Wczoraj zamieściłam ten wpis w mediach społecznościowych. Dziś zamieszczę go tutaj, bo odeszła kolejna osoba, która mnie stworzyła: Pani Daria – legenda warszawskich chórów, uczelni muzycznych i teatralnych, postać niezwykła, człowiek piękny i najlepsza nauczycielka śpiewu, jaką mogli sobie zamarzyć ludzie niosący muzyką treść i sens, a nie tylko pusty popis wokalny. Bardzo chciałabym zilustrować to wspomnienie zdjęciem, którego nie mogę odnaleźć – pamiątką jednego z wielu wygłupów na naszych obozach chóralnych, kiedy Pani Daria przebrała się w mundur zuchowy i stanęła w szeregu ze stopami zwróconymi do wewnątrz, niczym przerośnięty przedszkolak, a misterną, utapirowaną fryzurę ozdobiła absurdalnie wielką białą kokardą. Zilustruję innym, skadrowanym, bo obok stała nasza drużynowa, której też już nie ma. Młodsza od Darii o prawie trzydzieści lat.
***
No i umarła. Pani Daria, Druhna Daria, Profesor Daria Iwińska. Nasza ukochana pani od śpiewu w chórze Skoraczewskiego (w moim przypadku najnasiejsza, bo zajmowała się przygotowaniem altów). Ukochana pani od impostacji głosu w Akademii Teatralnej, a wcześniej PWST w Warszawie – przez dokładnie pół wieku, i to nie tylko w ramach zajęć, bo studenci walili później do Niej jak w dym na lekcje prywatne. To dzięki Niej chórzyści od Skoraczewskiego śpiewali z dykcją godną najlepszych aktorów. To dzięki Niej aktorzy śpiewali czysto i głosami postawionymi lepiej niż u zawodowych muzyków. Pani Daria: obdarzona nieprawdopodobnym poczuciem humoru, postury nieznacznej, ale z sercem jak miska kartofli – by zacytować jedną z Jej ulubienic.
Pisałam o Niej w wielu moich tekstach wspomnieniowych. To właśnie ta Pani z nieodłącznym słoiczkiem tabaki, którą zażywała nie tylko w przerwach między próbami. W leksykonach teatru polskiego figuruje jako konsultantka i autorka opracowań muzycznych, przede wszystkim zaś osoba odpowiedzialna za przygotowanie wokalne aktorów w dziesiątkach legendarnych spektakli – między innymi „Pastorałki” Schillera i „Ślubu” Gombrowicza w Teatrze Współczesnym, „Volpone’a” Jonsona w Powszechnym, „Panien z Wilka” Iwaszkiewicza w Teatrze AT.
Kilkanaście lat temu wspomniała o Niej Maja Komorowska, reżyserka tamtych „Panien”. Zresztą nie tylko o Pani Darii, także o innych, którzy dali Komorowskiej poczucie, że przy okazji wspólnej pracy „taka rodzina się stała”.
My też z tej rodziny. Wielkiej i strasznie zapominalskiej. Tak zapominalskiej, że nie pamiętamy, ile Pani Daria miała lat. Dlatego przypomnę Ją taką, jaką poznałam w dzieciństwie. I taką chcę zapamiętać: jeszcze młodą, w kwiecistej sukience, z okrągłymi klipsami w uszach i tym wyrazem twarzy, który po chwili zawsze łagodniał w kaskadach śmiechu. Do zobaczenia, Pani Dario – wie Pani, że wszystko, czego nas Pani nauczyła, wciąż mogłabym odśpiewać na pamięć i po omacku?
Fot. z archiwum wychowanków chóru CZA ZHP przy Teatrze Wielkim w Warszawie