Top 10, czyli The Best of Händel

No i mam za swoje: ja, przeciwniczka rankingów. Piotr Matwiejczuk za karę kazał mi wybrać dziesięć ulubionych utworów Händla, a potem jeszcze dokonać subiektywnego wyboru nagrań. Łatwo nie było, zwłaszcza że próbowałam jednak być obiektywna i zadowolić wszystkich, co i tak mi się z pewnością nie udało. Czołowa dziesiątka w lutowym numerze „Muzyki w Mieście”. Proszę czytać, słuchać i się ze mną nie zgadzać.

Top 10, czyli The Best of Händel

22 komentarze

  1. Piotr Kamiński

    O wykonania spierać się nie będziemy (choć aż mnie swędzi z tym McCreeshem, ale niech tam), ale o parę utworów upomnieć się muszę, bo pęknę: bez nich po prostu nie ma Haendla.

    Od góry do dołu :
    1. Dixit Dominus
    2. Ariodante – no i Alcina oczywiście
    3. Allegro, Penseroso
    4. Semele
    5. Hercules
    6. Bełshazzar
    7. Jephtha

    • Oj, tak, Semele (zwróciłeś uwagę na tę wygrzebaną przeze mnie arię w starym nagraniu McCormacka?). Oj, tak, Allegro e Penseroso… Sama nie wiedziałam, w co ręce włożyć, trzeba też było wyważyć proporcje między oratoriami i operami a utworami instrumentalnymi. A co do McCreesha – na stare lata coraz bardziej go lubię. Siermiężny on trochę, ale szczery do bólu i naprawdę wie, o czym dyryguje. Podpatrywałam go teraz przy pracy we Wrocławiu, o czym zresztą napiszę.

      • Piotr Kamiński

        No więc z tym właśnie w kwestii McCreesha moje serce i bebechy zgodzić się nie mogą. Na moje ucho – gładkie toto i dopieszczone, ale Gardinerowi nie dorówna na jego terenie, a Minkowskiemu w prawdzie serca i wyobraźni nawet nie podskoczy. Tak naprawdę, to podobają mi się jego pierwsze płyty, Carissimi na Meridianie i „montaże” na Archivie.

        Nie wydaje mi się też, żeby w przypadku Haendla akurat ta „równowaga” była konieczna, bo nie ma jej w jego twórczości… Oddam większość muzyki kameralnej za jedno Dixit.

        • Jak to dobrze, że się wszyscy we wszystkim nie zgadzamy, bo byłoby okropnie nudno :)
          Hm, może oceniam McCreesha inaczej, bo obserwuję go regularnie na żywo, ostatnio także podczas prób. Zupełnie ostatnio podczas prób z „nieswoim” zespołem, które dały zdumiewająco dobry efekt w postaci wrocławskiego Solomona. Nie we wszystkim go lubię, w programach a cappella z reguły nie trawię, bardzo mi się nie podobała jego Missa solemnis, za to Berlioza Grand messe zrobił przeciekawie, a jego Haendle coraz bardziej cenię. Nie sądzę, żeby toto gładkie było i dopieszczone, plasuje się toto raczej pośrodku między Gardinerem i Minkowskim. McCreesh pewnych barier stylistyczno-emocjonalnych jako Wyspiarz nie przekroczy (i potrafi wyjaśnić dlaczego). Generalnie mi dobrze in tanta abundantia rerum omnium, a jeśli chodzi o Haendla oratoryjnego, to wolę sobie wybierać między Minkowskim i McCreeshem niż między Minkowskim i Gardinerem.

          • Piotr Kamiński

            Nie słyszałem wrocławskiego Solomona, ale skoro już padł ten tytuł, to zrób sobie kiedyś zabawę i porównaj „May no rash intruder” z Gardinerem – i z McCreeshem.

            • A zrobię :) Napomknę tylko, że McCreesh nagrał tego Solomona w 1999 roku i chyba nie bez powodu ma zamiar teraz nagrać wszystkie swoje Haendle od nowa. Z innej beczki: na wrocławskim koncercie fenomenalnie spisała się Gillian Webster jako Druga Nierządnica i Królowa Saby. Co jednak znaczy doskonała technika…

                • Ja już swoje w życiu odszczekałam. Gardiner moją pierwszą miłością był, potem go zdradziłam, kilka lat temu wróciłam na kolanach, z pokorą błagając o wybaczenie. Tutaj mogę nawet wejść na stół i poszczekać, dopóki mnie z blatu nie zgonią :) W tej Uczcie jest przede wszystkim cudowny chór – niezmiennie najsłabsze ogniwo interpretacji McCreesha. No i jest Nigel Robson… ale przecież wiesz, że ja zawsze miałam słabość do angielskich tenorów: od Petera Pearsa i Nigela Rogersa począwszy i, mam nadzieję, jeszcze nieprędko skończywszy :)

                  • Piotr Kamiński

                    Akurat z Robsonem mam problem, bo chyba nie zasługiwał ani na Bajazeta, ani na Jeftego – zwłaszcza, w tym ostatnim, po Rolfe-Johnsonie. Z Anglików u mnie po jednej stronie Alexander Young, po drugiej Tony Rolfe, Langridge, Ainsley, dzisiaj Spence, Gilchrist. Ale co do chóru sprawa oczywista. Nie było i nie ma takiego drugiego, jak Monteverdi Choir.

  2. krakus

    Mam pytanie do Pani Doroty i Pana Piotra: Jakie nagrania Jephtha (oprócz Gardiner`owskiego jak rozumiem) polecilibyście? Creeda? Biondiego? Będę wdzięczny za rekomendację!

    • Piotr Kamiński

      Ainsley jest jeszcze trochę za młody na tę rolę w nagraniu Creeda, ale to udane nagranie.

      Podstawą pozostaje Marriner, ze względu na obsadę (Rolfe-Johnson, Marshall, Hodgson, Esswood – Kirkby jest tylko w małej rólce na koniec – to zestaw, któremu nikt na płytach nie dorównał), le zespoły i dyrygent są tu też w swoich najlepszych latach. Nagranie było parokrotnie wznawiane i wciąż jest dostępne, choć trzeba go trochę poszukać. Nad Gardinerem góruje przede wszystkim w roli tytułowej, lecz ma także, na moje ucho, wyższą temperaturę.

      Warto też poszukać starszego nagrania Somary’ego, ze względu na trójkę solistów – Young, Watts, Forrester (Reri Grist jako Iphis jakoś się broni, ale Marshall i Dawson to inny świat).

      U Biondiego tylko Gilchrist nadaje się do słuchania, reszta to nieporozumienie (od dyrygenta poczynając – w Vivaldim to powierzchowne efekciarstwo jakoś przechodzi, tutaj budzi tylko niechęć). Harnoncourta też można sobie darować – poza Esswoodem, wszyscy grają i śpiewają „w obcym języku”, dosłownie i w przenośni.

  3. Janusz Szymański

    Miło mi słyszeć że nagranie Jephty pod Creedem jest jednym z lepszych, bo znalazłem je kilkanaście lat temu w koszu w supermarkecie wraz z nagraniami Mesjasza, Solomona i Judy Machabeusza (wszystkie pod Somary’m), których także nie omieszkałem wtedy kupić. Kosztowało mnie to jakieś 40- lub 50- PLN. Wydaje mnie się że są także nie najgorsze produkcje.

    • Jeśli chodzi o Ainsleya w nagraniu Creeda, tym razem ja okażę się mało wymagająca, bo mnie i tak zachwyca. Jephtha pod Creedem jest jednym z najlepszych, warto czasem przekopać kosz w supermarkecie, o czym niejednokrotnie się przekonałam także przy zakupie książek. Co do Biondiego, pełna zgoda.
      Sprawdziłam też Marrinera, rzeczywiście, z kilku stron można go całkiem legalnie ściągnąć w plikach mp3, i to za przyzwoite pieniądze. Jest też ostatni egzemplarz CD na amerykańskim Amazonie, warto się szarpnąć. Czytałam wiele dobrego o najnowszym nagraniu The Sixteen z Christophersem. Nie wiem, nie znam, osobiście za nimi nie przepadam, ale zestaw solistów wygląda dobrze, jest Gilchrist, jest też Susan Bickley, którą zapamiętałam z innych nagrań jako piękny mezzosopran z bardzo dobrą górą (dwa lata temu zebrała świetne recenzje jako Ortruda w Cardiff).
      Wracając do McCreesha, Gabrieli skończyli niedawno nagrywać L’Allegro, il Penseroso ed il Moderato i teraz zbierają miedziaki na wydanie płyty. Po wykonaniach koncertowych krytyka angielska piała z zachwytu, Michael Church dał im pięć gwiazdek. Trzeba pilnować, tam jest wspomniana już wyżej, fenomenalna Gillian Webster.
      Zmieniając temat, w parku zakwitły mi żółte krokusy, z Wileńskiej ruszyła druga linia metra. Znaczy się, wiosna. Czas odkurzyć kolejny zapomniany głos, proszę zaglądać w przyszłym tygodniu.

  4. Piotr Kamiński

    W Mesjaszu z Somarym są niezłe dziewczyny (Margaret Price…), a jego Juda jest chyba w ogóle najlepszy po dziś dzień. Jefty Christophersa jeszcze muszę posłuchać, podobno istotnie niezły, choć ma myśl o głosiku Robina Blaze ręka sama się cofa. Blaze i Forrester w tej samej roli? Ale się porobiło. O Bickley kolega pisze, że głos się zdarł przedwcześnie… może właśnie na tych Ortrudach (jak Anna Reynolds na Frykach). Allegro McCreesha to pewnie echo wideo, które krąży po różnych mezzach.

  5. Anna T.

    A jeśli chodzi o „Mesjasza”, to co Pani sądzi o nagraniu z 2006 pod Higginbottomem (Davies, Spence, Dougan), przyznam, że jedno z moich ulubionych? :)

    • Witam nowego gościa, zapraszam częściej. To bardzo ciekawe ujęcie, wersja z 1751, przeznaczona do wykonania z chórem Chapel Royal. Nie tak odmienna, jak wspomniana przeze mnie wersja dublińska, ale ze względów historycznych w całkowicie chłopięco-męskim wykonaniu. Ujęcie jasne, radosne, z kilkoma bardzo dobrymi treblami, ze świetnym Daviesem i przede wszystkim ze znakomitym tenorem Tobym Spencem. Słuchać i się cieszyć :)

  6. Anna T.

    Dziękuję za miłe przywitanie. Spence`a wyjątkowo lubię, interesująco też wypadł jego Hyllus w „Herkulesie” Christiego z DiDonato jako Dejanirą. To w związku z tematem przewodnim postu.

  7. krakus

    Pani Anno! Dobrze, ze Pani wspomniała o tej wspaniałej inscenizacji Luc`a Bondy. Uważam, że to jedna z najlepszych współczesnych inscenizacji, w której uwspółcześnienie nie niszczy struktury dramatycznej utworu, ale ją podkreśla i obleka w ludzkie, pełnokrwiste ciała: (całość na YT)
    https://www.youtube.com/watch?v=GwMVrfKBmO8&spfreload=10
    Proszę posłuchać Spence`a w innym barokowym kontekście… np Rameau…
    https://www.youtube.com/watch?v=iU6UEyqiKOo&spfreload=10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *