Jeszcze w tym tygodniu recenzja z Rienziego i Parsifala w Bayreuth, a tymczasem proponuję chwilę oddechu i powrót do wspomnień z tegorocznego Actus Humanus Resurrectio. Zresztą nie bez powodu, bo wkrótce ruszam do Bayreuth z powrotem, między innymi na spektakl Floridante Händla. Na gdańskim festiwalu, 2 kwietnia w Ratuszu Głównego Miasta, Weronika Paine grała Suites de pièces pour le clavecin HWV 434-442, skompilowane z utworów powstałych mniej więcej w tym samym czasie, co jego opera o dzielnym trackim księciu i jego ukochanej Elmirze.
***
Odkąd świat odkrył na nowo twórczość Georga Friedricha Händla – przeszło sto lat temu, za sprawą Oskara Hagena, historyka sztuki i muzyka-amatora, wykładowcy Uniwersytetu w Getyndze, który w 1920 roku, połączonymi siłami studentów i wykładowców uczelni, doprowadził do pierwszego współczesnego wykonania Rodelindy, a tym samym zainicjował najstarszy festiwal händlowski – nazwisko wielkiego Saksończyka kojarzy się przede wszystkim z jego dorobkiem w dziedzinie muzyki wokalnej. Gdyby nawet nic innego po nim nie zostało, jego opery, kantaty i oratoria i tak zapewniłyby mu poczesne miejsce na parnasie mistrzów późnego baroku. W obliczu tego bogactwa często zdarza nam się zapominać, że Händel był także jednym z najwybitniejszych w swojej epoce wirtuozów klawiatury – niezrównanym akompaniatorem, muzykiem biegłym w sztuce improwizacji, nie tylko świetnym organistą, lecz także twórcą licznych utworów na klawesyn, pisanych ku uciesze własnej i podziwiających jego kunszt przyjaciół, oraz z pożytkiem dla mniej lub bardziej zaawansowanych adeptów tego instrumentu.
Kościół Mariacki w Halle. Fot. OmiTs
Co jednak ciekawe, większość z nich Händel skomponował w młodości – bardzo wczesnej, gdy zaczął wdrażać w praktyce nauki wyniesione od Friedricha Wilhelma Zachowa, organisty Kościoła Mariackiego w Halle, który przeszedł do historii jako jego pierwszy i w gruncie rzeczy jedyny mistrz w muzycznym fachu; oraz późniejszej o lat kilkanaście, już po angielskim sukcesie Rinalda, kiedy przebywał jako kompozytor-rezydent na dworze księcia Chandos w jego świeżo wybudowanej rezydencji Cannons w hrabstwie Middlesex. Właśnie w tym czasie – być może już w roku 1719 – zaczęła krążyć po Europie pierwsza „piracka” edycja Händlowskich utworów klawesynowych, Pièces à un & Deux Clavecins Composées par Mr. Hendel, wbrew mylącemu podtytułowi A Amsterdam Chez Jeanne Roger wytłoczona w londyńskiej oficynie Johna Walsha. To na nią wzburzony Händel odpowiedział pierwszym i jedynym zbiorem suit, którego wydania doglądał osobiście – jak zaznaczył we wstępie do Suite de Pièces pour le clavecin composées par G. F. Haendel, zmuszony do tego kroku mnogością dostępnych na rynku „podejrzanych i pełnych błędów kopii”. Osiem utworów ze zbioru opatrzonego dedykacją dla króla Jerzego I Hanowerskiego i opublikowanego przez Händla w 1720 roku – tak zwane „Suity Wielkie” – należy bezsprzecznie do szczytowych osiągnięć barokowej twórczości na ten instrument.
Południowa fasada rezydencji Chandos. Rycina Jamesa Gibbsa, 1748.
Händel, poczytując sobie za obowiązek „służyć swym skromnym talentem” narodowi, który otoczył go tak wielkoduszną opieką, zapowiedział wydanie kolejnych zbiorów. Obietnicy jednak nie dotrzymał. Po części dlatego, że w latach dwudziestych znów stracił zainteresowanie komponowaniem na klawesyn, i poza wspaniałą Suitą d-moll HWV 436, powstałą zapewne między 1722 a 1726 rokiem, nie stworzył w tej dziedzinie właściwie nic godnego prawdziwej uwagi. Za to Walsh trzymał rękę na pulsie: zachęcony ogromną popularnością zbioru autoryzowanego przez Händla, pierwszą próbę opublikowania „drugiego tomu” suit podjął około roku 1727. W „second volume” znalazły się prawie wszystkie suity z jego wcześniejszej pirackiej edycji, których Händel nie uwzględnił w swoim wyborze z 1720 roku, uzupełnione wspomnianą Suitą d-moll, Suitą G-dur HWV 441 (zdaniem niektórych badaczy, wątpliwego autorstwa) oraz bardzo wczesną Chaconne G-dur HWV 442 z sześćdziesięcioma dwiema wariacjami, powstałą w latach 1703-1706 – będącą zapewne transkrypcją improwizacji snutej nad popularnym w owym czasie schematem basso di Ruggiero, wywiedzionym z formuły stosowanej w recytacji Orlanda Szalonego Ariosta (nazwa pochodzi od słynnego wersu z 44. pieśni eposu, rozpoczynającego się słowami „Ruggier, qual sempre fui”). Chaconne została uzupełniona znacznie późniejszym preludium (ok. 1717), opartym na temacie wykorzystanym przez Händla między innymi w arii „Vo’ far guerra” z pierwszej wersji Rinalda. Poza tym Walsh usunął z Suity g-moll HWV 439 sarabandę, uwzględnioną w edycji Händla z 1720 roku jako czwarta część suity HWV 432, a odrzucone przez kompozytora finałowe Allegro z Suity d-moll HWV 428 po zmianie tonacji włączył jako „Preludio” do Suity G-dur HWV 441.
Strona tytułowa tak zwanego drugiego tomu Suite de Pièces pour le clavecin composées par G. F. Haendel
W zestawie płyt wygrawerowanych do druku nie tylko powtórzono wszystkie błędy z poprzedniej edycji, ale dodano też wiele nowych. Trudno jednak orzec, czy Walsh wstrzymał dystrybucję pierwszego nakładu ze względu na rażące niedopatrzenia, czy też wciąż obowiązujący przywilej królewski, dający Händlowi całkowitą wyłączność na publikację swojej muzyki w Anglii. Przywilej wygasł wprawdzie dopiero w 1734 roku, ale Walsh i tak opublikował „poprawioną” wersję zbioru pod tytułem Suites de pièces pour le clavecin composées par G. F. Haendel. Second Volume rok wcześniej, w 1733. Z jakichś powodów Händel machnął na to wszystko ręką, choć z pewnością wiedział o zamiarach Walsha, który szumnie zapowiadał swoje nowe przedsięwzięcie. Relacje obydwu panów w tym czasie wciąż są owiane mgłą tajemnicy – część muzykologów skłania się nawet ku hipotezie, że kompozytor sam pomógł Walshowi ustalić ostateczną kolejność utworów w zbiorze. Händel przymknął też oko na późniejsze wydania swojej muzyki w oficynie Walsha, który ani go pytał o pozwolenie, ani prosił o pomoc w przygotowaniu materiału nutowego.
Być może Caro Sassone błądził już wtedy myślami gdzie indziej, a jego własne, niedoceniane nawet przez autora perły twórczości klawesynowej kojarzyły mu się wyłącznie z popisami w gronie londyńskich celebrytów oraz ich arystokratycznych córek. Były wśród ich także uczennice kompozytora, między innymi księżniczki Amelia i Karolina Elżbieta, dwie wnuczki Jerzego I Hanowerskiego. Pierwszą z nich próbowano nawet wyswatać z królem Francji Ludwikiem XV, którego żoną ostatecznie została polska królewna Maria Leszczyńska. Obie nigdy nie wyszły za mąż i zmarły bezdzietnie. Na nic zdały się lekcje u Händla, który jako wielki mistrz „dotykania” klawesynu dał się poznać już w wieku lat kilkunastu.


