Już jedną nogą w drodze do Bayreuth, proponuję więc Państwu felieton poniekąd podróżniczy, który ukazał się właśnie na łamach wakacyjnego numeru „Teatru” i na stronie internetowej miesięcznika. Jeszcze niedawno sądziłam, że do letnich wypadów operowych wystarczy mi certyfikat COVID, zapas porządnych masek FFP2 i szczypta zdrowego rozsądku. Nie przewidziałam, że przed wyjazdem na Zielone Wzgórze będę musiała obserwować średnią kroczącą zakażeń w Bawarii i trzymać kciuki, żeby zbyt wcześnie nie wystrzeliła do poziomu, który spowoduje wprowadzenie dodatkowych obostrzeń, a nawet zamknięcie hoteli. Wygląda na to, że zdążę, ale nikogo na siłę nie namawiam do muzycznych wojaży w ten trudny czas. Ekskursje pod Mickiewiczowską dewizą „Ja z synowcem na czele, i – jakoś to będzie” zdecydowanie odradzam. Felieton pisałam w czerwcu – teraz już mam pewność, że proponowany zestaw spotkań z Don Giovannim można rozszerzyć o propozycję dla odważnych utracjuszy, czyli inscenizację Romea Castellucciego pod batutą Teodora Currentzisa na Festiwalu w Salzburgu.
Dzień dobry, czy będzie pani może dzisiaj na nowym Holendrze?
O, dopiero teraz zajrzałam! Wygląda na to, że się minęliśmy. Ale nic to, jeszcze się nadarzy okazja.