Zaczarowane skarpetki

Skończyły się święta, zaczął się dość ponury karnawał. Dlatego pomyśleliśmy, że nasz świąteczny felieton z „Muzyki w Mieście” może się przydać nie tylko na najbliższe dni, ale i na cały rok. Zróbmy sobie prezent: znajdźmy trochę czasu, żeby usiąść w fotelu, posłuchać zapomnianych płyt, zapomnianych głosów, zapomnianej muzyki. To, czy ten świat przetrwa w postaci, jaką lubimy, zależy także od nas. Nie zapomnijcie o skarpetkach od szwagra.

Zaczarowane skarpetki

2 komentarze

  1. Ha! A ja tam natychmiast rzuciłam się na tego Couperina, jak mi tylko w ręce wpadł. I wysłuchałam wszystkich płyt pod rząd. Nie tylko dlatego, że koniecznie chciałam napisać recenzję.
    Jest super, bardzo Ci polecam. A Władek Kłosiewicz ma jeszcze nagranego całego Rameau. Który też czeka na jakąś kolejkę. Która zaś nastąpi albo nie.
    A zamiast skarpetek dostałam w tym roku rękawiczki ;-) ale za to w modnym kolorze madery i z końcówkami paluszków dostosowanymi do możliwości pisania na ekranach. Nie wypróbowałam jeszcze tych możliwości.

    • Takie rękawiczki w dobie tabletów i smartfonów to prawdziwy skarb :) Kłosiewicza już dawno wysłuchałam, wprawdzie nie z rzędu, dawkowałam sobie tę przyjemność tygodniami. Nie, aż tak długo nie stał w tej folii – sama rozumiesz, felieton wymaga czasem pewnych zabiegów stylistycznych – ale co prawda, to prawda, o zbyt wielu płytach i książkach we własnym domu się zapomina. Dziś na przykład wypłynął z czeluści „Rosenkavalier” pod Kleiberem, żywe nagranie z 1974 roku, z Monachium, wydane przez Arkadię. Nie mam pojęcia, ile to przestało na półce niesłuchane. No i mam prezent na Nowy Rok :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *