W drodze na pokuszenie

Na liście moich niewinnych słabości wysoką pozycję zajmuje upodobanie do lektury komentarzy na forach internetowych. Podczas tegorocznego pobytu w Getyndze natknęłam się na zaskakujące podsumowanie wrażeń pewnego turysty, który stwierdził, że miasto piękne, ale za dużo w nim młodych ludzi. Pomyślałam sobie – niezależnie od moich osobistych impresji, zgoła odmiennych od opinii rozżalonego obieżyświata – że trudno o lepsze podsumowanie atmosfery jednego z najważniejszych ośrodków naukowych w Niemczech, matecznika przeszło czterdziestu noblistów i siedziby uniwersytetu zwanego z łacińska Giorgia Augusta, na którym studiowali między innymi bracia Grimm, Heinrich Heine i Hugo Steinhaus. Młodych ludzi rzeczywiście tu mnóstwo. Sama brać studencka tworzy populację wielkości przeciętnego miasta w Polsce – mniej więcej jedną czwartą ogólnej liczby mieszkańców stolicy powiatu getyńskiego.

Poza tym, że w Getyndze łatwiej wpaść pod rower niż pod samochód, jest tu spokojnie, wesoło i w miarę bezpiecznie. Być może dlatego Händel-Festspiele Göttingen, najstarszy festiwal Händlowski na świecie, który w 2020 roku obchodził stulecie istnienia, ma zdecydowanie luźniejszą atmosferę niż większość europejskich świąt muzyki dawnej. Tradycja zobowiązuje: ostatecznie Festspiele jest dziełem rozmuzykowanych amatorów, wykładowców i studentów miejscowego uniwersytetu, którzy mieli dość tupetu, by kilka lat po inauguracji ściągnąć na festiwal Gunnara Graaruda, ówczesną gwiazdę scen berlińskich, i namówić go do występu w ich pierwszej inscenizacji Kserksesa. Ostatecznie jednym z pierwszych dyrektorów Deutsches Theater, gdzie dziś odbywają się spektakle festiwalowych oper, był wzięty aktor filmowy, który zagrał między innymi w dwóch dreszczowcach Hitchcocka i zmarł na planie komedii muzycznej ze scenariuszem Billy’ego Wildera, tak pełnym zwrotów akcji i odkrywanych przez bohaterów tajemnic, że przyprawiłby o paroksyzm zawiści niejednego barokowego librecistę.

To już siedem lat, odkąd trafiłam po raz pierwszy na tę cudowną imprezę – trochę z przypadku, przy okazji pobytu w Getyndze z całkiem innych powodów. Miałam szczęście obserwować ostatnie lata muzycznych rządów Laurence’a Cummingsa, teraz patrzę z uznaniem, jak George Petrou, który przejął po nim stery, kontynuuje dotychczasową linię programową festiwalu, z zapałem ściągając nań coraz młodszą publiczność – między innymi za sprawą specjalnych koncertów dla dzieci oraz familijnych wersji spektakli operowych. Tegoroczna odsłona Händel-Festspiele odbyła się pod hasłem VERLOCKUNG, czyli „pokusa”. Trudno jej było nie ulec, choćby na trzy dni Festspiele, które wybrałam starannie, uzupełniając przedstawienie Händlowskiej Deidamii koncertami w Getyndze i Welfenschloss w pobliskim Münden, gdzie z połączenia Werry i Fuldy rodzi się rzeka Wezera.

Niestety, mimo usilnych prób znalezienia dogodnych połączeń, nie zdołałam dotrzeć na występ flecisty Erika Bosgraafa i włoskiego zespołu filoBarocco z „polsko-morawską” muzyką Telemanna, który w 1705 roku objął posadę kapelmistrza u hrabiego Erdmanna II Promnitza, pana na Żarach, co dało mu sposobność do kilku dalszych podróży, między innymi do Pszczyny i Krakowa. Na szczęście dojechałam na wieczorny koncert z Mesjaszem Händla w Stadthalle, na który cieszyłam się wyjątkowo: ze względu na udział kilkorga znanych i cenionych przeze mnie solistów, przede wszystkim jednak z uwagi na świętującą jubileusz dwudziestolecia FestspielOrchester Göttingen, która w ostatnich sezonach tylko potwierdziła swoją wszechstronność, bez trudu adaptując się do żywiołowych interpretacji Petrou i preferowanej przezeń wyrazistej, soczysto-cierpkiej estetyki dźwięku.

Ru Charlesworth i George Petrou. Fot. Alciro Theodoro da Silva

Ale tym razem właśnie dźwięku zabrakło, przede wszystkim za sprawą akustyki sali koncertowej Stadthalle, zrujnowanej skutecznie i chyba nieodwracalnie podczas gruntownej renowacji modernistycznego gmachu. Jak to ostatnio bywa, zmysł wzroku wygrał ze słuchem. Projekt niemieckiej pracowni soll sasse architekten zebrał deszcz nagród. Nikt nie pomyślał, że odtworzenie Grosser Saal w większej kubaturze i z zastosowaniem innych materiałów odbije się aż tak mocno na jej parametrach akustycznych. Mam nadzieję, że z czasem wydarzenia oratoryjne festiwalu wrócą jednak do dawnych przestrzeni – w przypadku Mesjasza dodatkowo pogorszyło sprawę usytuowanie NDR Vokalensemble na XIX-wieczną modłę, w głębi estrady za orkiestrą. Tak istotne w tym arcydziele fragmenty chóralne było słychać jak przez mgłę, tekst nie docierał do publiczności – zespół z pełnoprawnego uczestnika narracji został zepchnięty do roli nieistotnego akompaniamentu. Trudny start miała również orkiestra, z początku brzmiąca niespójnie, chwiejna intonacyjnie i chwilami rytmicznie. Zastanowiły mnie też kryteria doboru obsady solowej, złożonej bez wyjątku z artystów muzykalnych i doświadczonych w tym repertuarze, co nie zmienia faktu, że niekoniecznie dopasowanej do wizji George’a Petrou, który – jak zakładam – pragnął dochować wierności intencjom kompozytora.

Z całej czwórki najlepiej wypadł tenor Ru Charlesworth, niegdysiejszy laureat Cesti-Wettbewerb w Innsbrucku, śpiewak żarliwy, wciąż młodzieńczy w brzmieniu, co jednak najistotniejsze, niezrównany jako muzyczny opowiadacz życia i śmierci Mesjasza oraz spodziewanego zbawienia dusz (fenomenalne „Ev’ry valley shall be exalted” w scenie proroctwa Izajasza). Pod tym względem nie dorównał mu kanadyjski baryton Drew Santini, obdarzony głosem znacznie mniej wyrazistym i naznaczonym niewielkim, lecz uporczywym wibrato, nie zawsze spójnym z interpretacją. Problem niedopasowania najmocniej dał o sobie znać w przypadku dwóch pań: Any Marii Labin, dysponującej sopranem leciutkim i dźwięcznym, rozmigotanym jak rtęć; oraz Leny Sutor-Wernich, której mocny, głęboki alt ma w dolnym odcinku skali zabarwienie wręcz tenorowe. Händel pisał partię altową w Mesjaszu specjalnie z myślą o Susannah Marii Cibber, znakomitej aktorce i śpiewaczce-amatorce, którą kompozytor cenił przede wszystkim za jej „słodki głos” i niezwykłą siłę interpretacji. Tymczasem alt Sutor-Wernich wzbudza raczej skojarzenia z Wagnerowską Erdą bądź Geą z Dafne Straussa, zarówno pod względem brzmienia, jak i stylu ekspresji, co szczególnie dało o sobie znać w duetach.

Powyższe zastrzeżenia wynikają jedynie stąd, że Petrou zdążył mnie już przyzwyczaić do wykonań wręcz pulsujących energią, a zarazem przemyślanych w każdym calu. Na szczęście dwa dni później zrekompensował mi wszelkie wątpliwości związane z Mesjaszem – i to z nawiązką. Zanim jednak do tego doszło, wysłuchałam innych koncertów festiwalu, z których każdy zasługuje na osobną wzmiankę, mimo odmiennego ciężaru gatunkowego i doświadczenia artystów.

Rachel Brown i Laurence Cummings. Fot. Alciro Theodoro da Silva

Zacznę od jednego z wydarzeń „w terenie”, we wspomnianym już Welfenschloss w Münden, dokąd ściąga odrobinę inna publiczność: złożona z tutejszych mieszkańców oraz melomanów, którzy dzięki zorganizowanej przez festiwal wycieczce z przewodnikiem mogą połączyć spotkanie z muzyką w rezydencji książąt Brunszwiku-Getyngi ze spacerem po niewielkim miasteczku, słynącym z przepięknych domów szachulcowych. W programie tegorocznego koncertu, pod tytułem „Ein feste Burg”, zaczerpniętym z hymnu Marcina Lutra, znalazły się kompozycje twórców działających w Lubece w okresie wojny trzydziestoletniej, która wprawdzie ominęła miasto, ale wyznaczyła kres jego dawnej świetności. Wśród wykonawców znaleźli się uczestnicy kursów mistrzowskich poświęconych muzyce miast hanzeatyckich – w ramach zainicjowanego w 2019 projektu Europäisches Hanse-Ensemble. Zespół pod dyrekcją Manfreda Cordesa, wieloletniego profesora i niegdysiejszego rektora Hochschule für Künste Bremen, co sezon występuje w innym składzie, wspieranym przez doświadczonych w tym repertuarze artystów (w tym roku między innymi gambistkę Hille Perl i sopranistkę Ulrike Hofbauer). Zdumiała mnie różnorodność stylistyczna tego repertuaru, od kantat chorałowych, przez motety w stylu weneckim, aż po tańce i inne drobne utwory instrumentalne, w których rodzime tradycje północnoniemieckie łączą się harmonijnie z inspiracjami muzyką włoską, francuską i angielską. Zachwyciła kantata solowa Ach Herr, lass deine lieben Engelein Franza Tundera – teścia Buxtehudego i jego poprzednika na stanowisku organisty Kościoła Mariackiego w Lubece – z tym samym tekstem Martina Schallinga Młodszego, który Bach wykorzystał między innymi w końcowym chorale Pasji według św. Jana. Wzruszyli słuchacze, którzy w wielu kompozycjach rozpoznali melodie znane z nabożeństw w kościele, ale „o ileż ładniej wykonane”.

Po powrocie Laurence’a Cummingsa na festiwal, któremu poświęcił dziesięć lat życia, spodziewałam się wiele. Nie spodziewałam się jednak, że na koncercie w Auli Uniwersyteckiej, gdzie klawesynista wystąpił wraz z legendarną flecistką Rachel Brown, wszystko potoczy się zgodnie z tytułem „To Melt a Stony Heart”. Nie była to kolejna z muzycznych gawęd charyzmatycznego artysty, który – ku uciesze publiczności – potrafi przemienić dowolną operę barokową w mistrzowski teatr jednego aktora, łącząc role konferansjera, śpiewaka i akompaniatora. To był prawdziwy traktat o naturze muzyki, godny samego Orfeusza – snuta przez dwoje wirtuozów opowieść o tym, jak zaczarować słuchacza, jak ująć go nie tylko treścią, ale i formą przekazu, budowanego na mocnym szkielecie konstrukcyjnym z użyciem odpowiednich ornamentów, umiejętnie powtarzanych figur rytmicznych i klarownej artykulacji. Jak rozłożyć napięcie, żeby odbiorca nie zmiękł jak wosk nazbyt wcześnie, żeby podtrzymać jego uwagę żywym dialogiem między wykonawcami, skupionym śpiewem znad klawiatury, włączonym w narrację fragmentem poezji. Brown i Cummings poprowadzili nas przez twórczość barokowych Orfeuszy – poczynając od Couperina, przez Camprę, Lully’ego i Vivaldiego, aż po Händla i Glucka. I rzeczywiście się stało, jakby zapłakały cienie, jakby serce stopniało samemu władcy podziemia. Wciąż mam w uszach wspaniałą sarabandę „Le Départ” z Suity fletowej e-moll Hotteterre’a. Długo będę pamiętać kończącą pierwszą część koncertu arię „Cara sposa”, w której Cummings wyśpiewał od klawesynu całą rozpacz Rinalda po utracie porwanej Almireny. Artyści zafundowali mi jedno z piękniejszych przeżyć ostatnich lat, nie tylko w Getyndze.

Sophie Junker (Deidamia) i Nicolò Balducci (Ulisses). Fot. Alciro Theodoro da Silva

A już nazajutrz czekało mnie przeżycie równie intensywne: kończące festiwal przedstawienie Deidamii, ostatniej włoskiej opery Händla, które okazało się bezdyskusyjnie najlepszą z inscenizacji za rządów George’a Petrou. Jego niespożyta energia za pulpitem dyrygenckim i specyficzne poczucie humoru, któremu daje upust w każdej ze swoich prac reżyserskich, znalazły w tym dziele idealną przystań. Deidamia powstała do libretta Paola Antonia Rollego, który przedstawił mityczną historię odrobinę inaczej i bardziej figlarnie niż Metastasio w swoim Achille in Sciro. Opowieść o Achillesie, synu Tetydy, która postanowiła uchronić syna przed niechybną śmiercią pod murami Troi, ukrywając go w dziewczęcym przebraniu na wyspie Skyros, gdzie zapałał odwzajemnionym uczuciem do Deidamii, jednej z córek rządzącego wyspą króla Lykomedesa, Rolli wzbogacił szeregiem wątków pobocznych. Zanim Ulisses, przybywający na Skyros w poszukiwaniu Achillesa – którego wszyscy poza Deidamią mają za hoże dziewczę imieniem Pirra – zdoła go zdemaskować i skłonić, by ruszył wraz z nim na wojnę, sam zacznie flirtować z jego wybranką. Z kolei Fenice, towarzysz Ulissesa, smali cholewki do Pirry. Jak łatwo się domyślić, wynikną z tego liczne nieporozumienia i sceny zazdrości. Ostatecznie Fenice zadowoli się Nereą, powiernicą Deidamii, Ulisses wypełni powierzoną mu misję i wszystko skończy się przepisową lieto fine, czyli zaślubinami królewskiej córki z szykującym się do wyprawy pod Troję Achillesem.

Zwariowane, pełne zwrotów akcji libretto Rollego dało Händlowi sposobność wplecenia w tę melodrammę wielu elementów komicznych. Niestety, szczwany plan ponownego zainteresowania londyńczyków wychodzącą z mody operą włoską spalił na panewce. Deidamia poszła w Lincoln’s Inn Fields Theatre zaledwie trzy razy. Zamilkła na dwieście lat z okładem. Mimo nieśmiałych prób wskrzeszenia w XX i XXI wieku nie udało się przywrócić jej do repertuaru. Aż do października 2025 roku, kiedy spektakl w reżyserii Petrou i ze świetną scenografią Giorginy Germanou zaprezentowano po raz pierwszy na festiwalu w Wexford – pod tą samą batutą i w tej samej obsadzie. Komentowaliśmy zapis dźwiękowy tamtego wydarzenia z Marcinem Majchrowskim na antenie radiowej Dwójki. Olśnieni wykonaniem, utyskiwaliśmy na kryzys Händlowskiej inwencji, nadal nie wróżąc operze sukcesu.

Przekonałam się dopiero w Getyndze, że ówczesny zachwyt krytyków był w pełni uzasadniony. Tym, co niesie tę Deidamię naprzód i wzwyż, jest niezwykła synergia między stroną muzyczną a teatralną spektaklu, dająca artystom nie tylko swobodę, ale i autentyczną radość ze snucia powikłanej opowieści. Niekwestionowaną gwiazdą w obsadzie jest wykonawczyni roli tytułowej Sophie Junker, ujmująca nie tylko talentem aktorskim i prześlicznie zaokrąglonym, mięciutkim sopranem, lecz także fenomenalną techniką i znajomością prawideł stylowej ornamentacji (czego śpiewaczka dowiodła już w popisowej arii „Nasconde l’usignol” z I aktu). Mimo niedyspozycji, objawiającej się niewielkimi kłopotami z intonacją, w partii Nerei dobrze wypadła Sarah Gildford, obdarzona sopranem świeżym, ciepłym i nieodparcie zmysłowym. W postaci dwóch przyszłych herosów wojny trojańskiej – Achillesa i Ulissesa – wcielili się odpowiednio Bruno de Sá i Nicolò Balducci. Ci dwaj znakomici artyści sporo ostatnio namieszali w świecie wykonawstwa historycznego. Obaj dysponują głosami, o jakich Händlowi w operze włoskiej się nawet nie śniło: de Sá najprawdziwszym sopranem męskim o bardzo rozległej skali, Balducci niezwykle urodziwym kontratenorem sopranowym, który – jak się okazało – brzmi doskonale także w nieco niższej tessyturze. W pierwotnej obsadzie Deidamii partię Achillesa powierzono nastoletniej Mary Edwards, kolejnej śpiewającej aktorce, której także w późniejszej karierze zdarzało się odgrywać postaci przeciwnej płci; rolę Ulissesa Händel pisał z myślą o kastracie mezzosopraniście. Ośmielę się zatem stwierdzić, że udział de Sá i Balducciego w tej tragikomedii omyłek i nierozpoznanych tożsamości w pełni wyczerpuje znamiona historycznej konwencji. W przeznaczonej na wysoki bas partii Fenice nieźle poradził sobie baryton Rory Musgrave, w basowej roli statecznego króla Lykomedesa świetnie sprawił się aksamitnogłosy Petros Magoulas. I wszyscy bawili się przednio, nie wyłączając orkiestry Festspiele Göttingen, grającej pod batutą Petrou w typowo händlowskim stroju 422,5 Hz.

Nicolò Balducci i Bruno de Sá (Achilles). Fot. Alciro Theodoro da Silva

Nie byłoby tyle frajdy, gdyby nie inscenizacja – tyleż urodziwa, ile przewrotna. Petrou poprowadził akcję na dwóch planach czasowych. Perypetie mitycznych bohaterów rozgrywają się równolegle z całkiem współczesną wycieczką tematyczną na wyspę Skyros (w turystów wcielili się członkowie chóru uniwersyteckiego, obecni na scenie znacznie ponad miarę swych muzycznych obowiązków). Źródłem komicznego napięcia jest to, że przedstawiciele obydwu światów nie zdają sobie sprawy z ich współistnienia, a jeśli nawet dostrzegą, że w rzeczywistość wdziera się coś dziwnego, nie umieją tego właściwie zinterpretować. Nerea znajdzie na plaży walizkę, zacznie ją przetrząsać i z konsternacją wyjmie ze środka stanik i paczkę tamponów. Coś przewraca niedzielnemu malarzowi sztalugi, choć wiatru ni śladu. Lykomedes snuje refleksje o pogodnej starości pośród morskiej toni, w której nurkuje poszukiwacz starożytnych skarbów. Achilles celuje z łuku do kartonowej łani na jarmarcznej strzelnicy. A przecież wszyscy w tym tłumie przeżywają rozterki, tak samo cierpią i kochają, ulegają porywom równie bolesnej zazdrości. W grupie urlopowiczów znajdzie się nawet podejrzanie wysoka i żylasta dama, która w końcu okaże się mężczyzną.

Być może nie wypatrzyłabym tych wszystkich drobiazgów, gdybym akurat nie tłumaczyła książki pewnego filologa klasycznego, który najpierw pozwolił swemu sędziwemu ojcu uczestniczyć w studenckim seminarium poświęconym Odysei, a potem zabrał go w rejs tematyczny śladami homeryckiego bohatera. Pomysł Petrou na Deidamię może nie jest tak misterny jak proza mojego autora, ale sprowadza się do podobnej konkluzji: bohaterowie spod Troi pod wieloma względami nie różnili się od współczesnych wczasowiczów. Dzisiejsi beztroscy turyści też mogą kiedyś zginąć: w kolejnej wojnie trojańskiej, na miarę naszych czasów.

I za to chwała organizatorom Händel-Festspiele Göttingen: że wodzą nas na pokuszenie, by twórczość dawnych epok dała nam do myślenia i zaczęła nas naprawdę obchodzić.

In the Shadow of Operation Ř

Czech music lovers are just as unlucky when it comes to Dialogues des Carmélites as Poles. As I have recently pointed out, when reviewing the premiere or, in fact, reconstruction of Robert Carsen’s Amsterdam production at Teatro Regio di Torino, the first and so far the only Polish staging of Poulenc’s opera took place in 2000 at Łódź’s Teatr Wielki. Dialogues had to wait seventy years for its Prague premiere. It finally happened this year in May, at the Prague Spring, an event marked by several other round anniversaries.

Dialogues des Carmélites finds its hard to get onto the operatic stages in the former Eastern Bloc, even after the political transformation. The work’s long absence in Czechia is all the more understandable given that shortly after the war the country introduced one of the most restrictive models of fighting the Catholic religion in this part of Europe – in line with the instructions given by Zhdanov, who held up the Soviet experiences in the battle against the Orthodox Church as a model for the USSR’s satellite countries. The repressive measures also affected monasteries. The night of 13–14 April 1950 saw the launch of the so-called Operation K, preceded by show trials of a dozen or so monks, some of whom received life sentences. Over 200 male congregations were dissolved, a few thousand members of monastic communities were interned, monasteries were left to their fate or deliberately vandalised, property was confiscated or plundered. August was marked by the launch of Operation Ř (from the Czech word řeholnice, meaning a nun), carried out in stages and more selectively, targeting mainly “non-useful sisters”, which for the communist authorities meant those involved in education and care of the sick. The victims of that persecution included Magdalena Anna Schwarzová, a Carmelite postulant, who was accused of high treason a few years later, sentenced to eleven years in prison and deprived of her public rights. In the 1980s, following another wave of repression, she was forced to renounce her citizenship before leaving for Kraków, Poland, where she spent the rest of her life as a cloistered nun.

Photo: Petr Neubert

No wonder, therefore, that Barbora Horáková Joly, the director of Dialogues at Prague’s State Opera, saw this inglorious chapter in the history of Czechoslovakia as a parallel with the fate of the wretched Compiègne sisters, guillotined in July 1794. The bad thing is that she treated it too literally, forgetting that Poulenc’s opera was not a reconstruction of historical events, but an adaptation of Gertrude von Le Fort’s mystical novella drawing on these events, an adaptation featuring new elements added by Georges Bernanos and the composer himself. Horákova Joly’s entire concept is dominated by violence, conflict and humiliation, which blur the attitudes and motivations of the various characters.  There is no existential fear, nor any inner transformation. For some unknown reason Marquis de la Force abuses his own son mentally and physically; the Old Prioress dies smeared with her own faeces, with her hair messed up, as if she were in a neglected care home and not in Mother Marie’s tender care; Chevalier de la Force arrives at the convent to say good-bye to Blanche covered in blood and barely able to stand – and yet he is supposed to pay her a visit as a potential guardian in her escape, convinced that he would be able to keep his sister safe in the turmoil of the revolution.

Photo: Petr Neubert

The list of absurdities is endless – which is a pity, because the production is presented in sparse and functional sets designed by Ines Nadler, well-lit by Sascha Zauner, complemented by Annemarie Bulla’s costumes that would have been quite sufficient as an allusion to post-war repressions: without the director’s excessive and ill-conceived ideas, without projections (by Sergio Verde) and fragments of documentaries overused to the point of tedium, not to mention Blanche’s child lookalike, as superfluous as in most opera productions à la mode. It is a pity, because had Horáková Joly reined in her vivid imagination and focused on the only clever, though perhaps not too original, idea of “assigning” to the sixteen nuns sixteen mobile metal structures, lowered from the flies and placed at various angles – which first get covered by the greenery of the vegetables and flowers cultivated by the sisters only to turn in the end into the condemned women’s graves – the rest would have told itself, in a simple reference to this clear metaphor. Like the final execution scene, in which the nuns stand on their own graves in beams of spotlight going out suddenly one by one after each strike of the guillotine.

This rather unsuccessful staging did not quite hold its own musically either. The weakest link was the orchestra, clearly not ready to tackle Poulenc’s shimmering, rhythmically relentless and, at the same time, inhumanly precise score. In Act I everything, including intonation, was off. Then things began to improve somehow – under the experienced baton of Hermann Bäumer, the new music director of Státní opera, whom I came to know during his excellent directorship in Mainz. This may have happened, because at some point the conductor abandoned any further attempt to bring out the sharp contrasts and wealth of harmonies in favour of sounds that were hard, harsh and powerful, but at least impressive. On the other hand, a fine performance came from the chorus, directed by Adolf Melichar, which has little to do in this opera, so I appreciate its commitment and clear articulation all the more.

Photo: Petr Neubert

In an exceptionally uneven cast the soloist that stood out was above all Jana Sibera, who has a soft, girlish, beautifully rounded soprano, perfect for the role of Blanche. I was also very impressed by Mother Marie sung by the Norwegian mezzo-soprano Tone Kummervold, whose dense, technically impeccable voice I had admired a few years earlier in Schulhoff’s Flammen. The sharp, strained high notes of Tamara Morozova (Madame Lidoine) were not very pleasant on the ear and neither were serious intonation problems of Ekaterina Krovateva (Constance). Markéta Cukrova was completely miscast as the Old Prioress, a character she was unable to bring to life either with her acting or with her singing: as she ages, her mezzo-soprano is getting increasingly harmonically deficient and increasingly unstable owing to insufficient support. Daniel Matoušek has a lovely tenor, but it is definitely too light for the role of Chevalier de la Force; Paul Gay as Marquis de la Force was rather bland; Michael Skalický did his best as the Chaplain, although the role was too complex and big for his experience and skills.

Perhaps I should have gone to see some of the following performances. Perhaps the production will grow with time. I left the premiere, feeling that the Prague Dialogues des Carmélites did not do justice to either the “Compiègne Sixteen” or the thousands of Czech and Slovak nuns expelled from their convents, interned in camps, harassed by the security services, deprived of the remains of their human dignity.

Translated by: Anna Kijak

W cieniu Akcji Ř

Czescy melomani mają równie mało szczęścia do Dialogów karmelitanek jak Polacy. Przypominałam niedawno, przy okazji premiery, a właściwie rekonstrukcji amsterdamskiego przedstawienia Roberta Carsena w Teatro Regio di Torino, że na pierwszą i jak dotąd jedyną polską inscenizację opery Poulenca zdecydował się w roku 2000 Teatr Wielki w Łodzi. Na premierę w Pradze Dialogi musiały czekać aż siedemdziesiąt lat. Doczekały się w maju, w ramach Praskiej Wiosny, naznaczonej kilkoma innymi okrągłymi rocznicami.

Dialogi karmelitanek z trudem przebijają się na deski teatrów dawnego bloku wschodniego, nawet po transformacji ustrojowej. Ich długa nieobecność w Czechach jest tym bardziej zrozumiała, że tuż po wojnie u naszych południowych sąsiadów zaprowadzono jeden z najbardziej restrykcyjnych modeli zwalczania religii katolickiej w tej części Europy – zgodnie z zaleceniami Żdanowa, który stawiał państwom satelickim za wzór wcześniejsze doświadczenia ZSRR w batalii przeciwko Cerkwi prawosławnej. Represje objęły też klasztory. W nocy z 13 na 14 kwietnia 1950 roku przeprowadzono tak zwaną Akcję K, poprzedzoną marionetkowymi procesami kilkunastu zakonników, z których część skazano na dożywocie. Zlikwidowano ponad dwieście męskich zgromadzeń, internowano kilka tysięcy członków wspólnot zakonnych, klasztory zostawiono na pastwę losu albo celowo zdewastowano, mienie skonfiskowano bądź rozkradziono. W sierpniu rozpoczęła się Akcja Ř (od czeskiego słowa řeholnice, oznaczającego zakonnicę), realizowana etapami i bardziej wybiórczo, skierowana głównie przeciwko „siostrom niepożytecznym”, przez co władze komunistyczne rozumiały działalność edukacyjną i wychowawczą zakonnic oraz ich zaangażowanie w opiekę nad chorymi. Ofiarą tamtych prześladowań padła też Magdalena Anna Schwarzová, postulantka w zakonie karmelitanek, kilka lat później oskarżona o zdradę stanu, skazana na 11 lat więzienia i pozbawiona praw publicznych, a w latach 80., po kolejnej fali represji, zmuszona do zrzeczenia się obywatelstwa przed decyzją o wyjeździe do Krakowa, gdzie resztę życia spędziła w klauzurze.

Jana Sibera (Blanche). Fot. Petr Neubert

Nic dziwnego, że Barbora Horáková Joly, reżyserka Dialogów w praskiej Operze Państwowej, dostrzegła w niechlubnej karcie z dziejów Czechosłowacji pewną paralelę z losami nieszczęsnych sióstr z Compiègne, zgilotynowanych w lipcu 1794 roku. Gorzej, że potraktowała ją zbyt dosłownie, zapominając, że opera Poulenca nie jest rekonstrukcją wydarzeń historycznych, tylko adaptacją nawiązującej do nich mistycznej noweli Gertrud von Le Fort, zreinterpretowaną i wzbogaconą o nowe wątki zarówno przez Georges’a Bernanosa, jak i samego kompozytora. Całą koncepcję Horákovej Joly zdominowały przemoc, konflikt i upodlenie, zacierając postawy i motywacje poszczególnych bohaterów. Nie ma tu ani egzystencjalnego lęku, ani wewnętrznej przemiany. Markiz de la Force z niewiadomych przyczyn znęca się nad własnym synem psychicznie i fizycznie; Stara Przeorysza umiera rozczochrana, uwalana własnymi odchodami, jakby znalazła się w zaniedbanym domu opieki, nie zaś pod czułą opieką Matki Marii; Kawaler de la Force przybywa do klasztoru pożegnać się z Blanką zakrwawiony i ledwo trzymając się na nogach – a przecież składa jej wizytę w charakterze potencjalnego opiekuna w ucieczce, przeświadczony, że w ogniu rewolucji może zapewnić siostrze bezpieczeństwo.

Wyliczankę absurdów można by ciągnąć w nieskończoność – szkoda, bo spektakl rozegrano w oszczędnej i funkcjonalnej scenografii Ines Nadler, dobrze oświetlonej przez Saschę Zaunera i uzupełnionej kostiumami Annemarie Bulli, które w zupełności starczyłyby za aluzję do powojennych represji: bez nadmiarowych i nieprzemyślanych pomysłów reżyserki, bez zgranych do nudności projekcji (Sergio Verde) i fragmentów filmów dokumentalnych, nie wspominając już o dziecięcym sobowtórze Blanche, równie zbędnym, jak w większości operowych inscenizacji à la mode. Szkoda, bo gdyby Horáková Joly powściągnęła swą rozbuchaną fantazję i skupiła się na jedynym sensownym, choć może nie odkrywczym pomyśle „przypisania” szesnastu zakonnicom szesnastu ruchomych, opuszczanych z nadscenia i ustawianych pod różnym kątem metalowych konstrukcji, które najpierw okrywają się zielenią uprawianych przez siostry warzyw i kwiatów, by ostatecznie zmienić się w groby skazanych – reszta opowiedziałaby się sama, w prostym nawiązaniu do tej czytelnej metafory. Tak jak finałowa scena egzekucji, w której zakonnice stanęły na własnych mogiłach w snopach punktowych świateł, raptownie gasnących po każdym ciosie gilotyny.

Daniel Matoušek (Kawaler de la Force) i Jana Sibera. Fot. Petr Neubert

Niezbyt udana inscenizacja nie wybroniła się też w pełni pod względem muzycznym. Najsłabszym ogniwem okazała się orkiestra, wyraźnie niegotowa do starcia z rozmigotaną, nieubłaganą rytmicznie, a zarazem wręcz nieludzko precyzyjną partyturą Poulenca. W I akcie szwankowało wszystko, włącznie z intonacją. Potem zaczęło się jakoś zbierać – pod doświadczoną batutą Hermanna Bäumera, nowego szefa muzycznego Státniej opery, którego poznałam od najlepszej strony za czasów jego kierownictwa w Moguncji. Być może dlatego, że dyrygent w pewnym momencie zaniechał dalszych prób wyegzekwowania jaskrawych kontrastów i bogactwa harmonii na rzecz brzmień twardych, ostrych i donośnych, ale przynajmniej efektownych. Dobrze za to spisał się chór pod dyrekcją Adolfa Melichara, który niewiele ma w tej operze do roboty, więc tym bardziej doceniam jego zaangażowanie i klarowną artykulację.

W wyjątkowo nierównej obsadzie solowej zabłysła przede wszystkim Jana Sibera, obdarzona mięciutkim, dziewczęcym, pięknie zaokrąglonym sopranem, idealnie pasującym do postaci Blanche. Znakomite wrażenie w partii Matki Marii zrobiła na mnie norweska mezzosopranistka Tone Kummervold, której gęsty, nieskazitelny technicznie głos miałam okazję podziwiać kilka lat temu w Plamenach Schulhoffa. U Tamary Morozovej (Madame Lidoine) raziły zbyt ostre, wysilone góry, u Jekatieriny Krowatiewej (Konstancja) – poważne wpadki intonacyjne. Kompletnym nieporozumieniem okazało się obsadzenie Markéty Cukrovej w roli Starej Przeoryszy, której nie zdołała zbudować ani środkami aktorskimi, ani wokalnymi: jej mezzosopran z wiekiem staje się coraz uboższy w alikwoty i coraz mniej stabilny wskutek niedostatecznego podparcia. Daniel Matoušek dysponuje tenorem ładnym, ale zdecydowanie zbyt lekkim do partii Kawalera de la Force, Paul Gay jako Markiz de la Force wypadł całkiem bez wyrazu, Michael Skalický starał się jak mógł w roli Kapelana, mimo wszystko nazbyt złożonej i rozbudowanej na jego doświadczenie i umiejętności.

Scena zbiorowa. Na pierwszym planie Michael Skalický (Kapelan). Fot. Petr Neubert

Może powinnam była się wybrać na któreś z kolejnych przedstawień. Może z czasem ten spektakl okrzepnie. Z premiery wyszłam w poczuciu, że praskie Dialogi karmelitanek nie oddały sprawiedliwości ani „Szesnastu z Compiègne”, ani tysiącom czeskich i słowackich zakonnic: przepędzanych z klasztorów, internowanych w obozach, dręczonych przez służby bezpieczeństwa, wyzutych z resztek ludzkiej godności.

Oil and Blood

Krystian Lada does not like to separate the audience from the symbolic performance space. All his productions begin with the curtain raised – long before the first sounds of the opera are heard. Before the Mainz staging of Missy Mazzoli’s Breaking the Waves a dozen or so women slowly make their way onto the dark grass of the rocky hills of the Isle of Skye; they are unassuming, modestly dressed, young and old, beautiful and ugly. They are soon joined by a group of men in costumes bringing to mind not only the traditional dress of the Free Church of Scotland elders and the workwear of the Hebrides fishermen, but also the glistening blackness of oil from the drilling platforms scattered across the North Sea. The women introduce themselves and say a few words about their origin and religion. Not all of them are allowed by the men to finish. One by one, they are all pushed off the stage. Just one of them manages to say her name, Bess. This is enough for the men. The community dresses the girl in a wedding gown and has her “try on” various symbols of virginal martyrdom.

The gesture, which at first appears to contradict the doctrine of the Presbyterians – who reject the veneration of saints, their relics and images – is, in fact, an apt reflection of the worldview of the Danish artist Lars von Trier, the director of the 1996 film, which became the basis of Mazzoli’s opera, composed to a libretto by Royce Vavrek. Breaking the Waves, the winner of the Grand Prix at the Cannes Film Festival, was released just over a year after the announcement of the famous Dogme 95 manifesto and is still regarded as the seminal work of the movement. It was precisely at that time that von Trier, raised in a family of atheists, decided to convert to Catholicism, although he later abandoned the idea and chose agnosticism. He never hid his fascination with the oeuvre of his compatriot Carl Theodor Dreyer, primarily his Passion of Joan of Arc (1928), as well as the 1943 Day of Wrath and the post-war The Word. With time the iconoclast Dreyer came to be hailed as a master of religious cinema and Lars von Trier found his successor in himself. In Breaking the Waves he mused over dilemmas similar to those explored by Dreyer. From Joan of Arc he took Bess’ martyrdom; from Day of Wrath – the ambiguous bell motif; from The Word – the theme of his protagonist’s madness or mental disability.  However, he did not manage to shake off his reputation as someone who liked to cause scandal, partly because, even in his later films, he continued to point to patriarchal religion as a source of harm and suffering, exposing its inherent mechanism of the community using sexuality to exercise control over the individual.

Mazzoli’s three-act stage work was written twenty years after the film’s premiere, having been commissioned by Opera Philadelphia. Vavrek had the idea even before that, but the composer refused to be persuaded to adapt Breaking the Waves until she discovered the immanent “operatic nature” of von Trier’s work. His tale of Bess has the obsession and sacrifice of Wagner’s Senta, the vastness of the sea from Britten’s Billy Budd and Peter Grimes, and the hell paved with good intentions, like in Janáček’s Jenufa. The libretto of the opera follows the original text quite closely, a decision followed also in theatrical terms by the authors of most previous productions, maintaining a classic, linear narrative structure.

Julietta Aleksanyan (Bess) and Brett Carter (Jan). Photo: Andreas Etter

Krystian Lada has opted for a different approach: against the backdrop of an almost unchanging sets (designed by Annette Murschetz), masterfully organising the space, he stages a morality play about presumed guilt and ambiguous redemption, bringing to mind the tradition of medieval Passion plays. On the rocky grassland mentioned earlier there grow white lilies, usually not to be found in this environment. Jan, a Norwegian oil rig worker, will use them to make a wedding bouquet for Bess. They are both dressed in white: the groom in a suit, the bride in a gown with an enormous train, which she will hardly take off until the very end of the performance (costumes by Adrian Bärwinkel). There is no nard, no saffron or calamus here, but we cannot help but feel that this patch of land is supposed to satisfy all the needs of the community, both physical and spiritual. That is why it is an area that is closely watched – from the platforms surrounding it behind which a different world stretches: a world of boundless seas, distant oil rigs and rights rejected by the community.

In this enclosed garden Bess will lose her virginity; this is where she will say goodbye to Jan setting off for an oil rig, this is where she will have sex with him via phone, still in the same white dress, stained with the blood of their wedding night. When the news of Jan’s tragic accident arrives, the dark grass will be replaced with the steel grey floor of a hospital ward, reminiscent more of a mortuary than of an intensive care unit. Half-naked and bloodied, Jan, with his loins covered by a white cloth, brings to mind the tortured Christ just as strongly as he evokes the suffering Amfortas. Paralysed and unable to have sex, he slowly loses his will to live. When he finally manages to persuade his wife to have sex with other men, this will begin the Bess’ painful transformation into a holy harlot. New bloodstains appear on the dress. Bess “will finish the job”, giving herself to sailors from a red ship the presence of which we can only guess at from the flood of vermillion light at the back of the stage (as always, excellent lighting design by Aleksander Prowaliński, this time in collaboration with Frederik Wollek).

Julietta Aleksanyan. Photo: Andreas Etter

The rape scene takes place behind a semi-transparent curtain, with streams of terrifying filth pouring down on it. Blood mixed with oil? Faeces? Or perhaps disembowelled entrails? After the gruesome climax the narrative slowly comes to a close. Bess dies in the arms of women, Jan regains the use of his legs and returns to the stage in his wedding attire – splattered with dirt and blood like the white train of the dress, which now covers the woman’s coffin. Soon a purifying rain will fall from the flies. In the depths of the invisible sea we will hear the sound of non-existent bells, the sound Jan longed for on his wedding day.

Lada has served the operatic version of Breaking the Waves well. He has distanced it from the cinematic original and introduced it to the world of theatrical symbolism – much to the benefit of the audience and without detracting from the music, which has earned Mazzoli a reputation as one of the brightest stars in the firmament of twenty-first-century American opera. Critics often label her oeuvre as post-minimalist: indeed, Mazzoli organises most scenes around a vivid, repetitive pattern, not necessarily rhythmic – however, the main asset of her music is its harmonic language, which vaguely brings to mind Schönberg’s fluid tonality and polytonality. Mazzoli beautifully tints chords with dissonances, recasts instruments, and breaks up the colour of the orchestra with the sound of electric guitar and synthesiser. In addition, she has an extraordinary feel of the human voice, as is evidenced by the truly Brittenesque choruses and the poignant and, at the same time, surprisingly melodious part of Bess.

Brett Carter. Photo: Andreas Etter

A part with which Julietta Aleksanyan coped splendidly. She is a soprano with a very handsome voice, uncommon sense of phrasing, and admirable ability to build such a complex and tragic character. The fragile Bess was perfectly partnered by the imposing Jan of Brett Carter, who has a healthy, flexible baritone with a bright, almost tenor-like timbre. I was really taken by Karina Repova as Dodo, Bess’ sister-in-law: her velvety mezzo-soprano possesses both soothing tenderness and strength essential to the role – they were well contrasted with the merciless severity of the Mother (sung by Nancy Weißbach, a reliable dramatic soprano). Among the male cast the Ukrainian bass-baritone Daniel Semsichko as the Councilman stood out as well, but I was disappointed by Yoonki Baek as Dr. Richardson, whose tenor was quite frail and whose intonation was uncertain. Other roles were competently performed by the baritone Tim-Lukas Reuter (Terry) as well as the bass Doğuş Güney and the tenor Frederik Bak as the two rapists. A fine performance also came from the male chorus directed by Sebastian Hernandez Laverny – rough, at times brutal in its sound, particularly convincing in fragments styled as Presbyterian hymns and psalms. The whole, featuring the Philharmonisches Staatsorchester Mainz, was conducted by Dirk Kaftan – with remarkable verve and attention to every detail of this highly complex score.

However, the Mainz staging of Breaking the Waves ended differently from the earlier productions of the opera. A dozen or so “Mainzer Frauen”, the women from the prologue, came back on stage with Bess in order to sing a simple song, “My body is a map”, composed by Mazzoli to a paraphrase of the text of the main protagonist’s aria from the beginning of Act III. Perhaps it was a nod to librettists from the past, who were able to end every opera with a well-put-together lieto fine? If so, it was  untimely. Every single day over one hundred raped women die, with their bodies proving to be a map to nowhere.

Translated by: Anna Kijak

Ropa i krew

Krystian Lada nie lubi oddzielać widowni od symbolicznej przestrzeni gry. Wszystkie jego spektakle zaczynają się przy otwartej kurtynie – na długo nim zabrzmią pierwsze dźwięki opery. Przed mogunckim przedstawieniem Przełamując fale Missy Mazzoli na ciemną murawę skalistych wzgórz wyspy Skye wkracza powoli kilkanaście kobiet: niepozornych, skromnie ubranych, młodych i starych, pięknych i brzydkich. Po chwili dołącza do nich grupka mężczyzn w kostiumach, których wygląd wzbudza skojarzenia nie tylko z tradycyjnym strojem starszyzny Kościoła Szkockiego i odzieżą roboczą hebrydzkich rybaków, lecz także z połyskliwą czernią ropy z rozproszonych po Morzu Północnym platform wiertniczych. Kobiety przedstawiają się i wtrącają kilka słów o swoim pochodzeniu i religii. Nie każdej mężczyźni pozwalają skończyć. Wszystkie są po kolei wypychane ze sceny. Jedna zdąży podać tylko swoje imię, Bess. To mężczyznom wystarcza. Wspólnota ubiera dziewczynę w suknię ślubną i „przymierza” do niej rozmaite atrybuty dziewiczego męczeństwa.

Gest, który z pozoru kłóci się z doktryną prezbiterian, odrzucających kult świętych oraz ich relikwii i wizerunków, w istocie jest celnym odzwierciedleniem światopoglądu duńskiego artysty Larsa von Triera, twórcy filmu z 1996 roku, na którego kanwie powstała opera Mazzoli do libretta Royce’a Vavreka. Dramat Breaking the Waves, zdobywca Grand Prix na festiwalu w Cannes, wszedł na ekrany nieco ponad rok po ogłoszeniu słynnego manifestu Dogma 95 i do dziś uchodzi za dzieło założycielskie ruchu. Wychowany w rodzinie ateistów von Trier właśnie wtedy postanowił przyjąć katolicyzm, choć potem wycofał się z tej decyzji na pozycję agnostyka. Nigdy nie krył fascynacji twórczością swego rodaka Carla Theodora Dreyera, przede wszystkim Męczeństwem Joanny d’Arc (1928), ale też ukończonym w 1943 roku Dniem gniewu i powojennym już Słowem. Obrazoburca Dreyer doczekał się z czasem uznania jako mistrz kina religijnego. Lars von Trier odnalazł w sobie jego następcę. W Przełamując fale roztrząsał podobne dylematy jak Dreyer. Z Joanny d’Arc wziął męczeńską ofiarę Bess; z Dnia gniewu niejednoznaczny motyw dzwonów; ze Słowa – wątek szaleństwa bądź upośledzenia swojej bohaterki. Nie pozbył się jednak piętna skandalisty, między innymi dlatego, że i w późniejszych filmach wskazywał na religię patriarchalną jako źródło krzywd i cierpienia, obnażając nieodłączny od niej mechanizm wykorzystania seksualności w procesie kontroli wspólnoty nad jednostką.

Julietta Aleksanyan (Bess) i Brett Carter (Jan). Fot. Andreas Etter

Trzyaktowy utwór sceniczny Mazzoli powstał dwadzieścia lat po premierze filmu, na zamówienie Opera Philadelphia. Pomysł zakiełkował w głowie Vavreka już wcześniej, ale kompozytorka dopóty nie chciała się przekonać do adaptacji Przełamując fale, aż odkryła immanentną „operowość” dzieła von Triera. W jego opowieści o Bess jest obsesja i poświęcenie Wagnerowskiej Senty, jest ogrom morza z Billy’ego Budda i Petera Grimesa Brittena, jest wreszcie wybrukowane dobrymi chęciami piekło, jak w Jenufie Janaczka. Libretto opery trzyma się dość ściśle litery pierwowzoru, z czego większość dotychczasowych realizatorów czyniła użytek także pod względem teatralnym, zachowując klasyczny, linearny tok narracji.

Krystian Lada podszedł do sprawy inaczej: na tle prawie niezmiennej, świetnie organizującej przestrzeń scenografii (Annette Murschetz) rozegrał moralitet o domniemanej winie i niejednoznacznym odkupieniu, przywodzący na myśl skojarzenia z konwencją średniowiecznych misteriów pasyjnych. Na wspomnianej już skalnej murawie rosną niespotykane w tym środowisku białe lilie. Jan, norweski robotnik naftowy, ułoży z nich ślubny bukiet dla Bess. Oboje są ubrani na biało: pan młody w garnitur, panna młoda w suknię z ogromnym trenem, której nie zdejmie prawie do końca przedstawienia (kostiumy Adrian Bärwinkel). Nie rośnie tu nard i szafran ani wonna trzcina, ale i tak nie sposób opędzić się od myśli, że ten spłacheć ziemi ma zaspokajać wszystkie potrzeby społeczności, zarówno fizyczne, jak i duchowe. Dlatego jest terenem bacznie obserwowanym – z okalających go podestów, za którymi rozpościera się inny świat: bezkresnego morza, odległych platform wiertniczych i odrzucanych przez wspólnotę praw.

Bess w tym zamkniętym ogrodzie straci dziewictwo; stąd pożegna wyruszającego na platformę wiertniczą Jana, tu będzie uprawiać z nim seks przez telefon, wciąż w tej samej białej sukni, poplamionej krwią nocy poślubnej. Kiedy nadejdzie wieść o tragicznym wypadku Norwega, ciemną murawę zastąpi stalowoszara podłoga sali szpitalnej, bardziej przypominającej kostnicę niż oddział intensywnej opieki medycznej. Półnagi, zakrwawiony Jan – z lędźwiami okrytymi białym płótnem – wzbudza równie intensywne skojarzenia z umęczonym Chrystusem, jak z cierpiącym Amfortasem. Sparaliżowany, niezdolny do seksu, powoli traci wolę życia. Kiedy wreszcie uda mu się przekonać żonę to zbliżeń z innymi mężczyznami, rozpocznie się bolesny proces przemiany Bess w świętą nierządnicę. Na sukni pojawią się nowe plamy krwi. Bess „dokończy zadanie”, oddając się marynarzom z czerwonego statku, którego obecności domyślimy się tylko z zalewu cynobrowego światła w głębi sceny (jak zwykle znakomita reżyseria świateł Aleksandra Prowalińskiego, tym razem we współpracy z Frederikiem Wollekiem).

Na pierwszym planie Julietta Aleksanyan. Fot. Andreas Etter

Scena gwałtu rozgrywa się za półprzezroczystą kurtyną, po której leją się strugi przerażającego brudu. Krwi wymieszanej ze smarem? Fekaliów? A może wyrwanych wnętrzności? Po makabrycznej kulminacji narracja powoli się domyka. Bess umiera w ramionach kobiet, Jan odzyskuje władzę w nogach i wraca na scenę w ślubnym stroju – uwalanym brudem i krwią podobnie jak biały tren sukni, okrywający teraz trumnę kobiety. Za chwilę z nadscenia spadnie oczyszczający deszcz. W toni niewidzialnego morza rozlegnie się dźwięk nieistniejących dzwonów, za którym Jan tęsknił w dzień ślubu.

Lada przysłużył się operowej wersji Przełamując fale. Odsunął ją od filmowego pierwowzoru i wprowadził w świat symboliki teatralnej – z ogromną korzyścią dla widza i bez szwanku dla muzyki, która przyniosła Mazzoli opinię jednej z najjaśniejszych gwiazd na firmamencie XXI-wiecznej opery amerykańskiej. Krytycy często opatrują jej twórczość nośną etykietą postminimalizmu: istotnie, Mazzoli organizuje większość scen wokół wyrazistego, powtarzalnego schematu, niekoniecznie rytmicznego – główny walor jej muzyki tkwi jednak w języku harmonicznym, wzbudzającym niejasne skojarzenia z płynną tonalnością i politonalnością Schönberga. Mazzoli pięknie barwi akordy dysonansami, żongluje obsadą, przełamuje koloryt orkiestry brzmieniem gitary elektrycznej i syntezatora. Ma też niezwykłe wyczucie głosu ludzkiego, czego dowodem iście brittenowskie chóry i przejmująca, a przy tym zaskakująco śpiewna partia Bess.

Julietta Aleksanyan, Karina Repova (Dodo) i Nancy Weißbach (Matka). Fot. Andreas Rett

Z którą znakomicie poradziła sobie Julietta Aleksanyan, sopranistka obdarzona głosem dużej urody, niepospolitym wyczuciem frazy i godną podziwu sprawnością w budowaniu tak złożonej i tragicznej postaci. Świetnym partnerem dla kruchej Bess okazał się postawny Jan w osobie Bretta Cartera, dysponującego zdrowym, elastycznym barytonem o jasnej, niemal tenorowej barwie. Nadzwyczaj spodobała mi się Karina Repova jako Dodo, szwagierka Bess: jej aksamitny mezzosopran ma w sobie zarówno kojącą czułość, jak i nieodzowną w tej partii siłę – dobrze skontrastowane z bezlitosną surowością Matki (w tej roli Nancy Weißbach, solidny sopran dramatyczny). W męskiej obsadzie wyróżnił się także ukraiński bas-baryton Daniel Semsichko w partii Starszego Zboru, zawiódł natomiast Yoonki Baek w roli Doktora Richardsona, śpiewający tenorem dość wątłym i niepewnym intonacyjnie. W pozostałych rolach bez zarzutu sprawili się bas-baryton Tim-Lukas Reuter (Terry) oraz bas Doğuş Güney i tenor Frederik Bak w partiach dwóch gwałcicieli. Dobrze też wypadł chór męski pod kierunkiem Sebastiana Hernandeza Laverny’ego – szorstki, chwilami wręcz brutalny w brzmieniu, szczególnie przekonujący we fragmentach stylizowanych na hymny i psalmy prezbiteriańskie. Całość, wraz z Philharmonisches Staatsorchester Mainz, poprowadził Dirk Kaftan – z wybitnym nerwem i dbałością o każdy detal tej niezwykle złożonej partytury.

Moguncki spektakl Przełamując fale skończył się jednak inaczej niż wcześniejsze produkcje. Kilkanaście „Mainzer Frauen”, kobiet z prologu, wróciło na scenę wraz z Bess, żeby zaśpiewać prościutką, dokomponowaną przez Mazzoli piosenkę „My body is a map”, do parafrazy tekstu arii głównej bohaterki z początku III aktu. Czyżby ukłon w stronę dawnych librecistów, którzy zgrabnym lieto fine potrafili zamknąć akcję każdej opery? Jeśli tak, to niewczesny. Dzień w dzień umiera ponad sto zgwałconych kobiet, których ciała okazały się mapą donikąd.

Into the Inescapable Present

This visit – at the invitation of the North Rhine-Westphalia’s Culture Secretariat, with an eight-strong group of international observers, including my former editor colleague Monika Pasiecznik – was for me like Odysseus’ return to his beloved Ithaca. For thirteen years I have been working almost exclusively as an opera critic. I sometimes forget how much of my professional career was devoted to contemporary music, for example, when I reported on the successive editions of Berlin’s MaerzMusik, a festival I accompanied throughout Matthias Osterwold’s tenure, eagerly following its ups and downs. Year after year I would immerse myself deeply for a week and a half in the latest works, sometimes for over ten hours a day – until the festival began to eat its own tail. After that I would come to Berlin only sporadically and none of the subsequent MaerzMusik curators managed to win me over to their concept. That is why I accepted without hesitation an invitation to two concurrent festivals: the ORBIT biennial of new music theatre, taking place for the third time in Cologne, and the Wittener Tage für neue Kammermusik, celebrating its ninetieth anniversary.

I would venture to say that the programmes of both events – ORBIT, still experimenting and groping its way, and the venerable festival in Witten, which, incidentally, has expanded the formula of its title to include orchestral works and music theatre presentations – if combined into one and spread over time, would produce a festival surprisingly similar to the “MaerzMusiks” from Osterworld’s best years. But these happened nearly two decades ago. If I were younger, this would sound like an complaint. But I am older and I really need something like this: an intense festival of contemporary music that would satisfy both elderly avant-gardist and concert hall regulars, and an audience that still has no idea what to do about it. Listeners and spectators who want to explore such music in the contexts of time, space and other abstract notions. Who prefer to treat new music as a fact of which we know nothing yet, and to set this fact against the harsh reality and the social behaviours associated with it. To listen in darkness, on the go, lying down and while eating. To experience music in the urban space or, on the contrary, to retreat with it into ever changing and less obvious interiors.

What a dream. Meanwhile, Cologne is almost a hundred kilometres away from Witten, and we, as privileged critics, managed to cover almost the entire programmes of both festivals solely thanks to the efforts of the NRW KULTURsekretariat, which enabled us to attend rehearsals and meet the authors of still unfinished projects. Our advantage over the “ordinary” audience was that we knew the aesthetics of many composers from previous encounters. Interestingly, these were not always consistent with our present impressions. “Of all my memories, the saddest are the happiest ones,” confessed Jean Genet, to whom I will return, in The Miracle of the Rose. Well, sometimes it is the other way round: the music of Chaya Czernowin, the focus of this year’s Wittener Tage, which two decades ago I found to be dreadful, albeit technically competent, waffle, this time had me completely engaged. Am I finally mature enough to understand that the various threads of sound in her work alternately intertwine and unravel, run backwards and across the narrative, sometimes disappearing into the fabric only to emerge from it again unnoticed? Or perhaps I was confined in the cocoon of the past and was not keeping up with the voice of the younger generations?

Let us begin at the beginning. Before the ORBIT Festival opened officially, we went to the Ensemble Musikfabrik studio to observe the general rehearsal of Mutants in Music: III. Dreamteam + Playlist of Deaf Dreams, a performance featuring musicians and dancers from the Cologne-based Ensemble uBu. It looked promising: the opening “symphony” of involuntary muscle twitches while falling asleep, enacted by the performers on beds laid out on the studio floor to the rhythm of sounds reminiscent of a children’s music box, failed, however, to develop into a coherent narrative about the art of dreaming together. The drama got stuck until it was carried away by the music, building up gradually from overlapping fragments of a playlist compiled by the deaf artist Matthias Ranner – sung, articulated through instruments, vibrating on low-frequency waves. Only then did I feel like dreaming together with uBu: when Schumann’s Mondnacht emerged from a cloud of clangs, shouts and hums, when Schubert’s Notturno in E flat major began to murmur like a lullaby and when pop-culture texts began to mix gracefully with fragments of avant-garde classics.

Gefängnis ohne Mauern, Schiff ohne Meer. Photo: Sophia Hegewald

The hidden structure of dreams – or rather nightmares – was explored many times by Jean Genet, for example, in his provocative Miracle of the Rose, a semi-autobiographical, non-linear narrative in which the writer loosely drew on his own experiences at the Mettray reformatory for juvenile offenders and his subsequent imprisonment at Fontevrault. The sudden leaps in time and the disorienting blurring of fantasy and reality, characteristic of Genet’s prose, have fascinated numerous composers, resulting in works like Bengtson’s opera The Maids and Eötvös’ Le Balcon, and, before that, Hans Werner Henze’s instrumental “imaginary theatre”, based on motifs from Le Miracle de la Rose. Philipp C. Meyer, a student of Isabel Mundry and Stefano Gervasoni, among others, has decided to use the same material in Gefängnis ohne Mauern, Schiff ohne Meer, a piece of music theatre for one actor (Max Kurth) and seven musicians from Ensemble Garage. Although the set designer Jan Patrick Brandt did indeed create a convincing vision of a supposedly “open” prison (a semi-transparent lightbox at the back of the Roter Saal at the COMEDIA Theater, which both shields the actor entering it and exposes him to public view; illuminated spheres in which the narrator’s distorted face is reflected), and director Miriam Götz intensified the atmosphere of oppression by scattering the musicians across the stage and making their performance seem like intrusive, obsessively repeated actions – the whole thing turned into a drawn-out monodrama with sparingly used background music. True, it was very interesting at times (I was particularly struck by the modulated train whistle, the dreamlike clamour of birds and the crunch of glass being gnawed at by one of the fellow prisoners), but it fell silent at key moments in the narrative, above all in the scene when the mystical rose was discovered at the bottom of the heart of Harcamone, the “holy murderer”. It is a shame, because Meyer is undoubtedly a talented composer and deserved to work with a dramaturge who would have radically shortened the spoken text and woven it more effectively into the musical fabric of the piece.

By contrast, the final performance of Sombre. In the Shadows of Our Time was excellent. It was a moving tribute to Kaija Saariaho, who passed away less than two years ago, made by her husband, the composer Jean-Baptiste Barrière, her son, the director Alexi Barrière, and the composer and sculptor Cécile Marti. The musical material of the production was made up of four chamber pieces by Saariaho (Caliban’s Dream to fragments of Shakespeare’s The TempestNoaNoa to a text from Paul Gauguin’s journal; Ciel étoilé; and Sombre to excerpts from Ezra Pound’s Cantos). Marti “replied” to the first two with a composition entitled ‘ŌVIRI to a text by Aleksi Barrière, while Jean-Baptiste Barrière followed Ciel étoilé with Un Tempo di Lampi Senza Tuono to the poem Attesa by Primo Levi. The whole, surprisingly uniform stylistically, was a convincing tale of the fatal consequences of idolatry: in private and artistic, as well as political life. Once again, I was reminded of Maerzmusik and a conversation from twenty-one years ago, after the staged concert Italia Anno Zero, when we fulminated that if we were shown a film featuring Mussolini one more time, we would not be answerable for our actions. In the world we are living in now projections of photographs from concentration camps and filmed speeches by the Duce – interspersed with images of the heavenly beaches of the Hiva ‘Oa island – again make an electrifying impression. Another thing is that this time we were dealing with a very well-produced, if slightly conservative, theatre, which suited the small stage at the Alte Feuerwache perfectly, and, above all, was superbly performed by four instrumentalists (Eija Kankaanranta on the kantele, the flutist Camilla Hoitenga, the double bassist Aleksander Gabryś, the percussionist Fritz Hauser) and the outstanding bass-baritone Robert Koller. The Swiss singer, adding rainstick to the sound layer of the piece, also demonstrated exceptional acting talent. Every one of his portrayals – from Gauguin to Pound – was equally convincing; every word was rich in meaning, every gesture essential. Right up to the final tearing of the projection screen, behind which stood a sculpture by Marti: a primeval stone idol that could represent anything from the painter’s fourteen-year-old mistress, the leader of the Italian fascists, to today’s objects of idolatrous worship.

Sombre. In the Shadows of Our Time. Photo: Sophia Hegewald

I wish we had been able to see Samu Gryllus Host_Opera – based on a documentary novel about the abduction of a dozen or so girls in the Hungarian town of Balassagyarmat, carried out by the sons of local apparatchicks and hushed up by the communist authorities. I am glad that the encounter with the Cologne-based experimentalist Rochus Aust and his Deutsches Stromorchester gave us the chance to explore the still-deserted spaces of the port mill in the revitalised Deutz district, wearing helmets and protective clothing, just like the future audience of the cosmic performance Die Dualen/Grand Jury. We missed out on a few other ORBIT events, including a Symposium and a Speaker’s Corner featuring representatives from the independent arts scene. The Cologne festival is brimming with youthful energy, at times discovering something new, on other occasions reinventing the wheel. One day it will probably become established and thus less interesting.

The Wittener Musiktage are certainly well-established, which in the context of the previous sentence may again sound like a complaint, but the matter is more complicated. ORBIT is still searching, the Witten festival has already found what it was looking for: at least that is how its regulars see it, enamoured as they are with the great avant-garde of the third quarter of the twentieth century and greeting every hint of tonality with a consternation not unlike that which Wagner’s Tristan caused Clara Schumann. The tentative attempts to persuade the audience to embrace a slightly different kind of music, made during the brief tenure of Patrick Hahn, the festival’s former curator, fell on deaf ears – the oeuvre of Cassandra Miller, the face of last year’s Musiktage, who specialises in musical recycling, got a frosty reception. The helm was taken over from Hahn by Anselm Cybinski – together with the majority of the programme already planned for 2026 and focused on the oeuvre of Chaya Czernowin. We will have to wait and see what happens next.

I feel that, given my experiences to date, I am sitting on the barricade dividing the experimentalists and the advocates of the museum avant-garde. I have been quite happy to see the festival’s programme being expanded to include music that is decidedly “non-chamber” music. I was excited to discover the aptness of this year’s motto of the event: Gegenwart. Unentrinnbar (“The Present. Inescapable”). The present played a trick on us. It made us put greater emphasis on the context when assessing the works presented – often at the expense of a detailed analysis of the artists’ compositional technique.

Forty-eight hours of music in three days. That is why I will focus on delights, surprises and disappointments. Above all, on a radical change in my attitude towards Czernowin’s oeuvre, in which I finally began to recognise pain, unresolved trauma and opposition to the actions of tyrants. Surprisingly, her oeuvre sounds the least convincing when it engages directly in contemporary discourse (the underdeveloped NO! A Lament for the Innocent, featuring Sofia Jernberg’s strangely detached amplified soprano part, at a concert by the WDR Orchestra conducted by Yalda Zamani). I definitely find myself more in tune with Czernowin’s sensibility when she uses delicate musical means to evoke the scent of biblical hyssop, that ambiguous plant used by the Israelites in the Passover ritual to ask God to spare them, while slaying the firstborn of Egypt (a phenomenal performance of Ezov by Quatuor Diotima). I was equally struck by the performance of the Cologne-based band hand werk in a music theatre production, Red-Headed Man, based on the modernist poetry of Daniil Kharms: those who realised that a poem about a red-haired man who had no hair no eyes, no ears, no lips, no nose, who had absolutely nothing at all – and, therefore, it was better not to mention him – was a terrifying metaphor for Stalinist terror, turned a blind eye to Chernowin’s unsuccessful directorial debut in staging her own work, which was saved by the spectacular musical and acting performance of the cellist Niklas Seidl.

Red-Headed Man. Photo: Claus Langer

Another highlight from the Wittener Tage for me was Mártón Illés’ Four Sketches from the opening concert, in which vibrant live electronics merged seamlessly with an equally vibrant performance by Klangforum Wien, conducted by Elena Schwarz, clattering, chirping and shouting against a backdrop of fragmented czardases and Romani rhythms, bringing to mind a torn map of neural connections in the human brain. I was moved by Dmitri Kourliandski’s Partially Restored Landscapes, performed by the Diotima Quartet, and described by the composer as a musical deconstruction of encoded radio signals, but which I perceived as an inability to articulate and express the simplest human emotions, a manifestation of a desperate longing for the irretrievably lost land of childhood. I still cannot quite make sense of the concert by Basel Sinfonietta conducted by Titus Engel, during which the audience gave a warm reception to the technically accomplished, seductively Orientalising piece Untamed River by the Iranian composer Amen Feizabadi (with the superb Noa Frenkel in the solo part), and booed the naive Seven Valleys of Love by his compatriot Golfam Khayam, a clumsy composition, but one that remains touchingly faithful to the aesthetics of the classical Persian dastgāh system.

Noa Frenkel. Photo: Claus Langer

I will not hide my admiration for Øyvind Torvund’s Two Pieces for Orchestra and Electronics, performed by the WDR Orchestra under Zamani. Torvund has always thrown listeners off the scent, branched off down different paths and drawn the audience into an intriguing discussion about the blurred boundary between nature and civilisation – this time he put shreds of inspiration from the music of Wagner, Bruckner and Sibelius into the muzzle of wolves howling in the wilderness and other strange creatures.

There are many things I have not written about and I do not regret it. This trip has transported me back to a beautiful past, when I would immerse myself in the music of the day for weeks and would pick out only what was essential. This trip has thrown me into the inescapable present. I am happy to be able to experience it not only in the existential dimension, but also in the aesthetic dimension, filtered through the sensibility and unbridled imagination of contemporary composers.

Translated by: Anna Kijak

W głąb nieuniknionej teraźniejszości

Ten wyjazd – na zaproszenie Sekretariatu Kultury Nadrenii Północnej-Westfalii, z ośmioosobową grupą międzynarodowych obserwatorów, w tym moją dawną koleżanką redakcyjną Moniką Pasiecznik – był dla mnie jak powrót Odysa do wytęsknionej Itaki. Od trzynastu lat zajmuję się prawie wyłącznie krytyką operową. Sama czasem zapominam, ile kariery zawodowej poświęciłam muzyce współczesnej, między innymi składając raporty z kolejnych odsłon berlińskiej Maerzmusik, której towarzyszyłam przez całą kadencję Matthiasa Osterwolda, z zapałem śledząc jej wzloty i upadki. Rok w rok półtora tygodnia głębokiego zanurzenia w twórczość najnowszą, czasem po kilkanaście godzin dziennie – aż do chwili, kiedy festiwal zaczął zjadać własny ogon. Potem do Berlina wpadałam już tylko sporadycznie i żadne z późniejszych kuratorów Maerzmusik nie zdołało mnie w pełni przekonać do swojej koncepcji. Dlatego bez wahania przyjęłam zaproszenie na dwa równoległe przeglądy: odbywające się po raz trzeci w Kolonii biennale nowego teatru muzycznego ORBIT i obchodzące dziewięćdziesięciolecie istnienia Wittener Tage für neue Kammermusik.

Zaryzykuję twierdzenie, że programy obu imprez – poszukującego i błądzącego jeszcze po omacku ORBIT oraz szacownego jubilata z Witten, który skądinąd rozszerzył zawartą w tytule formułę o dzieła orkiestrowe i prezentacje teatru muzycznego – po połączeniu w jedno i rozciągnięciu w czasie dałyby festiwal zaskakująco podobny do „Maerzów” z najlepszych lat Osterwolda. Tylko że takie zdarzały się blisko dwie dekady temu. Gdybym była młodsza, brzmiałoby to jak zarzut. Ale jestem starsza i bardzo czegoś takiego potrzebuję: intensywnego festiwalu muzyki współczesnej, który zadowoliłby zarówno sędziwych awangardzistów i bywalców oswojonych sal koncertowych, jak i publiczność, która jeszcze nie wie, co z tym fantem zrobić. Słuchaczy i widzów, którzy chcą ją eksplorować w kontekstach czasu, przestrzeni i innych abstrakcyjnych pojęć. Którzy wolą traktować muzykę nową jako fakt, o którym nic jeszcze nie wiemy, i przystawiać ten fakt do trudnej rzeczywistości i związanych z nią zachowań społecznych. Słuchać w ciemnościach, w ruchu, na leżąco i podczas jedzenia. Obcować z muzyką w przestrzeni miejskiej, albo przeciwnie, zamykać się z nią w coraz to innych i mniej oczywistych wnętrzach.

Rozmarzyłam się. Tymczasem Kolonię dzieli od Witten niemal sto kilometrów, a nam, uprzywilejowanym krytykom, udało się ogarnąć program obydwu festiwali niemal w całości tylko dzięki staraniom NRW KULTURsekretariat, który umożliwił nam uczestnictwo w próbach i spotkania z twórcami niedokończonych jeszcze projektów. Nad „zwykłymi” odbiorcami mieliśmy tę przewagę, że estetykę wielu kompozytorów znaliśmy z wcześniejszych doświadczeń. Co ciekawe, nie zawsze spójnych z obecnymi wrażeniami. „Ze wszystkich moich wspomnień najsmutniejsze są te radosne”, wyznał w Cudzie róży Jean Genet, do którego jeszcze wrócę. Otóż bywa i na odwrót: w muzyce Chai Czernowin, wokół której skupił się program tegorocznych Wittener Tage, a którą dwie dekady temu uznałam za niemiłosierne, choć poprawne warsztatowo wodolejstwo, tym razem odnalazłam się w pełni. Czyżbym dojrzała do zrozumienia, że poszczególne wątki dźwiękowe w jej twórczości na przemian się łączą i rozsupłują, biegną wstecz i w poprzek narracji, czasem giną w osnowie, by znów niespostrzeżenie się z niej wyłonić? A może zasklepiłam się w kokonie minionej epoki i przestałam nadążać za głosem młodszych pokoleń?

Zacznijmy od początku. Przed oficjalnym otwarciem festiwalu ORBIT, w studiu Ensemble Musikfabrik, obserwowaliśmy próbę generalną Mutants in Music: III. Dreamteam + Playlist of Deaf Dreams, performansu z udziałem muzyków i tancerzy z kolońskiego Ensemble uBu. Zapowiadało się świetnie: początkowa „symfonia” mimowolnych skurczów mięśni przy zasypianiu, odgrywana przez wykonawców na legowiskach umoszczonych na podłodze studia, w rytm dźwięków jak z dziecięcej pozytywki, nie rozwinęła się jednak w spójną opowieść o sztuce wspólnego śnienia. Dramaturgia grzęzła dopóty, aż poniosła ją muzyka, nawarstwiając się stopniowo z zachodzących na siebie fragmentów playlisty skompletowanej przez niesłyszącego artystę Matthiasa Rannera – wyśpiewanych, wyartykułowanych na instrumentach, wibrujących na falach o niskiej częstotliwości. Dopiero wtedy zachciało mi się śnić razem z uBu: kiedy z chmury stuknięć, krzyków i szmerów wyłoniła się melodia Mondnacht Schumanna, gdy Notturno Es-dur Schuberta zanuciło się niczym kołysanka, a teksty popkultury zaczęły się wdzięcznie przenikać ze strzępami klasyków awangardy.

Gefängnis ohne Mauern, Schiff ohne Meer. Fot. Sophia Hegewald

Ukrytą strukturę marzeń, a właściwie koszmarów sennych wielokrotnie eksplorował Jean Genet, między innymi w prowokacyjnym Cudzie róży, na poły autobiograficznej, nielinearnej narracji, w której pisarz luźno nawiązał do własnych doświadczeń z kolonii poprawczej dla młodocianych przestępców w Mettray i późniejszego pobytu w więzieniu w Fontevrault. Charakterystyczne dla prozy Geneta raptowne przeskoki czasowe i dezorientujące pomieszanie fantasmagorii z rzeczywistością fascynowały niejednego kompozytora, czego owocem choćby operowe Pokojówki Bengtsona i Balkon Eötvösa, przedtem zaś instrumentalny „teatr imaginacyjny” Hansa Wernera Henzego, właśnie na motywach Le Miracle de la Rose. Philipp C. Meyer, uczeń między innym Isabel Mundry i Stefana Gervasoniego, postanowił wykorzystać ten sam materiał w Gefängnis ohne Mauern, Schiff ohne Meer, teatrze muzycznym na jednego aktora (Max Kurth) i siedmioro muzyków Ensemble Garage. Scenograf Jan Patrick Brandt stworzył wprawdzie przekonującą wizję rzekomo „otwartego” zakładu penitencjarnego (półprzezroczysta komora bezcieniowa pośrodku Roter Saal w COMEDIA Theater, która zarówno osłania wchodzącego do niej aktora, jak i wystawia go na widok publiczny; podświetlone kule, w których odbija się zniekształcona twarz narratora), a reżyserka Miriam Götz spotęgowała nastrój opresji, rozpraszając instrumentalistów po całej scenie i nadając ich grze pozór natrętnych, obsesyjnie powtarzanych czynności, całość przemieniła się jednak w rozwlekły monodram z oszczędnie dawkowanym podkładem muzycznym. Owszem, chwilami bardzo ciekawym (w pamięć zapadły mi zwłaszcza modulowany gwizd pociągu, oniryczny zgiełk ptaków i chrzęst szkła gryzionego przez jednego ze współwięźniów), milknącym jednak w kluczowych momentach narracji, przede wszystkim w scenie odkrycia mistycznej róży na dnie serca „świętego mordercy” Harcamone’a. Szkoda, bo Meyer jest kompozytorem niewątpliwie utalentowanym i zasłużył na współpracę z dramaturgiem, który radykalnie skróciłby tekst mówiony i wplótł go lepiej w tkankę muzyczną utworu.

Na tym tle znakomicie wypadł finałowy spektakl Sombre. In the Shadows of Our Time – wzruszający hołd dla zmarłej niespełna dwa lata temu Kaiji Saariaho, złożony przez jej męża kompozytora Jean-Baptiste’a Barrière’a, jej syna reżysera Aleksiego Barrière’a oraz kompozytorkę i rzeźbiarkę Cécile Marti. Na materiał muzyczny przedstawienia złożyły się cztery utwory kameralne Saariaho (Caliban’s Dream do fragmentu Burzy Szekspira; NoaNoa z tekstem z dziennika Paula Gauguina; Ciel étoilé; oraz Sombre do wyimków z Cantos Ezry Pounda). Marti „odpowiedziała” na pierwsze dwa kompozycją ‘ŌVIRI z tekstem Aleksiego Barrière’a, Jean-Baptiste Barrière dołączył po Ciel étoilé utwór Un Tempo di Lampi Senza Tuono do wiersza Attesa Primo Leviego. Całość, zaskakująco jednolitą stylistycznie, twórcy złożyli w przekonującą opowieść o zgubnych skutkach bałwochwalstwa: zarówno w życiu prywatnym, jak artystycznym i politycznym. Znów przypomniała mi się Maerzmusik i rozmowa sprzed dwudziestu jeden lat, po inscenizowanym koncercie Italia Anno Zero, kiedy pomstowaliśmy, że jeśli jeszcze raz pokażą nam film z Mussolinim, to nie ręczymy za siebie. W świecie, w którym przyszło nam teraz żyć, projekcje zdjęć z obozów koncentracyjnych i sfilmowanych przemów Duce – przeplecione obrazami rajskich plaż wyspy Hiva ʻOa – znów robią piorunujące wrażenie. Inna rzecz, że tym razem mieliśmy do czynienia z teatrem bardzo porządnie zrealizowanym, jeśli nawet odrobinę konserwatywnym, współgrającym z niewielką sceną Alte Feuerwache, przede wszystkim zaś świetnie wykonanym przez czworo instrumentalistów (grająca na kantele Eija Kankaanranta, flecistka Camilla Hoitenga, kontrabasista Aleksander Gabryś, perkusista Fritz Hauser) oraz znakomitego bas-barytona Roberta Kollera. Szwajcarski śpiewak, uzupełniający warstwę dźwiękową utworu brzmieniem kija deszczowego, wykazał się także nieprzeciętnym talentem aktorskim. Każde z jego wcieleń – od Gauguina aż po Pounda – było równie przekonujące, każde słowo brzemienne w treść, każdy gest nieodzowny. Aż po finałowe rozdarcie ekranu projekcyjnego, za którym stała rzeźba Marti: pierwotny kamienny idol, który mógł reprezentować wszystko: od czternastoletniej kochanki malarza, przez przywódcę włoskich faszystów, aż po dzisiejsze obiekty bałwochwalczego kultu.

Sombre. In the Shadows of Our Time. Fot. Sophia Hegewald

Żałuję, że nie udało nam się obejrzeć Host_Opera Samu Gryllusa – na motywach dokumentalnej powieści o porwaniu kilkunastu dziewcząt w węgierskiej miejscowości Balassagyarmat, dokonanym przez synów miejscowych bonzów i wyciszonym przez komunistyczne władze. Cieszę się, że przy okazji spotkania z kolońskim eksperymentatorem Rochusem Austem i jego Deutsches Stromorchester zwiedziliśmy wciąż jeszcze opustoszałe przestrzenie portowego młyna w rewitalizowanej dzielnicy Deutz: w kaskach i odzieży ochronnej, podobnie jak późniejsi widzowie kosmicznego performansu Die Dualen/Grand Jury. Ominęło nas kilka innych wydarzeń ORBIT, w tym sympozjum i Speaker’s Corner z udziałem przedstawicieli niezależnej sceny artystycznej. Festiwal w Kolonii tryska młodzieńczą energią, czasem odkrywa coś nowego, innym razem odkrywa Amerykę. Kiedyś pewnie okrzepnie i wtedy zrobi się mniej ciekawie.

Wittener Musiktage niewątpliwie okrzepły – co w kontekście poprzedniego zdania znów może zabrzmieć jak zarzut, sprawa jest jednak bardziej skomplikowana. ORBIT wciąż szuka, festiwal w Witten już znalazł: tak przynajmniej uznali jego bywalcy, rozkochani w wielkiej awangardzie trzeciej ćwierci XX wieku i przyjmujący każdy przebłysk tonalności z podobną konsternacją, o jaką Wagnerowski Tristan przyprawił Clarę Schumann. Nieśmiałe próby przekonania słuchaczy do nieco innej muzyki, podejmowane za krótkiej kadencji Patricka Hahna, poprzedniego kuratora festiwalu, nie padły na podatny grunt – twórczość uprawiającej muzyczny recykling Cassandry Miller, twarzy ubiegłorocznych Musiktage, przyjęto wręcz lodowato. Stery po Hahnie przejął Anselm Cybinski – wraz z większością zaplanowanego przezeń programu na rok 2026, zogniskowanego wokół dorobku Chai Czernowin. Co będzie dalej, jeszcze się zobaczy.

Mam poczucie, że zważywszy na bagaż dotychczasowych doświadczeń zasiadłam okrakiem na barykadzie dzielącej eksperymentatorów od zwolenników muzealnej awangardy. Ze spokojem przyjęłam rozszerzenie formuły festiwalu o muzykę zdecydowanie „niekameralną”. Z przejęciem odkryłam celność hasła tegorocznej imprezy: Gegenwart. Unentrinnbar („Teraźniejszość. Nieunikniona”). Teraźniejszość spłatała nam figla. Sprawiła, że w ocenie prezentowanych utworów kładliśmy większy nacisk na kontekst – nieraz kosztem drobiazgowej analizy warsztatu kompozytorskiego artystów.

Quatuor Diotima. Fot. Claus Langer

Czterdzieści osiem godzin muzyki w trzy dni. Dlatego skupię się na zachwytach, zdziwieniach i rozczarowaniach. Przede wszystkim na radykalnej zmianie mojego nastawienia wobec twórczości Czernowin, w której wreszcie zaczęłam dostrzegać ból, nieprzepracowaną traumę, sprzeciw wobec działań tyranów. O dziwo, jej twórczość brzmi najmniej przekonująco, kiedy włącza się literalnie w dyskurs współczesności (niedopracowane NO! A lament for the Innocent, z dziwnie zdystansowaną amplifikowaną partią sopranową Sofii Jernberg, na koncercie Orkiestry WDR pod batutą Yaldy Zamani). Zdecydowanie mi bardziej po drodze z wrażliwością Czernowin, kiedy kompozytorka oddaje czułymi środkami aromat biblijnego hyzopu, niejednoznacznej rośliny, której Izraelici używali w rytuale Paschy, żeby Bóg ich oszczędził, zabijając pierworodnych Egipcjan (fenomenalne wykonanie Ezov przez Quatuor Diotima). Równie dobitne wrażenie wywarł na mnie występ kolońskiego zespołu hand werk, w spektaklu teatru muzycznego Red-Headed Man, na motywach modernistycznej poezji Daniiła Charmsa – ten, kto zrozumiał, że wiersz o rudowłosym mężczyźnie, który nie miał ani włosów, ani oczu i uszu, ani ust i nosa, który w ogóle nie miał niczego, i dlatego lepiej o nim nie wspominać, jest przerażającą metaforą stalinowskiego terroru, ten przymknął oczy na nieudany debiut reżyserski Czernowin w realizacji własnego dzieła, który uratowała spektakularna kreacja muzyczna i aktorska wiolonczelisty Niklasa Seidla.

Red-Headed Man. Fot. Claus Langer

Z Wittener Tage zapadły mi też w pamięć Four Sketches Mártona Illésa na koncercie inauguracyjnym, w których żywa elektronika stapiała się w jedno z równie żywą interpretacją Klangforum Wien pod batutą Eleny Schwarz, gdacząc, ćwierkając i pokrzykując na tle rozczłonkowanych czardaszy i romskich rytmów, przywodzących na myśl porwaną mapę połączeń nerwowych ludzkiego mózgu. Poruszyły mnie Partially Restored Landscapes Dmitri Kourliandskiego w wykonaniu Diotima Quartet, wytłumaczone przez twórcę jako muzyczny rozbiór zakodowanych sygnałów radiowych, przeze mnie odebrane jako niemożność wysłowienia i odegrania najprostszych ludzkich emocji, wyraz rozpaczliwej tęsknoty za bezpowrotnie utraconą krainą dzieciństwa. Wciąż nie mogę dojść do ładu z koncertem Basel Sinfonietta pod dyrekcją Titusa Engela, na którym ciepło przyjęto sprawny warsztatowo, uwodzicielsko orientalizujący utwór Irańczyka Amena Feizabadiego Untamed River (świetna Noa Frenkel w partii solowej), za to wybuczano naiwne Seven Valleys of Love jego rodaczki Golfam Khayam, kompozycję nieporadną, a mimo to wzruszająco wierną estetyce klasycznych perskich porządków dastgāh.

Nie kryję zachwytu dla Two Pieces for Orchestra and Electronics Øyvinda Torvunda w interpretacji Orkiestry WDR pod dyrekcją Zamani. Torvund zawsze mylił tropy, rozwidlał ścieżki i wciągał słuchacza w intrygującą dyskusję o niepewnym rozgraniczeniu między naturą a cywilizacją – tym razem włożył strzępy inspiracji muzyką Wagnera, Brucknera i Sibeliusa w pyski wyjących na puszczy wilków i innych dziwnych stworzeń.

O wielu rzeczach nie napisałam i nie żałuję. Ten wyjazd cofnął mnie w piękną przeszłość, kiedy chłonęłam muzykę bieżącego czasu tygodniami, i wyławiałam z niej tylko to, co istotne. Ten wyjazd wrzucił mnie w nieuniknioną teraźniejszość. Dobrze, że mogę jej doświadczać nie tyko w wymiarze egzystencjalnym, lecz i estetycznym, przefiltrowanym przez wrażliwość i nieposkromioną wyobraźnię współczesnych kompozytorów.

The Constant Sixteen From Compiègne

Who are you, world, that you terrify me so? – asked Gertrud von Le Fort, the author of the novella The Song at the Scaffold, from which everything began. The German writer was a woman full of existential angst, which is said to be an essential prerequisite for true faith. She lived in this anxiety for a long time, ninety-five years, until her death on All Saints’ Day in 1971. She was a Catholic, but born in a Protestant family whose members – as her father, a Prussian army officer used to say – participated in history wherever they could. Her paternal ancestors came from the Duchy of Savoy-Piedmont and bore the surname Liforti. They were Waldensians, members of one of Christianity’s oldest pre-Reformation movements. In the mid-sixteenth century they converted to Calvinism and fled to Switzerland. There they adopted the surname Le Fort, associated etymologically, like its Italian variety, with strength and courage. In the period directly preceding the action of the novella one of the Le Forts co-organised Louis XVI’s failed attempt to escape to Varennes and two others died at the hands of the revolutionaries.

Gertrud von Le Fort wrote The Song at the Scaffold in the form of a letter from an eyewitness to the events, an exiled French aristocrat. The narrative focused on a fictitious figure of a young Carmelite nun, Blanche de la Force, another mutation of the author’s own surname. However, the story described by von Le Fort did indeed happen. The Compiègne convent was closed by the revolutionary authorities in 1792; for the following two years the nuns lived as “laypersons” in several adjacent houses. In 1794 Fouquier-Tinville, the first public accuser of the Revolutionary Tribunal, delivered an indictment against the Carmelites, arguing that despite official prohibitions they had managed to create a monastic community of sorts. In June the women were transported to the infamous “vestibule of the guillotine”, that is the Conciergerie prison at the former royal palace on the Île de la Cité in Paris, and were subsequently sentenced to death. The Carmelites were executed on 17 July, barely ten days before the end of the Reign of Terror. On their way to the execution site they sang the Salve Regina. After the execution truly deathly silence fell among the crowd. But the last nun to be beheaded was not Blanche de la Force but Madame Lidoine, the prioress, whose dowry to enter the convent had been paid years earlier by Marie Antoinette no less.

The literary Blanche is von Le Fort’s alter ego, a character reflecting her own grief over the values squandered by the Great War, her own fear of the consequences of the October Revolution and the rise of a radical mood in Germany. “Fear is a great emotion,” wrote Gertrud von Le Fort in The Song at the Scaffold, “The nation should know fear. (…) The terrible events I am going to write of have really taken place and may be repeated at any moment”. The short novella, showing not only the horror of history, but also the possibility of inner transformation of people participating in it, caused quite a stir among the intellectual and artistic elites of the day. Interest in von Le Fort’s work continued also after the Second World War. In 1948 the French Dominican Léopold Bruckberger persuaded Georges Bernanos to adapt the novella for a film script. However, he was not pleased with the adaptation. Bernanos died a year later, and his manuscript – markedly different from the original in several respects – was unearthed by his publisher and published as Dialogues des Carmélites, the title having been changed at von Le Fort’s request. Bernanos’ work began a new life on theatrical stages, first in a German translation (as Die begnadete Angst, “Blessed anxiety”) and then, after the 1952 Paris premiere, in the French original.

Photo: Mattia Gaido

Following Bruckberger’s suggestion, Bernanos enriched the portrayal of Blanche with elements borrowed from the biography of Constance, Blanche’s younger “soulmate”. It was Constance who had a brother who, amidst the turmoil of the Revolution, tried to rescue her from the convent – and thus the narrative of the Dialogues gained the character of Chevalier de la Force. In addition, Bernanos put a stronger emphasis on the horrific agony of the old prioress, Madame de Croissy, most likely motivated by his own fear of looming death. The drama became more human than Gertrud von Le Fort’s novella, suffused with mysticism – this may have been the reason why it immediately became hugely successful.

It also struck a chord with Poulenc, deeply anxious at the time about the fate of his partner, Lucien Roubert, who was dying of cancer. However, it was Margarete Wallman, an Austrian dancer, choreographer and director, who finally persuaded the composer to adapt Bernanos’ play for an opera – through her husband, head of the Ricordi publishing house. Poulenc transformed the play into a libretto almost without any interference in its content and form. He worked two years on the music, creating a score that did not go beyond tonality, was full of references to modal scales in its harmony, and limited in its use of chromaticism.  His Dialogues is a magnificent continuation of the French tradition, including Pelléas and Mélisande – with Debussy’s characteristic, unobvious treatment of leitmotifs – as well as the vocal fluency of Massenet’s operas, not to mention other sources of inspiration, from Monteverdi’s recitative and expressive style to the dramatic intensity of the work’s climactic scenes worthy of Mussorgsky.

In Poland Dialogues des Carmélites did not attract much attention until the beginnings of the political transformation. However, the brief popularity of Bernanos’ play ended already in the mid-1990s and Poulenc’s opera was staged only once, over a quarter of a century ago, at Teatr Wielki in Łódź. Yet there are avowed fans of the masterpiece in Poland, usually agreeing that in purely theatrical terms no one has presented it in a more compelling way that Robert Carsen, author of the legendary 1997 production for De Nederlandse Opera. Carsen’s staging has been seen in nearly twenty opera houses across the world. I only managed to catch up with it in Turin – and with good reason, for after nearly three decades of its stage travels it had come full and significant circle. The Dialogues at the Teatro Regio di Torino was prepared by the same conductor who had been in charge of the Amsterdam performances: Yves Abel, a Canadian of French origin, who has been devoted to the popularisation of the musical tradition of his ancestors all his life.

Photo: Mattia Gaido

I have seen plenty of stagings revived without the involvement of the original directors, by assistants unaware of the context and disregarding the timeless significance of gestures that had ceased to be meaningful to them. Nothing of the sort happened in Turin, where Carsen’s original concept was meticulously reconstructed by the experienced director Christophe Gayral, and lighting – which is key to this staging – by Carsen himself, in collaboration with Cor van der Brink, who had gained his experience by working on productions by true giants of opera theatre, like Robert Wilson and Pierre Audi. Carsen’s vision unfolds on a nearly empty stage, on which every solitary prop – a bench, an armchair, a bed, a grave – plays a significant role (sets by Michael Levine, costumes by Frank Baer). Carsen cleverly plays with colour: for example, in Act One, when Blanche wears a white robe, with Marquis de la Force wearing red and his son parading in a blue costume. However, this is not an anachronistic reference to the allegedly revolutionary symbolism of the French flag, but more to the colours associated with the ancien régime: the white of the clergy, the heraldic red of the aristocracy and the blue of the rising bourgeoisie. The duet of Blanche and her brother takes place on both sides of a symbolic cloister wall, represented on stage by a row of nuns with their backs turned to the audience. The wall proves to be an illusion – at some point the protagonists start to pass through this porous partition and every word they utter only serves to emphasise the power of their transgression. The famous final execution scene – phenomenally highlighted by Philippe Girodeau’s evocative choreography – eschews literalness. There is no blood and no guillotine: the sisters announce their death one by one with a sequence of symbolic gestures and then fall prostrated on the stage, with their arms outstretched – but with their faces turned upwards, as a sign of faith, hope and trust in the unknown.

Blanche was portrayed by Ekaterina Bakanova, who has a rounded, ringing and expressive soprano – which was evident especially in the episodes of extreme dilemma and terror, when the artist would sometimes sacrifice the beauty of sound in favour of an almost tangible expression. A perfect counterbalance to the emotional Blanche was provided by Francesca Pia Vitale as Constance, sung with a radiant voice full of girlish ardour. I was less impressed by Sally Matthews as Madame Lidoine – her beautiful, mature soprano is still very sonorous, but has too much vibrato, which, unfortunately, affects the delivery of the text. In this respect Matthews was clearly inferior to the rest of the female cast, including Antoinette Dennefeld, a moving and intensely human Mother Marie, and, above all, Sylvie Brunet-Grupposo, a phenomenal Madame de Croissy. The alto part of the old prioress, like the part of the Countess in Tchaikovsky’s Queen of Spades, is usually entrusted to eminent singers who are also excellent actors, but who have their best years way behind them. Brunet-Grupposo went against this trend, demonstrating that a sense of theatre and impeccable vocal technique could support interpretation regardless of age. The intensity of her portrayal overshadowed Bakanova already in the first dialogue, in which she explained the order’s rule in sentences sharper than the blade of the guillotine. In the death scene, when her entire world of values had collapsed like a house of cards, she rose to the level of Shakespearean tragedy. Faced with such acting and such musicality, a critic remains helpless with admiration: even occasional lapses in intonation seem to be a conscious tool of communication with the listeners.

The men have very little to do in this opera. All the more credit should, therefore, go the baritone Jean-François Lapointe, an undisputed master of the French repertoire, who, in his brief role as Marquis de la Force, dazzled the audience not only with his spot-on sense of style, but also with his superb diction and outstanding stage presence. Valentin Thill as Chevalier de la Force was more than decent, although his handsome lyric tenor loses some of its power of expression because of awkward transitions between registers. I cannot fail to mention Krystian Adam, who sang the Chaplain in impeccable French, with a warm and beautifully open voice, at the same time creating a nuanced portrayal of a man torn between fear and duty.

Photo: Daniele Ratti

Yves Abel conducted the Turin Dialogues in a highly stylish manner, in wisely measured tempi, skilfully balancing the proportions between the shimmering, colourful orchestral layer, and the wealth and weight of the words uttered on stage. It should be said at this point that the conductor had to cope with the untypical acoustics of Teatro Regio di Torino, where the orchestra’s selective and resonant sound can get out of hand and overwhelm the singers. Nothing of the sort happened. The conductor was in control of everything, including the chorus, superbly prepared by Gea Garatti Ansini, whose members also joined the soloists in the final scene, complementing the musical image of the tragedy of the sixteen Carmelites of Compiègne.

And once again we experienced the power of a nearly thirty-year-old staging and the power of artists believing in Poulenc’s masterpiece. For evil truly has no power other than the helplessness of good – to refer to Gertrud von Le Fort’s words again.

Translated by: Anna Kijak

Szesnaście niezłomnych z Compiègne

Kim jesteś, świecie, że tak mnie przerażasz? – pytała Gertrud von Le Fort, autorka noweli Ostatnia na szafocie, od której to wszystko się zaczęło. Niemiecka pisarka była kobietą pełną egzystencjalnego lęku, który ponoć jest niezbywalnym warunkiem prawdziwej wiary. Żyła w tym lęku długo, dziewięćdziesiąt pięć lat, aż do śmierci w dzień Wszystkich Świętych 1971 roku. Była katoliczką, ale urodziła się w rodzinie protestanckiej, której członkowie – jak mawiał jej ojciec, oficer armii pruskiej – byli uczestnikami historii wszędzie, gdzie tylko się dało. Jej przodkowie po mieczu wywodzili się z księstwa Sabaudii-Piemontu i nosili nazwisko Liforti. Należeli do wspólnoty tamtejszych waldensów, jednego z najstarszych ruchów przedreformacyjnych w chrześcijaństwie. W połowie XVI wieku przeszli na kalwinizm i zbiegli do Szwajcarii. Tam przyjęli nazwisko Le Fort, podobnie jak jego włoska odmiana powiązane etymologicznie z siłą i odwagą. W czasach poprzedzających bezpośrednio akcję noweli jeden z Le Fortów był współorganizatorem nieudanej ucieczki Ludwika XVI do Varennes, dwaj inni zginęli z rąk rewolucjonistów.

Gertrud nadała Ostatniej na szafocie formę listu naocznego świadka wydarzeń, zbiegłego francuskiego arystokraty. Narrację zogniskowała wokół fikcyjnej postaci młodziutkiej karmelitanki Blanche de la Force, którą obdarzyła kolejną mutacją własnego nazwiska. Opisana przez nią historia wydarzyła się jednak naprawdę. Klasztor w Compiègne został zamknięty przez władze rewolucyjne w 1792 roku, zakonnice przez kolejne dwa lata żyły „po świecku”, w kilku sąsiadujących ze sobą domach. W roku 1794 Fouquier-Tinville, pierwszy oskarżyciel publiczny Trybunału Rewolucyjnego, wygłosił akt oskarżenia przeciwko karmelitankom, argumentując, że mimo zakazów i tak stworzyły coś na kształt wspólnoty zakonnej. W czerwcu kobiety przewieziono do osławionego „przedsionka gilotyny”, czyli więzienia Conciergerie przy dawnym pałacu królewskim na paryskiej wyspie Cité, po czym skazano na śmierć. Karmelitanki poszły pod ostrze machiny 17 lipca, zaledwie dziesięć dni przed końcem Wielkiego Terroru. Rzeczywiście w drodze na egzekucję śpiewały Salve Regina. Po zakończeniu egzekucji wśród tłumu naprawdę zapanowała martwa cisza. Ale ostatnią ze ściętych zakonnic nie była Blanche de la Force, tylko pani Lidoine, przeorysza zakonu, której posag do klasztoru zapewniła przed laty sama Maria Antonina.

Literacka Blanche jest alter ego von Le Fort, postacią odzwierciedlającą jej własną żałobę po wartościach zaprzepaszczonych przez Wielką Wojnę, jej własny strach przed następstwami rewolucji październikowej i wzrostem radykalnych nastrojów w Niemczech. „Strach jest czymś wielkim” – pisała Gertrud w Ostatniej na szafocie – „Naród powinien znać strach. (…) Straszne wydarzenia, o których zamierzam opowiedzieć, naprawdę miały miejsce i mogą się powtórzyć w każdej chwili”. Niewielka nowela, ukazująca nie tylko grozę historii, lecz i możliwość wewnętrznej przemiany uczestniczących w niej ludzi, odbiła się szerokim echem w kręgach ówczesnych elit intelektualnych i artystycznych. Zainteresowanie utworem von Le Fort utrzymało się także po II wojnie światowej. W 1948 roku francuski dominikanin Léopold Bruckberger nakłonił Georges’a Bernanosa do zaadaptowania noweli na scenariusz filmowy. Nie był jednak zadowolony z dokonanej przez niego przeróbki. Bernanos zmarł rok później, a odgrzebany przez jego wydawcę rękopis – pod kilkoma względami znacząco odbiegający od pierwowzoru – został opublikowany pod tytułem Dialogues des Carmélites, zmienionym na życzenie pisarki. Dzieło Bernanosa rozpoczęło nowe życie na scenie teatralnej, wpierw w tłumaczeniu niemieckim (jako Die begnadete Angst, czyli „Błogosławiony lęk”), następnie, po paryskiej premierze w 1952, w oryginale francuskim.

Valentin Thill (Kawaler de la Force) i Jean-François Lapointe (Markiz de la Force). Fot. Mattia Gaido

Bernanos, idąc za sugestią Bruckbergera, uzupełnił portret Blanche o wątki zapożyczone z biografii Konstancji, młodszej, „siostrzanej” duszy Blanche. To Konstancja miała brata, który wśród rewolucyjnej zawieruchy próbował wyciągnąć ją z klasztoru – tym sposobem narracja Dialogów wzbogaciła się o postać Kawalera de la Force. Pisarz położył też mocniejszy nacisk na koszmarną agonię starej przeoryszy, pani de Croissy, zapewne powodowany własnym strachem przed nieubłaganie nadciągającą śmiercią. Dramat zyskał wymiar bardziej ludzki niż przesycona mistycyzmem nowela Gertrud von Le Fort – i być może dlatego z miejsca odniósł wielki sukces.

Przemówił też do wrażliwości Poulenca, przepełnionego lękiem o los swego partnera Luciena Rouberta, który właśnie umierał na raka. Ale dopiero Margarete Wallman, austriacka tancerka, choreografka i reżyserka, namówiła kompozytora na operową adaptację dramatu Bernanosa – za pośrednictwem swego męża, dyrektora wydawnictwa Ricordi. Poulenc przerobił sztukę na libretto niemal bez ingerencji w jej treść i formę. Nad muzyką pracował dwa lata, tworząc partyturę niewykraczającą poza system tonalny, w harmonice pełną odniesień do skal modalnych, oszczędną w zakresie wykorzystania chromatyki. Jego Dialogi są wspaniałą kontynuacją tradycji francuskiej, między innymi Peleasa i Melizandy, z charakterystycznym dla Debussy’ego, nieoczywistym traktowaniem motywów przewodnich – ale też wokalnej potoczystości oper Masseneta, nie wspominając o innych źródłach inspiracji, od stylu recytatywnego i ekspresywnego Monteverdiego po godną Musorgskiego wyrazistość dramatyczną scen kulminacyjnych utworu.

W Polsce Dialogi karmelitanek były na cenzurowanym aż do początków transformacji ustrojowej. Krótki epizod popularności dramatu Bernanosa zakończył się jednak już w połowie lat dziewięćdziesiątych; opera Poulenca trafiła na scenę tylko raz, przeszło ćwierć wieku temu, w Teatrze Wielkim w Łodzi. Są jednak w naszym kraju zdeklarowani wielbiciele tego arcydzieła, na ogół zgodni, że pod względem czysto teatralnym nikt nie oblókł go w bardziej przekonującą szatę niż Robert Carsen, twórca legendarnej produkcji z 1997 roku dla De Nederlandse Opera. Od tamtej pory inscenizacja Carsena objechała prawie dwadzieścia teatrów na całym świecie. Dopadłam ją jednak dopiero w Turynie – i nie bez przyczyny, bo po blisko trzech dekadach scenicznej wędrówki zatoczyła znamienne koło. Dialogi w Teatro Regio di Torino przygotował ten sam dyrygent, który prowadził spektakle w Amsterdamie: Yves Abel, Kanadyjczyk pochodzenia francuskiego, przez całe życie oddany sprawie popularyzacji tradycji muzycznej swoich przodków.

Ekaterina Bakanova (Blanche de la Force). Fot. Mattia Gaido

Widziałam już w życiu wiele przedstawień wznawianych – bez udziału pierwotnych realizatorów, przez asystentów nieświadomych kontekstu, lekceważących ponadczasową doniosłość gestu, który przestał być dla nich zrozumiały. Nic podobnego nie zdarzyło się w Turynie, gdzie pieczołowitą rekonstrukcją pierwotnej koncepcji Carsena zajął się doświadczony reżyser Christophe Gayral, a ustawieniem kluczowych w tej inscenizacji świateł – sam Carsen we współpracy z Corem van der Brinkiem, który zdobywał doświadczenia w spektaklach prawdziwych tytanów teatru operowego, na czele z Robertem Wilsonem i Pierrem Audi. Wizja Carsena rozwija się na prawie pustej scenie, na której każdy osamotniony rekwizyt – ławka, fotel, łóżko, grób – odgrywa znamienną rolę (scenografia Michael Levine, kostiumy Frank Baer). Carsen mądrze gra barwą: między innymi w pierwszym akcie, gdzie Blanche jest ubrana w białą suknię, Markiz de la Force ma czerwony strój, a jego syn paraduje w niebieskim kostiumie. Nie jest to jednak anachroniczne odniesienie do rzekomo rewolucyjnej symboliki francuskiej flagi – raczej do barw kojarzonych ze znakami ancien régime’u: bielą stanu duchownego, heraldyczną czerwienią arystokracji i błękitem zyskującej nową tożsamość burżuazji. Duet Blanche i jej brata rozgrywa się po obu stronach symbolicznego muru klauzury, odzwierciedlonego na scenie przez rząd odwróconych tyłem do publiczności zakonnic. Mur okazuje się złudą – w pewnym momencie bohaterowie zaczynają przenikać przez tę nieszczelną ścianę, a każde ich słowo tylko podkreśla moc dokonywanej przez nich transgresji. Słynna finałowa scena egzekucji – fenomenalnie podkreślona sugestywną choreografią Philippe’a Girodeau – opiera się pokusie dosłowności. Nie ma tu krwi ani gilotyny: kolejne siostry zapowiadają swą śmierć sekwencją symbolicznych gestów, po czym padają na deski krzyżem, z rozpostartymi ramionami – ale z twarzą zwróconą ku górze, na znak wiary, nadziei i ufności w nieznane.

W Blanche wcieliła się Ekaterina Bakanova, dysponująca sopranem krągłym, dźwięcznym i wyrazistym – zwłaszcza w epizodach skrajnej rozterki i trwogi, kiedy artystce zdarzało się poświęcać urodę brzmienia na korzyść wręcz namacalnej ekspresji. Idealną przeciwwagę dla targanej emocjami Blanche stworzyła Francesca Pia Vitale w partii Konstancji, zrealizowanej głosem świetlistym i pełnym dziewczęcego żaru. Mniej przekonała mnie Sally Matthews jako Madame Lidoine – jej piękny, dojrzały sopran jest wciąż bardzo nośny, ale zanadto rozwibrowany, co niestety rzutuje także na zrozumiałość podawanego tekstu. Pod tym względem Matthews wyraźnie odstawała od reszty żeńskiej obsady, między innymi Antoinette Dennefeld, wzruszającej i dojmująco ludzkiej Matki Marii, przede wszystkim jednak Sylvie Brunet-Grupposo – fenomenalnej Madame de Croissy. Altową rolę starej przeoryszy, podobnie jak partię Hrabiny w Damie pikowej Czajkowskiego, powierza się z reguły wybitnym i znakomitym aktorsko śpiewaczkom, które najlepsze lata kariery mają już dawno za sobą. Brunet-Grupposo przełamała ten schemat, udowadniając, że wyczucie teatru i nieskazitelna technika wokalna wspierają interpretację bez względu na wiek. Intensywnością swojej kreacji przyćmiła Bakanovą już w pierwszym dialogu, w którym wyłożyła regułę zakonu w zdaniach dotkliwszych niż ostrze gilotyny. W scenie śmierci, gdy cały świat jej wartości runął jak domek z kart, wzniosła się na poziom szekspirowskiej tragedii. Wobec takiego aktorstwa i takiej muzykalności krytyk pozostaje bezradny z zachwytu: nawet pojedyncze wahnięcia intonacyjne sprawiają na nim wrażenie świadomego narzędzia komunikacji ze słuchaczami.

Panowie niewiele mają w tej operze do roboty. Tym większy podziw dla barytona Jean-François Lapointe’a, niekwestionowanego mistrza francuskiego repertuaru, który w krótkiej partii Markiza de la Force olśnił publiczność nie tylko celnym wyczuciem stylu, lecz także świetną dykcją i doskonałą prezencją sceniczną. Valentin Thill w roli Kawalera de la Force wypadł więcej niż poprawnie, choć jego urodziwy, liryczny tenor traci na sile wyrazu za sprawą nieumiejętnych przejść między rejestrami. Nie sposób pominąć Krystiana Adama, który partię Kapelana wyśpiewał wzorową francuszczyzną, głosem ciepłym i pięknie otwartym, budując zarazem subtelnie zniuansowaną postać człowieka rozdartego między strachem a powinnością.

Scena finałowa. Fot. Daniele Ratti

Yves Abel poprowadził turyńskie Dialogi niezwykle stylowo, w mądrze osadzonych tempach, umiejętnie ważąc proporcje między rozmigotaną, skrzącą się barwami warstwą orkiestrową a bogactwem i wagą słów padających ze sceny. Trzeba przy tym podkreślić, że dyrygent musiał się zmierzyć z nietypową akustyką Teatro Regio di Torino, gdzie selektywny i nośny dźwięk orkiestry może wymknąć się spod kontroli i przytłoczyć śpiewaków. Nic takiego się nie zdarzyło. Dyrygent zapanował nad wszystkim, włącznie z doskonale przygotowanym przez Geę Garatti Ansini chórem, którego członkinie dołączyły też do solistek w scenie finałowej, dopełniając muzyczny obraz tragedii szesnastu karmelitanek z Compiègne.

I tak przekonaliśmy się po raz kolejny o sile inscenizacji sprzed blisko trzydziestu lat i potędze artystów pokładających wiarę w arcydzieło Poulenca. Bo zło naprawdę nie ma innej mocy poza bezsilnością dobra – żeby znów się odwołać do słów Gertrud von Le Fort.

What the Devil!

I never cease to be amazed by the Czechs, and the grace as well as ease with which they bring back to life underrated operas from their national repertoire. True, it can be argued that Czech composers’ masterpieces have long been present on the world’s stages and that audiences craving for something new – not only in their homeland – will welcome any dusted-off piece with open arms. Yet this argument is false: first, not all of these operas deserved to be banished from theatrical stages, second – even if they are inferior to the more distinguished achievements of their authors, the Czechs usually know how to hide their flaws and highlight their strong points. This is primarily due to the fact that they have never broken with their operatic tradition; they know how to make it fit it into the framework of modern theatre, to look at it with detachment and, when necessary, to approach it somewhat tongue in cheek.

This has recently been the case of The Devil’s Wall, Smetana’s last completed opera and, at the same time, one of the four he wrote to Eliška Krásnohorská’s libretti, including the romantic opera Viola, based on Shakespeare’s Twelfth Night and abandoned after several hundred bars. Krásnohorská, a writer, translator, editor of Ženské listy and activist in the women’s emancipation movement, was much younger than the composer. They met in 1864, before Eliška turned seventeen. Their true friendship began unusually – with an article in which Krásnohorská, whilst making no secret of her admiration for Smetana’s musical talents, pointed out his errors in the prosody of the Czech language, using The Bartered Bride as an example. Instead of taking offence, Smetana took her comments to heart. Krásnohorská was the composer’s muse, collaborator and unfulfilled love in the final decade of his short life, when he was battling increasing deafness, soon compounded by vertigo, hallucinations and sudden rage outbursts – according to Smetana, these were symptoms of madness that brought him to the brink of suicide several times. In spite or perhaps because of that, their first joint operas (The Kiss and The Secret) were bitter-sweet, lyrical comedies in which it is often hard to tell the difference between irony and melancholy, fiction and autobiographical themes.

However, work on The Devil’s Wall dragged on for longer than expected, also because of disputes over the nature of the work itself. From the very beginning Krásnohorská suggested something along the lines of a romantic opera, combining a historical theme with the legend of a devil trying to prevent the construction of the Monastery of Vyšší Brod, founded by Vok of Rožmberk as an expression of his gratitude to the Virgin May for saving him from the waters of the Vltava. Smetana wanted a lighter approach to the subject, to which Krásnohorská agreed, but their subsequent collaboration was a struggle. In the end Smetana removed more or less one-third of the original text from Krásnohorská’s libretto and did the whole his own way. He may have wanted to laugh and be moved a bit before he died.

Photo: Marek Olbrzymek

The premiere in October 1882, at the now defunct Nové České Divadlo in Prague, was received with moderate enthusiasm. The wooden building, used as the summer base of the Temporary Theatre, had neither the technical facilities nor sufficiently talented creative team to properly stage an opera about devils, dreams full of phantoms, a thunderstorm and reversal of the Vltava course (suffice it to say that sheep were played by suitably trimmed poodles). Rarach, a role written for Karel Čech, was in the end sung by a different singer, shattering the illusion of a striking resemblance between the hell’s emissary and the hermit Beneš. Despite favourable opinions about the music, The Devil’s Wall was removed from the repertoire after just six performances. Bad luck continued to plague the the work: a performance in Prague on 28 June 1914 was interrupted by news of the assassination of Archduke Ferdinand. Smetana’s last opera did not make it beyond Czech theatres and still remains one of the composer’s least frequently staged works. Worse still, after a while it came to labelled a a work of declining years showing symptoms of the gradual disintegration of the composer’s creative powers.

The Devil’s Wall has not been seen in Brno for nearly half a century. Now the opera has returned in a staging that is so impressive with the richness of theatrical imagination and, at the same time, so irresistibly funny that I do not quite know whom to praise first. Let me, therefore, start unusually with Dragan Stojčevski, who, at the request of the director Jiří Heřman, designed the sets drawing solely on the architecture of the buildings and the interiors of the Vyšší Brod monastery, but making them an equal protagonist of the narrative. Although there is no Rožmberk Castle, nor a shepherd’s hut, nor a cliff on the bank of the Vltava, nor even the eponymous devil’s wall, that is a river dam – everything is there, in the sets organising the entire stage space, constantly moved, turned away, attracting the eye to strange nooks and crannies. Jarek, tormented by temptation, has a dream of an orgy involving smoking weed in the monastery library; Katuška is making out with her lover in the cloister garden; the Vltava River swells just outside the window of St. Anne’s Chapel.

Photo: Marek Olbrzymek

The more our sense of the absurd grew, the easier it was to turn the narrative into a convincing whole – thanks to the brilliant direction of Heřman, who approached The Devil’s Wall with a panache worthy of the Salle le Peletier in Meyerbeer’s era. And with a sense of humour similar to that which must have characterised the authors of special effects of the French grand opéras. Heřman masterfully exploits the “alienness” of a detail or prop – the medieval setting (Zuzana Štefunková Rusínová’s superb costumes) is disrupted by a young monk in trainers; wheelbarrows from a DIY store roll onto the stage several times, and the peasant women push quite modern, neatly compressed bales of straw with their rakes. In addition, the director plays a hilarious game with symbols. The abundance of fish caught in the orchestra pit and swimming in the banked up Vltava, and, finally, the carp wagging its tail in a Gothic sculpture’s arms serve as a subtle (?) reminder that Vyšší Brod is a Cistercian abbey. The Rožmberks’ heraldic rose appears in a variety of contexts – for example, in Vok Vítkovic’s ceremonious entrée in full armour (I will not describe the scene, for if anyone is intending to go to Brno, I will spoil all the fun for them).

Some of Heřman’s ideas are so mad that I sometimes had the impression that I was watching the film Arabela, alternating with The Red Inn. However, wherever lyricism, horror or seriousness is needed, the spectator will find it. What deserves a special mention is the director’s collaboration with the choreographer Marek Svobodník, who has provided Rarach with a retinue of skeletons in black-and-white costumes, moving with the eerie grace of danse macabre figures (in scenes where Rarach is not parading in Beneš’s habit, but appears as a skeletal devil, the singer animates a hermit’s puppet in front of him). Add to this the superb crowd scenes, Dominik Žižek’s evocative projections and the lighting design overseen by Heřman himself, and we have a production that will captivate everyone – from a child taken to the opera by their parents for the first time, to a discerning music lover who has hitherto not believed in the power of Smetana’s work.

Photo: Matek Olbrzymek

For after what we heard in Brno, no one will believe that the opera is a work of declining years. Under Robert Kružík’s confident yet delicate hand the performance revealed not only obvious allusions to Wagner and Liszt, but also unexpectedly sophisticated and novel harmonic and colour structures bringing to mind Dvořák’s and Mahler’s late works. This was due to the disciplined and attentive orchestra, not to mention the phenomenal chorus of the Brno Opera, which I cannot praise highly enough in every performance. In the solo cast I saw a month after the premiere I was impressed the most by Pavel Švingr in the role of Rarach. He is a singer blessed with a powerful bass voice, yet one that is both exceptionally handsome and musical. Singing Beneš, David Szendiuch, with his considerably less distinctive voice, paled somewhat in comparison. On the other hand, an excellent performance came from Roman Hoza – a moving and human Vok Vítkovic, sung with a soft baritone with excellent breath control and beautiful middle range. The ever reliable Peter Berger was outstanding in the tenor role of the knight Jarek – no doubt aided by the soprano Lenka Máčiková, who gave a superb acting portrayal of Katuška with a mercurial voice. Romana Kružíkova lacked a similar stage presence; hers is a soprano light and girlish enough for the role of Hedvika, Vok’s beloved, but she still needs to work on her interpretation on the character. Záviš was convincingly portrayed by Václava Krejčí Housková, whose assured, steely mezzo-soprano is perfect for this trouser role. Finally, a round of applause should go to the tenor Petr Levíček in the character role of Michálek, the castle steward and Katuška’s father, a part that seems to have been taken straight from Die Meistersinger von Nürnberg.

Next year The Devil’s Wall will be presented at Prague’s National Theatre in a production by Ondřej Havelka, the first director that made me cry with laughter at the opera. A quarter of a century has passed since then and Havelka now has some stiff competition. If the Prague production turns out to be just as successful, Smetana will die of laughter in the beyond.

Translated by: Anna Kijak