Niebom osięgła, niebam dostąpiła

Sporo ostatnio zajmowałam się Monteverdim. Jeszcze przed wyjazdem do Londynu – na koncert Academy of Ancient Music pod dyrekcją Laurence’a Cummingsa, w programie złożonym z utworów ze zbioru Madrigali guerrieri, ed amorosi – nie mogłam opędzić się od myśli, że muzyka Monteverdiego brzmiałaby całkiem inaczej, gdyby tak wcześnie nie owdowiał i nie spędził reszty życia samotnie. Z rodzinnej Cremony postanowił się wyrwać przy pierwszej sposobnej okazji. Marzył o karierze w Mediolanie, ostatecznie wylądował w Mantui, na dworze księcia Vincenza Gonzagi. Dwuznaczna to była postać: kiedyś nasłał siepaczy na młodziutkiego szkockiego erudytę Jamesa Crichtona. Oszalały z zazdrości o swą byłą kochankę i względy okazywane Crichtonowi przez ojca, Gonzaga zabił rywala jego własnym mieczem. Kiedy osaczony Szkot padł na kolana i błagając o litość, oddał mu broń zwróconą w jego stronę rękojeścią, pchnął go w samo serce. O Crichtonie jednak zapomniano, tymczasem Vincenzo przeszedł do historii jako jeden z najwybitniejszych mecenasów sztuk i nauk w ówczesnej Italii.

Monteverdi przyjechał do Mantui w wieku niespełna dwudziestu czterech lat. Trafił pod opiekę dworskiego wiolisty Giacoma Cattaneo, który wziął go pod swój dach i poznał ze swą córką Claudią. Z upływem czasu oboje wyswatał. Wyglądało to na zaaranżowane małżeństwo. Monteverdi został zięciem swojego mentora i mężem utalentowanej dworskiej śpiewaczki, co mogło mu pomóc w dalszej karierze. Cattaneo szukał następcy, który przejmie jego obowiązki na dworze, zagwarantuje byt jego córce i zapewni mu spokojną starość.

Potem przyszła jednak miłość i wzajemny szacunek. Młodych połączyły nie tylko obowiązki rodzinne, ale też zawodowe. Odkąd Claudio otrzymał posadę maestro della musica, Claudia prawdopodobnie uczestniczyła w większości wykonań jego utworów. Zapewne brała też udział w przygotowaniach do premiery Orfeusza. Kilka miesięcy później umarła. Reszty możemy się tylko domyślać: z decyzji czterdziestoletniego wdowca, żeby się więcej nie żenić, potem zaś, gdy wprowadził synów w dorosłość, przyjąć święcenia kapłańskie. Ale też z jego dojrzałej muzyki, w której żarliwość przeżycia religijnego trudno czasem odróżnić od miłosnej ekstazy, a zgiełk bitwy od burz szalejących w sercach kochanków.

Można rzecz jasna argumentować, że takie były założenia genere concitato, o którym Monteverdi wspomniał po raz pierwszy w przedmowie do Combattimento di Tancredi e Clorinda w ósmej księdze madrygałów – choć przecież utwór powstał kilkanaście lat wcześniej i wbrew pozorom miał swoich poprzedników. Późna twórczość Monteverdiego niesie z sobą zapowiedź nadchodzących zmian stylistycznych, warto jednak pamiętać, że kompozytor był ostatnim wielkim madrygalistą – jakby z rozmysłem zatrzymał się w czasie minionym. Tchnął w przebrzmiałą już formę powiew tak potężnego geniuszu, że do cna wyczerpał jej możliwości.

Ed Lyon. Fot. Nik Pate

Cummings zestawił wybrane utwory z ósmej księgi w taki sposób, by w pełni ukazać niejednoznaczność „stylu wzburzonego”. Symetria podziału zawartości zbioru na madrygały wojenne i miłosne jest tylko pozorna – z tej prostej klasyfikacji wymykają się zwłaszcza kompozycje oznaczone jako „guerrieri”, w których Monteverdi miesza obydwa porządki albo wręcz kamufluje zmagania i rozterki kochanków retoryką pól bitewnych. Program niespełna dwugodzinnego koncertu złożył się zatem w wielki, przejmujący traktat o miłości – oglądanej z perspektywy starszego mężczyzny, który wie o niej wszystko, choć tak krótko jej w życiu doświadczał.

Na estradzie Milton Court Concert Hall od samego początku dział się prawdziwy teatr. W Altri canti d’Amor, rozbudowanej kantacie na sześć głosów solowych (z dominującą, niezwykle ruchliwą partią basu, zrealizowaną z wyczuciem przez Roba Macdonalda), śpiewacy wchodzili kolejno między instrumentalistów, niczym aktorzy nawiązujący pierwszy kontakt z publicznością przed podniesieniem kurtyny. Po niej nastrój raptownie się zmienił: w statycznych, nieledwie wyszeptanych pionach akordowych deklamacji otwierającej madrygał Hor ch’el ciel e la terra noc zapadła tak sugestywnie, a wiatr ustał tak raptownie, że i na widowni zrobiło się cicho jak makiem zasiał. Z tym większym impetem rozpoczęło się starcie rycerza Tankreda (Rory Carver) z saraceńską dziewicą Kloryndą (Anna Denis), opatrzone wirtuozowskim komentarzem narratora w osobie Eda Lyona – fenomenalnego tenora, który wszelkie zawiłości melodyczne, artykulacyjne i rytmiczne tej karkołomnej partii oddał nie tylko brawurowo, ale też ze swobodą przywodzącą na myśl mistrzostwo nieodżałowanego Nigela Rogersa. Wystawienie zamykającego pierwszą część zbioru ballo Movete al mio bel suon Monteverdi przewidywał ponoć z dekoracjami. W tym wykonaniu okazały się zgoła niepotrzebne.

W drugiej, miłosnej części, po wybrzmieniu jeszcze bardziej sugestywnych Altri canti di Marte do „prawdziwego” tekstu Giambattisty Marino (anonimowe Altri canti d’Amore są czymś w rodzaju lustrzanego odbicia tego sonetu), Monteverdi zbudował dramaturgię godną pierwszych dwóch aktów Orfeusza. Najpierw wdzięczne i beztroskie Vago augelletto, o symetrycznej konstrukcji i fakturze czystej jak kryształ (Cummings i tym razem nie odmówił sobie i nam przyjemności odejścia na chwilę od klawesynu i zaśpiewania siódmego głosu razem z zespołem, twarzą do publiczności). Później kilka innych wdzięcznych westchnień i uniesień, które Cummings pominął – bez szkody dla narracji – przechodząc od razu do trzyczęściowego madrygału Ninfa che scalza di piede i kunsztownego duetu tenorowego Mentre vaga Angioletta, żeby zakończyć koncert nagłym zwrotem akcji. Lamento della Ninfa, wykonane przez Denis z intensywnością, jakiej mogłaby jej pozazdrościć niejedna aktorka tragiczna, zaparło słuchaczom dech w piersiach. Lament porzuconej nimfy zamknął ósmą księgę równie dobitnym akcentem, jak rozpaczliwa decyzja Orfeusza, by ruszyć do królestwa Plutona po utraconą Eurydykę. Być może nawet mocniejszym, bo w tym lamencie nie kryje się nawet cień nadziei.

Laurence Cummings. Fot. cambridgeearlymusic.org

W doskonale zestrojonym ansamblu – oprócz wymienionych już śpiewaków – znalazły się także Danni O’Neill (sopran) i Ciara Hendrick (alt). W zespole instrumentalnym, złożonym z dwojga skrzypiec, dwóch altówek, basse de violon, violi da gamba oraz violone, na szczególne uznanie zasłużył pierwszy skrzypek AAM Bojan Čičić, nie tylko za sprawą niezwykłego wyczucia idiomu i wynikających stąd umiejętności, choćby doboru odpowiedniej ornamentyki, lecz także z uwagi na niemal dziecięcą szczerość i radość muzykowania. Osobne komplementy należą się grupie continuo (dwoje teorbistów – William Carter i Kristiina Watt; harfistka Joy Smith; oraz grający na pozytywie i klawesynie Alastair Rose). O niezwykłym rzemiośle i charyzmie prowadzącego całość od klawesynu Laurence’a Cummingsa pisałam już wiele razy: przy tej okazji ograniczę się do wyznania, że nie mogę się już doczekać jego występu na tegorocznym festiwalu w Getyndze.

Bo choć sama się wychowałam na dawnych nagraniach AAM, choć nie kryłam entuzjazmu, że po kilku chudych sezonach przejął ją długoletni szef artystyczny najstarszego festiwalu händlowskiego na świecie – nie wyobrażałam sobie, że właśnie na tym koncercie ogarnie mnie fala tak gwałtownych wzruszeń, tylu wypartych przez lata emocji, tak nieziemskiego zachwytu. Czuję się teraz jak Tankred z Jerozolimy wyzwolonej Tassa: „żyć muszę zawsze w ustawicznym błędzie”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *