W głąb nieuniknionej teraźniejszości

Ten wyjazd – na zaproszenie Sekretariatu Kultury Nadrenii Północnej-Westfalii, z ośmioosobową grupą międzynarodowych obserwatorów, w tym moją dawną koleżanką redakcyjną Moniką Pasiecznik – był dla mnie jak powrót Odysa do wytęsknionej Itaki. Od trzynastu lat zajmuję się prawie wyłącznie krytyką operową. Sama czasem zapominam, ile kariery zawodowej poświęciłam muzyce współczesnej, między innymi składając raporty z kolejnych odsłon berlińskiej Maerzmusik, której towarzyszyłam przez całą kadencję Matthiasa Osterwolda, z zapałem śledząc jej wzloty i upadki. Rok w rok półtora tygodnia głębokiego zanurzenia w twórczość najnowszą, czasem po kilkanaście godzin dziennie – aż do chwili, kiedy festiwal zaczął zjadać własny ogon. Potem do Berlina wpadałam już tylko sporadycznie i żadne z późniejszych kuratorów Maerzmusik nie zdołało mnie w pełni przekonać do swojej koncepcji. Dlatego bez wahania przyjęłam zaproszenie na dwa równoległe przeglądy: odbywające się po raz trzeci w Kolonii biennale nowego teatru muzycznego ORBIT i obchodzące dziewięćdziesięciolecie istnienia Wittener Tage für neue Kammermusik.

Zaryzykuję twierdzenie, że programy obu imprez – poszukującego i błądzącego jeszcze po omacku ORBIT oraz szacownego jubilata z Witten, który skądinąd rozszerzył zawartą w tytule formułę o dzieła orkiestrowe i prezentacje teatru muzycznego – po połączeniu w jedno i rozciągnięciu w czasie dałyby festiwal zaskakująco podobny do „Maerzów” z najlepszych lat Osterwolda. Tylko że takie zdarzały się blisko dwie dekady temu. Gdybym była młodsza, brzmiałoby to jak zarzut. Ale jestem starsza i bardzo czegoś takiego potrzebuję: intensywnego festiwalu muzyki współczesnej, który zadowoliłby zarówno sędziwych awangardzistów i bywalców oswojonych sal koncertowych, jak i publiczność, która jeszcze nie wie, co z tym fantem zrobić. Słuchaczy i widzów, którzy chcą ją eksplorować w kontekstach czasu, przestrzeni i innych abstrakcyjnych pojęć. Którzy wolą traktować muzykę nową jako fakt, o którym nic jeszcze nie wiemy, i przystawiać ten fakt do trudnej rzeczywistości i związanych z nią zachowań społecznych. Słuchać w ciemnościach, w ruchu, na leżąco i podczas jedzenia. Obcować z muzyką w przestrzeni miejskiej, albo przeciwnie, zamykać się z nią w coraz to innych i mniej oczywistych wnętrzach.

Rozmarzyłam się. Tymczasem Kolonię dzieli od Witten niemal sto kilometrów, a nam, uprzywilejowanym krytykom, udało się ogarnąć program obydwu festiwali niemal w całości tylko dzięki staraniom NRW KULTURsekretariat, który umożliwił nam uczestnictwo w próbach i spotkania z twórcami niedokończonych jeszcze projektów. Nad „zwykłymi” odbiorcami mieliśmy tę przewagę, że estetykę wielu kompozytorów znaliśmy z wcześniejszych doświadczeń. Co ciekawe, nie zawsze spójnych z obecnymi wrażeniami. „Ze wszystkich moich wspomnień najsmutniejsze są te radosne”, wyznał w Cudzie róży Jean Genet, do którego jeszcze wrócę. Otóż bywa i na odwrót: w muzyce Chai Czernowin, wokół której skupił się program tegorocznych Wittener Tage, a którą dwie dekady temu uznałam za niemiłosierne, choć poprawne warsztatowo wodolejstwo, tym razem odnalazłam się w pełni. Czyżbym dojrzała do zrozumienia, że poszczególne wątki dźwiękowe w jej twórczości na przemian się łączą i rozsupłują, biegną wstecz i w poprzek narracji, czasem giną w osnowie, by znów niespostrzeżenie się z niej wyłonić? A może zasklepiłam się w kokonie minionej epoki i przestałam nadążać za głosem młodszych pokoleń?

Zacznijmy od początku. Przed oficjalnym otwarciem festiwalu ORBIT, w studiu Ensemble Musikfabrik, obserwowaliśmy próbę generalną Mutants in Music: III. Dreamteam + Playlist of Deaf Dreams, performansu z udziałem muzyków i tancerzy z kolońskiego Ensemble uBu. Zapowiadało się świetnie: początkowa „symfonia” mimowolnych skurczów mięśni przy zasypianiu, odgrywana przez wykonawców na legowiskach umoszczonych na podłodze studia, w rytm dźwięków jak z dziecięcej pozytywki, nie rozwinęła się jednak w spójną opowieść o sztuce wspólnego śnienia. Dramaturgia grzęzła dopóty, aż poniosła ją muzyka, nawarstwiając się stopniowo z zachodzących na siebie fragmentów playlisty skompletowanej przez niesłyszącego artystę Matthiasa Rannera – wyśpiewanych, wyartykułowanych na instrumentach, wibrujących na falach o niskiej częstotliwości. Dopiero wtedy zachciało mi się śnić razem z uBu: kiedy z chmury stuknięć, krzyków i szmerów wyłoniła się melodia Mondnacht Schumanna, gdy Notturno Es-dur Schuberta zanuciło się niczym kołysanka, a teksty popkultury zaczęły się wdzięcznie przenikać ze strzępami klasyków awangardy.

Gefängnis ohne Mauern, Schiff ohne Meer. Fot. Sophia Hegewald

Ukrytą strukturę marzeń, a właściwie koszmarów sennych wielokrotnie eksplorował Jean Genet, między innymi w prowokacyjnym Cudzie róży, na poły autobiograficznej, nielinearnej narracji, w której pisarz luźno nawiązał do własnych doświadczeń z kolonii poprawczej dla młodocianych przestępców w Mettray i późniejszego pobytu w więzieniu w Fontevrault. Charakterystyczne dla prozy Geneta raptowne przeskoki czasowe i dezorientujące pomieszanie fantasmagorii z rzeczywistością fascynowały niejednego kompozytora, czego owocem choćby operowe Pokojówki Bengtsona i Balkon Eötvösa, przedtem zaś instrumentalny „teatr imaginacyjny” Hansa Wernera Henzego, właśnie na motywach Le Miracle de la Rose. Philipp C. Meyer, uczeń między innym Isabel Mundry i Stefana Gervasoniego, postanowił wykorzystać ten sam materiał w Gefängnis ohne Mauern, Schiff ohne Meer, teatrze muzycznym na jednego aktora (Max Kurth) i siedmioro muzyków Ensemble Garage. Scenograf Jan Patrick Brandt stworzył wprawdzie przekonującą wizję rzekomo „otwartego” zakładu penitencjarnego (półprzezroczysta komora bezcieniowa pośrodku Roter Saal w COMEDIA Theater, która zarówno osłania wchodzącego do niej aktora, jak i wystawia go na widok publiczny; podświetlone kule, w których odbija się zniekształcona twarz narratora), a reżyserka Miriam Götz spotęgowała nastrój opresji, rozpraszając instrumentalistów po całej scenie i nadając ich grze pozór natrętnych, obsesyjnie powtarzanych czynności), całość przemieniła się jednak w rozwlekły monodram z oszczędnie dawkowanym podkładem muzycznym. Owszem, chwilami bardzo ciekawym (w pamięć zapadły mi zwłaszcza modulowany gwizd pociągu, oniryczny zgiełk ptaków i chrzęst szkła gryzionego przez jednego ze współwięźniów), milknącym jednak w kluczowych momentach narracji, przede wszystkim w scenie odkrycia mistycznej róży na dnie serca „świętego mordercy” Harcamone’a. Szkoda, bo Meyer jest kompozytorem niewątpliwie utalentowanym i zasłużył na współpracę z dramaturgiem, który radykalnie skróciłby tekst mówiony i wplótł go lepiej w tkankę muzyczną utworu.

Na tym tle znakomicie wypadł finałowy spektakl Sombre. In the Shadows of Our Time – wzruszający hołd dla zmarłej niespełna dwa lata temu Kaiji Saariaho, złożony przez jej męża kompozytora Jean-Baptiste’a Barrière’a, jej syna reżysera Aleksiego Barrière’a oraz kompozytorkę i rzeźbiarkę Cécile Marti. Na materiał muzyczny przedstawienia złożyły się cztery utwory kameralne Saariaho (Caliban’s Dream do fragmentu Burzy Szekspira; NoaNoa z tekstem z dziennika Paula Gauguina; Ciel étoilé; oraz Sombre do wyimków z Cantos Ezry Pounda). Marti „odpowiedziała” na pierwsze dwa kompozycją ‘ŌVIRI z tekstem Aleksiego Barrière’a, Jean-Baptiste Barrière dołączył po Ciel étoilé utwór Un Tempo di Lampi Senza Tuono do wiersza Attesa Primo Leviego. Całość, zaskakująco jednolitą stylistycznie, twórcy złożyli w przekonującą opowieść o zgubnych skutkach bałwochwalstwa: zarówno w życiu prywatnym, jak artystycznym i politycznym. Znów przypomniała mi się Maerzmusik i rozmowa sprzed dwudziestu jeden lat, po inscenizowanym koncercie Italia Anno Zero, kiedy pomstowaliśmy, że jeśli jeszcze raz pokażą nam film z Mussolinim, to nie ręczymy za siebie. W świecie, w którym przyszło nam teraz żyć, projekcje zdjęć z obozów koncentracyjnych i sfilmowanych przemów Duce – przeplecione obrazami rajskich plaż wyspy Hiva ʻOa – znów robią piorunujące wrażenie. Inna rzecz, że tym razem mieliśmy do czynienia z teatrem bardzo porządnie zrealizowanym, jeśli nawet odrobinę konserwatywnym, współgrającym z niewielką sceną Alte Feuerwache, przede wszystkim zaś świetnie wykonanym przez czworo instrumentalistów (grająca na kantele Eija Kankaanranta, flecistka Camilla Hoitenga, kontrabasista Aleksander Gabryś, perkusista Fritz Hauser) oraz znakomitego bas-barytona Roberta Kollera. Szwajcarski śpiewak, uzupełniający warstwę dźwiękową utworu brzmieniem kija deszczowego, wykazał się także nieprzeciętnym talentem aktorskim. Każde z jego wcieleń – od Gauguina aż po Pounda – było równie przekonujące, każde słowo brzemienne w treść, każdy gest nieodzowny. Aż po finałowe rozdarcie ekranu projekcyjnego, za którym stała rzeźba Marti: pierwotny kamienny idol, który mógł reprezentować wszystko: od czternastoletniej kochanki malarza, przez przywódcę włoskich faszystów, aż po dzisiejsze obiekty bałwochwalczego kultu.

Sombre. In the Shadows of Our Time. Fot. Sophia Hegewald

Żałuję, że nie udało nam się obejrzeć Host_Opera Samu Gryllusa – na motywach dokumentalnej powieści o porwaniu kilkunastu dziewcząt w węgierskiej miejscowości Balassagyarmat, dokonanym przez synów miejscowych bonzów i wyciszonym przez komunistyczne władze. Cieszę się, że przy okazji spotkania z kolońskim eksperymentatorem Rochusem Austem i jego Deutsches Stromorchester zwiedziliśmy wciąż jeszcze opustoszałe przestrzenie portowego młyna w rewitalizowanej dzielnicy Deutz: w kaskach i odzieży ochronnej, podobnie jak późniejsi widzowie kosmicznego performansu Die Dualen/Grand Jury. Ominęło nas kilka innych wydarzeń ORBIT, w tym sympozjum i Speaker’s Corner z udziałem przedstawicieli niezależnej sceny artystycznej. Festiwal w Kolonii tryska młodzieńczą energią, czasem odkrywa coś nowego, innym razem odkrywa Amerykę. Kiedyś pewnie okrzepnie i wtedy zrobi się mniej ciekawie.

Wittener Musiktage niewątpliwie okrzepły – co w kontekście poprzedniego zdania znów może zabrzmieć jak zarzut, sprawa jest jednak bardziej skomplikowana. ORBIT wciąż szuka, festiwal w Witten już znalazł: tak przynajmniej uznali jego bywalcy, rozkochani w wielkiej awangardzie trzeciej ćwierci XX wieku i przyjmujący każdy przebłysk tonalności z podobną konsternacją, o jaką Wagnerowski Tristan przyprawił Clarę Schumann. Nieśmiałe próby przekonania słuchaczy do nieco innej muzyki, podejmowane za krótkiej kadencji Patricka Hahna, poprzedniego kuratora festiwalu, nie padły na podatny grunt – twórczość uprawiającej muzyczny recykling Cassandry Miller, twarzy ubiegłorocznych Musiktage, przyjęto wręcz lodowato. Stery po Hahnie przejął Anselm Cybinski – wraz z większością zaplanowanego przezeń programu na rok 2026, zogniskowanego wokół dorobku Chai Czernowin. Co będzie dalej, jeszcze się zobaczy.

Mam poczucie, że zważywszy na bagaż dotychczasowych doświadczeń zasiadłam okrakiem na barykadzie dzielącej eksperymentatorów od zwolenników muzealnej awangardy. Ze spokojem przyjęłam rozszerzenie formuły festiwalu o muzykę zdecydowanie „niekameralną”. Z przejęciem odkryłam celność hasła tegorocznej imprezy: Gegenwart. Unentrinnbar („Teraźniejszość. Nieunikniona”). Teraźniejszość spłatała nam figla. Sprawiła, że w ocenie prezentowanych utworów kładliśmy większy nacisk na kontekst – nieraz kosztem drobiazgowej analizy warsztatu kompozytorskiego artystów.

Quatuor Diotima. Fot. Claus Langer

Czterdzieści osiem godzin muzyki w trzy dni. Dlatego skupię się na zachwytach, zdziwieniach i rozczarowaniach. Przede wszystkim na radykalnej zmianie mojego nastawienia wobec twórczości Czernowin, w której wreszcie zaczęłam dostrzegać ból, nieprzepracowaną traumę, sprzeciw wobec działań tyranów. O dziwo, jej twórczość brzmi najmniej przekonująco, kiedy włącza się literalnie w dyskurs współczesności (niedopracowane NO! A lament for the Innocent, z dziwnie zdystansowaną amplifikowaną partią sopranową Sofii Jernberg, na koncercie Orkiestry WDR pod batutą Yaldy Zamani). Zdecydowanie mi bardziej po drodze z wrażliwością Czernowin, kiedy kompozytorka oddaje czułymi środkami aromat biblijnego hyzopu, niejednoznacznej rośliny, której Izraelici używali w rytuale Paschy, żeby Bóg ich oszczędził, zabijając pierworodnych Egipcjan (fenomenalne wykonanie Ezov przez Quatuor Diotima). Równie dobitne wrażenie wywarł na mnie występ kolońskiego zespołu hand werk, w spektaklu teatru muzycznego Red-Headed Man, na motywach modernistycznej poezji Daniiła Charmsa – ten, kto zrozumiał, że wiersz o rudowłosym mężczyźnie, który nie miał ani włosów, ani oczu i uszu, ani ust i nosa, który w ogóle nie miał niczego, i dlatego lepiej o nim nie wspominać, jest przerażającą metaforą stalinowskiego terroru, ten przymknął oczy na nieudany debiut reżyserski Czernowin w realizacji własnego dzieła, który uratowała spektakularna kreacja muzyczna i aktorska wiolonczelisty Niklasa Seidla.

Red-Headed Man. Fot. Claus Langer

Z Wittener Tage zapadły mi też w pamięć Four Sketches Mártona Illésa na koncercie inauguracyjnym, w których żywa elektronika stapiała się w jedno z równie żywą interpretacją Klangforum Wien pod batutą Eleny Schwarz, gdacząc, ćwierkając i pokrzykując na tle rozczłonkowanych czardaszy i romskich rytmów, przywodzących na myśl porwaną mapę połączeń nerwowych ludzkiego mózgu. Poruszyły mnie Partially Restored Landscapes Dmitri Kourliandskiego w wykonaniu Diotima Quartet, wytłumaczone przez twórcę jako muzyczny rozbiór zakodowanych sygnałów radiowych, przeze mnie odebrane jako niemożność wysłowienia i odegrania najprostszych ludzkich emocji, wyraz rozpaczliwej tęsknoty za bezpowrotnie utraconą krainą dzieciństwa. Wciąż nie mogę dojść do ładu z koncertem Basel Sinfonietta pod dyrekcją Titusa Engela, na którym ciepło przyjęto sprawny warsztatowo, uwodzicielsko orientalizujący utwór Irańczyka Amena Feizabadiego Untamed River (świetna Noa Frenkel w partii solowej), za to wybuczano naiwne Seven Valleys of Love jego rodaczki Golfam Khayam, kompozycję nieporadną, a mimo to wzruszająco wierną estetyce klasycznych perskich porządków dastgāh.

Nie kryję zachwytu dla Two Pieces for Orchestra and Electronics Øyvinda Torvunda w interpretacji Orkiestry WDR pod dyrekcją Zamani. Torvund zawsze mylił tropy, rozwidlał ścieżki i wciągał słuchacza w intrygującą dyskusję o niepewnym rozgraniczeniu między naturą a cywilizacją – tym razem włożył strzępy inspiracji symfoniką Wagnera, Brucknera i Sibeliusa w pyski wyjących na puszczy wilków i innych dziwnych stworzeń.

O wielu rzeczach nie napisałam i nie żałuję. Ten wyjazd cofnął mnie w piękną przeszłość, kiedy chłonęłam muzykę bieżącego czasu tygodniami, i wyławiałam z niej tylko to, co istotne. Ten wyjazd wrzucił mnie w nieuniknioną teraźniejszość. Dobrze, że mogę jej doświadczać nie tyko w wymiarze egzystencjalnym, lecz i estetycznym, przefiltrowanym przez wrażliwość i nieposkromioną wyobraźnię współczesnych kompozytorów.

Wielorybnik w operze

Za nami już ostatnie z sześciu przedstawień Falstaffa w nowej inscenizacji TW-ON, którą Marek Weiss zapowiedział jako swoje pożegnanie ze sceną operową. Nie lubię recenzować pożegnań, dlatego z wdzięcznością przyjęłam propozycję pana Marcina Fedisza, kierownika działu literackiego teatru, żeby nakreślić sylwetkę reżysera do książki programowej spektaklu. Udostępniam mój esej z myślą o wszystkich: zarówno tych, którzy poszli już z tym Falstaffem na wieczerzę, jak i o tych, którzy wybierają się na nią dopiero w przyszłym sezonie.

***

Marek Weiss jest mistrzem pożegnań. Dziesięć lat temu, odchodząc z Opery Bałtyckiej w Gdańsku, pisał w książce programowej do Czarnej maski Krzysztofa Pendereckiego, że to jego pożegnanie z Europą. Przed najnowszą premierą w TW-ON wyznał, że Falstaff Verdiego będzie jego ostatnim spektaklem. W wydanym przed ponad dwu laty tomie operowych wspomnień stwierdził, że już nie dogoni swego Białego Wieloryba.

Metafora zaczerpnięta z powieści Hermana Melville’a zdaje się wyjątkowo trafna w odniesieniu do opery i związanych z nią ludzi. Trudno dogonić nie tylko Moby Dicka, lecz i każdego kaszalota, który – prawdę powiedziawszy – nie jest nawet prawdziwym wielorybem, za to potrafi wydawać dźwięki głośniejsze od wybuchu bomby atomowej i gustuje we wszystkim, co najokazalsze. Jest stworzeniem niezmiernie konserwatywnym: przebywa w grupach, które trzymają się razem przez dziesiątki lat, i ani nie wypuszczą z objęć bywalca, który wstąpił do ich klubu przed laty, ani nie włączą do swego elitarnego grona żadnego nowicjusza. Rytuały społeczne kaszalot odbywa wyłącznie wieczorową porą. Rozmiar ostateczny osiąga dopiero w okolicach pięćdziesiątki. Jest nieuchwytny i niezrozumiały, a mimo to chodzą słuchy, że zagraża mu wyginięcie.

Marek Weiss. Fot. archiwum prywatne artysty/materiały prasowe

Ktoś kiedyś spytał Weissa, dlaczego się zabrał do reżyserowania oper. Odparł, że zmusiła go do tego sytuacja życiowa i Robert Satanowski. Inni dociekali, jak to się stało, że w ogóle wziął się za operę, skoro jej kiedyś nie lubił. Odpowiadał, że nie tyle nie lubił, ile się nią nie interesował. Ot, wiedział, że po całym świecie, od lodowej pokrywy Oceanu Arktycznego przez równik aż po wybrzeża Antarktydy pływają jakieś operowe kaszaloty, ale nie chwytał za harpun, by któregokolwiek z nich dopaść. Dopiero Satanowski obudził w nim żyłkę wielorybnika. I jeszcze w Operze Wrocławskiej pozwolił mu wyreżyserować spektakl, który w październiku 1981 roku na trwałe przeszedł do historii opery w Polsce.

Manekiny Zbigniewa Rudzińskiego na motywach dwóch opowiadań ze Sklepów cynamonowych Brunona Schulza – w reżyserii Marka Grzesińskiego, jak wówczas podpisywał się Weiss, i ze scenografią Janusza Wiśniewskiego – rozgrywały się w maleńkiej przestrzeni, w „mętnych bursztynach” i „brudnym ogniu” Schulzowskiej tajemnicy. Kilka tygodni po prapremierze we Wrocławiu, jeszcze przed stanem wojennym, przedstawienie dotarło na festiwal w Rennes, gdzie pewien zamorski teatrolog obejrzał je dwukrotnie, żeby się upewnić, kto w tym spektaklu jest manekinem, a kto żywym wykonawcą. Pewnie nie widział wcześniej żadnego ze spektakli Tadeusza Kantora, z których ducha wyrosła koncepcja Grzesińskiego i Wiśniewskiego – co w tym przypadku nie jest zarzutem. Był to krótki czas przerzucania za przejściowo uchyloną żelazną kurtynę wszystkiego, co w polskim, odosobnionym teatrze dojrzewało przez dziesięciolecia i co do dziś inspiruje tytanów światowej sceny.

Czas reżyserskich kompleksów miał nadejść kilkanaście lat później, już po upadku muru berlińskiego, kiedy polski teatr – także operowy – postanowił za wszelką cenę wyzbyć się tożsamości i wtopić w ujednoliconą, postmodernistyczną estetykę twórców zachodnich. Zanim jednak do tego doszło, udało mi się zdobyć bilety na jedno z warszawskich przedstawień Manekinów w 1982 roku. Do dziś pamiętam swój zachwyt i cielęce zdziwienie, jakże bliskie wrażeniom zamorskiego teatrologa. Zapamiętałam tamten spektakl jako jedną z pierwszych prób zreorganizowania przestrzeni Teatru Wielkiego – Weiss postanowił bowiem zamknąć wykonawców i publiczność na scenie Sali Młynarskiego, a widownię odciąć od wszystkich żelazną kurtyną. Pamiętam też dwie młode chórzystki w rolach niedokończonych manekinów albo dziewcząt do szycia – oraz ich sprechgesangowy, wżerający się w ucho refren: „Ach, jak mało wymagamy od rzeczywistości! Mamy wszystko w sobie, mamy nadmiar wszystkiego w sobie”.

Manekiny w Operze Wrocławskiej (1981). Fot. Maria Behrendt

Niewiele więcej potrzebowałam wówczas od stworzonej przez Weissa rzeczywistości teatralnej. Wybaczyłam mu pierwsze potknięcia na przejętej przez Satanowskiego scenie warszawskiej – w przeciwieństwie do krytyków, którzy skupili się raczej na karierze Wiśniewskiego, pozycję Weissa określając – jak Rafał Augustyn przy okazji polskiej premiery Wozzecka Berga w 1984 roku – mianem niższej orbity członu tej dwustopniowej rakiety. W drugiej połowie lat 80. zaczęły przeważać głosy podobne opiniom Tadeusza Kaczyńskiego, który po Fideliu Beethovena żałował, że „szkoda, iż wskutek okoliczności nieznanych widzom pomysł Marka Grzesińskiego nie został doprowadzony do takiej postaci, która byłaby dla publiczności jasna i konsekwentna”. Nikt jednak nie odebrał Weissowi chwały za porywające ujęcie Bram raju Joanny Bruzdowicz na motywach prozy Jerzego Andrzejewskiego (1987) – frapującej „opery dla oczu”, zrealizowanej po drugiej stronie kurtyny pożarowej na dużej scenie Teatru Wielkiego, z widownią i zespołem instrumentalnym ulokowanymi na scenie obrotowej, która przesuwała się także w przód i w tył, rozpoczynając swą podróż w głębi sceny i docierając stopniowo w pobliże otworu scenicznego, by po kilku ćwierćobrotach powrócić do punktu wyjścia.

Z przełomu lat 80. i 90. przetrwał w TW-ON tylko jeden spektakl, zadający kłam deklaracji Weissa, że nie wierzy w teatralne muzeum. Bo jakże inaczej nazwać wznawianą do dziś inscenizację Nabucca Verdiego z 1992 roku, reklamowaną – ku uciesze publiczności – jako spektakl z udziałem prawie dwustu wykonawców, żywych koni, przepysznych kostiumów i wystawnej scenografii Andrzeja Kreütza Majewskiego? Po późniejszej o rok premierze Salome Richarda Straussa Józef Kański pisał dyplomatycznie, że chciałoby się, by to, co się ogląda na scenie, jakoś współgrało z klimatem ewokowanym przez treść wykonywanego dzieła. W 1995 roku Weiss objął dyrekcję artystyczną opery w Poznaniu – trzy lata później współgrało już jak się patrzy – w niezwykle spójnej inscenizacji Diabłów z Loudun Pendereckiego, wystawionych w polskim przekładzie Ludwika Erhardta.

Niedoszły pogromca kaszalotów najlepiej czuł się jednak w teatrach ludzkich, niedużych, skrojonych na miarę interakcji między sceną a widownią. Ten sam Józef Kański, który zżymał się na reżyserię Weissa po premierze Salome, zachwycał się Wolnym strzelcem w Warszawskiej Operze Kameralnej (2007), pisząc o reżyserskiej maestrii w rozgrywaniu kolejnych epizodów opery Webera „na szczuplutkiej scenie zabytkowego teatrzyku w alei Solidarności”. Rok później Weiss zebrał zasłużone pochwały za nowoczesny, minimalistyczny, precyzyjnie dopracowany spektakl Juliusza Cezara Händla w tym samym teatrze – prawie pół wieku po poprzedniej, istotnie „muzealnej” inscenizacji Ludwika René na deskach Teatru Wielkiego w Warszawie.

Żeby odwołać się do słów Melville’a z Moby Dicka, Weiss zawsze próbował wszystkiego i osiągał, co potrafił. Często z zaskakująco dobrym skutkiem, co reżyser potwierdził w trakcie ośmioipółletniej kadencji w Operze Bałtyckiej. Z tego czasu bodaj najbardziej zapadła mi w pamięć Ariadna na Naksos Richarda Straussa z 2009 roku, przedstawienie, które dowiodło, że teatr Weissa – mimo że wtórny, pozornie banalny, czasami niekonsekwentny – paradoksalnie działa, przemawia do wyobraźni, porusza nawet tych, którzy doskonale wiedzą, skąd reżyser czerpie inspirację. Na tamten spektakl, bodaj pierwszą inscenizację w naszym kraju od czasu polskiej premiery w 1926 roku, rok później ściągniętą gościnnie do Warszawy, zjechało kilkoro szacownych krytyków z zagranicy. Wszyscy pisali o zapożyczeniach z mistrzów Regietheater – na czele z nielubianym przez Weissa Krzysztofem Warlikowskim – każdy przyznawał, że Ariadna w ujęciu Weissa chwyta, wciąga, że stoi za nią spójny i klarowny pomysł reżyserski, który popycha akcję naprzód. Kiedy Weiss żegnał się z Gdańskiem Czarną maską, wychwalałam jego oszczędny gest teatralny i konsekwencję w prowadzeniu postaci.

Finał Falstaffa w TW-ON. Fot. Krzysztof Bieliński

Beznadziejnie zakochana w niemalże debiutanckich Manekinach, spektaklu, który odegrał niebagatelną rolę w ukształtowaniu mojej późniejszej postawy w dziedzinie krytyki operowej, z najnowszymi inscenizacjami Weissa obchodziłam się nieraz bezlitośnie. Drażniło mnie czasem niechlujstwo reżysera, jego niedbałość o szczegół i prawdę teatru. O Skrzypcach Rotszylda Flajszmana/Szostakowicza w Operze Bałtyckiej (2013) pisałam, że utonęły w morzu banału, zgoła nieprzystającego do Czechowowskiego pierwowzoru libretta. Po Manru Paderewskiego w TW-ON (2018) wytknęłam reżyserowi głuchotę na partyturę. W Ślepym torze Krzysztofa Meyera, wystawionym w przeddzień wyborów parlamentarnych 2024 roku, zarzuciłam niemal wszystkim twórcom i realizatorom grafomanię, koniunkturalizm i lekceważenie społecznych realiów współczesnej Europy.

A jednak wciąż wierzę w Weissa – zaciętego Ahaba, który już tyle razy odłożył swój harpun do lamusa, że pewnie wyjmie go stamtąd po raz kolejny. Sam powiedział, że bez opery nie da się żyć, że ten muzyczny kaszalot jest jak nałóg, z którego nie można się wyleczyć. Szkoda by zresztą było się leczyć. Weiss wróci. On ma wszystko w sobie. On ma nadmiar wszystkiego w sobie.