Dobranoc ci, Nikołka

Odszedł miesiąc temu, 11 grudnia. Spokojnie, w otoczeniu najbliższych, we własnym domu. O śmierci Kazimierza Pustelaka dowiedzieliśmy się z mediów społecznościowych, od jego córki Katarzyny, która w ostatnich latach niestrudzenie dzieliła się z nami mnóstwem anegdot rodzinnych i teatralnych – a także wygrzebanymi z ojcowskich archiwów nagraniami, zdjęciami i recenzjami. Śmierć legendarnego tenora, przez pół wieku z okładem jednego z filarów zespołu Opery Państwowej, Teatru Wielkiego, później zaś Opery Narodowej w Warszawie, w mediach głównego nurtu przeszła na ogół bez echa, jeśli nie liczyć krótkich wzmianek i wspomnień, między innymi w radiowym Poranku Dwójki. Smutna wiadomość poszła jednak w świat i została odnotowana przez kilka ważnych portali muzycznych. Pojedynczy zagraniczni komentatorzy chwalili się białymi krukami ze swych kolekcji płytowych, wśród nich pierwszym kompletnym nagraniem Króla Rogera pod batutą Mieczysława Mierzejewskiego – ze zjawiskową kreacją Pustelaka w partii Pasterza. Większość przecierała uszy ze zdumienia, zestawiając wynalezione w sieci perełki z interpretacjami współczesnych międzynarodowych gwiazd sceny.

Mało kto zdaje sobie sprawę, że niezwykły głos, nieprzeciętna muzykalność i nieskazitelna technika belcantowa nie uczyniły z Pustelaka gwiazdy także i w Polsce. Zaskarbiły mu za to podziw i uznanie prawdziwych fachowców. Pustelak był jednym z ostatnich tytanów tradycyjnego teatru repertuarowego – instytucji grającej niestrudzenie przez sześć dni w tygodniu z wyjątkiem poniedziałków, opartej na zespole muzyków znających się jak łyse konie, wchodzących w role stopniowo i szlifujących je przez dziesiątki spektakli, w razie choroby bądź innych wypadków losowych zastępowanych przez kolegów z drugiej i trzeciej obsady. Zbyt wybujałe ambicje trafiały na szklany sufit – uwarunkowań politycznych, siermiężnej rzeczywistości PRL, przepaści kulturowej między ówczesnym Zachodem a blokiem komunistycznym. Śpiewacy – z reguły pozbawieni perspektyw „prawdziwej” kariery międzynarodowej – realizowali się w zamkniętej wspólnocie artystycznej, niewolnej od drobnych intryg i zawiści, na ogół jednak solidarnej i dokładającej wszelkich starań, żeby nie przynieść teatrowi wstydu.

Fot. Edward Hartwig

Inne to były czasy i inni ludzie: poranieni wojną, przejęci poczuciem misji, spragnieni piękna zaklętego w świat operowej ułudy. Opowiadając o swojej edukacji wokalnej, odwoływali się nieraz do podobnych wspomnień, jakimi dzielił się ze swymi rozmówcami Kazimierz Pustelak: który wychował się na wsi, nie miał w rodzinie muzyków, po maturze studiował rolnictwo, a śpiewu uczył się od mistrzów, którzy nie zrobili wielkiej kariery scenicznej, za to byli wyśmienitymi pedagogami. Solidne podstawy włoskiego belcanta wyniósł z lekcji u Marii Świeżawskiej, Józefa Gaczyńskiego i Czesława Zaremby. To im zawdzięczał swobodę prowadzenia frazy i pięknie otwarte góry. Resztę zdziałały niestrudzone ćwiczenia, osobista wrażliwość i niezwykła uroda lirycznego, naznaczonego nieuchwytną melancholią tenoru. Kto wie, jak potoczyłyby się dalsze losy Pustelaka, gdyby po początkach w Krakowie, kilku sukcesach na zagranicznych konkursach i stypendium w studiu operowym La Scali nie poczuł się zobowiązany deklaracją podpisaną w Ministerstwie Kultury, że po dziewięciomiesięcznym pobycie we Włoszech wróci do kraju i podzieli się nowo nabytymi umiejętnościami z polską widownią.

Wrócił i w 1961 roku związał się na dobre z Operą Warszawską. Wystąpił na stołecznej scenie dokładnie 1190 razy i przeszedł przez wszystkie stopnie wtajemniczenia: od Almavivy w Cyruliku sewilskim po sędziwego cesarza Altouma w Turandot, którego partię zaśpiewał po raz ostatni w 2013, w wieku osiemdziesięciu trzech lat. Niezależnie od kariery scenicznej prowadził intensywną działalność pedagogiczną – jako uwielbiany wykładowca i dziekan wydziału wokalnego PWSM, potem zaś profesor UMFC. Był cenionym wykonawcą pieśni i repertuaru oratoryjno-kantatowego, nie stronił od muzyki współczesnej, zjeździł pół świata z Jutrznią Pendereckiego.

Nie wysuwał się wszakże przed szereg. Nie próbował rywalizować z kolegami po wokalnym fachu: ani ze starszym o kilkanaście lat i bardziej predysponowanym do ról spinto Bogdanem Paprockim, ani z przebojowym, tryskającym młodzieńczą energią Wiesławem Ochmanem. Znał swoje miejsce albo tak mu się wydawało. Niejako mimochodem stworzył kilka niezwykłych kreacji: wspomnianego już Pasterza z Króla Rogera, znakomitego Hoffmanna z opery Offenbacha, wzorcowego Stefana ze Strasznego dworu. Nigdy jednak nie wcielił się na warszawskiej scenie w Jontka i tę utajoną zadrę nosił chyba w sercu do końca życia. Wystąpił w Halce kilkadziesiąt razy, nie tylko z Paprockim, za każdym razem śpiewając maleńki epizod Wieśniaka, do którego ściągnął go w 1965 roku Zdzisław Górzyński, szukając na gwałt dublera za tenora, który ostatecznie skrewił i nie wziął udziału w uznawanym dziś za kanoniczne nagraniu dla wytwórni Muza.

Koledzy z teatru zapamiętali Pustelaka jako człowieka gołębiego serca i wspaniałego, obdarzonego specyficznym poczuciem humoru kompana. Kiedy jako dziesięciolatka stawiałam pierwsze kroki w operze, Pustelak – artysta w sile wieku i u szczytu formy wokalnej – wzbudzał we mnie cielęcy podziw podszyty strachem. Przed wyjściem na scenę maksymalnie skupiony i poważny, z oczami pałającymi w twarzy pokrytej zastygłą skorupą teatralnego makijażu, sprawiał wrażenie niedostępnej istoty z innego świata. Pół biedy, kiedy obserwowaliśmy go z widowni jako Almavivę w Cyruliku sewilskim. Chodziliśmy na ten spektakl nałogowo, śmiejąc się do bólu brzucha ze scenicznych wygłupów Władka Skoraczewskiego, szefa naszego chóru, który w roli Doktora Bartola potrafił ukraść show wszystkim, Pustelaka nie wyłączając. Ilekroć jednak wybiegaliśmy z kulis za Jurodiwym w Borysie Gudunowie, robiło mi się miękko w nogach. Bałam się, że dostanę histerii, że za którymś razem rozszlocham się w głos, kiedy z miodopłynnych ust Nikołki ulecą słowa „Miesiąc świeci, kociątko płacze”. Do czasu pamiętnego przedstawienia, w którym Pustelak jak zwykle ukląkł, schylił głowę – i źle upięta peruka spadła mu wprost do żebraczej miski. Wyłowił ją stamtąd natychmiast i włożył posuwistym ruchem na dźwiękach pierwszej frazy swojego lamentu, ale chór i tak się ugotował. Zamiast przekornego „daj grosz, daj grosz, dzień dobry ci, Nikołka” zabrzmiał jakiś tłumiony gulgot, który po chwili udzielił się także Jurodiwemu.

Od tamtej pory nie bałam się już Pustelaka. Jego niedawną śmierć przyjęłam z ogromnym smutkiem, ale też z uśmiechem – dziwnie przekonana, że w niebie wytnie jakiś numer aniołom.

 

8 komentarzy

  1. EŁ.

    Pamiętam i Almavivę i Jurodiwego. A także mam „w uszach” Księcia z Rigoletta – to były wielkie wokalne kreacje.

  2. Hanna Popowska

    Dziękuję za ten tekst, zgadzam się z każdym słowem. I jeszcze tylko uzupełnię jeden fragment: instytucji grającej niestrudzenie przez sześć dni w tygodniu z wyjątkiem poniedziałków” ale w tygodniu często grano 7 razy, bo w weekendy dawano popołudniówki.

    • Święta prawda, dziękuję za komentarz. Równie święta, jak poniedziałki, do których tak się przyzwyczaiłam, że wciąż mnie dziwi, jak można grać w operze w ten dzień tygodnia :)

  3. MałgorzataSzymańska-Jasińska

    Wzruszający tekst. Ja też miałam przyjemność i zaszczyt poznać pana Pustelaka, gdy na początku lat osiemdziesiątych pracowałam w TW w dziale organizacji pracy artystycznej. Zdarzały się zabawne, a czasami trudne sytuacje. Pamiętam, gdy pewnego razu zaniemógł Stefan w „Strasznym dworze”. Telefonów nie było, pobiegłam na drugą stronę Moliera i spytałam pana Kazimierza, co robić? Odpowiedział również pytaniem: w którym miejscu jesteśmy? Publiczność, oczywiście, obejrzała cały spektakl.
    Serdecznie pozdrawiam
    Małgorzata Szymańska-Jasińska

  4. Hania

    Piękny tekst. Nie miałam zaszczytu poznać Pana Kazimierza Pustelaka, ale przez ostatni rok dużo dowiedziałam się z Facebooka oraz od Pani Katarzyny. Wspaniały człowiek i niepowtarzalny głos. :-)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.