Symfonia tęsknot i oczekiwań

Wróciłam właśnie z krótkiego i bardzo owocnego wypadu do Szwajcarii, o którym za dni kilka. Jak zwykle muszę to i owo przemyśleć, co przychodzi mi z tym większym trudem, że plany na grudzień już zaczynają się komplikować. Tymczasem sięgam za pazuchę i wyciągam stamtąd krótki esej o I Symfonii Brahmsa – na marginesie koncertu NOSPR 13 marca, pod batutą Lionela Bringuiera. Może się komuś przyda.

***

„Nie próbujcie sobie nawet wyobrażać, co czują muzycy, słysząc za plecami stąpanie takiego olbrzyma” – tak Brahms podsumował swój kompleks Ludwiga van Beethovena, kiedy był już w pełni dojrzałym, cenionym przez krytykę kompozytorem. Onieśmielało go też mistrzostwo dorobku symfonicznego pozostałych klasyków wiedeńskich, zwłaszcza Josepha Haydna. Sam długo nie miał odwagi skomponować „prawdziwej” symfonii. Powtarzał, że nie jest dzieckiem swojej epoki, że urodził się zbyt późno, że starcie z geniuszem Beethovena to dla niego nie igraszka, lecz sprawa życia i śmierci.

Nie miał jeszcze dwudziestu lat, kiedy usłyszał od Roberta Schumanna, że w każdym jego utworze na fortepian kryje się „zawoalowana symfonia”. To Schumann odkrył w nim potencjał rasowego symfonika, to on pierwszy przeczuł, co się może wydarzyć, kiedy Brahms skieruje swą „czarodziejską różdżkę” we właściwą stronę: ku potężnym chórom i rozbudowanym składom orkiestrowym.  Robert nie doczekał spełnienia swych przepowiedni. W 1854 roku przeżył gwałtowne załamanie psychiczne. Kiedy wylądował w szpitalu po nieudanej próbie samobójczej, młody Johann zamieszkał w Düsseldorfie, żeby zaopiekować się jego żoną. Ponieważ Clarze nie wolno było odwiedzać męża, Brahms pełnił rolę posłańca między obydwojgiem. Wizyty u Schumanna poświęcał nie tylko na przekazywanie listów i wiadomości, lecz także na bardzo poważne rozmowy o muzyce.

Johannes Brahms w 1868 roku

Właśnie w tym czasie stworzył czteroczęściową kompozycję, którą właściwie można by nazwać jego symfonią „zerową” – opracował ją w wersji na dwa fortepiany, po czym rzucił w kąt, zanim zdążył się zabrać za orkiestrację. Utwór ostatecznie nie ujrzał światła dziennego. Brahms – niezadowolony z plonów własnego natchnienia, zaprzątnięty chorobą przyjaciela i zatroskany o jego żonę – przerobił pierwsze dwie części na analogiczne człony komponowanego równolegle I Koncertu fortepianowego, materiał części trzeciej wykorzystał dużo później w Niemieckim Requiem, finał uznał za całkiem bezużyteczny.

Pierwsze szkice do symfonii c-moll, która w końcu miała stać się Pierwszą Brahmsa, powstały w 1855 roku. Kompozytor wrócił do tych luźnych zapisków w drugiej połowie następnego roku, już po śmierci Roberta Schumanna. Wciąż jednak nie miał pomysłu na spójną, a zarazem wystarczająco oryginalną strukturę, w jaką mógłby ująć cisnące mu się do głowy myśli muzyczne. W końcu lat pięćdziesiątych stworzył dwie niezwykłe serenady symfoniczne – D-dur na pełną orkiestrę i A-dur na orkiestrę bez skrzypiec. Współcześni badacze zbyt łatwo ulegają pokusie nazywania ich „wprawkami” do I Symfonii: to raczej studia nad stylem klasycystycznych serenad i divertiment, ćwiczenia nie tyle z formy, ile z samej techniki pisania muzyki na duże składy instrumentalne. Więcej w nich Haydna i Mozarta niż plonów nadziei pokładanych w Brahmsie jako kontynuatorze wielkiej tradycji beethovenowskiej.

Na olśnienie Brahms musiał poczekać do roku 1868 – tak przynajmniej wynika z kartki, którą 12 września wysłał ze Szwajcarii do Clary Schumann, z okazji jej urodzin. Na kartce, oprócz życzeń, zanotował melodię z ostatniej części planowanej symfonii i opatrzył ją komentarzem: „tak dziś grał róg pasterski!”. Zanim słynny motyw rogu alpejskiego wybrzmiał przed publicznością prawykonania, upłynęło osiem kolejnych lat. Ale Brahms postanowił już wówczas, że symfonię napisze niejako od końca – że ostatecznym celem rozwichrzonej, pełnej wewnętrznych napięć narracji I Symfonii c-moll będzie Più andante z introdukcji do finału. Tam właśnie pojawi się motyw nawiązujący do zasłyszanej gdzieś w Alpach piosenki z refrenem „w górę zbocza, w głąb doliny, ślę ci tysiąc powinszowań”. I oblecze się w pamiętną szatę muzyczną: dostojnej fanfary waltorni i puzonów, płynącej nad roziskrzoną chmurą barw w smyczkach.

Każda z czterech symfonii Brahmsa ma całkiem inny charakter. Pierwszą – najburzliwszą i najbardziej dramatyczną – można nazwać symfonią oczekiwania. Brahms uwypuklił ten niezwykły nastrój we wspomnianej już czwartej części, która rozpoczyna się dwuczłonową introdukcją, od nieledwie tragicznego w wyrazie Andante po triumfalne wejście motywu rogu alpejskiego, który odtąd będzie nawracał, w coraz bardziej ekstatycznej postaci, aż po sam finał dzieła. Pomysł na wprowadzenie podobnego zabiegu w części pierwszej zakiełkował w umyśle Brahmsa po latach pracy nad utworem. W wersji z 1862 roku Symfonię otwierało „tradycyjne” Allegro, które dopiero później Brahms uzupełnił rozbudowanym, pełnym wewnętrznego niepokoju wstępem, nadając całej części formę sonatową z rozbudowaną introdukcją. Części skrajne utworu tworzą potężne ramy konstrukcyjne całości, naznaczonej wszechobecną aurą wędrówki, nieubłaganego pędu w stronę ostatecznej, zaskakująco spokojnej konkluzji.

Otto Dessoff, dyrygent prawykonania I Symfonii

Prawykonanie I Symfonii, dziecka, które Brahms nosił pod sercem przeszło dwadzieścia lat, odbyła się 4 listopada 1876 roku w Karlsruhe, pod batutą Feliksa Dessoffa. Większość krytyków – w tym wiecznie niezadowolonego konserwatystę Eduarda Hanslicka – wprawiła w niekłamany zachwyt. Hans von Bülow ogłosił narodziny pogrobowca: z dawna wyczekiwanej „X Symfonii”. Brahms docenił komplement wpływowego dyrygenta i kompozytora, przyjął go jednak z mieszanymi uczuciami. Pytany o odwołania do Piątej, a zwłaszcza Dziewiątej Beethovena, o nawiązania do późnych kwartetów mistrza i jego Missa solemnis w drugiej części Andante sostenuto, odpowiadał z nutką irytacji, że przecież „każdy osioł to słyszy”.

Na uznanie nowatorstwa I Symfonii – jej nietypowych harmonii, niezwykłego kolorytu brzmieniowego orkiestry, „ultraromantycznej” logiki narracji – przyszło poczekać jeszcze dłużej niż na jej spóźnione narodziny. Dziś łatwiej nam dostrzec odbite w tym arcydziele janusowe oblicze Brahmsa – kompozytora zapatrzonego z równą intensywnością w przeszłość i w przyszłość, który potrafił z obydwu tych spojrzeń wydestylować kipiące od emocji, zniewalające urodą muzyczne tu i teraz.

Ucieczka od wolności

Dziś nie będzie dla Państwa słów otuchy, bo sił mi zabrakło. Coraz mocniej się obawiam, że w kraju niepotrzebnych lutni pozostanie nam „jedno płakać smutnie”. Trzeba teraz żyć mądrze i rozważnie, nie próbując pojąć tego, co i tak niepojęte. Trochę o tym jest mój szkic o Fideliu dla „Tygodnika Powszechnego”: o operze, która przez dwieście lat z okładem diametralnie zmieniła swój pierwotny wydźwięk. Tym razem trochę więcej o historii, a trochę mniej o muzyce – ale wszystko na marginesie najnowszej premiery w TW-ON, której największym (i chyba niedocenionym) bohaterem jest dla mnie Lothar Koenigs, odpowiedzialny za stronę muzyczną spektaklu. Przypominam o możliwości bezpłatnego dostępu do artykułu w ramach miesięcznego limitu.

Ucieczka od wolności

Trzy funty lnu

Praktyka zen jest tak odległa od codziennych wyobrażeń Europejczyków, że czasem trudno nawet zdefiniować jej poszczególne elementy. Taki na przykład koan wcale nie jest „opowiastką opartą na paradoksie lub zawierającą jakieś szokujące stwierdzenie”. Koan sam w sobie jest metodą, szczególnym ćwiczeniem umysłu, paradoksem, który ma nas wyzwolić od uporczywych schematów myślowych. Jeden z najsłynniejszych sprowadza się do krótkiej i z pozoru absurdalnej wymiany zdań między uczniem a mistrzem. Uczeń pyta: „czym jest Budda?”. Mistrz odpowiada: „trzy funty lnu”. Rozwiązanie tej zagadki jest boleśnie proste: mistrz właśnie rozważał len. Skupiony na własnej pracy, nie mógł udzielić innej odpowiedzi. Jego myśl odzwierciedliła teraźniejszą rzeczywistość. Odważam len. Robię to, co właściwe. Budda jest moją czynnością.

Po co o tym piszę? Żeby przybliżyć Państwu metodę na ten straszny świat. Nasz przydługi europejski koan można sprowadzić do słów Wojciecha Młynarskiego. Róbmy swoje. „Bo dopóki nam się chce, drobiazgów parę się uchowa: kultura, sztuka, wolność słowa, dlatego róbmy swoje. Może to coś da?” Na abstrakcyjne pytanie „czym jest Budda?”, odpowiem jak zawsze. Operą. Zapomnianym głosem. Mądrym spektaklem. Teatralną katastrofą. Dzieckiem na granicy. Skrzywdzoną kobietą. Bezsensowną śmiercią. Zawiedzioną nadzieją na przyszłość.

A czasem też niespodziewanym w listopadzie światłem. Samotnym liściem na uśpionym drzewie. Kilkoma dniami spędzonymi w towarzystwie dobrych ludzi, dzięki którym znów nabrałam sił, żeby dalej Państwu pisać o tym, co trudne, brzydkie, piękne i podłe. Nie ma innej rzeczywistości. Swoją zatrzymałam w kilku zdjęciach, których tym razem nie opiszę. Za kilka dni znów pojawi się tu coś nowego. I może znów coś da. Róbmy swoje. Ważmy len. Innego świata nie będzie.

A New Harmony

Gregor Joseph Werner failed in health quite early – ­ his body began to give up on him just after he turned sixty. This may have been caused by overwork, for Wener performed his duties as the Kapellmeister at the Esterházy court very conscientiously. He was hired by the regent Maria Octavia – rumour has it that this happened at the instigation of her seventeen-year-old son Pál Antal – who, seven years after the premature death of her husband József, decided to rebuild the musical stature of the family.

In 1728 Werner was welcomed as a herald of a new era for the House of Esterházy. A teacher of the young prince and a prolific composer – author of more than twenty oratorios and forty masses as well as symphonies, trio sonatas and a collection of “new and very curious” orchestral suites for the twelve months of the year – Werner raised the Eisenstadt Kapelle to European heights. Faithful to the late Baroque style almost as much as to his princely patrons, never for a moment did Werner suspect that anyone would undermine his position at the Esterházy court. And then that man arrived. A youngster who was not yet thirty, two generations Werner’s junior, endowed with extraordinary personal charm and even greater talent.

His name was Joseph Haydn and he arrived in Eisenstadt thanks to the patronage of his previous employer, the Bohemian Count Karl Josef Morzin, who had been forced to disband his orchestra in Dolní Lukavice for financial reasons. Prince Pál II Antal, nearly fifty and suffering from numerous ailments, decided that it was high time to follow in his mother’s footsteps and once again open a new era in the history of the Esterházy family. Out of respect for Werner, he kept him – at least formally – in his position and in 1761 appointed Haydn vice Kapellmeister of the court. He granted both men an annual salary of four hundred gulden, but gave Haydn considerably more responsibilities. From then on Werner was to compose only religious music. The old master was unable to swallow the insult. The conflict escalated a few months later, when Pál Antal died without an heir and the title was inherited by his younger and even more musical brother Miklós József Esterházy, who immediately raised Haydn’s salary to six hundred gulden a year.

Esterháza palace in Fertőd. Photo: Zsolt Batár

Desperate, in October 1765 Werner decided to take action against his rival. He wrote a letter to His Royal Highness, politely informing him that Haydn was unable to control the musicians, was flinging money around, was not taking proper care of the instruments entrusted to him, was committing financial abuses and was an inveterate liar. There may have been something in these accusations, because the prince reprimanded his protégé, ordering him to keep the archives in order, be more active as a composer and concentrate on trios for viola, cello and baryton (the aristocrat’s favourite instrument, similar to the viol). Less than six months later Werner died. In 1766 Haydn became the court Kapellmeister, a new residence – the Esterháza, a palace described, without any exaggeration, as the Hungarian Versailles – was ceremoniously blessed in the town of Fertőd and the prince increased Haydn’s salary to eight hundred gulden a year.

It is better not to draw too rash conclusions from this story. Haydn was not only a great composer, but also an expert on human nature, a natural-born diplomat and, deep down, a righteous and good-natured man. He used the almost thirty years he worked in the service of the Esterházy princes to the advantage of both sides, strengthening the position of the aristocratic Kapelle and his own status as one of the most outstanding artists of the period. He did his job and at the same time gave in to the whims of the prince, whose love of the baryton was later replaced with a passion for opera and puppet theatre. The Kapellmeister did not hide his admiration for his frustrated predecessor Werner, arranging six introductions and fugues from his oratorios for a string quartet in 1804.

Haydn left the Esterházy court in 1790, after the death of Miklós, whose successor, Antal I, disbanded the orchestra, but granted the composer a life salary of one thousand gulden. When Johann Peter Salomon invited Haydn to England and offered him a contract to compose twelve symphonies, Haydn was a free man, bathed in enough glory to spend the last years of his life in Vienna, which he had used to hate so much.

It is also better not to succumb to the magic of the formula which emerged after the fall of the Bar Confederation and not to compare the Esterházy patronage to any of the initiatives of Polish magnates.

As an old adage would have it, Pole and Hungarian brothers be, but certainly not when it comes to artistic patronage, also because – perhaps above all – of different historical circumstances. When the founder of the family, Miklós Esterházy de Galántha, was building his position, he was doing so in a country torn between the Kingdom of Hungary, the Principality of Transylvania and lands seized by the Turks. He converted from Lutheranism to Catholicism, married twice into wealthy aristocratic Hungarian families, and in 1625 sided with Ferdinand II, Holy Roman Emperor from the House of Habsburg. The Habsburgs rewarded the Esterházy family’s contribution to the fight against the Ottoman invasion by elevating Miklós and his son Pál to the rank of palatine of the Kingdom of Hungary. The Esterházys remained loyal to the German dynasty during the Thirty Years’ War, the Napoleonic Wars and the Hungarian Spring of the Peoples. Their actions – unlike those of many Polish magnates – were not undone by the indelible stigma of high treason. The identity of modern Hungarians was forged in the course of a somewhat anti-romantic struggle for freedom: a struggle in which the imagined welfare of the community was often put before the tangible welfare of the individual.

György Vashegyi. Photo: Pilvax

This was mentioned by the late Péter Esterházy, a descendant of one of the branches of the family and author of the novel Harmonia Caelestis, in which he intricately wove together a half-imagined history of his ancestors with a half-imagined history of Hungary. He subsequently had to add a supplement to the novel, having learned about his father Mátyás’ long collaboration with the Hungarian security services. It is worth returning to Esterházy’s book, if only in an unsuccessful attempt to understand the paradoxes that govern Hungary. I thought about it constantly during a recent visit to Budapest – as part of a trip organised for journalists by the Munich-based PR agency Ophelias Culture – to attend the first festival organised by the Haydneum, an institute recently established by the Hungarian government.

The objective of the Haydneum is to promote not Hungarian early music, but the oeuvres of composers associated with Hungary – above all, with the Esterházy court – in the Baroque, Classical and early Romantic periods. The generously funded activities of the institute are to include publishing, research as well as organisation of concerts, training courses and masterclasses – in international cooperation with distinguished specialists and representatives of the historical performance movement. The brains behind the venture is the conductor, harpsichordist and teacher György Vashegyi, founder of the Purcell Choir and Orfeo Orchestra, and for the past four years president of the Magyar Művészeti Akadémia, or Hungarian Academy of Arts. The artistic director of the Haydneum is Benoît Dratwicki, a cellist, bassoonist and musicologist, expert on eighteenth-century French opera, artistic director of the Centre de musique baroque de Versailles and co-founder of Palazzetto Bru Zane – Centre de Musique Romantique Française in Venice.

Performers at this year’s festival included – in addition to Vashegyi’s ensembles – Les Talents Lyriques conducted by Christoph Rousset, Capella Savaria conducted by Zsolt Kalló and the Freiburger Barockorchester. I was able to make it only to the first two days of the event, which – like the whole venture – I initially approached with reserve similar to that shown by Gregor Joseph Werner to the newly appointed vice Kapellmeister of the Esterházy court. The European art circles have for years been debating Article 10 of the new Hungarian constitution of 2011, which includes a worrying provision concerning the scholarly and artistic freedom of the Hungarian Academy of Sciences and the Hungarian Academy of Arts. According to its opponents, cultural institutions in Hungary have fallen prey to the government, becoming a tool of a new narrative managed by corrupt oligarchs, a narrative that is closed to the world, anti-liberal and anti-modernist. According to its supporters, the Hungarian state’s current cultural strategy prevents thoughtless squandering of funds on projects of slight artistic value but with a powerful propagandistic message – not to mention the fact that it effectively protects the autonomy of art against the designs of all kinds of politicos and unrealistic ideologues.

The truth probably lies somewhere in the middle, as in the case of the young Haydn, who did not always deliver the princely commissions as promised and sometimes abused his patron’s trust, but who managed his staff efficiently and undoubtedly knew what the composer’s craft was all about.

The co-founders and organisers of the Haydneum certainly know what the work of the newly established institution is all about: something that cannot always be said of those behind similar projects elsewhere in Europe. I had many opportunities to see evidence of their extensive knowledge combined with genuine passion: when reading the excellent programme book; during curatorial visits to the National Széchényi Library, the Museum of the History of Music and the Hungarian State Archives; and, above all, during unofficial discussions about the interpretation of works by Haydn, Werner and other artists associated with the court, about the acoustics, technical and architectural solutions of the opera theatre at Esterháza, about the need to find a compromise between a faithful reconstruction of the Fertőd palace and the needs of contemporary audiences. When talking to my Hungarian peers, I discovered that we had surprisingly similar memories of our first experiences with early music.

Christoph Rousset. Photo: Pilvax

However, something stopped them in their tracks or perhaps pushed us too far ahead. During the first concert at Müpa Budapest – featuring works by Joseph and Michael Haydn, and Johann Georg Albrechsberger – I had the impression that the performance aesthetics of the Purcell Choir and Orfeo Orchestra were deeply rooted in the tradition of the pioneers of historical singing and playing. That their interpretations were very clever, but not experienced, that they lacked the spontaneity or even casualness of the Italians, the French and the more courageous among the Brits.

The following day we encountered a completely different world in the recently opened concert hall in a former Carmelite monastery. In Gregor Joseph Werner’s oratorio Job Les Talents Lyriques, led by Rousset, inspired the Hungarian choristers as well, making music freely yet precisely, with a perfect feeling for the composer’s late Baroque. I have the impression that with time these two worlds – listening friendly to each other for the moment – will start intermingling. Like in the Kapelle of the Esterházy princes, which attracted the best musicians from all over Europe for so many years.

After returning home I found myself right in the middle of the Polish storm, which almost blew my nightcap off my head, as it once happened to Haydn after a short visit to Vienna. I still don’t know what to think about the Hungarians’ cultural policy, but I do envy them the Haydneum idea.

Translated by: Anna Kijak

Link to the source:

https://www.tygodnikpowszechny.pl/nowa-harmonia-169519

Nowa harmonia

W natłoku otaczających nas zdarzeń niemal już zapomniałam o krótkim październikowym wypadzie na Węgry – na zaproszenie monachijskiej agencji Ophelias Culture, żywo zainteresowanej promocją nowej międzynarodowej inicjatywy, prowadzonej na razie we współpracy węgiersko-francusko-niemieckiej. Haydneum zarówno wzbudza podziw, jak rodzi pytania – jedno wszakże jest pewne: tak bogatej tradycji, na której można fundować nowe przedsięwzięcia, możemy Węgrom tylko pozazdrościć. Relacja dostępna bezpłatnie na stronie „Tygodnika Powszechnego”, wkrótce pojawi się u mnie także w wersji angielskiej.

Nowa harmonia

From Chaos to Light

God created the world and concluded that every thing he had made was very good. Similar conclusions must have been drawn by Haydn after the first performance of his Creation, on 30 April 1798, before a private audience at the now non-existent winter palace of the Schwarzenberg princes in Vienna’s Neuer Markt. Outside policemen and armed guards disciplined a teeming crowd of onlookers. Inside was gathered Europe’s the crème de la crème of the period: wealthy patrons, members of aristocratic families, representatives of the music world, high-ranking courtiers and diplomats. The composer himself conducted. The enthralled guests listened in mute admiration and total concentration. Haydn shuddered and sweated alternately; as he later confessed, several times he came close to apoplexy from the whole excess of sensations. At the official premiere, which took place on 19 March 1799 at the Burgtheater, the audience was not able to control its emotions. Hearing the line “Und es ward Licht”, people jumped from their seats and made such a din that the performance had to be stopped. The rhetorical effect intended by Haydn was all the stronger given that the line was sung by a sixty-strong chorus supported by an ensemble of over one hundred and twenty instrumentalists.

Today’s listeners usually know what to expect after the famous orchestral prelude. Haydn depicts in it chaos and the clumsily forming universe with its centre everywhere and surface nowhere, as Blaise Pascal would have it. Using the initial unison on the note C, descending under a fermata from forte to piano, the composer paints an abyss beyond time: unmelodious, devoid of harmony, free from any dissonance. A measure of the quality of contemporary performances of The Creation lies in the ability to focus the listeners’ attention already on that first sound – a musical image of a vacuum which Haydn gradually begins to fill, at first only with a sequence of deceptive harmonic progressions and isolated shreds of melody leading nowhere.

Laurence Cummings and Matthew Brook (Raphael). Photo: Mark Allan/Barbican

I imagine that the audience at the Barbican Hall, where The Creation was performed – with the English libretto – by the Academy of Ancient Music on 28 September, awaited that beginning with unprecedented impatience. It would be hard to find a better work to inaugurate the ensemble’s first season under the direction of its new boss. At the same time it would be hard to find a piece that would plant an equally ripe seed of optimism in the hearts of listeners after the longest lockdown in Europe. It could be said that Laurence Cummings, who took over the AAM after ten excellent seasons in charge of the Göttingen Handel Festival, held all the aces. If so, he had used them to the full. From the first note of the prelude to the final chorus “Sing the Lord, ye voices all” he infected the musicians with his unbridled joy of singing and playing, losing none of phrasing precision or colour sensitivity, and making sure to highlight the often powerful rhetorical gestures. Striving for the fullness of sound desired by Haydn, Cummings also made the right and historically justified decision to perform the continuo part not on a harpsichord, but on an 1801 English Broadwood piano. The unique design of the instrument ensured stable tuning, reliable action and much greater power of the sound – qualities once appreciated by Haydn and now skilfully emphasised by Alastair Ross, who performed the continuo.

Cummings was just as sensitive and tasteful when selecting his cast of soloists. For dramaturgical reasons (The Creation was presented in a semi-staged version featuring Nina Dunn’s projections that contributed little to the plot but were altogether quite neutral) he decided not to combine bass and soprano parts, entrusting the roles of the archangels and the first humans to five singers. Gabriel was sung by Mary Bevan, a singer with secure intonation, skilfully playing with the timbre of her dark soprano, which has slightly too much vibrato perhaps. However, I was much more impressed by the Eve of Rachel Redmond – an excellent actress with a radiant voice soft as silk, a voice she wields with childlike ease. She was beautifully partnered by Ashley Riches, as a movingly ungainly Adam, a singer with a golden and ringing bass-baritone. Stuart Jackson in the tenor role of Uriel impressed not only with the passion of his interpretation, but also with an extraordinary sensitivity to the text. Yet the show was stolen by Matthew Brook (Raphael), a legend of historical performance and an ever reliable singer with such a powerful comic talent that I still giggle at the memory of the phrase “In long dimension creeps with sinuous trace the worm”, the interpretation of which should go down in the annals of English pantomime.

Rachel Redmond (Eve) and Ashley Riches (Adam). Photo: Mark Allan/Barbican

Haydn used to say that in moments of doubt he heard his inner voice whispering that his works would one day prove a source of comfort to those weary of life’s labours. Judging by the reaction of the listeners in London, he was right. There was light again. Also thanks to Cummings, whose incurable optimism will certainly mark the Academy of Ancient Music’s future ventures.

Tranlsated by: Anna Kijak

Z chaosu w światło

Bóg stworzył świat i uznał, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre. Do podobnych wniosków musiał dojść Haydn po pierwszym wykonaniu swojego Stworzenia świata, 30 kwietnia 1798 roku, przed prywatną publicznością, w nieistniejącym już pałacu zimowym książąt Schwarzenbergów przy wiedeńskim placu Neuer Markt. Na zewnątrz kłębił się tłum gapiów, dyscyplinowany przez policjantów i uzbrojonych strażników. Wewnątrz zgromadziła się śmietanka ówczesnej Europy: możni patroni, członkowie rodzin arystokratycznych, przedstawiciele świata muzycznego, wysocy rangą dworzanie i dyplomaci. Dyrygował sam kompozytor. Goście słuchali jak zaczarowani, w niemym podziwie i całkowitym skupieniu. Haydn na przemian dostawał dreszczy i oblewał się potem, jak później wyznał, kilkakrotnie bliski apopleksji z nadmiaru wrażeń. Publiczność oficjalnej premiery, która odbyła się 19 marca 1799 roku w Burgtheater, już nie zdołała powściągnąć emocji. Kiedy rozbrzmiały słowa „Und es ward Licht”, zerwała się z miejsc i uczyniła taki tumult, że wykonanie trzeba było przerwać. Zamierzony przez Haydna efekt retoryczny zadziałał tym mocniej, że kwestia padła z ust sześćdziesięcioosobowego chóru, któremu towarzyszył zespół złożony z ponad stu dwudziestu instrumentalistów.

Dzisiejszy odbiorca na ogół wie, czego się spodziewać po słynnym preludium orkiestrowym. Haydn ukazał w nim chaos i niezdarnie klujący się wszechświat, którego środek jest wszędzie, a powierzchnia nigdzie, jak u Błażeja Pascala. Początkowym unisono na dźwięku C, schodzącym pod fermatą od forte do piano, odmalował otchłań poza czasem: nieśpiewną, pozbawioną harmonii, wolną od jakiegokolwiek dysonansu. Miarą jakości współczesnych wykonań Stworzenia świata jest umiejętność skupienia uwagi słuchacza już na tym pierwszym dźwięku – muzycznym obrazie próżni, którą Haydn zacznie stopniowo zapełniać, z początku tylko ciągiem zwodniczych, prowadzących donikąd progresji harmonicznych i pojedynczych strzępów melodii.

Stuart Jackson (Uriel). Fot. Mark Allan/Barbican

Wyobrażam sobie, że publiczność Barbican Hall, gdzie Stworzenie świata – z angielskim librettem – zabrzmiało 28 września w wykonaniu Academy of Ancient Music, czekała na ów początek z niespotykaną dotąd niecierpliwością. Trudno o lepszy wybór dzieła na inaugurację sezonu zespołu pod dyrekcją nowego szefa. Trudno zarazem o utwór, który po najdłuższym lockdownie w Europie zasiałby w serca słuchaczy równie nabrzmiałe ziarno optymizmu. Można by rzec, że Laurence Cummings, który objął AAM po dziesięciu znakomitych sezonach na czele Göttingen Handel Festival, miał wszelkie atuty w garści. Jeśli tak, wykorzystał je w pełni. Od pierwszego dźwięku preludium aż po finałowy chór „Sing the Lord, ye voices all” zarażał muzyków nieposkromioną radością śpiewu i grania, nie tracąc przy tym nic z precyzji kształtowania frazy, wyczulenia na niuanse barwy oraz dbałości o eksponowanie potężnych nieraz gestów retorycznych. Dążąc do wymarzonej przez Haydna pełni brzmienia, podjął też celną i uzasadnioną historycznie decyzję, by partię continuo zrealizować nie na klawesynie, lecz na angielskim fortepianie Broadwooda z 1801 roku. Specyficzna konstrukcja tego instrumentu zapewniała stabilne strojenie, niezawodną akcję i znacznie większą nośność dźwięku – cechy docenione ongiś przez Haydna, teraz zaś umiejętnie podkreślone przez wykonawcę continuo Alastaira Rossa.

Z równym wyczuciem i smakiem Cummings skompletował obsadę solową dzieła. Ze względów dramaturgicznych (Stworzenie świata zaprezentowano w konwencji półscenicznej, z towarzyszeniem niewiele wnoszących do akcji, ale w sumie dość neutralnych projekcji Niny Dunn) zrezygnował z łączenia partii basowych i sopranowych, powierzając role archaniołów i pierwszych ludzi pięciorgu śpiewakom. W Gabriela wcieliła się Mary Bevan, śpiewaczka pewna intonacyjnie i umiejętnie grająca barwą ciemnego, może odrobinę zanadto rozwibrowanego sopranu. Znacznie większe wrażenie zrobiła na mnie jednak Rachel Redmond w partii Ewy – świetna aktorsko, o głosie promiennym, miękkim jak jedwab, którym włada z dziecięcą swobodą. Pięknie partnerował jej Ashley Riches, wzruszająco niezdarny Adam, dysponujący złocistym i dźwięcznym bas-barytonem. Stuart Jackson w tenorowej partii Uriela zaimponował nie tylko żarliwością interpretacji, ale też niepospolitą wrażliwością na tekst. A przedstawienie i tak skradł Matthew Brook (Rafael), legenda wykonawstwa historycznego, śpiewak niezawodny i obdarzony tak potężną vis comica, że do dziś chichoczę na wspomnienie frazy „In long dimension creeps with sinuous trace the worm”, której interpretacja powinna przejść do annałów angielskiej pantomimy.

Mary Bevan (Gabriel). Fot. Mark Allan/Barbican

Haydn mawiał, że w chwilach zwątpienia słyszy swój wewnętrzny głos, który szepce, że jego dzieła okażą się kiedyś źródłem otuchy dla strudzonych znojem życia. Sądząc z reakcji londyńskich słuchaczy, miał rację. Znów stała się światłość. Także za sprawą Cummingsa, którego niepoprawny optymizm z pewnością naznaczy kolejne przedsięwzięcia Academy of Ancient Music.

W szarą godzinę

Jak obiecałam wczoraj – link do mojego najnowszego felietonu w „Teatrze”. Przy okazji aktualizacja: przerzuciłam się na seriale islandzkie. A w październikowym numerze znów wiele dobra, między innymi informacja o tegorocznych laureatach nagród miesięcznika, relacje z LXXV Festiwalu w Avignonie i XXV Festiwalu Szekspirowskiego w Gdańsku oraz rozmowa Pawła Passiniego z anonimowym Tłumaczem Dziadów na język białoruski. Czytajcie.

https://teatr-pismo.pl/16791-w-szara-godzine/

Chłopcy od Diagilewa

Chopin Chopinem, w kuźni Upiora praca wre. Tyle się tekstów do napisania zebrało, że jeszcze tydzień, dwa, a zaleję Państwa nowościami: z Wielkiej Brytanii, z Węgier, Szwajcarii – a potem się zobaczy. Jak za dawnych dobrych czasów. Tymczasem powoli kończymy remanenty. Za chwilę nowy felieton dla „Teatru”, przed nim zaś – esej na marginesie koncertu NOSPR 4 marca pod batutą Lionela Bringuiera.

***

Pierwsze ćwierćwiecze ubiegłego stulecia – cóż to były za czasy! W 1917 roku, po premierze baletu Parade, kompozytor Eric Satie i scenarzysta Jean Cocteau pokłócili się z krytykiem Jeanem Poueigh. Satie wysłał mu pocztówkę, w której nazwał go niemuzykalnym dupkiem („cul sans musique”), za co Poueigh wytoczył mu proces. Satiego skazano na osiem dni aresztu, Cocteau – który przyszedł wesprzeć kolegę na salę sądową i przez całe posiedzenie wykrzykiwał obelgi pod adresem krytyka – został obezwładniony i pobity przez policję. W 1905 roku Sir Charles, szósty hrabia Spencer, pełniący funkcję Lorda Szambelana, obłożył cenzurą Salome Ryszarda Straussa. Na szczęście w 1925 roku urząd sprawował już ktoś inny i londyńska premiera baletu Poulenca Les biches odbyła się bez przeszkód. W 1924 roku, kiedy Anatol Stern opublikował tom wierszy Anielski cham, Słonimski przypuścił atak na futurystów i wkrótce doczekał się rewanżu. Mieczysław Szczuka wyrżnął Słonimskiego w gębę, ten wyzwał go na pojedynek i przestrzelił mu kolano. Niespełna pół roku później Skamandryci wzięli odwet: Jan Lechoń spoliczkował Sterna w sali „Morskiego Oka” w Zakopanem.

Tenże Anatol Stern przeprowadził wywiad z Igorem Strawińskim: w listopadzie 1924 roku, kiedy rosyjski muzyk przyjechał do Warszawy, żeby zadyrygować Scherzem fantastycznym i Pulcinellą, a dwa dni później zagrać swój Koncert fortepianowy z Filharmonią Warszawską pod batutą Grzegorza Fitelberga. Stern spytał go wówczas, jak się odnoszą krytycy do jego twórczości. Strawiński odparł: „Krytyka, jak zazwyczaj, z całym kretynizmem, na jaki ją stać. Ale któż się dzisiaj poważnie liczy z krytyką muzyczną? W przygniatająco przeważającej liczbie wypadków jest ona synonimem nieuctwa”.

Niesprawiedliwie się krytykom oberwało od jednego z największych kompozytorów XX wieku. Pogarda Strawińskiego wobec piszących o jego muzyce „nieuków” miała swoje źródło w zakończonej słynnym skandalem premierze Święta wiosny w paryskim Théâtre des Champs-Élysées. Przy czym wcale niewykluczone, że Strawiński obraził się na wyrost, a prawdziwym adresatem wszystkich tych obelg, gwizdów i okrzyków dezaprobaty był Wacław Niżyński, twórca tyleż żywiołowej, ile brutalnej choreografii do spektaklu, a zarazem znienawidzony przez wielu ulubieniec Siergieja Diagilewa. Skomponowany trzy lata wcześniej Ognisty ptak nie wzbudził podobnych kontrowersji: wręcz przeciwnie, pierwszy balet, jaki wyszedł spod pióra niespełna trzydziestoletniego Strawińskiego, otworzył mu wrota do międzynarodowej kariery, wyznaczył początek triumfalnej współpracy z zespołem Baletów Rosyjskich i spotkał się z niebywale życzliwym przyjęciem krytyki.

Michaił Fokin (Iwan Carewicz) i Tamara Karsawina (Ognisty Ptak). Paryż, 1910.

Droga do sławy i chwały Ognistego ptaka była wyjątkowo powikłana. Pomysł na baletowe „dzieło totalne” w wydaniu narodowym wyszedł w 1908 roku od malarza i scenografa Aleksandra Benois, który postanowił złączyć dwie narracje z folkloru rosyjskiego – o magicznym Żar-ptaku i nieśmiertelnym czarowniku Kościeju – spoiwem podań i baśni zaczerpniętych z monumentalnej antologii Aleksandra Afanasjewa. Libretto i choreografię opracował Michaił Fokin, dekoracje zaprojektował Aleksandr Gołowin, kostiumy – Léon Bakst, który prawie dekadę wcześniej współzakładał z Benois i Diagilewem słynne stowarzyszenie i czasopismo rosyjskich modernistów „Mir iskusstwa”. Kłopoty zaczęły się na etapie poszukiwań zainteresowanego ich wizją kompozytora. We wrześniu 1909 szef Baletów Rosyjskich zwrócił się z propozycją do związanego z Potężną Gromadką Anatolija Ladowa. Widząc jego wahanie, postanowił nawiązać kontakt z Nikołajem Czerepninem, który wycofał się z przedsięwzięcia po napisaniu muzyki do zaledwie jednej sceny. Diagilew, odrzuciwszy po kolei kandydatury Głazunowa i Nikołaja Sokołowa, zdecydował się podjąć ryzyko i dać szansę nieznanemu szerzej Strawińskiemu, który w poprzednim sezonie współpracował z Ballets Russes jako orkiestrator. Ognisty ptak w wersji fortepianowej był gotów w marcu 1910 roku; dwa miesiące później Strawiński ukończył prace nad całością partytury. Premierę zaplanowano 25 czerwca w Palais Garnier, ówczesnej siedzibie Opery Paryskiej. „Doceńcie Strawińskiego – zaapelował Diagilew do krytyków – ten człowiek jest u progu wielkiej kariery”.

Docenili. Zachwycali się spójnością muzyki z pozostałymi elementami przedstawienia, jej zwartością dramaturgiczną, niezwykłą inwencją melodyczną i mistrzowskimi odwołaniami do rosyjskiego folkloru. Jedyne opinie, którymi Strawiński mógł poczuć się urażony, wyszły z ust starszych kolegów po fachu. Debussy oznajmił cierpko: „cóż, od czegoś trzeba zacząć”, Strauss podrwiwał, że miło usłyszeć muzykę swoich naśladowców. Wkrótce wyszło na jaw, że rację mieli krytycy. Ognisty ptak wszedł szturmem do kanonu baletu światowego. Z trzech opracowanych przez kompozytora suit największą popularnością cieszy się druga, powstała w 1919 roku z dedykacją dla szwajcarskiego dyrygenta Ernesta Ansermeta. Strawiński wykorzystał w niej niecałą połowę pierwotnego materiału i odrobinę uprościł orkiestrację, tym mocniej eksponując żywioł rytmu, który już wkrótce miał stać się w pełni autonomiczną wartością w jego muzyce.

Poulenc z foksterierem.

W czerwcu 1947 roku, trzydzieści siedem lat po sukcesie Ognistego ptaka i trzynaście lat po  premierze własnego baletu Les biches dla Baletów Rosyjskich, Poulenc pisał z Londynu do swego przyjaciela Dariusa Milhauda: „Wiosna była dla mnie w tym roku łaskawa. Niedługo zabiorę się do pracy nad Sinfoniettą, na zamówienie Trzeciego Programu BBC”. Łaskawa wiosna i nie zawsze łaskawe kolejne pory roku znalazły w tym utworze dobitne odzwierciedlenie muzyczne. Francuski kompozytor przez całe życie zmagał się z gwałtownymi wahaniami nastroju, być może niezdiagnozowaną chorobą afektywną dwubiegunową. Podobnie rozchwiana – z przewagą manii – jest Sinfonietta, jedyna w jego dorobku kompozycja symfoniczna, wykonana po raz pierwszy w październiku 1948 roku, przez orkiestrę Philharmonia pod batutą Rogera Désormière’a.

Utwór rozpoczyna się żywiołowym, wręcz agresywnym Allegro con fuoco, które co pewien czas rozlewa się nurtem lirycznych melodii. W drugiej części Poulenc zderza zabarwione ironią aluzje do Les biches i swej młodzieńczej współpracy z Diagilewem z krótkimi epizodami dźwiękowej melancholii. Łagodne Andante cantabile przechodzi z impetem w ludyczny, haydnowski w wyrazie finał. Sinfonietta skrzy się bogactwem stylów, na przemian zanosi się śpiewem i zapamiętuje w tańcu, z nieodpartym wdziękiem umyka wszelkim próbom złożenia jej w spójną całość. Poulenc – w przeciwieństwie do Strawińskiego – nie zżymał się na krytyków. „Przestańcie analizować moją muzykę – po prostu ją pokochajcie”.

Diagilew pokochał obydwu. Prawdziwa miłość rzadko się zdarza i jeszcze rzadziej się myli.

Wędrówki malutkie

Właściwie powinnam już teraz zabrać się do recenzji pewnego koncertu w londyńskiej sali Barbican, który dzięki uprzejmości tamtejszego biura prasowego mogłam obejrzeć i usłyszeć w streamingu. Uznałam jednak, że nie ma co dłużej zwlekać z przeglądem wędrówek minionych, tych prawdziwych, których w ostatnim sezonie nie nazbierało się zbyt wiele. Z powodów oczywistych, które do dziś kładą się cieniem na europejskim życiu muzycznym. Trudniej się podróżuje, trudniej układa plany na przyszłość, dochodzi też do głosu zdrowy rozsądek, który zabrania pchać się we wciąż nieopanowane ogniska pandemii. Tym większą trzeba czerpać radość z dobrego towarzystwa, pięknej pogody i wrażeń pozamuzycznych. Upiór niestrudzenie drepcze po śladach Marka Twaina. Wędruje. Śni. Odkrywa.

Berlin, wrzesień 2020. Pierwsza ucieczka na wolność po pierwszej fali zarazy, która zdaniem naiwnych optymistów miała okazać się ostatnią. Między Warszawą a stolicą Niemiec krążyłam jak wahadłowiec, po trzykroć, za każdym razem podziwiając profesjonalizm muzyków oraz wrażliwość i pokorę słuchaczy ubiegłorocznego Musikfest, karnie przestrzegających surowego reżimu sanitarnego i nagradzających wykonawców długimi, żarliwymi owacjami w sali Filharmonii wypełnionej w niespełna jednej czwartej. Wiatr hulał po widowni, w sercach paliła się wdzięczność. Nie tylko za mistrzowsko ułożony program festiwalu i znakomite interpretacje, ale też za rozmowy i spacery z długo niewidzianymi przyjaciółmi. Wyostrzonymi zmysłami chłonęliśmy każdy znak nadziei – choćby ten pęd winobluszczu, któremu mieszkańcy pewnej berlińskiej kamienicy pozwolili wpełznąć na klatkę schodową.

Bayreuth, wrzesień 2020 i sierpień 2021. Zaczęło się od wyprawy nietypowej – na pierwszy festiwal Bayreuth Baroque w Operze Margrabiów, w którego programie znalazło się także wykonanie estradowe dramma per musica Leonarda Vinciego Gismondo, Rè di Polonia, z udziałem solistów oraz {oh!} Orkiestry Historycznej pod dyrekcją Martyny Pastuszki. Rok wcześniej zwiedzałam ten teatr przy okazji wyprawy na Bayreuther Festspiele. Tym razem dane mi było rozsiąść się w barokowej loży i przez kilka godzin napawać się atmosferą i bajeczną akustyką miejsca. Losy festiwalu Wagnerowskiego w roku następnym ważyły się do ostatniej chwili. Udało się – znów w dużej mierze dzięki dyscyplinie i współodpowiedzialności wszystkich zaangażowanych w sprawę, i to po obydwu stronach słynnego krytego orkiestronu. Mimo utrudnień humor nas nie opuszczał, o czym świadczy między innymi swoboda w doprowadzaniu do porządku przemoczonych części garderoby, gdy nad Zielonym Wzgórzem przeszła raptowna ulewa. W przyszłym sezonie oba festiwale mają już ruszyć pełną parą. Trzymajmy kciuki.

Wiedeń, wrzesień 2020 i czerwiec 2021. Dwie wyprawy w to samo miejsce, do jednego z najmniejszych teatrów operowych Europy, urządzonego w dawnej sali balowej „Czeskiego Domu”, skąd w 1918 roku Janaczek zawiadywał przygotowaniami do wiedeńskiej premiery Jenufy. Dziś mieści się tam Kammeroper, od blisko dziewięciu lat zarządzana przez Theater an der Wien jako studio operowe młodych, dające też pole do popisu reżyserom, którzy muszą się wykazać nie lada umiejętnościami, rozgrywając swoje wizje na scenie wielkości podestu w prowincjonalnym kinie. Przy okazji premiery Bajazeta Vivaldiego w ujęciu Krystiana Lady skorzystałam z gościnności Instytutu Polskiego. Przed wyjazdem na Tristan Experiment w inscenizacji Günthera Groissböcka zarezerwowałam pokój w budynku opery, gdzie od czasów wojny mieści się Hotel Post: niedawno pieczołowicie odnowiony, z zachowaniem większości wystroju z czasów Janaczka, włącznie z windą, która przez kilka dni woziła mnie na trzecie piętro i z powrotem.

Monachium, lipiec 2021. Można powiedzieć – wakacje, czyli nagła i niespodziewana wycieczka za namową zaprzyjaźnionego operomana, który kupił po dwa bilety na Ptaki Braunfelsa i Rusałkę Dworzaka w Bayerische Staatsoper, wychodząc ze słusznego założenia, że nie odmówię mu towarzystwa. Dziwne uczucie wybrać się do opery ot tak, bez żadnych zobowiązań. Wprawdzie napisałam recenzję, ale przez cały pobyt w Monachium miałam poczucie, że wreszcie nic nie muszę, za to mogę przesiadywać całymi godzinami w zalanych słońcem ogródkach restauracji ze specjałami kuchni bawarskiej. Oczy też było czym nakarmić. Podczas jednego z leniwych spacerów zwiedziliśmy prawdziwą perłę architektury późnobarokowej i południowoniemieckiego rokoka: kościół św. Jana Nepomucena, wzniesiony przez słynnych braci Asamów jako prywatna kaplica z dobudowaną plebanią i domem mieszkalnym. Młodszy z braci, Egid Quirin, urządził w nim sypialnię z wewnętrznym oknem na główny ołtarz. Kto wie, może dożyję kiedyś wyjazdu z noclegiem w operze: oczywiście w pokoju z widokiem na scenę.

Paryż, wrzesień 2021. O niespecjalnie udanym przedstawieniu Fidelia w Opéra-Comique doniosłam przed tygodniem. Jeśli pominąć ten drobny szczegół, pobyt w Paryżu udał się nad podziw. Począwszy od przepysznej kolacji u Szeherezada, czyli Piotra Kamińskiego i jego nieocenionej żony Wandy, przez późnowieczorne operomanów rozmowy w kawiarni przy Rue de Richelieu i noclegi w hotelu, gdzie kiedyś mieścił się ulubiony burdel Toulouse-Lautreca, aż po sentymentalną wycieczkę do Dzielnicy Łacińskiej. Z obowiązkową wizytą w kościele św. Szczepana ze Wzgórza, a co za tym idzie – na grobach Pascala i Racine’a. Kto jeszcze nie odkrył, że za drzwiami prowadzącymi do zakrystii, w krużgankach kościelnego wirydarza, można podziwiać świeżo odrestaurowane witraże z przełomu XVI i XVII wieku, niech o tym nie zapomni przy okazji kolejnej wizyty w stolicy Francji.

Budapeszt, październik 2021. O tej wyprawie będę dopiero pisać. Na razie nie zdradzę szczegółów: podzielę się tylko z Państwem fotografią Mátyás kútja, czyli fontanny Macieja Korwina, neobarokowej grupy rzeźbiarskiej dłuta Alajosa Stróbla, nazywanej nie bez racji budapeszteńską Fontanną di Trevi. Król Maciej I był wybitnym mecenasem sztuk i nauk, a zarazem bezwzględnym politykiem, twórcą mocarstwowej potęgi Węgier, która rozpadła się jak domek z kart ledwie kilka miesięcy po jego śmierci, między innymi za sprawą niejakiego Władysława II Jagiellończyka, władcy tyleż gnuśnego, co niezbyt rozgarniętego. Pisać będę właściwie o czym innym, ale tak się tylko zadumałam nad prawdą historyczną i stereotypami. Od tych drugich coraz trudniej nam uciec w codziennym życiu. Tym bardziej zachęcam do podróży: w świat opery, w słowo pisane, w głąb siebie, byle dalej od wszechobecnego zgiełku, który coraz skuteczniej odbiera nam zdolność racjonalnego myślenia. Co złego, to my. Ale i do czynienia dobra jesteśmy zdolni. Trzeba sobie tylko przypomnieć, jak to się robi.

Wszystkie zdjęcia: Dorota Kozińska