W cieniu Akcji Ř

Czescy melomani mają równie mało szczęścia do Dialogów karmelitanek jak Polacy. Przypominałam niedawno, przy okazji premiery, a właściwie rekonstrukcji amsterdamskiego przedstawienia Roberta Carsena w Teatro Regio di Torino, że na pierwszą i jak dotąd jedyną polską inscenizację opery Poulenca zdecydował się w roku 2000 Teatr Wielki w Łodzi. Na premierę w Pradze Dialogi musiały czekać aż siedemdziesiąt lat. Doczekały się w maju, w ramach Praskiej Wiosny, naznaczonej kilkoma innymi okrągłymi rocznicami.

Dialogi karmelitanek z trudem przebijają się na deski teatrów dawnego bloku wschodniego, nawet po transformacji ustrojowej. Ich długa nieobecność w Czechach jest tym bardziej zrozumiała, że tuż po wojnie u naszych południowych sąsiadów zaprowadzono jeden z najbardziej restrykcyjnych modeli zwalczania religii katolickiej w tej części Europy – zgodnie z zaleceniami Żdanowa, który stawiał państwom satelickim za wzór wcześniejsze doświadczenia ZSRR w batalii przeciwko Cerkwi prawosławnej. Represje objęły też klasztory. W nocy z 13 na 14 kwietnia 1950 roku przeprowadzono tak zwaną Akcję K, poprzedzoną marionetkowymi procesami kilkunastu zakonników, z których część skazano na dożywocie. Zlikwidowano ponad dwieście męskich zgromadzeń, internowano kilka tysięcy członków wspólnot zakonnych, klasztory zostawiono na pastwę losu albo celowo zdewastowano, mienie skonfiskowano bądź rozkradziono. W sierpniu rozpoczęła się Akcja Ř (od czeskiego słowa řeholnice, oznaczającego zakonnicę), realizowana etapami i bardziej wybiórczo, skierowana głównie przeciwko „siostrom niepożytecznym”, przez co władze komunistyczne rozumiały działalność edukacyjną i wychowawczą zakonnic oraz ich zaangażowanie w opiekę nad chorymi. Ofiarą tamtych prześladowań padła też Magdalena Anna Schwarzová, postulantka w zakonie karmelitanek, kilka lat później oskarżona o zdradę stanu, skazana na 11 lat więzienia i pozbawiona praw publicznych, a w latach 80., po kolejnej fali represji, zmuszona do zrzeczenia się obywatelstwa przed decyzją o wyjeździe do Krakowa, gdzie resztę życia spędziła w klauzurze.

Jana Sibera (Blanche). Fot. Petr Neubert

Nic dziwnego, że Barbora Horáková Joly, reżyserka Dialogów w praskiej Operze Państwowej, dostrzegła w niechlubnej karcie z dziejów Czechosłowacji pewną paralelę z losami nieszczęsnych sióstr z Compiègne, zgilotynowanych w lipcu 1794 roku. Gorzej, że potraktowała ją zbyt dosłownie, zapominając, że opera Poulenca nie jest rekonstrukcją wydarzeń historycznych, tylko adaptacją nawiązującej do nich mistycznej noweli Gertrud von Le Fort, zreinterpretowaną i wzbogaconą o nowe wątki zarówno przez Georges’a Bernanosa, jak i samego kompozytora. Całą koncepcję Horákovej Joly zdominowały przemoc, konflikt i upodlenie, zacierając postawy i motywacje poszczególnych bohaterów. Nie ma tu ani egzystencjalnego lęku, ani wewnętrznej przemiany. Markiz de la Force z niewiadomych przyczyn znęca się nad własnym synem psychicznie i fizycznie; Stara Przeorysza umiera rozczochrana, uwalana własnymi odchodami, jakby znalazła się w zaniedbanym domu opieki, nie zaś pod czułą opieką Matki Marii; Kawaler de la Force przybywa do klasztoru pożegnać się z Blanką zakrwawiony i ledwo trzymając się na nogach – a przecież składa jej wizytę w charakterze potencjalnego opiekuna w ucieczce, przeświadczony, że w ogniu rewolucji może zapewnić siostrze bezpieczeństwo.

Wyliczankę absurdów można by ciągnąć w nieskończoność – szkoda, bo spektakl rozegrano w oszczędnej i funkcjonalnej scenografii Ines Nadler, dobrze oświetlonej przez Saschę Zaunera i uzupełnionej kostiumami Annemarie Bulli, które w zupełności starczyłyby za aluzję do powojennych represji: bez nadmiarowych i nieprzemyślanych pomysłów reżyserki, bez zgranych do nudności projekcji (Sergio Verde) i fragmentów filmów dokumentalnych, nie wspominając już o dziecięcym sobowtórze Blanche, równie zbędnym, jak w większości operowych inscenizacji à la mode. Szkoda, bo gdyby Horáková Joly powściągnęła swą rozbuchaną fantazję i skupiła się na jedynym sensownym, choć może nie odkrywczym pomyśle „przypisania” szesnastu zakonnicom szesnastu ruchomych, opuszczanych z nadscenia i ustawianych pod różnym kątem metalowych konstrukcji, które najpierw okrywają się zielenią uprawianych przez siostry warzyw i kwiatów, by ostatecznie zmienić się w groby skazanych – reszta opowiedziałaby się sama, w prostym nawiązaniu do tej czytelnej metafory. Tak jak finałowa scena egzekucji, w której zakonnice stanęły na własnych mogiłach w snopach punktowych świateł, raptownie gasnących po każdym ciosie gilotyny.

Daniel Matoušek (Kawaler de la Force) i Jana Sibera. Fot. Petr Neubert

Niezbyt udana inscenizacja nie wybroniła się też w pełni pod względem muzycznym. Najsłabszym ogniwem okazała się orkiestra, wyraźnie niegotowa do starcia z rozmigotaną, nieubłaganą rytmicznie, a zarazem wręcz nieludzko precyzyjną partyturą Poulenca. W I akcie szwankowało wszystko, włącznie z intonacją. Potem zaczęło się jakoś zbierać – pod doświadczoną batutą Hermanna Bäumera, nowego szefa muzycznego Státniej opery, którego poznałam od najlepszej strony za czasów jego kierownictwa w Moguncji, i który w pewnym momencie zaniechał dalszych prób wyegzekwowania jaskrawych kontrastów i bogactwa harmonii na rzecz brzmień twardych, ostrych i donośnych, ale przynajmniej efektownych. Dobrze za to spisał się chór pod dyrekcją Adolfa Melichara, który niewiele ma w tej operze do roboty, więc tym bardziej doceniam jego zaangażowanie i klarowną artykulację.

W wyjątkowo nierównej obsadzie solowej zabłysła przede wszystkim Jana Sibera, obdarzona mięciutkim, dziewczęcym, pięknie zaokrąglonym sopranem, idealnie pasującym do postaci Blanche. Znakomite wrażenie w partii Matki Marii zrobiła na mnie norweska mezzosopranistka Tone Kummervold, której gęsty, nieskazitelny technicznie głos miałam okazję podziwiać kilka lat temu w Plamenach Schulhoffa. U Tamary Morozovej (Madame Lidoine) raziły zbyt ostre, wysilone góry, u Jekatieriny Krowatiewej (Konstancja) – poważne wpadki intonacyjne. Kompletnym nieporozumieniem okazało się obsadzenie Markéty Cukrovej w roli Starej Przeoryszy, której nie zdołała zbudować ani środkami aktorskimi, ani wokalnymi: jej mezzosopran z wiekiem staje się coraz uboższy w alikwoty i coraz mniej stabilny wskutek niedostatecznego podparcia. Daniel Matoušek dysponuje tenorem ładnym, ale zdecydowanie zbyt lekkim do partii Kawalera de la Force, Paul Gay jako Markiz de la Force wypadł całkiem bez wyrazu, Michael Skalický starał się jak mógł w roli Kapelana, mimo wszystko nazbyt złożonej i rozbudowanej na jego doświadczenie i umiejętności.

Scena zbiorowa. Na pierwszym planie Michael Skalický (Kapelan). Fot. Petr Neubert

Może powinnam była się wybrać na któreś z kolejnych przedstawień. Może z czasem ten spektakl okrzepnie. Z premiery wyszłam w poczuciu, że praskie Dialogi karmelitanek nie oddały sprawiedliwości ani „Szesnastu z Compiègne”, ani tysiącom czeskich i słowackich zakonnic: przepędzanych z klasztorów, internowanych w obozach, dręczonych przez służby bezpieczeństwa, wyzutych z resztek ludzkiej godności.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *