Omnia vincit amor

Za kilka dni recenzja z Przełamując fale Missy Mazzoli w w Staatstheater Mainz, a po niej migawki z dwóch festiwali: Praskiej Wiosny i Händel-Festspiele w Getyndze. Wcześniej jednak przypomnę, że znaleźliśmy się właśnie na półmetku tegorocznej odsłony Katowice Kultura Natura, i wykorzystam okazję, by zapowiedzieć sobotni koncert zespołu La Venexiana, w programie złożonym w całości z utworów Monteverdiego. Kto przegapił początek festiwalu, niech zajrzy na stronę NOSPR (https://nospr.org.pl/pl/program/festiwal-katowice-kultura-natura-2025-2026). Może znajdzie coś jeszcze dla siebie.

***

Lombardia, kraina mlekiem i miodem płynąca, przez wieki była jednym z najbogatszych regionów Europy. Od VIII stulecia w państwie Franków, później w granicach Świętego Cesarstwa Rzymskiego, w 1525 roku, po bitwie pod Pawią, dostała się pod rządy hiszpańskich Habsburgów. Zaczęły się ciężkie czasy. Nowi władcy, zamiast zatroszczyć się o dobrobyt poddanych, nakładali na nich coraz wyższe podatki na prowadzenie długich i wyniszczających wojen.

Cremona, stolica jednej z lombardzkich prowincji na Nizinie Padańskiej, w przeciwieństwie do innych miast ówczesnej Italii nie miała ani swojego księcia, ani własnego rządu. Żyła w cieniu ważniejszych ośrodków, na marginesie istotnych wydarzeń. Powodziło się tutaj tylko lutnikom. Większość mieszkańców ledwie wiązała koniec z końcem, wśród nich także Baldassare Monteverdi, skromny felczer i zielarz, właściciel niewielkiego sklepiku przy kremońskiej katedrze. Z żoną Maddaleną, młodo zmarłą na tyfus, doczekał się trojga dzieci. Ich pierworodny syn Claudio urodził się w maju 1567 roku. Niewiele wiadomo o jego edukacji, poza niepotwierdzonymi informacjami, że w dzieciństwie był członkiem chóru katedralnego, potem zaś uzupełniał studia na miejscowym uniwersytecie. Wiadomo jednak, że zbiór swych pierwszych utworów, Sacrae cantiunculae, opublikował w wielu zaledwie piętnastu lat. Drukarz opatrzył zbiór informacją, że kompozytor jest uczniem Marc’Antonia Ingegneriego, maestra di cappella katedry w Cremonie. Rok później Claudio wydał w Brescii Madrigali spirituali. Pierwsza księga madrygałów świeckich ujrzała światło dzienne w 1587. Dwudziestoletni muzyk wypłynął na całkiem nowe wody, śmiało eksperymentując z chromatyką i malarstwem dźwiękowym.

Księga druga wyszła drukiem w roku 1590, w weneckiej oficynie Alessandra Raveriego. W żadnym z późniejszych zbiorów Monteverdi nie podjął tylu gier z wyobraźnią wzrokową słuchacza, w żadnej księdze madrygałów nie zawarł tylu muzycznych obrazów wschodu słońca, ożywczej bryzy, zmiennego nieba, rozćwierkanych ptaków, rwących rzek i cicho szemrzących potoków. W żadnej nie pobudził tylu innych zmysłów odbiorcy: dźwiękowymi opisami zapachu kwiatów, rozpalonego upałem powietrza, ciepłych łez na policzkach kochanków.

Domniemamy portret młodego Monteverdiego. Obraz pędzla nieznanego przedstawiciela szkoły cremońskiej, ok. 1597. Ze zbiorów Ashmolean Museum w Oksfordzie

Monteverdi żegnał się w tych utworach z Cremoną. Zamieścił w zbiorze dedykację dla Giacoma Ricardiego, przewodniczącego senatu mediolańskiego. Marzył o karierze w Mediolanie, w 1591 roku trafił na dwór Vincenza Gonzagi, księcia Mantui, jednego z najhojniejszych mecenasów w ówczesnej Italii. Stanowisko maestra di cappella na jego dworze piastował wówczas flamandzki kompozytor Giaches de Wert. Monteverdi szczerze go podziwiał i pod jego wpływem rozwinął własną technikę komponowania madrygałów, przechodząc od lekkiego stylu pieśniowego w stronę utworów o bardziej deklamacyjnym charakterze, pełnych napięć harmonicznych, gwałtownych skoków interwałowych, nagłych dysonansów, muzycznych wykrzykników i raptownych pauz w narracji. Trzecią księgę madrygałów – jak sam podkreślił w dedykacji dla księcia, „cierpkich może i bez smaku” – opublikował zaledwie rok później. Popularność zbioru wywołała żywiołową reakcję teoretyka Giovanniego Artusiego, który w 1600 roku, w traktacie L’Artusi, overo Delle imperfettioni della moderna musica – nie wymieniając Monteverdiego z nazwiska, za to rozkładając na części pierwsze jedną z jego kompozycji – grzmiał na „szaleństwo kapryśnych ludzi, którzy myślą, że tworzą nowe harmonie i nowe afekty, tymczasem wprowadzają tylko nowy zamęt, godząc w piękno i dobro muzyki”.

Kilka lat wcześniej zamęt w życie Monteverdiego wprowadziła młodziutka Claudia de Cattaneis, dworska śpiewaczka i latorośl dworskiego skrzypka, który postanowił wyswatać córkę ze swym podopiecznym. Kiedy ojciec prowadził ją do ołtarza w 1599 roku, pewnie sam się nie spodziewał, że Claudio zapała do niej płomiennym i w pełni odwzajemnionym uczuciem. To u jej boku szczęśliwy Monteverdi skomponował wydaną w roku 1603 czwartą księgę madrygałów. Wiedział już, dokąd zmierza i najwyraźniej liczył się z tym, że sam przekroczy granice, które wcześniej sobie wyznaczył. Monteverdiański madrygał przeobraził się ostatecznie w madrygał barokowy. W księdze piątej z 1605 roku nic już nie było dziełem przypadku.

La Venexiana. Fot. Kaupo Kikkas

A potem nadszedł cios. Wkrótce po premierze Orfeusza, we wrześniu 1608, Claudia zmarła na ospę. Monteverdi nigdy nie otrząsnął się z żałoby. „Gdzie ty Claudia, tam i ja Claudio”. W 1610 wydał drukiem Vespro della Beata Vergine, dzieło tyleż genialne, ile tajemnicze. Nie wiadomo, w jakich okolicznościach powstało, nawet jego „liturgiczność” stoi pod znakiem zapytania. Jedno jest pewne: ta monumentalna kompozycja religijna aż kipi od ziemskich rozkoszy. Z psalmami sąsiadują namiętne motety, werset „Domine ad adjuvandum me festina” płynie nad dźwiękami toccaty z Orfeusza. Ekstatyczna litania maryjna podporządkowuje się rozkołysanym rytmom weneckiej canzony.

Już w Wenecji ukazały się dojrzałe madrygały z czterech pozostałych ksiąg, w tym ósmej, opatrzonej wymownym podtytułem Madrigali guerrieri, et amorosi, oraz może trochę mniej ambitne, ale wciąż zmysłowe arie, canzonette i scherzi. Ta muzyka brzmi, jakby kremoński Orfeusz nie pogodził się ze śmiercią swojej Eurydyki i wciąż czuł przy sobie jej obecność. Jest w tych utworach zarówno potęga wiary, jak i miłosna ekstaza, jest wojna i kochanie, jest przepych, jest trochę brudu i błękit włoskiego nieba. Jak w życiu mężczyzny, który młodo owdowiał i resztę swych dni postanowił spędzić samotnie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *