that there is no way to describe it directly’. The three subsequent segments merged into a powerful, separate movement based on the text of the last scene from Goethe’s Faust, in which the cleansing of the protagonist is fully realized: after death, the time for action ceases, the time comes to accept the gift of love – in all of its manifestations, evolving however from the earthly, sensual love enclosed in words and images, through all kinds of higher forms, up to its final fulfillment, in which it approaches the ‘unspeakable’. In the Eighth, later called the Symphony of a Thousand by virtue of its enormous performance ensemble, the religious sphere rubs shoulders with the human, even in the purely musical sphere. In the first movement, the Creator Spirit comes down to earth – with the descending fourth in the initial ‘Veni’. The penitent souls in the second movement rise ever closer to Heaven on the same notes – this time, however, ascending. The prayerful key of E-flat major collides with the ecstatic, passionate, extremely distant key of E major. The Gregorian hymn, which in Mahler’s rendition has taken on all of the characteristics of a motet – with a powerful double fugue set in the Bach tradition – finds a peculiar development and recapitulation in the ‘Faust’ movement. The plea for heavenly grace will be fulfilled by the redeeming power of love. Superficially contradictory visions of the hereafter will come together in the form of a universal desire for the greatest good.

And wonders never cease: for the audience at the Munich world première in 1910, all of these ideas were considerably more intelligible than for contemporary listeners. The work scored a staggering success incomparable with the reception of any of Mahler’s other compositions. It disturbed no one that in this concept of awesome proportions, the orchestral song merged imperceptibly into a cantata, that the masterful combination of musical forms does not permit one to determine whether it is still an oratorio, or perhaps now an opera, or perhaps yet something else. Mahler exhausted the limits of the choral symphony, just as Pérotin had previously brought the evolution of organum to its end. After that, there was nowhere else to go. Perhaps it is for this reason that the Eighth was to find so many enemies in the future, accusing the composer of gigantomania, cheap optimism, a predilection for kitsch and a triumph of expression over content. It was recorded with reluctance and performed rarely – not only because of the logistical problems in putting together a colossal orchestra, three choral ensembles and eight soloists, but also on account of the difficulty in weighing the sound proportions of this behemoth. In the massive tutti passages, the subtleties of the orchestration were often lost; singers able to pierce through the unrelenting wall of sound often possessed voices as sonorous as they were hideous in tone color. Even in my favorite recording with the London Philharmonic under the baton of Klaus Tennstedt (with excellent soloists, among them Jadwiga Rappé), there are flaws in intonation, and the whole leaves an impression of dissatisfaction with the sound in the choruses. Interestingly, what still makes the best impression is discs recorded live – as if this riveting musical confession of faith resisted all attempts at sober calculation.

This time, I had an unusual opportunity – three days before the dress rehearsal for Tannhäuser in Longborough (about which I shall write shortly), the combined ensembles of the Opera North orchestra, Leeds Philharmonic Chorus, Leeds Festival Chorus, Bradford Catholic Youth Choir and soloists – who without exception had participated in this year’s complete rendition of the Wagner Ring cycle, or in one of the previous ‘segments’ of this endeavor realized by Opera North in the period from 2011 to 2014 – gave us the Eighth under the baton of David Hill. In a hall of equally tremendous proportions to the symphony itself – the auditorium of Leeds Town Hall, described brilliantly in Liquid Modernity by Zygmunt Bauman, longtime department of sociology chairman at the University there. The monstrous Town Hall building, erected in the 1850s according to a design by Cuthbert Brodrick, was until recently not only the most magnificent, but also the tallest building in Leeds: a brick-and-mortar symbol of the progress, work ethic and timeless values of the Industrial Revolution. Furthermore, its interior houses the largest three-manual organ in Europe. It is difficult to imagine better conditions for a performance of the Symphony of a Thousand – despite the quite capricious acoustics of this hall, recently improved by the installation of a multi-segmented canopy over the stage but remaining, to put it delicately, none too selective. I also had high expectations from the concept of Hill, a distinguished organist and conductor with enormous choral experience.

13405271_1193620960662876_702795254_o

Interior of Leeds Town Hall. Photo: Magdalena Romańska.

For the most part, my expectations were fulfilled. After well over ten years of work with Richard Farnes, the Opera North orchestra – the only ensemble in the British Isles that combines opera and concert activity throughout the entire season – plays with a gorgeous, round and simultaneously fresh sound, retaining extraordinary sensitivity to all manner of changes in dynamics and tempo. What I missed with Tennstedt – that is, complete engagement and a juicy sound in the choruses – I got with interest from David Hill, who effectively emboldened not only the little singers from the Bradford Catholic Youth Choir, but also the members of the festival choir, not to mention his own ensemble, the Leeds Philharmonic. Hill conducted at quite fast tempi, very skillfully building and releasing the culminations, beautifully layering the texture and emphasizing the details of the intricate polyphony.

However, he did not manage to seal up the apparent break between the two movements of the symphony – indeed, if anything, he widened the gap with his management of the pause between the Latin hymn and the ‘secular’ final scene from Faust. Frankly, I got the impression that he had treated the ‘Veni Creator Spiritus’ a bit dismissively, as it were not perceiving the subtle play with the musical material of the two movements which is essential to combine Mahler’s concept into a single whole. More importantly, however, he did not take care to balance the sound proportions in the solo ensemble, which fell apart into a female group decidedly more audible but of less sensitive musicianship, and three male voices singing with beautiful tone color and superbly polished phrasing, but often drowned out in the tutti passages. The intonation slip-ups and excessive vibrato of soprano Lee Bisset, I will chalk up to her recently having given birth and had a difficult last season; it is more difficult for me to reconcile myself to the screaming high notes and stentorian manner of Katherine Broderick – who was, judging from the reviews, highly rated by the local critics. The indisposed Kate Valentine in the role of Una Poenitentium was substituted at the last minute by Paula Sides – a singer experienced in the Baroque repertoire – with a nevertheless superb result. Of the three anchorites in the second movement, I was a bit disappointed by Andrew Foster-Williams (Pater Ecstaticus), one of my favorite British baritones, who performed his short solo in a very cultured manner, but with a clearly tired voice. A better impression was made by Michael Druiett (Pater Profundus), gifted with a charming, velvety bass-baritone with a beautifully open top register – though he too sang, as it were, without conviction. Peter Wedd (Pater Marianus), as usual, saved up reserves for the end – his ‘Blicket auf’ floated in a truly ‘enraptured’ manner, carried out with ardent yet highly lyrical phrasing, in an ideally controlled, meaty-sounding voice.

13323164_620797984750011_7877950856536197605_o

During one of rehearsals for the concert. Photo: Leeds Philharmonic Chorus.

All of this, however, was repaid by the final ‘Chorus Mysticus’, which built up here, subsided there, leapt upward, sat down on the slope of a mountain ravine, and finally exploded in ecstatic praise to the Eternal Feminine and merged with the recurring ‘Veni Creator’ motif. All that was lost in us here is corrected.

Translated by: Karol Thornton-Remiszewski

Widok szeroki i duch w zachwycie

Gustaw Mahler pisał VIII Symfonię, jakby wstąpił w niego sam Duch Stworzyciel. Komponował ją w zaciszu swej „chatki” nieopodal wsi Maiernigg, nad brzegiem karynckiego jeziora Wörthersee – w tym samym miejscu, gdzie wcześniej powstały Rückert-Lieder, Kindertotenlieder i jego poprzednie symfonie, począwszy od Czwartej. Tym razem jednak pracował w szaleńczym tempie. Przybył do Maiernigg w czerwcu 1906 roku, żeby wprowadzić niezbędne poprawki do orkiestracji VII Symfonii. W nagłym porywie natchnienia skupił się jednak na nowym utworze, który od samego początku zamierzał otworzyć IX-wiecznym hymnem Veni Creator Spiritus, wykonywanym między innymi w liturgii Zesłania Ducha Świętego. Pierwotny zamysł stworzenia w miarę tradycyjnej czteroczęściowej symfonii szybko ustąpił miejsca idei dzieła „tak osobliwego w treści i formie, że nie da się tego wprost opisać”. Trzy kolejne człony zlały się w potężną, odrębną część, opartą na tekście ostatniej sceny z Fausta Goethego, w której dopełnia się oczyszczenie bohatera: po śmierci ustaje czas działania, nadchodzi czas akceptacji daru miłości – we wszystkich jej przejawach, ewoluującej jednak od ziemskiej, zaklętej w słowach i obrazach miłości zmysłowej, poprzez wszelkie formy wyższe, aż ku ostatecznemu spełnieniu, w którym przybliży się to, co „niewysłowione”.  W Ósmej, ze względu na ogromny aparat wykonawczy nazwanej później Symfonią tysiąca, sfera religijna ściera się z tym, co ludzkie, także na płaszczyźnie czysto muzycznej. Duch Stworzyciel w pierwszej części zstępuje na ziemię – kwartą opadającą w początkowym „Veni”. Dusze pokutujące w części drugiej unoszą się coraz wyżej ku Niebu, na tych samych dźwiękach, tym razem jednak kroczących w górę. Modlitewna tonacja Es-dur zderza się z ekstatyczną, namiętną, skrajnie odległą tonacją E-dur. Hymn gregoriański, który w ujęciu Mahlera nabrał wszelkich cech motetu – z potężną, osadzoną w tradycji bachowskiej podwójną fugą – znajduje w części „faustowskiej” swoiste przetworzenie i repryzę. Prośba o niebiańską łaskę zostanie spełniona przez odkupicielską moc miłości. Pozornie sprzeczne wizje zaświatów zejdą się pod postacią uniwersalnego pragnienia najwyższego dobra.

O dziwo, dla odbiorców monachijskiego prawykonania w 1910 roku wszystkie te idee były znacznie bardziej czytelne niż dla współczesnych słuchaczy. Dzieło odniosło oszałamiający sukces, nieporównywalny z przyjęciem jakiejkolwiek innej kompozycji Mahlera. Nikomu nie przeszkadzało, że w tej onieśmielającej zakrojem koncepcji pieśń orkiestrowa przechodzi niepostrzeżenie w kantatę, że kunsztowne połączenie form muzycznych nie pozwala rozstrzygnąć, czy to jeszcze oratorium, czy może już opera, a może jeszcze coś innego. Mahler wyczerpał limit możliwości symfonii chóralnej – podobnie jak wcześniej Perotinus doprowadził do kresu ewolucję gatunku organum. Dalej nie było już dokąd jechać. Być może dlatego Ósma miała znaleźć w przyszłości tylu wrogów, zarzucających kompozytorowi gigantomanię, tani optymizm, zamiłowanie do kiczu i przerost ekspresji nad treścią. Nagrywano ją niechętnie, wykonywano też rzadko – nie tylko z powodu kłopotów logistycznych z zebraniem potężnej orkiestry, trzech zespołów chóralnych i ośmiorga solistów, ale też przez trudności z wyważeniem proporcji brzmieniowych tego molocha. W masywnych tutti ginęły nieraz subtelności orkiestracji, śpiewacy zdolni się przebić przez nieubłaganą ścianę dźwięku dysponowali często głosem tyleż donośnym, ile szkaradnym w barwie. Nawet w moim ukochanym nagraniu z LPO pod batutą Klausa Tennstedta (z doskonałymi solistami, wśród których znalazła się także Jadwiga Rappé) zdarzają się niedociągnięcia intonacyjne, a całość pozostawia wrażenie niedosytu brzmienia w chórach. Co ciekawe, najlepsze wrażenie wciąż robią płyty rejestrowane na żywo – jakby to porywające muzyczne wyznanie wiary opierało się wszelkim próbom trzeźwej kalkulacji.

Tym razem trafiła mi się niecodzienna okazja – na trzy dni przed próbą generalną Tannhäusera w Longborough (o której napiszę wkrótce) połączone zespoły orkiestry Opera North, Leeds Philharmonic Chorus, Leeds Festival Chorus, Bradford Catholic Youth Choir i solistów, którzy bez wyjątku uczestniczyli w tegorocznym pełnym wykonaniu Wagnerowskiego Pierścienia Nibelunga bądź w którymś z poprzednich „odcinków” tego przedsięwzięcia, realizowanego przez Opera North w latach 2011-2014, dały Ósmą pod dyrekcją Davida Hilla. W sali równie potężnej, jak sama symfonia, czyli w auli ratusza w Leeds, opisanej błyskotliwie w Płynnej nowoczesności Zygmunta Baumana, długoletniego kierownika katedry socjologii na tamtejszym Uniwersytecie. Monstrualny gmach Town Hall, wzniesiony w latach pięćdziesiątych XIX wieku według projektu Cuthberta Brodricka, był do niedawna nie tylko najokazalszą, ale i najwyższą budowlą w Leeds: murowanym symbolem postępu, etosu pracy i ponadczasowych wartości rewolucji przemysłowej. Na dodatek mieści we wnętrzu największe organy trzymanuałowe w Europie. Trudno sobie wyobrazić lepsze warunki do wykonania Symfonii tysiąca – mimo dość kapryśnej akustyki tej sali, poprawionej ostatnio zainstalowaniem wielosegmentowego plafonu nad estradą, wciąż jednak, oględnie mówiąc, niezbyt selektywnej. Wiele też można było oczekiwać po koncepcji Hilla, wybitnego organisty i dyrygenta z ogromnym doświadczeniem chóralnym.

13348916_1193620957329543_953471618_n

Wnętrze Leeds Town Hall. Fot. Magdalena Romańska.

Oczekiwania w większości się spełniły. Orkiestra Opera North – jedyny zespół na Wyspach, który przez cały sezon łączy działalność operową i koncertową – po kilkunastu latach pracy z Richardem Farnesem gra przepięknym, okrągłym, a zarazem świeżym dźwiękiem, zachowując niezwykłą czułość na wszelkie zmiany dynamiczne i agogiczne. To, czego brakowało mi u Tennstedta, czyli pełnego zaangażowania i soczystej barwy w chórach, dostałam z nawiązką od Davida Hilla, który skutecznie ośmielił nie tylko małych śpiewaków z Bradford Catholic Youth Choir, ale i członków chóru festiwalowego, nie wspominając o własnym zespole Leeds Philharmonic. Hill dyrygował w dość ostrych tempach, bardzo umiejętnie budując i rozładowując kulminacje, pięknie nawarstwiając fakturę i podkreślając detale kunsztownej polifonii.

Nie udało mu się jednak zasklepić pozornego pęknięcia między obydwiema częściami symfonii, ba, wręcz je pogłębił, zarządzając przerwę między łacińskim hymnem a „świecką” sceną finałową z Fausta. Szczerze mówiąc, odniosłam wrażenie, że Veni Creator Spiritus potraktował odrobinę po macoszemu, jakby nie dostrzegając subtelnej gry materiałem muzycznym obydwu członów, niezbędnej do połączenia Mahlerowskiej koncepcji w całość. Co jednak bardziej istotne, nie zadbał o wyważenie proporcji brzmieniowych w zespole solistów, który rozpadł się na zdecydowanie lepiej słyszalną, ale mniej wrażliwie muzykującą grupę żeńską i trzy głosy męskie, śpiewające piękną barwą i świetnie dopracowaną frazą, ale częstokroć zagłuszane w tutti. Wpadki intonacyjne i nadmierne rozwibrowanie sopranu Lee Bisset złożę na karb niedawnego macierzyństwa i wyzwań ubiegłego sezonu, trudniej mi się pogodzić z wrzaskliwymi górami i stentorową manierą śpiewu Katherine Broderick – sądząc z recenzji bardzo wysoko cenioną przez tamtejszą krytykę. Niedysponowaną Kate Valentine w partii Una Poenitentium w ostatniej chwili zastąpiła doświadczona w repertuarze barokowym Paula Sides – skądinąd ze znakomitym skutkiem. Z trzech anachoretów w drugiej części rozczarował mnie Andrew Foster-Williams (Pater Ecstaticus), jeden z moich najulubieńszych brytyjskich barytonów, który wykonał swoje krótkie solo bardzo kulturalnie, ale wyraźnie zmęczonym głosem. Lepiej wypadł Michael Druiett (Pater Profundus), obdarzony urokliwym, aksamitnym bas-barytonem z pięknie otwartą górą – choć i on śpiewał jakby bez przekonania. Peter Wedd (Pater Marianus) jak zwykle zachował rezerwy na koniec – jego „Blicket auf” rozniosło się prawdziwie „w zachwyceniu”, poprowadzone żarliwą, a zarazem bardzo liryczną frazą, idealnie opanowanym, mięsistym w brzmieniu głosem.

40562-orchestra-of-opera-north-tom-arber-resized

Orkiestra Opera North. Fot. Tom Arber.

Wszystko mi jednak wynagrodził finałowy Chorus Mysticus, który to narastał, to znów zacichał, zrywał się w górę, przysiadał na zboczu górskiego wąwozu, by w końcu wybuchnąć ekstatyczną pochwałą Wiecznej Kobiecości i złączyć się w jedno z nawracającym motywem Veni Creator. Tutaj spełniła się w dziejach niedoskonałość.