Fach w krtani

Kiedy byłam jeszcze mniejsza niż teraz, a Iluzjon Filmoteki Narodowej mieścił się w nieistniejącym już kinie Pod Kopułą przy warszawskim placu Trzech Krzyży, starszy brat zaprowadził mnie na Dzieci kapitana Granta. Połknęłam bakcyla. Nie minął kwartał, a przeczytałam już całą dużą trylogię vernowską, z której najbardziej spodobał mi się tom drugi, Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi, którego bohater, tajemniczy kapitan Nemo, wprowadził swoich nieproszonych gości – zoologa Arronaxa, jego służącego Conseila i harpunnika Neda Landa – w fascynujący świat morskich głębin. W dzieciństwie sama chciałam zostać zoologiem, więc identyfikowałam się z profesorem Arronaxem, ale brat drwił ze mnie bezlitośnie, że bliżej mi do Conseila, dla którego klasyfikowanie było życiem i namiętnością, „ale też nic więcej nie umiał”. Wróciwszy do powieści po latach, z niechęcią przyznałam bratu rację. Na szczęście upodobanie do klasyfikacji przeszło mi bezpowrotnie, mam też nadzieję, że czegoś się przez ten czas nauczyłam. Ponieważ dziś mało kto czyta Verne’a, pozwolę sobie zacytować fragment, którego ironii w dzieciństwie nie doceniłam, a który celnie trafia w sedno sprawy (w stareńkim przekładzie Bolesława Kielskiego):

– (…) Ośmiornicę tę zaproponowano nazwać „kałamarnicą Bouyera”.
– A czy była ona długa? – zapytał Kanadyjczyk.
– Czy przypadkiem nie miała około sześciu metrów długości? – zapytał Conseil stojąc przy oknie i przyglądając się ciągle załamaniom i szczelinom ściany podmorskiej.
– Owszem – odparłem.
– A czy z jej głowy nie wyrastało osiem macek, które wiją się pod wodą jak kłębowisko wężów?
– Owszem.
– Czy nie miała straszliwie wyłupiastych oczu, umieszczonych na samym szczycie głowy?
– Tak, Conseil.
– A czy paszcza jej nie przypominała dzioba papugi, ale kolosalnych rozmiarów?
– Owszem.
– A zatem, z przeproszeniem pana profesora, jeśli to nie jest „kałamarnica Bouyera”, to z pewnością jej rodzona siostra.

diapo_jverne_2

(ryc. Édouard Riou)

Proszę mi wybaczyć ten przydługi wstęp, ale chciałabym go zadedykować współczesnym operowym Conseilom, specjalistom od castingu, którzy prócz szeregu innych portfolio śpiewaków, zawierających przede wszystkim informacje o ich wymiarach w talii i biuście, prowadzą też zeszyciki pozwalające upchnąć ich głosy w szufladki według jednego z obowiązujących systemów kategoryzacji wokalistów, najczęściej niemieckiego Stimmfach. Od razu zastrzegam, że w samym systemie grzechu nie widzę, sęk w tym, jak z niego korzystać i jakie współrzędne wziąć jeszcze pod uwagę, żeby nie wyszło, że ktoś jest rodzoną siostrą kałamarnicy olbrzymiej: wyłącznie na podstawie obserwacji, że ma wyłupiaste oczy, a paszcza przypomina dziób kolosalnych rozmiarów papugi. Żarty na bok: wystarczy zajrzeć w listę Stimmfächer, żeby się pogubić. Samych sopranów, nie licząc chłopięcego, aż siedem rodzajów, a trzeba pamiętać, że w tym systemie liczą się przede wszystkim skala, wolumen i barwa głosu. Jeszcze gorzej z tenorami, których Niemcy upchnęli aż w ośmiu kategoriach. Jak odnieść Stimmfach do tylko z pozoru równoległych systemów: włoskiego, francuskiego i angielskiego? Jak przypisać specyficzną barwę głosu śpiewaka do konkretnego repertuaru, zwłaszcza że rynek wokalistyki stopniowo się globalizuje, a rozpoznawalne naleciałości dawnych szkół narodowych – choćby rosyjskiej – coraz częściej uchodzą za wadę niż zaletę? Czy wskrzeszać zapomniane tradycje wokalne i do partii Torquemady w Godzinie hiszpańskiej Ravela szukać tenora z rozszerzoną tessyturą, z jakiej słynął osiemnastowieczny haute-contre Antoine Trial? Czy wagnerowski Heldenbariton sprawdzi się w roli Falstaffa?

Spece od castingu coraz rzadziej zadają sobie podobne pytania. Coraz rzadziej też wgłębiają się w inne, tylko z pozoru mniej istotne parametry: rozległość i stopień wyrównania poszczególnych rejestrów, doświadczenie sceniczne śpiewaka, jego temperament, charakterystyczny rys w głosie, który wyrobionemu znawcy z miejsca pozwala „skojarzyć” go z daną postacią. Nie biorą pod uwagę, że prawidłowo prowadzony głos dojrzewa, zmienia koloryt brzmieniowy, zyskuje głębię wyrazu, nie daje się łatwo zaszufladkować – i dochodzi do tego stanu z reguły w momencie, kiedy zdaniem luminarzy Regieoper wokalista jest już za stary na ich śmiałe wizje i powinien pożegnać się z pierwszoplanowymi partiami, ustępując miejsca śpiewakom młodszym, piękniejszym i z reguły nieświadomym, co robić, żeby nie popsuć, co im bozia dała. Dlatego wyeksploatowani trzydziestoparolatkowie brzmią nieraz jak starcy. Dlatego nieliczni świadomi swego kunsztu artyści poruszają się czasem na dalekich obrzeżach świata Wielkiej Opery.

Przyczyn takiego stanu rzeczy jest wiele: stopniowe odchodzenie od maestrii technicznej na rzecz ogólnego potencjału wyrazowego głosu, spowodowane postępującą „teatralizacją” opery (rzecz nienowa, proces trwa od co najmniej stulecia); gigantomania włodarzy życia muzycznego, owocująca rosnącą liczbą teatrów wyposażonych w sceny o nieludzkich rozmiarach i skandalicznej akustyce (dawno, dawno temu śpiewacy pracowali skrzętnie nad emisją i potrafili przebić się przez gęstą fakturę instrumentalną bez większego wysiłku, dzięki umiejętnie stosowanej technice squillo, polegającej na uwypukleniu w barwie dźwięku pasma, na które ludzkie ucho jest szczególnie wrażliwe – teraz miarą sukcesu wokalisty bywa umiejętność przekrzyczenia orkiestry, nieważne jak i z jakim skutkiem); „formatowanie” śpiewaków przez kojarzenie ich na wieki wieków z jednym tylko repertuarem, albo na odwrót, obsadzanie ich w czym popadnie, byle tylko zapełnić żądną gwiazd widownię.

Tęskno mi do czasów, kiedy dyrektorzy teatrów operowych naprawdę znali się na operze i kochali ją z całego serca. Kiedy głosy miały wyrazistą tożsamość i dało się je odróżnić bez trudu. Kiedy korespondencja z pieczołowicie wybranym śpiewakiem trwała miesiącami i obie strony w skupieniu ważyły wszelkie za i przeciw. Kiedy wokaliści mogli stopniowo wchodzić w role, obserwować swój głos i dostosowywać repertuar do subtelnych przemian w ciele, duszy i umyśle. Kiedy reżyserzy nie kazali im śpiewać głową w dół, twarzą w poduszkę ani tyłem do partnera. Tęskno mi do czarodziejów, którym wystarczyło spojrzeć sopranistce w oczy, żeby mieć pewność, że będzie z niej wspaniała Violetta, ale do roli Donny Anny lepiej poszukać kogoś innego.

Czy jest nadzieja wyjścia z tego impasu? Pewnie, że jest. Odkryliśmy już na nowo muzykę barokową, zachłystujemy się z zachwytu, słuchając prób rekonstrukcji maniery wokalnej trecenta, jesteśmy ciekawi, dlaczego Beethoven napisał V Koncert fortepianowy tak, a nie inaczej, mając do dyspozycji „tylko” pianoforte. Z operą będzie trudniej, bo ta z natury swojej jest formą znacznie bardziej złożoną i wymaga nie jednej, ale kilku rewolucji w sposobie myślenia. Oby do tego czasu nie pomarli wszyscy pedagodzy, którzy jeszcze pamiętają, jak się kiedyś śpiewało.

32 komentarze

  1. Krzysztof Komarnicki

    Największą rewolucją jest konieczność wyeliminowania pośrednika w postaci panny Lemon, że użyję innej aluzji do literatury.

  2. Pocieszające czy nie, ale istnieją śpiewacy, którym duże kariera nie jest aktualnie obca, którzy doskonale sobie zdają sprawę z „kompetencji” i „miłości do opery” niektórych bossów wielkich teatrów operowych. Jedna z bardzo dziś znanych i cenionych śpiewaczek, w prywatnej pogawędce, powiedziała mi niedawno jota w jotę to, co Gospodyni pisze o „zeszycikach”.
    Mnie najbardziej mierzi, że wielu początkujących, terminujących śpiewaków wchodzi dzisiaj do tego zawodu od razu z nastawieniem biznesowym. Muzykę traktują czysto instrumentalnie – ma im przynieść szybki maksymalny dochód połączony z obecnością w mediach – pół biedy gdyby chodziło tylko o media specjalistyczne.
    Przykro to stwierdzić, ale wielu dzisiejszych nauczycieli śpiewu tak właśnie zachęca do pracy (?) swoich podopiecznych. – Jedz na konkurs, żeby się pokazać agentom i dyrektorom od castingu. To, co powie o technice i interpretacji, jakich wskazówek udzieli pretendentowi do „wielkiej kariery” Berganza, Zylis Gara czy Hampson jest drugorzędne. Kontrakt z wytwórnią i okładka w „Opernglasie” to jest dzisiaj dla wielu młodych – priorytet. Ktoś powie, że nic złego w dążeniu do kariery. Może i nic złego.

      • Zależy jeszcze jaki sport :) W nim też, np. w tenisie, znakomita technika (Federer!!!) pozwala grać po 30tce jak młody bóg.

        • A to też prawda :) Podobnie sprawy się mają w jeździectwie, gdzie wiek jeźdźca, a często i konia, niewiele mają do rzeczy. Nick Skelton, mistrz olimpijski z Londynu, zbliża się wielkimi krokami do sześćdziesiątki i jakoś nie odpuszcza (znów wracamy do opowieści o koniach i ludziach…).

          • Kan

            No nie, starszy koń w WKKW nie poskacze, ale też wszystko zależy od tego, jak jest prowadzony. Czyli to samo, bo koń – jaki jest, każdy widzi albo słyszy.
            Tylko basy się ładnie starzeją, vide Bernard Ładysz, czyli bodaj jedyny Polak, który partnerował Callas w „Łucii z Lammermoor”. Na pytania o wrażenia artystyczne z tego występu i nagrania odpowiedział: no, miała brodawkę…

            • Nie, i nie :) Na tejże olimpiadzie w Londynie prawie jedna czwarta koni startujących w WKKW miała więcej niż piętnaście lat. Osiemnastoletni King Artus startował w zwycięskiej drużynie Niemiec.
              I nie tylko basy się ładnie starzeją, ale dziękuję, ciekawy temat do któregoś z kolejnych wpisów. Tymczasem proszę posłuchać 61-letniej Anji Silji (Kościelnicha) w Jenufie pod batutą Haitinka – live (!) z 2001 roku.

      • Elżbieta Szczepańska

        Dyrygenci z reguły mają długą karierę (jeśli nie liczyć Mahlera) i nie psują się, jak źle zawekowane przetwory owocowe, lecz przeciwnie – dyrygują coraz lepiej (może się cukrują?) Pamiętam koncert Sergiu Celibidache na czele Filharmonii Monachijskiej. Stał nieruchomo, znaki dawał chyba oczyma, ale orkiestra grała cudownie (Brucknera). A Christoph Eschenbach, który też był w Warszawie z Clevelandzką bodaj orkiestrą, nic nie umiał, orkiestra grała cudownie jakoś poza nim. Był wtedy raczej młody.

        Wszystkiego jeszcze nie przeczytałam, ale widzę, że będę miała co czytać wieczorem.
        Na razie jeszcze uwaga nie bardzo na temat: pamiętam doskonale tłumacza Verne’a Bolesława Kielskiego. Przychodził za kulisy kabaretu „Dudek” (w którym miałam przyjaciół, a jednego szczególnie), robił aktorom piękne zdjęcia i chyba z tego się utrzymywał. Poza tym odprowadzał do domu swoją żonę Irenę Kwiatkowską. Mam nadzieję, że to nie był przypadkowy zbieg nazwisk dwóch Kielskich Bolesławów.

        • Witam Elżbietę Szczepańską – jeszcze trochę, a poczuję się tutaj jak w starym RM za najlepszych czasów Erhardta. Dobrze, że jesteście.
          O wielkich dyrygentach operowych też będzie. Może nie o wszystkich naraz i nie od razu, ale będzie. A wizja zacukrzonego Reinera poprawiła mi humor z samego rana w ten ponury listopadowy dzień.
          Niestety, był to zbieg przypadkowy. Verne’a – zresztą chyba tylko tę książkę – tłumaczył Bolesław Felicjan Kielski (1879-1965), romanista, współautor słowników francusko-polskich i – jak właśnie przed chwilą odkryłam – autor przedpierwszowojennych szkolnych opracowań Fredry ;) Z pewnością można do tego dotrzeć w BN.

  3. krakus

    Nie jestem fachowcem od głosu, nie śpiewam, więc nie powinienem się odzywać…
    Sądzę jednak po obcowaniu z operą i wokalistyką jako słuchacz, :
    1. że wiele więcej powinni mieć do powiedzenia dyrygenci – z kim chcą pracować. Inna sprawa, nie wiem czego ich się uczy, bo sądzę że i oni popełniają błędy, albo godzą się na kompromisy… Kiedyś słyszałem wywiad z Minkowskim, który mówił, że paradoksalnie ma teraz mniejszą możliwość wyboru solistów niż na początku kariery… To chory układ. Zapewne wynika to z zapełnionych terminarzy tych, z którymi warto pracować.
    2. Fatalnego administrowania operą-instytucją, połączony z trwonieniem pieniędzy. To nie tylko kwestia lansowania tych co się nie nadają, ale beztroski. Osoba która nie umie zorganizować zastępstwa, bo śpiewak jest chory, ( jest dubler, ale nie zawiadamia się go na czas), a równocześnie płaci się partnerowi z zagranicy, który przyjeżdża… i trzeba odwołać przedstawienie – to skandal, który powinien skończyć się wylaniem z posady (autentyczny przypadek z polskiego ogródka)
    3. wiara że śpiewak wszystko zaśpiewa – ambicja jego samego i impresariów. Specjaliści od trecenta wiedzą że nie mogą śpiewać Wagnera – muzyka dawna jest rozsądniejsza, choć bywają częste przypadki osób śpiewających barok, które chcą „iść dalej”. Nawet w obrębie epoki bywa zabójcze nie liczenie się z możliwościami głosu czego przykładem Andreas Scholl i jego role operowe, które doprowadziły jego głos do stanu katastrofy. Nie wierzę w mądrą uniwersalność! Nie lubię modnych, „barokowych” albumów gwiazd, które nie mają nic wspólnego z wymaganą estetyką śpiewu. Jeśli udawało się giętkim głosom w latach 50-tych nie znaczy, że teraz jest to dobre artystycznie i zgodne z wiedzą o epoce.

    • Ad. 1 i 2 – pełna zgoda, ad. 3 – z pewnymi zastrzeżeniami. Uniwersalność może nie, ale o technikę i mądrze rozumianą higienę głosu warto by zadbać – okazałoby się wówczas, że dobrzy śpiewacy mogą się sprawdzić w znacznie szerszym (a może po prostu innym) repertuarze niż ten, w którym próbują ich upchnąć marketingowcy. Ale to bardzo szeroki temat, mam nadzieję, że jeszcze do niego wrócimy.

    • Paweł Orski

      ad 2. „Autentyczny przypadek z polskiego ogródka”. No to może poproszę o konkret – opis – bo inaczej wejdziemy w stylistykę „u cioci na imieninach”. Polskie teatry operowe to nie prywatne firmy, więc może należy rozliczać nasze pieniądze w sposób przejrzysty. Mówmy o tym otwarcie. Z drugiej strony niestety nic nie da zrobienie rankingu dyrektorów fachowców i dyrektorów ignorantów. Stołki rozdawane przez panów z urzędów marszałkowskich to jest jeden wielki kabaret – ma być przecież menedżer. Dyrygent, reżyser, scenograf, śpiewak nie mają szans – na palcach jednej ręki można policzyć polskie wyjątki. Tak jest nie tylko u nas w tej części Europy, ale za to u nas dosyć wyraziście.

  4. Kan

    Jak byłem kapitanem Nemo, to pchała się taka jedna na pokład, no ale to przecież była dziewczyna. Poradziłem jej, żeby się lepiej zajęła muzyką. Czyżby to była właśnie ta?

    Jeszcze o skrzypcach. Stefan Dymiter (Demiter) – spróbujcie tak trzymać skrzypce i smyczek.
    Swego czasu Menuhin wrzucił mu do kapelusza 100 dol., a tedy to była kupa forsy, ale ponieważ był niewidomy, to wszystko inkasowali kumple z kapeli, którzy go nosili.
    http://cameralmusic.pl/vid/stefan-dymiter-solo-na-skrzypcach-1165.html

      • Kan

        Ja go najczęściej słuchałem na Floriańskiej, i to było magiczne granie, bo on żył tylko muzyką.
        Z jednej strony ulicy Maleńczuk ryczał swoje songi, z drugiej – Dymiter z tymi nieprawdopodobnymi pozycjami na cygańskich skrzypkach. A w styczniu minie ćwierć wieku od śmierci Jana Kaczary z „Zaczarowanej dorożki”.

        • krakus

          W ostatnim okresie życia sprawność posypała się. Był już schorowany, „koledzy” z kapeli wyciągali go na ulicę jako atrakcję. Grał wtedy jeden motyw do rytmu, pocierając smykiem w tą i z powrotem…coraz mniej sprawnie ale trzymał się tego dźwięku, tego rytmu ze wszystkich sił.
          Przepraszam za dygresję.

          Teraz o wokalistyce: ;-)
          Manipulacje dotyczą największych oper, jeśli wokalista ma markę i jest nagłośniony. Pamiętam Lucię di Lammermoor z Netrebko w MET. W trakcie prób kilkakrotnie obniżano jej rejestr słynnej arii szaleństwa bo jej głos nie ma takiej skali… Śpiewała to tam również Natalie Dessay która potrafi śpiewać stylowo i miała predyspozycje wokalne ale…15 lat temu. Transmisje MET pokazują to na cały świat. Rene Fleming nadal śpiewa tam główne partie choć ma już kłopoty wokalne. Nawet w MET! ;-) (przepraszam za rym) System gwiazd trzyma się mocno, bo mimo „kryzysu wokalistyki” istnieją jeszcze osoby, które dobrze zaśpiewać Luciję potrafią!

          • Kan

            Niestety, tak było, koniec „kariery” miał bardzo, bardzo smutny, ale chciałbym go zapamiętać z dobrych czasów. Tak to jest z artystami, a to był artysta ulicy w przeciwieństwie do tego, co się teraz widzi i słyszy. A w ogóle, Kraków jest piękny, ale od drugiego piętra w górę.

  5. struwwelpeter

    Jesli idzie o starzejace sie glosy – barytony w szczegolnosci. To bylo chyba moje najwieksze rozczarowanie zyciowe: kupilem, za bardzo drogie pieniadze (bylem jeszcze wtedy studentem i naprawde to byla dla mnie kupa szmalu) dwuplytowy album koncertu na 85lecie Carnegie Hall, bo byli tam dwaj bogowie razem, w chyba najbardziej ulubionym utworze: Fischer – Dieskau z Horowitzem – Dichterliebe. Niestety, rozczarowanie, to juz bylo zupelnie nie to, co na przyklad Salzburg 1956, czy DGG (sic) z konca lat piecdziesiatych. Miejscami DFD po prostu krzyczal.

    • Chodzi Panu o nagranie koncertu z 1976 roku? Zresztą nie może chodzić o inne, bo Fischer-Dieskau wystąpił tylko raz z Horowitzem w roli akompaniatora. No kulą w płot, i to podwójnie. Fischer-Dieskau miał wówczas 51 lat i był u szczytu formy wokalnej (zresztą odkąd na ten szczyt się wspiął, to już z niego nie zszedł, aż do początku lat 90., kiedy wycofał się z czynnego życia koncertowego – zmieniały się tylko niektóre „parametry” jego sztuki wokalnej, o których wyżej we wpisie głównym). Jeśli ktoś w tym nagraniu „po prostu krzyczy”, to Horowitz, z którym F-D się najwyraźniej nie dogadał, i o czym zresztą pisał w swoich pamiętnikach, nazywając ten występ katastrofą. Z perspektywy blisko czterdziestu lat jestem zresztą skłonna się z nim nie zgodzić. Mimo ewidentnej „walki kogutów” między pianistą a śpiewakiem jest to jedno z najbardziej wstrząsających wykonań „Dichterliebe”, jakie słyszałam w życiu. I nie jestem w tej opinii odosobniona. Rozumiem, że ta interpretacja może uchodzić za nietrafioną (podkreślam – jeśli tak, to z „winy” Horowitza), natomiast w żadnym razie nie nadaje się jako przykład „starzenia się” głosu Fischera-Dieskaua. Radzę się wyzbyć młodzieńczych uprzedzeń i posłuchać raz jeszcze świeżym uchem.

  6. struwwelpeter

    Jasne, dzieki – rzeczywiscie bede musial to zrobic – nie sluchalem tego wykonania od lat. Moze, z reszta, po tylu latach myla mi sie nagrania – moze to z Brendelem jest tym, ktore mi tak utkwilo w pamieci.
    PS A nie mowilem, ze mam debowe ucho? Wiem, co mowie. ;-)

  7. Nagranie dla DG jest z 1969 roku (z Jörgiem Demusem) i drugie, chyba z 1979, z Christophem Eschenbachem. Nagranie z Brendelem jest z 1985 roku (czyli dziewięć lat późniejsze niż z Horowitzem). Jest żywe z Tokio z Michio Kobayashi z 1974, są też pewnie inne. Za „kanoniczne” uchodzi to z Demusem, choć są i tacy, którzy wolą wersję z Eschenbachem. Jeśli utkwiło Panu w pamięci to z Brendelem, to cała teoria „starzenia się” głosu DFD bierze w łeb :)

  8. krakus

    Nie wiem, czy można dodawać wpisy do starszych artykułów, czy tylko pod nowym? Wybrałem to miejsce bo tematycznie jest odpowiednie. Chcę zapytać – co sądzi Pani o wykonaniach utworów (najczęściej pieśni) „adaptowanych” dla głosów, na które nie przeznaczył ich kompozytor? Myślę np o cyklach pieśni Szuberta śpiewanych przez kobiety. Zdarzają się też transpozycje na głosy męskie ale nie te „właściwe”. Przykładem ostatnia płyta Andreasa Scholla z pieśniarskim repertuarem romantycznym. Pamiętam też stare nagranie Paula Esswooda z pieśniami… Schumanna.
    Myślę, że jeśli wykonanie jest dobre, dobrze zaśpiewane, przemyślane i emocjonalnie przeżyte zawsze można posłuchać, czemu nie? Osobiście za nimi nie przepadam – zwykle „uszyte są” na miarę męską – nie mówią o emocjach i uczuciach kobiet, a poezja odmalowuje uczucia straty, zawodu, radości czy miłosnego uniesienia w aurze zdecydowanie męskiej. Niektóre panie dobrze czują się w tym repertuarze. Fassbaender chwalą ale mnie męczy jej maniera i pewna nadekspresja. Kupiłem właśnie zremasterowane, stare nagranie 3 cykli Schuberta w wykonaniu Nathalie Stutzmann – posłucham!
    Słucha ich Pani? Czy woli mężczyzn? ;-))

    • Kolejny ciekawy wątek do wykorzystania w przyszłości – żeby się teraz zanadto nie rozpisywać, przyznam, że tak, czasami słucham, zdarzają się panie, które – o dziwo – potrafią śpiewać o uczuciach skrojonych na „męską” miarę bardziej przekonująco niż niejeden pan.

      • Piotr Kamiński

        Na moje ucho, Ewa Podleś, Maureen Forrester, czy Marilyn Horne mają znacznie więcej testosteronu w roli Orfeusza Glucka, niż Ragin i jego koledzy. Dotyczy to zresztą nie tylko Orfeusza, ale np. wszystkich ról Haendla napisanych dla kastratów.

    • struwwelpeter

      Nieslychanie lubie Nathalie Stutzmann, i wlasciwie niemal wszystko w jej wykonaniu dorownuje wykonaniom Fischer Dieskaua, ktory, jak wspominalem jest dla mnie bogiem. Niejako zepsul mi sluchanie piesni, bo nie moge sie oderwac od porownywania z jego wykonaniami. Stutzmann nagrala tez calego Schumanna.
      Schwanengesang z Brigitte Fassbaender jest wykonaniem absolutnie fenomenalnym – przynajmniej dla mnie. Natomiast Piekna Mlynarka juz nie.
      P. Kaminski wspomnial M. Forrester (a jakze, slyszalem w Warszawie z Marchwinskim) – ja z kolei utkwilem przy K. Ferrier (Gluck) i do pewnego stopnia J. Baker.

  9. A tak przy okazji: trafiłam przypadkiem w sieci :)

    SOPRANO
    Lyric
    Headachy
    Coloratura
    Demanding
    Mirror
    Vain
    Liquorice Tea
    Humidifier

    MEZZO
    Lyric
    Trouser
    Randy
    Feather-Cut
    Lentil
    Resigned

    TENOR
    Lyric
    Pitt-Bull
    Vain
    Perm
    Open Necked
    Thick Necked
    No Necked

    BARITONE
    Lyric
    Groin
    Pony Tail
    Leather Trousers

    BASS
    Lyric
    Drone
    Fishing

  10. krakus

    Piotr Kamiński:
    A propos Dereka – zgadzam się, bo mnie również nie podobają się głosy „dziewczynek” ;-) kiedy trzeba testosteronu i temperamentu! ;-) Mam jednak pewną słabość do niego, bo jego recital (kantaty Handla) był moją pierwszą płytą kompaktową „z kontratenorem”, a on był wtedy młody, sprawny technicznie i, pamiętam, szczęka mi opadła… Panią Dorota pewnie wie, że był pierwszym Belize w prapremierowej inscenizacji „Angels in America” Eotvosa. Tam znacznie bardziej na miejscu… :-)
    https://www.youtube.com/watch?v=d8VMwJ-s6-o

    • W roli Belize też się nie wszystkim podobał. Może to zresztą „wina” samej opery, która moim zdaniem nie jest szczególnie udana. Ale znów nie uprzedzajmy wypadków, będzie o tym wkrótce w Prasówce, tekst jeszcze nieopublikowany.

  11. krakus

    „Spóźniłem się” do Wrocławia a teraz muszę czekać 1,5 roku do wznowienia! – to jest szczyt szczytów!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *