Jutro była wojna

Do dziś nie wiadomo, dlaczego 8 czerwca 1972 roku amerykańskie i południowowietnamskie siły powietrzne zrzuciły napalm na wioskę Trảng Bàng pod Sajgonem, zajętą wcześniej przez siły Vietcongu. Być może z tej samej przyczyny, którą tłumaczy się „straty uboczne” podczas niedawnych i wciąż prowadzonych wojen – czyli ukrywaniem bojowników i terrorystów wśród ludności cywilnej. Zgodnie z wersją oficjalną pilot wojsk lotniczych Republiki Wietnamu pomylił wówczas grupę uciekinierów z miejscowej świątyni z żołnierzami wroga, skutkiem czego samoloty zmieniły kurs i przypuściły atak na bezbronnych cywilów. Jedną z ofiar bombardowania była moja rówieśnica: dziewięcioletnia Phan Thị Kim Phúc, która cudem przeżyła, zdarłszy z siebie płonące ubrania.

Zdjęcie nagiej, krzyczącej z bólu „napalmowej dziewczynki” obiegło cały świat i wkrótce stało się symbolem brutalnej wojny w Wietnamie. Dotarło też do Polski. Nie mam pewności, czy wspomnienia z tamtych czasów nie zlały mi się w jedno z tym, co zobaczyłam potem. Kołacze mi się jednak po głowie, że w materiałach osławionego „Dziennika Telewizyjnego” pokazano wtedy nie tylko legendarną fotografię Nicka Uta, lecz także migawki z filmów zrealizowanych przez reporterów NBC i niezależnej brytyjskiej telewizji ITN. Dość powiedzieć, że wciąż słyszę krzyk udręczonej dziewięciolatki i mam w oczach scenę, jak mija mnie w biegu, odsłaniając nagie, poparzone plecy.

Byliśmy dziećmi zimnej wojny, od pierwszych lat podstawówki instruowanymi przez smutnych panów ze służb bezpieczeństwa, po czyjej stronie stanąć w razie ewentualnego konfliktu. Nie stępiło to jednak naszej wrażliwości. Chowaliśmy się na przemycanych zza żelaznej kurtyny płytach Boba Dylana, Jimiego Hendrixa i Black Sabbath. Tą drogą poznaliśmy też musical Galta MacDermota Hair – w oryginalnym nagraniu z Broadwayu – a potem kibicowaliśmy starszym braciom, którzy stawiali się na komisję wojskową z wyzywająco długimi włosami. Naiwnie wierzyliśmy, że doczekamy świata bez przemocy i podziałów, w którym nikomu nie będą śnić się po nocach poparzone napalmem dzieci.

Ze złudzeń się wyrasta. Część ówczesnych dzieci-kwiatów skręciło radykalnie w prawo, inni porzucili ideały młodości dla świętego spokoju, wielu nie przeżyło prób rozszerzania świadomości twardymi narkotykami. A mimo to Hair stał się nie tylko manifestem pokoleniowego buntu, lecz także symbolem uniwersalnych dążeń do wolności, samostanowienia o własnym życiu, prawa każdej ludzkiej istoty do szacunku, miłości i bezpieczeństwa. Jeśli nawet nie wpłynął na przebieg wojny w Wietnamie, z pewnością przyczynił się do trudnego procesu jej przewartościowania. Premiera musicalu w Londynie, we wrześniu 1968 roku, wyznaczyła kres cenzury teatralnej, obowiązującej na Wyspach nieprzerwanie od 1737 roku. Filmowa wersja Hair w reżyserii Miloša Formana dotarła do Polski w pamiętnym roku 1980, niedługo po podpisaniu porozumień sierpniowych.

Fot. Edyta Dufaj

Musicalowi wkrótce stuknie sześćdziesiątka i zdawać by się mogło, że Hair już dawno wpisał się w poczet szacownych klasyków gatunku. Kilka lat temu zaczęło się jednak dziać coś dziwnego. Niemal każdej nowej produkcji towarzyszą opinie, że Hair od początku istnienia nie był tak aktualny jak dziś. Myślałam o tym, wybierając się na premierę inscenizacji musicalu do Theater St. Gallen, w reżyserii Krystiana Lady. Chyba nikt się jednak nie spodziewał, że akurat w tym dniu rozpocznie się amerykańsko-izraelski atak na Iran. Zanim wykonawcy wyszli na scenę, w nalotach zginęło przeszło dwieście osób. Najwięcej istnień pochłonęło uderzenie trzech pocisków rakietowych w szkołę w Minabie, tłumaczone później błędnym wskazaniem celu jako obiektu wojskowego – co o tyle zdumiewające, że pobliską bazę sił zbrojnych zdemilitaryzowano piętnaście lat wcześniej. Ofiarą masakry padło 168 dziewczynek z pierwszych klas podstawówki, mniej więcej rówieśnic Phan Thị Kim Phúc.

Dawno nie doświadczyłam tak intensywnego dysonansu poznawczego. Właśnie minęła czwarta rocznica inwazji na Ukrainę, pięć tysięcy kilometrów od St. Gallen zaczynał się koszmar kolejnej wojny, a ja przechadzałam się po foyer szwajcarskiego teatru w otoczeniu publiczności ubranej w spodnie-dzwony, we wzorzyste sukienki, z girlandami kwiatów na szyi. Publiczności w najróżniejszym wieku: od młodzieży, która o hipisach dowiedziała się z opowieści dziadków, po osiemdziesięcioletnie dzieci-kwiaty wsparte na ramionach wnuków. Na czym, do diabła, polega aktualność Hair? Na tym, że każdy bunt pójdzie na marne? Where do I go?

Uspokoiłam się dopiero, kiedy zgasły światła na widowni. Dobrze, że spadkobiercy twórców musicalu domagają się zachowania pierwotnego kontekstu dzieła i niewprowadzania w nowych inscenizacjach aluzji do bieżących wydarzeń. Dobrze, że Lada respektuje ich wolę. Jeszcze lepiej, że robi to po swojemu. Spektakl zaczyna się więc od stylowej projekcji, osadzonej w estetyce późnych lat sześćdziesiątych, z wyświetlanymi na ekranie telewizora amerykańskimi reklamami, w których uśmiechnięta pani domu zachwyca się jedwabistą miękkością chusteczek Kleenex, rozłożonych na kolanach jej pociechy, a para białych kochanków, brodząc w białym śniegu, szczerzy do kamery białe zęby wyszczotkowane pastą Macleans. Za chwilę wizja szczęśliwych przedmieść pryśnie, ustępując miejsca obrazom brudnej i krwawej, ale toczącej się gdzieś daleko wojny.

Projekcje – autorstwa kolumbijskiego tancerza i artysty wideo Rubéna Daría Bañola Herrery – powrócą jeszcze wielokrotnie, generowane później także w czasie rzeczywistym. Tymczasem jednak ekran się podnosi, odsłaniając tonące w półmroku pomieszczenie, które stanie się areną tej dziwnej rapsodii z życia nowojorskiej komuny hipisów: opuszczony magazyn lub halę fabryczną w East Village, z obskurną łazienką, charakterystycznymi ciągami żelaznych schodów przeciwpożarowych i kantorkiem na górze, gdzie za „przeszkleniem” z mętnej folii kryje się kilkunastoosobowy zespół instrumentalny (świetna scenografia Sotirisa Melanosa, dobrze opracowana światłem przez Lukasa Mariana). Tutaj plemię dzieci-kwiatów będzie świętować nadejście Ery Wodnika, tutaj Claude Bukowski, George Berger oraz ich współlokatorka Sheila Franklin będą się zmagać z lękiem przed wojną, dylematami własnej tożsamości, próbą odnalezienia prawdziwych uczuć w anarchii wolnej miłości. Tutaj rozegra się wielki psychodeliczny odlot, tutaj Claude będzie musiał zdecydować, czy wytrwać w buncie, czy złożyć swoje ideały – a zapewne i życie – na ołtarzu konserwatywnej Ameryki.

Fot. Edyta Dufaj

W Hair właściwie nie ma fabuły. To ciąg rapsodycznych, porwanych narracji, gwałtownych protest-songów przemieszanych z szyderczą satyrą, fragmentami narkotycznych wizji i bardzo poważnymi piosenkami o marzeniach, uczuciach i samotności. Lada – z walną pomocą choreografki Jess Williams oraz Wojciecha Dziedzica, projektanta kostiumów niezwykle zróżnicowanych, a zarazem świetnie oddających ducha epoki – w pełni zachował frenetyczną energię dzieła, a zarazem dołożył wszelkich starań, by w tym zbiorowym portrecie wyodrębnić rysy poszczególnych postaci. Największe wrażenie robi Dante Sáenz w roli George’a Bergera – dziki, nieposkromiony, a zarazem przerażający zarówno w śpiewie, jak i geście aktorskim. Jak zwykle fenomenalna Mack Walz przekonująco oddała trudną przemianę Sheili z histerycznej, manipulowanej przez Bergera aktywistki w dojrzałą kobietę, próbującą przerzucić most porozumienia między uwielbianym Georgem a rozdartym wątpliwościami Claudem. Ten ostatni, w interpretacji obdarzonego miękkim i urodziwym głosem Macieja Pawlaka, chwilami nikł w cieniu obu charyzmatycznych postaci, co ostatecznie nie jest zarzutem, bo taki właśnie jest Bukowski, wrażliwy chłopak z prowincji, być może zanadto skłonny do autorefleksji i przez to z góry skazany na porażkę. Piękną kreację stworzył Steffen Gerstle w roli poczciwego Woofa, biseksualisty z sercem na dłoni wyciągniętej do każdego, kto potrzebuje jego czułości. Wśród pozostałych solistów wyróżnili się zwłaszcza Nichole Cherrie, Ronny o głosie jak jedwab; niezwykle ekspresyjna Masengu Kanyinda w partii Jeanie; oraz dysponujący wspaniałym, szerokim basem Daniel Dodd-Ellis jako Hud. Całość zespołu, włącznie z jedenastoosobowym chórem, świetnie poprowadził Tobias Cosler, zapewniając muzykom nie tylko swobodę, lecz i nieodzowne poczucie bezpieczeństwa.

Z równą empatią potraktował ich Lada, powierzając im nieraz trudne zadania aktorskie, nigdy jednak na przekór ich ciałom, głosom i predyspozycjom osobowościowym. Mimo ograniczonej przestrzeni sceny Theater St. Gallen nie próbował dusić drzemiącej w nich potrzeby ruchu. W rzemiośle Lady najbardziej mnie ujmuje dbałość o detale: burza śnieżna oddana prostymi środkami teatru cieni; „zakrzywiona” rzeczywistość pierwszej załogowej misji poza orbitę okołoziemską, oglądanej przez komunę z telewizora postawionego na sztorc w metalowym wózku z supermarketu; skromna, lecz brawurowo rozegrana i naprawdę prześmieszna narkotyczna wizja desantu spadochroniarzy w wietnamskiej dżungli.

Fot. Edyta Dufaj

W szwajcarskiej inscenizacji niepokój wsącza się w narrację stopniowo, niemal niepostrzeżenie, między innymi za pośrednictwem kolejnych projekcji – z dokumentalnym zapisem jednego z najbardziej upiornych pomysłów amerykańskiego rządu, czyli „loterii poborowej”, z fragmentami wystąpień Martina Luthera Kinga i Richarda Nixona. Zwłaszcza tego drugiego, który wypowiada krągłe frazesy z dykcją aktora szekspirowskiego i spokojem rzymskiego retora, na których tle przemowy obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych sprawiają wrażenie bełkotu oszalałego starca.

A kiedy Claude równie niepostrzeżenie zginął i ze sceny gruchnął plemienny hymn „Let the Sunshine In”, nic już nie powstrzymało łez. Nie weszliśmy między aktorów, jak w dawnych produkcjach Hair. Ale śpiewaliśmy. Do utraty tchu i resztek nadziei, że ktoś się wreszcie odważy i wpuści to słońce do środka.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *