Dwoje o Strawińskim

Upiór w strasznym biegu – zobaczymy, jak długo uda mu się pohasać – więc znów uraczy Czytelników drobiazgiem z remanentów. Niby wesołym, ale w gruncie rzeczy bardzo smutnym. Była sobie kiedyś autorka „Ruchu Muzycznego” – młoda, pełna życia i piekielnie zdolna. Zmarła tragiczną śmiercią w 1962 roku. Wygląda na to, że wszyscy o niej zapomnieli. Próżno doszukać się w sieci jakichkolwiek zdjęć, informacji biograficznych, choćby wspomnień kolegów. Jeśli ktokolwiek powołuje się na jej artykuły, pisze o niej w czasie teraźniejszym. Przebrana w kostium Mus Triton pisałam o niej kilkakrotnie, między innymi w kontekście numeru monograficznego „RM” sprzed bez mała sześćdziesięciu lat, poświęconego życiu i twórczości Strawińskiego. Jak to Mysz w Ruchu, złośliwie i z ironią, ale w tym felietonie przede wszystkim z bezbrzeżnym zachwytem. Przypominam zatem. Ta wspaniała dziewczyna nazywała się Monika Gorczycka.

***

Czasem i mysz musi się przedostać na drugą stronę rzeki, więc podreptaliśmy wczoraj do kiosku przy Stadionie Narodowym, żeby kupić bilet na tramwaj. A tam patriotycznie usposobiony kioskarz w koszulce z rdzennie polskim napisem „GOAL!” wyrzucał właśnie na zbity pysk dwóch rosyjskich kibiców, którzy wpadli po batonik czekoladowy. Tak się zdenerwował, że kiedy przyszła kolej na nas, aż nam bilet opluł z tego wzburzenia. Zbiegliśmy po schodkach, a tu ni stąd ni zowąd, jak w powieści Masłowskiej, wydobywa się zza zakrętu niebieski samochód marki policja z uchyloną szybą niczym obwoźny handel Sądem Ostatecznym. Odechciało nam się wędrówek po mieście. Wróciliśmy do nory przegryźć jakąś makulaturę – no i ciekawe, co by powiedział nasz praski kioskarz, bo data ta sama, choć sprzed półwiecza, nie było jeszcze żadnego Euro, a tu caluśki numer 12/1962 poświęcony pewnemu Rosjaninowi z okazji jego urodzin. A na pierwszej stronie dedykacja od solenizanta – „Dla Ruchu Muzycznego serdeczne pozdrowlenia” – jakby się przez osiemdziesiąt lat życia po polsku nie mógł nauczyć. Już prawie opluliśmy rocznik, kiedy uspokoił nas Bohdan Pociej, autor artykułu Igora Strawińskiego oblicza archaizacji. Solenizant po prostu archaizował. I nic w tym złego, Pociej twierdzi nawet, że wręcz przeciwnie:

Twórczość Strawińskiego przeniknięta jest archaizacją. Archaizacja stanowi tu jedną z generalnych zasad myślenia muzycznego. Jest potrzebą, pragnieniem i realizacją; impulsem, motorem i sposobem działania. Archaizacja przybiera u Strawińskiego najrozmaitsze odcienie, fazy i stopnie; przechodzi długą i skomplikowaną ewolucję. Samo pojęcie archaizacji, zdawałoby się jednoznaczne i raz na zawsze zdefiniowane, traci tu swą jednoznaczność, intryguje i niepokoi, domaga się nowej, poszerzonej, specjalnej i jednorazowej definicji. Archaizacja u Strawińskiego – mimo iluś tam kopii, mimo zainspirowanej mody na archaizację – jest zjawiskiem jedynym i niepowtarzalnym. Więcej – jest atrybutem genialności kompozytora. Strawiński wydaje się być jedynym w całej historii muzyki przykładem geniuszu archaizacji, archaizatorem genialnym, genialnym właśnie poprzez archaizację.

Igor Strawiński. Fot. Irving Penn

Pociej jako krytyk też był zjawiskiem jedynym i niepowtarzalnym. Więcej – jego genialność była atrybutem genialności krytyka. Pociej wydaje się jedynym w historii krytyki przykładem geniuszu genialności, geniuszem genialnym, genialnym właśnie poprzez geniusz. Bo oto przedstawia nam genialny ciąg genialnych pytań retorycznych i równie genialnie na nie odpowiada:

Ale czym jest wobec tego sama archaizacja? Piękną manifestacją ciągłości kultury? Twórczym nawiązywaniem i przetwarzaniem? Odkrywaniem nowego oblicza starych wartości? Czy – zaprzeczeniem nowatorstwa? Znamieniem impotencji twórczej? Maskowaniem braku inwencji?
Wydaje się jednak, że archaizacja jest przede wszystkim wspaniałą  p r z y g o d ą  estetyczną; wykorzystaniem impulsów płynących z urzeczenia historią, twórczym wykorzystaniem znajomości historii, historycznej wiedzy. Gdy zafascynowanie określonym zjawiskiem jest bardzo silne, u twórcy rodzi się chęć naśladownictwa przetworzeniowego, inaczej – parodii (w tym szerokim, dawnym, jeszcze nie złośliwym znaczeniu tego terminu). Archaizacja jest więc swojego rodzaju „malowaniem z (historycznego) modelu”.
Archaizacja pojęta jak najszerzej nie jest bynajmniej zjawiskiem marginesowym. Jest ona konkretnym i specjalnym przejawem ogólnej tendencji w historii kultury, tendencji, którą określić można jako poszukiwanie oparcia (czy ideału) w wartościach już zrealizowanych, poszukiwanie w epokach minionych wartości bliskich i aktualnych, odnajdywanie siebie w przeszłości.

Niestety, dalej – zamiast o Strawińskim – Pociej pisze o Cameracie florenckiej, Berliozie, Liszcie i Wagnerze. Odrobinkę przytłoczeni nadmiarem przymiotników, potuptaliśmy kilka  stron dalej, do artykułu Moniki Gorczyckiej Muzyka „dynamicznego spokoju” i chyba zrozumieliśmy, o co chodzi z tą archaizacją, choć autorka widzi to odrobinę inaczej niż Pociej:

Każdy głos, każdy instrument ma swą sferę brzmieniową, sonorystyczno-rytmiczną. Możliwości ich różnorodnego przekształcania i rozwijania, obciążenie ich kierunkowością konwencji formalnych muzyki przedfunkcyjnej, modalnej – oto droga, po której Strawiński chce nadal rozwijać dodekafonię.
Takim jest Agon, „balet abstrakcyjny”, z założenia statyczny, którego choreograficzną postać przyrównał sam Strawiński do abstrakcji Mondriana. Formy taneczne dworu burgundzkiego i dworu paryskiego Ludwika XIII i XIV sąsiadują tu z seryjną realizacją klasycznych układów choreograficznych. Brzmienie – to ustawiczny kontrapunkt między wysokimi a niskimi grupami instrumentów. Po początkowej ekspozycji rytmu (toccatowy wstęp, komplikacje rytmiczne w Saraband-step, Bransle gay, przywodzące na myśl Tango i Ragtime z Historii żołnierza; obsada: skrzypce, puzon, ksylofon!), charakter brzmienia zmienia się w słynnym Pas de deux. Jest ono tu absolutnie puste, nieprzyswajalne, wymykające się w swych fluktuacjach zwiększonej oktawy i małej sekundy. Zarazem istnieje tu regularność strukturowa, zacierająca nerwowość zwrotów rytmicznych, paraliżująca je. To już nie statyczny spokój. To pustka, za którą – zdawałoby się – nic się nie kryje.

No i odechciało nam się żartów, głupich porównań, płaskich nawiązań do wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną. Po prostu się zachwyciliśmy. I zrobiło nam się smutno, bo to był jeden z ostatnich tekstów przed śmiercią młodziutkiej Moniki Gorczyckiej. Czasem brakuje mądrych autorów. Prawie tak samo, jak mądrych kioskarzy, co daje wszystkim pod rozwagę
MUS TRITON

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *