Melizanda w krainie filistrów

Jednych ten spektakl zachwycił. Poniekąd słusznie, bo był całkiem niezły pod względem muzycznym. Innych rozjuszył ponad wszelką miarę. Byli nawet tacy, którzy się zarzekali, że nie widzieli w życiu głupszego i brzydszego teatru operowego. Cóż, w takim razie niewiele widzieli. Na razie wszystko wskazuje, że Katie Mitchell dołączyła do doborowej stawki reżyserów, którzy uważają, że wszystkie opery są o tym samym. Podobne głosy dawało się słyszeć w XIX wieku, kiedy opera była jedną z ulubionych rozrywek burżuazji. O Peleasie i Melizandzie w TW-ON, czyli o odczytaniu arcydzieła Debussy’ego w duchu neokołtuńskim – w najnowszym numerze „Tygodnika Powszechnego”.

Melizanda w krainie filistrów

2 komentarze

  1. Marcin Trzęsiok

    Przynajmniej recenzja, na ochłodę, zachowała styl Debussy’ego: kilka kresek, przestrzeń, pytajnik. Przypominają się „Zdradzone testamenty” Kundery. Niestety, sprawdza się jego diagnoza. Ściągamy modernizm na plan społeczny; gorzej: narzucamy mu żałosne ideologie (wystarczy przeczytać rozmowę z Katie Mitchell w książce programowej – im więcej słów, tym większa blaga); gubimy po drodze wszystko, co nam dziś może dać ta nadzwyczajna i żywa epoka. Może dać, tylko komu? Czy ktoś się jeszcze obudzi, Doroto?

    • Dziękuję za ciepłe słowa, Marcinie. Rozmowa z Katie Mitchell zaiste kuriozalna. Co do Twojego pytania: wciąż mam nadzieję. Sądząc z chłodnego w sumie przyjęcia tej inscenizacji w Polsce – niepłonną. Inna rzecz, że gdzie indziej nie chcą przyjmować żadnych darów od modernizmu. Jeśli zakładać, że u nas powoli się budzą, to we Francji zapadli właśnie w fazę snu głębokiego. Katia Kabanowa w reżyserii Himmelmanna w Nancy doczekała się mnóstwa entuzjastycznych recenzji. Moje refleksje w poprzednim wpisie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *