Skarb zakrystiana

Mili moi, jutro, a właściwie już dziś, 2 kwietnia (dopiero wróciłam z podróży), kolejny niezmiernie ciekawy koncert gdańskiego festiwalu Actus Humanus Resurrectio. We Dworze Artusa, o godzinie 20.00, wystąpi zespół Tallis Scholars pod dyrekcją Petera Phillipsa, w programie złożonym z utworów Juana Esquivela de Barahona, Dominique’a Phinota, Bartomeu Càrceresa i Giovanniego Pierluigiego da Palestrina. Kto nie dotrze, będzie mógł liczyć na transmisję w radiowej Dwójce, którą poprowadzi Magdalena Łoś. Przybywajcie tłumnie!

***

W eseju podróżniczym Hemingwaya Śmierć po południu można znaleźć opis, a właściwie wyznanie miłosne do andaluzyjskiego miasta Ronda: „Tam powinniście się udać, jeżeli kiedyś pojedziecie do Hiszpanii w podróż poślubną albo na wypad z kimś. Całe miasto i wszystko jak okiem sięgnąć w którymkolwiek kierunku wygląda romantycznie i jest tam hotel tak wygodny, tak dobrze prowadzony, w którym jada się tak smacznie i zwykle bywa w nocy chłodny powiew, że jeśli przy tym romantycznym tle i nowoczesnym komforcie podróż poślubna lub wypad nie będą udane w Rondzie, to równie dobrze możecie ruszyć do Paryża i oboje zacząć nawiązywać znajomości na własną rękę”.

Żeby zrozumieć wagę i kontekst odkrycia zapomnianej twórczości Juana Esquivela de Barahona akurat w tej miejscowości, którą Hemingway uważał za jedną z najbardziej malowniczych nie tylko w Hiszpanii, ale na całym świecie (i zapewne miał rację), warto wiedzieć, że Ronda stoi „na płaskowyżu w kręgu gór, a ten płaskowyż przecina wąwóz, który rozdziela obydwie części miasta i kończy się skarpą spadającą prosto do rzeki i równiny w dole, gdzie widzi się pył wzbijany przez zaprzęgi mułów na drodze” (wszystkie cytaty w przekładzie Bronisława Zielińskiego). W końcu XVIII wieku nad tą zawrotną przepaścią wzniesiono potężną konstrukcję spinającą krawędzie części mauretańskiej La Ciudad, i chrześcijańskiej, zwanej El Mercadillo. W czasie hiszpańskiej wojny domowej Ronda stała się ponurym symbolem brutalności po obu stronach konfliktu – przede wszystkim z powodu masowych egzekucji przeprowadzanych na moście ponad wąwozem rzeki El Tejo. Według niektórych szacunków z Puente Nuevo strącono około pięciu tysięcy osób. Ofiarą padali głównie duchowni oraz zwolennicy generała Franco. Do jednej z takich masakr Hemingway – sam zdeklarowany antyfaszysta – odniósł się w innej ze swoich książek. Wstrząsający opis mordu w dziesiątym rozdziale powieści Komu bije dzwon jednoznacznie wskazuje na inspirację wydarzeniami z 1936 roku, kiedy z rąk republikanów zginęło ponad pół tysiąca bezbronnych ludzi, zatłuczonych na śmierć lub strąconych w przepaść.

Panorama Rondy. Fot. Tesla Delacroix

Niecałe czterdzieści lat później, w roku 1973, do przepięknej Rondy dotarł amerykański muzykolog Robert J. Snow, wychowanek dwóch legendarnych specjalistów od muzyki dawnej: Williego Apela, autora przełomowej publikacji The Notation of Polyphonic Music 900–1600, pod którego okiem zrobił dyplom na Uniwersytecie Indiany w Bloomington, oraz Dragana Plamenaca, wydawcy utworów Johannesa Ockeghema, który był promotorem jego pracy doktorskiej na Uniwersytecie Illinois w Urbanie. Snow sam był już wtedy uznanym badaczem i wykładowcą akademickim, zajmującym się głównie muzyką religijną Półwyspu Iberyjskiego i Ameryki Łacińskiej z przełomu XVI i XVII wieku.

W Rondzie muzykolog zawarł znajomość z zakrystianem jednego z najważniejszych kościołów miasta, przerobionej z dawnego meczetu kolegiaty Santa María de la Encarnación, przez miejscową ludność nazywanej dumnie „katedrą”. Zakrystian, ośmielony rozległą wiedzą amerykańskiego gościa, pokazał mu schowek, gdzie w czasie wojny domowej ukrył kilka śpiewników, chcąc je ochronić przed niszczycielskim zapałem rozjuszonego tłumu. Wśród ksiąg niewielkiej wartości Snow odkrył prawdziwy skarb: opasłą kolekcję dzieł Juana Esquivela, wydaną w 1613 roku, obejmującą między innymi psalmy, trzydzieści hymnów, szesnaście opracowań Magnificat, Te Deum, antyfony maryjne, oraz sześć nieopublikowanych wcześniej mszy, nie licząc Missa pro defunctis wraz z psalmami responsoryjnymi.

Było to naprawdę bezcenne znalezisko. Muzyka jednego z najpłodniejszych i najwyżej cenionych kompozytorów Złotego Wieku Hiszpanii popadła w niemal całkowite zapomnienie. Zachowały się wprawdzie poprzednie dwa zbiory wydane za życia Esquivela, niemniej druk z 1613 roku, liczący blisko sześćset stron, okazał się białym krukiem i wreszcie rozbudził zainteresowanie jego spuścizną.

Domniemany portret Juana Esquivela de Barahona. Drzeworyt ze strony tytułowej Missarum liber primus, 1608

Juan Esquivel de Barahona – bo tak brzmi jego pełne nazwisko, zgodnie z hiszpańską tradycją łączące nazwisko odziedziczone po ojcu z nazwiskiem panieńskim matki – urodził się około roku 1560 w Ciudad Rodrigo w prowincji Salamanka i w wieku ośmiu lat został mozo de coro, czyli chłopięcym chórzystą w tamtejszej katedrze. Przez pewien czas pobierał nauki u Juana Navarro; poza tym niewiele wiadomo o jego wczesnej edukacji. W roku 1581 dostał posadę maestro di capilla w Oviedo, później objął podobne stanowisko w katedrze w Calahorra. W 1591 roku wrócił do rodzinnego miasta i działał tam jako chórmistrz aż do śmierci w latach dwudziestych następnego stulecia, podpisując się jako Ioannis Esquivel Civitatensis, obywatel Ciudad Rodrigo.

Pisał wyłącznie muzykę religijną, w dużej mierze inspirowaną twórczością Cristóbala de Moralesa, ale noszącą też znamiona późniejszego stylu Francisca Guerrero i Juana Navarro. Próbował pogodzić tradycję XVI-wiecznej polifonii hiszpańskiej z potrydencką surowością i prostotą harmoniczną stile osservato, którego wzorzec ustanowił Giovanni Pierluigi da Palestrina. Trzymał się jednak lokalnych wariantów melodii chorałowych, nie wzdragał się przed użyciem chromatyzmów, nie zawsze też przestrzegał stosowanych przez Palestrinę zasad ścisłego kontrapunktu. Tworzył kompozycje kunsztowne, niemniej ściśle osadzone w społecznym i religijnym kontekście ówczesnej Hiszpanii.

Peter Phillips. Fot. Bernhard Holub

Od pamiętnego odkrycia w Rondzie minęło już ponad pół wieku, wciąż jednak niewiele utworów Esquivela doczekało się wydań krytycznych. Zapewne dlatego trudną misję odnowy pamięci o mistrzu z Ciudad Rodrigo prowadzą doświadczeni specjaliści w dziedzinie wykonawstwa późnorenesansowej polifonii hiszpańskiej, często ukazując jego dorobek na szerszym tle historycznym. Peter Phillips zestawił pięciogłosową Missa pro defunctis z dwoma sześciogłosowymi opracowaniami Lamentacji Jeremiasza – Dominique’a Phinota, przedstawiciela czwartej, przedostatniej generacji szkoły franko-flamandzkiej i jednego z prekursorów techniki polichóralnej; oraz młodszego niemal o pokolenie Palestriny, który na wczesnym etapie kariery mógł czerpać inspirację z jego twórczości – uzupełniając je motetem responsoryjnym Bartomeu Càrceresa, Katalończyka starszego od Esquivela o lat piętnaście.

Niewykluczone, że Esquivel znał muzykę ich wszystkich. Trudno opędzić się od natrętnej myśli, że najpełniejsza kolekcja jego dzieł zachowała się w Rondzie właśnie dlatego, że nawet miejscowy styl w walce byków – escuela rondeña – był „spokojny, z ograniczonym repertuarem, prosty, klasyczny i tragiczny”. Gdyby wyrwać z kontekstu ten cytat ze Śmierci po południu, można by pomyśleć, że Hemingway opisuje w nim styl Juana Esquivela de Barahona.